Do strony głównej


Priepodobny Paisij Swiatogorec

Słowa. Tom IV

Życie rodzinne

Spis treści

Wstęp

Młodzi na życiowym rozdrożu

I rodzinne, i mnisie życie jest błogosławione. Niepokój młodych z powodu wstąpienia na wybraną drogę. My powinniśmy pomóc młodym podążać za swoim powołaniem. Podjęcie decyzji o wyborze życiowej drogi. Nauka młodych i wstąpienie na wybraną przez nich drogę. Główna przesłanka dla prawidłowego wstąpienia na wybraną drogę – to życie duchowe.

Część pierwsza. Jak stworzyć silną rodzinę

Rozdział pierwszy. O spójnej rodzinie

Dobry początek rodzinnego życia. W różnicy charakterów kryje się boska zgoda. Szacunek między małżonkami. Miłość między małżonkami.

Rozdział drugi. O tym, że cierpliwość chroni rodzinę przed rozpadem

Cierpliwość wypełnia człowieka Bożą Łaską. Wierna żona. Dzieci z rozpadniętych rodzin. „Prawy” i „winny” w życiu rodzinnym.

Część druga. O rodzicach i ich obowiązkach

Rozdział pierwszy. O rodzeniu dzieci

Święci Joachim i Anna – najbardziej beznamiętna para małżeńska. Wstrzemięźliwość w życiu małżeńskim. Człowiecza logika odnośnie woli Bożej o rodzeniu dzieci. Trudności w rodzeniu dzieci. Małżeńska bezpłodność. Wielodzietna rodzina. Straszny grzech aborcji.

Rozdział drugi. O roli matki w wychowaniu dzieci

Macierzyńska miłość. Prawidłowy stosunek wobec bezdzietności. Macierzyńska wytrzymałość. Ciąża i karmienie piersią. Pracująca matka. Domowe gospodarstwo i duchowe życie matki.

Rozdział trzeci. O odpowiedzialności rodziców za wychowanie dzieci

Rodzice powinni powierzyć swoje dzieci Bogu. Duchowe odrodzenie dzieci. Rodzicielski przykład. W rodzicielskim domu dzieci powinny nasycać się czułością i miłością. Jak męczą się dzieci z powodu rodziców. Oddziaływanie środowiska na dzieci. Miłość między braćmi i siostrami. Kompanie wywierają na dzieci ogromny wpływ. Pomoc dzieciom, które zeszły z właściwej drogi. Kiedy sztorcować i kiedy chwalić dziecko. Przymus nie jest dzieciom na pożytek. Nierozsądna nadmierna miłość rodzicielska. Podział spadku.

Część trzecia. Dzieci i ich obowiązki

Rozdział pierwszy. O dzieciach, ich radościach i trudnościach

Wiek niemowlęcy. Anioł Stróż strzeże maleńkie dzieci. Święty Chrzest. Dzieci-sieroty. Dopóki dzieci nie osiągną pełnoletniości, koniecznie trzeba je ograniczać. Trudności dzieci w czasie nauki.

Rozdział drugi. O szacunku i miłości dzieci wobec rodziców

Szacunek dzieci wobec rodziców i starszych. Jak dzieci powinny kochać rodziców po tym, jak stworzą one swoją własną rodzinę. Starość czyni człowieka pokornym. Zapłata za opiekę nad staruszkami. Rodzicielskie błogosławieństwo.

Część czwarta. Duchowe życie

Rozdział pierwszy. O duchowym życiu w rodzinie

Im więcej człowiek narzeka, tym bardziej on siebie niszczy. Pozwólmy Bogu kierować naszym życiem. Ubolewanie za bliźnich pomaga rodzinie. Pielęgnowanie (uprawianie) cnót w rodzinie. Modlitwa w rodzinie. Duchowe życie małżonków. Dzieci i duchowe życie. Związki (stosunki) z rodziną i przyjaciółmi. Pokusy w święta.

Rozdział drugi. Praca i życie duchowe

Praca – to błogosławieństwo. Wybór zawodu. Miłość do pracy. Każdy powinien duchowo wykorzystać ten dar, który on posiada. Praca i niepokój duszy. Uświęcenie pracy. Zawód nie czyni człowieka człowiekiem.

Rozdział trzeci. O powściągliwości w codziennym życiu

Od ascezy człowiek upodabnia się do bezcielesnych Aniołów. Post dzieci. Post z luboczestijem. Przyjemność lekkiego życia.

Część piąta. O wypróbowaniach w naszym życiu

Rozdział pierwszy. „Przeszliśmy przez ogień i wodę…”

Krzyże wypróbowań. Wypróbowania pomagają ludziom dojść do siebie (opamiętać się). Kiedy jest nam boleśnie, odwiedza nas Chrystus. „Kogo bowiem kocha Pan, tego karze…” Bogu jest boleśnie z powodu tych zmartwień, których doświadczają ludzie. Podczas zmartwień Bóg pociesza człowieka prawdziwym pocieszeniem. Pokusy i zmartwienia po dopuście Bożym. Niewdzięczność za miłość Bożą. Nasze małe wypróbowania i wielkie wypróbowania naszych bliźnich. Zmartwienia (smutki), które stwarzają nam ludzie.

Rozdział drugi. O chorobie

Choroby pomagają ludziom. Niebiańska nagroda za chorobę. Cierpliwość w bólu. Stosunek do bólu. Współudział w cudzym bólu. Pielęgnowanie chorego. Cierpienia chorego i zaufanie Bogu. Chore dzieci. Aby chory wyzdrowiał, trzeba iść na jakąś ofiarę. Modlitwa za chorych.

Rozdział trzeci. O tym, że fizyczne kalectwo – to błogosławieństwo Boże

Właściwa postawa wobec kalectwa fizycznego. Niebiańska nagroda za kalectwo. Umysłowo upośledzone dzieci. Choroby duszy. Prawidłowa postawa rodziców wobec kalectwa swoich dzieci.

Rozdział czwarty. O duchowych zakonach (prawach)

Jak działają duchowe zakony. Szlachetne dzieci Boga. Duchowe zakony i miłość Boża.

Część szósta. O śmierci i przyszłym życiu

Rozdział pierwszy. O stosunku do śmierci

Pamięć o śmierci. Jeśli ty chcesz umrzeć, to nie umrzesz. Chorzy, leżący na łożu śmierci. Samobójstwo.

Rozdział drugi. „…Abyście się nie smucili, jak inni, którzy nie mają nadziei”

Śmierć dzieci. Pocieszenie cierpiącego. Śmierć – rozłąka na niedługie lata.

Rozdział trzeci. O życiu po śmierci

Osądzeni umarli. Modlitwa za zmarłych i nabożeństwa o pokój dusz. Najlepsze modlitewne wspomnienie zmarłych. Śmiałość prawych (sprawiedliwych) wobec Boga. Nadchodzący Straszny Sąd. Przyszłe życie.

Wstęp

Czwarty tom kontynuuje publikacje „Słów” błażennego Starca Paisija. W tej książce zebrane są pouczenia Starca o rodzinie i tych wypróbowaniach, którym poddawany jest człowiek z powodu kryzysu, jaki przeżywa rodzina w naszych czasach. Starec mówił, że najwięcej listów otrzymał on od ludzi, mających problemy w życiu rodzinnym, i podkreślał, że przyczyna tych problemów – oddalenie ludzi od Boga i ich samolubstwo. „W dawnych czasach, – mówił on, – życie było spokojniejsze i ludzie przejawiali cierpliwość. A teraz, kogo byś nie wziął, – są jak zapalniczki: (sypią iskrami i) nie mogą ścierpieć ani jednego słowa. I po tym automatycznie następuje rozwód”.

Wszedłszy w najwcześniejszym wieku w wielką rodzinę Cerkwi jako jej gorliwy członek, Starec odczuwał, że już nie należy do swojej maleńkiej (cielesnej) rodziny. Osiągnąwszy Boską miłość, on stał się Bożym dzieckiem i dlatego – odczuwając wszystkich ludzi jako swoich braci i siostry – kochał każdego „sercem Jezusa Chrystusa” (Flp.1:8). „Widząc starszego człowieka, – mówił nam Starec, – ja mówię sobie, że to mój ojciec. Widząc staruszkę, mówię, że to moja matka. Spotykając dziecko, patrzę na nie jak na swego maleńkiego siostrzeńca czy bratanka. Ja kocham wszystkich. Z powodu jednych raduję się, z powodu drugich – ubolewam. Czy ty znasz podobny stan?” Ale i sam Starec w każdym konkretnym przypadku stawał się dla każdego człowieka synem, bratem, ojcem, dziadkiem. Ta nieudawana miłość pomagała człowiekowi, który zbliżał się ze Starcem, zmienić się w lepszą stronę i, przyjąwszy słowo Boże, żyć zgodnie z nim. Będąc członkiem Ciała Chrystusowego, Starec nie tylko z bólem modlił się za ludzi, którzy mieli trudności w życiu rodzinnym, ale – odpowiadając na ich prośby – pomagał im i swoim słowem. On pomagał ludziom nawet w najdelikatniejszych sprawach rodzinnego życia, nie patrząc na to że, jako mnich, sam prowadził życie ascetyczne.

Wypróbowywany ogniem pokus i zahartowany z ognisku choroby, która w różnych postaciach nawiedzała go od 1947 roku do samej śmierci w 1994 roku, Starec współcierpiał i współczuł każdemu cierpiącemu i z bólem modlił się o tych, którzy doświadczali bólu. O swoje własne zdrowie on dbał tylko tyle, aby obsługiwać się samemu i pomóc tym, którzy do niego przychodzili. On wierzył, że jeśli ktoś modli się za innych chorych, nie zwracając uwagi na swój własny ból, to doprowadza to Boga do rozczulenia i On słyszy taką modlitwę. Jednak Starec radził chorym ludziom najpierw zrobić wszystko po człowieczemu możliwe dla swego uzdrowienia, a dopiero potem, co ponad ludzkie siły, – zostawić Bogu. Jednocześnie on wzmacniał wiarę ludzi, aby odnosili się oni do swojej słabości z nadzieją na Boga, nie zapominali, że w ciągu życia ziemskiego wszyscy my – „przybysze i pielgrzymi” (porównaj 1P.2:11) i przygotowali się do życia wiecznego.

Ten tom wydawany jest z błogosławieństwa naszego Arcypasterza, Jego Eminencji Metropolity Kasandryjskiego Nikodima. Książka składa się z rozdziału wprowadzającego i sześciu części. Wiele z pytań było zadanych Starcowi przez Ihumenię i niektóre siostry naszego monasteru. Starec błogosławił nas odsyłać ludzi, proszących o naszą duchową pomoc, do ojca duchowego, jednak, często w rozmowie z Ihumenią albo z kimś ze starszych sióstr, ludzie, krępowani trudnościami, mówią o swoim bólu i proszą o poradę. Czasem, aby mieć pewność w tym, że my prawidłowo odpowiedziałyśmy na to czy inne poważne albo skomplikowane pytanie, zwracałyśmy się do Starca, i on mówił nam, jak rozwiązywać ten czy inny problem po Bożemu. Jednak i sam Starec podczas ogólnych monasterskich zebrań i w osobistych rozmowach z siostrami, wykorzystując jako powód jakiś przypadek z życia naszej monasterskiej wspólnoty albo zadane przez nas pytanie, nierzadko mówił o trudnościach, z jakimi spotykają się chrześcijanie w świecie. On robił to dlatego, abyśmy z bólem modliły się za świat. Oprócz tego, Starec przytaczał przykłady z życia ojców i matek, które, nie mając tych sprzyjających duchowych możliwości, które są u mnichów, żyli świętym życiem. W ten sposób ojciec Paisij pobudzał nas trudzić się w ascezie z wielkim luboczestijem*. Niektóre z odpowiedzi Starca wzbogacone są fragmentami z jego listów, przekazanych nam przez tych duchownych i czcigodnych pobożnych świeckich, do kogo były one adresowane.

Tom rozpoczyna wprowadzający rozdział pod tytułem „Młodzi na życiowym rozdrożu”, którego celem jest pomóc młodzieńcom i panienkom, wahającym się w wyborze życiowej drogi. W tym rozdziale szczególnie podkreślono, że obie drogi, wytyczone są przez naszą Cerkiew, – rodzinne i monastyczne życie – są błogosławione. Młodzi powinni wybrać jedną drogę zgodnie ze swoim powołaniem, siłami i luboczestijem. Oni powinni zrobić to niezależnie od czyichkolwiek „popychań”, a z zaufaniem Bogu. Cnotliwe i duchowe życie młodych – to podstawowa przesłanka dla ich sukcesów na wybranej drodze – będzie ona monastyczna czy rodzinna.

W pierwszej z sześciu części tej książki zdefiniowane są podstawy (fundamenty), na których stoi rodzina: szlachetna, wielkoduszna miłość i szacunek między małżonkami. Cierpliwość w trudnościach, połączona z modlitwą, ratuje rodzinę przed rozpadem.

W drugiej części jest mowa o obowiązkach i odpowiedzialności rodziców za prawidłowe wychowanie dzieci i szczególnie podkreśla się ważność rodzicielskiego przykładu, tego „milczącego nauczania” dzieci przez rodziców, a także rola matki w rodzinie. Starec podkreśla i to, że rodzicielska czułość, miłość do dzieci – to fundamentalne przesłanki dla ich naturalnego i normalnego rozwoju.

Trzecia część tomu poświęcona jest dzieciom. W niej jest mowa o ich radościach i trudnościach – od niemowlęctwa do dojrzałości, a także o ich obowiązkach wobec rodziców. Szacunek i miłość dzieci do rodziców – nie tylko w dziecięcym, ale i dojrzałym wieku – jest rękojmią tego, że otrzymają oni błogosławieństwo Boże.

W czwartej części Starec daje czytelnikom proste i praktyczne rady o duchowym życiu w rodzinie. Te rady pomagają dzieciom i rodzicom codziennie przeżywać Ewangelię – niezależnie od tego, są oni w domu czy w pracy. Starec mówi o tym, że praca, którą zajmuje się człowiek, nie powinna męczyć go ciągłym duchowym niepokojem, ale dopomagać jego duchowej doskonałości.

Piąta część poświecona jest różnym wypróbowaniom, jakim poddawani są ludzie w swoim życiu. Starec podkreśla to, jakie (wielkie) pocieszenie i siłę Bóg daje ludziom, jeśli oni nie po prostu cierpią (znoszą) zesłane im wypróbowania, ale i wychwalają za nie Boga. Choroba, kalectwo, oszczerstwo – to błogosławieństwa dla człowieka, który uchwycił najgłębszy sens życia. Przeżywanymi cierpieniami człowiek odpłaca za swoje grzechy albo też zarabia sobie niebiańską nagrodę.

Na koniec, w szóstej części zebrane są odpowiedzi Starca na pytania o tym, jak prawidłowo odnosić się do śmierci i jak do niej przygotowywać się. Starec wyjaśnia, w czym zawiera się prawdziwe pocieszenie ludzi, ubolewających z powodu straty bliskich, i podkreśla, ile pomagają zmarłym nabożeństwa za pokój duszy, modlitwa i jałmużna, czynione o spokój ich duszy. Prosto i obrazowo Starec rysuje obraz przyszłego Strasznego Sądu i wiecznego życia.

Zebrane w tym tomie pouczenia Starca mogą, z jednej strony, pomóc trudzącym się ascetycznie świeckim z wielką wiernością kontynuować swój „dobry trud” (porównaj 1Tm.6:12), Z drugiej strony, one mogą rozbudzić sumienie ludzi, męczących się w oddaleniu od Boga, zapalić w nich pragnienie stać się świadomymi członkami Cerkwi i radować się w maleńkiej wspólnocie swojej rodziny z tego pokoju, który daje duchowe życie. Jednocześnie Starec podkreśla, że w małżeństwie niezbędne jest przestrzeganie wszystkich przykazań Bożych, które „ciężkie nie są” (1J.5:3). Na przykład, jeśli jedno z małżonków poświęca własną wolę i okazuje posłuszeństwo drugiemu, to postępuje ono tak z miłości i dlatego nie odczuwa siebie uciśnionym, ale przeżywa słodkie pocieszenie.

Być może, współczesnemu człowiekowi, przyzwyczajonemu do „rozklekotanych praw” teraźniejszego społeczeństwa, niektóre opinie Starca Paisija wydadzą się maksymalistycznymi i niewykonalnymi. Ale, spojrzawszy na słowa Starca w świetle Ewangelii, czytelnik przekona się, że są one jej precyzyjnym, bezkompromisowym wyrażeniem. To, do czego zawsze dąży Starec, – to doskonałość w Chrystusie. Jednak jego oświecone przez Boga pasterstwo z wielką cierpliwością znosi człowieczą niemoc i wykorzystuje patrystyczną ekonomię [1], rozumie się, nie zniżając się przy tym do kompromisu z grzechem. Przykładami z życia minionych czasów Starec pomaga współczesnemu człowiekowi zrozumieć, że Bóg jest Bogiem Żywym i „sprawiającym wszystko we wszystkich” (1Kor.12:6). On działa nie tylko w przyszłym życiu jako Wynagradzający, ale i w życiu teraźniejszym – jako czuły, kochający Ojciec. Jednak człowiek powinien pokazać swoją dobrą wolę i podjąć swój mały trud. Trochę potrudziwszy się, my wiele przyjmujemy. Podjąć ten mały trud człowiekowi jest niezbędne – aby dać Bogu „prawo do interwencji” w jego życie wielką boską pomocą.

Dziękujemy tym, którzy, przeczytawszy rękopis tego tomu przed wydaniem, z szacunkiem wyrazili swoje uwagi i pomogli książkę ulepszyć.

Modlitewnie pragniemy i życzymy, aby Słowa Starca pomogły rodzinie, która – w naszych czasach zwłaszcza – cierpi z powodu zapomnienia albo podeptania przykazań Bożych, odnaleźć we wnętrzach Prawosławnej Cerkwi swoje prawdziwe przeznaczenie, aby rodzice i dzieci zaczęły żyć w Raju już w tym życiu, Amiń.

16 września 2002 roku

Pamięć Świętej Wielkomęczennicy Jewfimii
Ihumeni monasteru Świętego Apostoła i Ewangelisty Ioanna Bohosłowa
mniszka Fiłofieja z siostrami w Chrystusie.

Rodzice, którzy rodzą dzieci i dają im ciało, powinni, na ile można, wspomagać ich duchowemu odrodzeniu. To, do czego rodzice nie mają sił aby uczynić dla swoich dzieci sami, oni powinni potem powierzyć nauczycielom. Dlatego nasza Cerkiew i modli się „za rodziców i nauczycieli”. Jednak, oprócz cielesnych ojców, są i ojcowie duchowi. Duchowi ojcowie trudzą się nad duchowym odrodzeniem ludzi i wspomagają wychowanie dzieci bardziej skutecznie.

*Luboczestije – okazywanie czci, chwały; darzyć czcią, wysławiać; gorliwość, ambicja.

Młodzi na życiowym rozdrożu

I rodzinne, i mnisie życie jest błogosławione

- Geronda, co odpowiedzieć młodzieńcom i panienkom, którzy pytają, czy życie monastyczne jest więcej warte, niż życie rodzinne?

- Przede wszystkim należy dać im zrozumieć, jakie jest przeznaczenie człowieka i w czym jest sens jego życia. Potem trzeba wyjaśnić młodym, że obie wytyczone przez naszą Cerkiew drogi są błogosławione, ponieważ jeśli ci, którzy wybrali je żyją w Bogu, to obie te drogi mogą przyprowadzić do Raju. Załóżmy, że dwie osoby wybierają się na pielgrzymkę. Jeden idzie ujeżdżoną drogą, drugi – ścieżką. Jednak obaj idący mają jeden i ten sam cel. Bóg raduje się z pierwszego i zachwyca się drugim. Sprawa stanie się złą (tylko) w tym przypadku, kiedy ten, kto idzie ścieżką, zacznie osądzać w swoim sercu tego, kto idzie szosą, albo odwrotnie.

Dobrze, aby ci młodzi, którzy myślą o monastycyzmie, wiedzieli, że przeznaczenie (cel) mnicha jest bardzo wielkie. Przeznaczenie mnicha jest w tym, aby stać się Aniołem. „W życiu innym, na Niebie, my będziemy żyć jak Aniołowie”, – powiedział Chrystus saduceuszowi (Mt.22:30). Dlatego niektórzy bardzo luboczestni młodzieńcy i dziewczęta zostają mnichami i zaczynają żyć anielskim życiem już w życiu ziemskim.

Jednak nie należy myśleć, że wszyscy którzy wstąpili do monasteru zbawią się tylko dlatego, że zostali oni mnichami. Każdy człowiek da Bogu odpowiedź za to, czy uświęcił on wybrane prze niego życie. W każdym życiu niezbędne jest luboczestije. Bóg nie stwarza ludzi przesądzonymi do sukcesu czy porażki. Ten, u kogo nie ma luboczestija, nie odniesie sukcesu sam – jakiej by drogi nie wybrał. Podczas gdy człowiek luboczestny odnosi sukcesy, gdziekolwiek się znajdzie, ponieważ z nim przebywa Boża Łaska. Niektórzy rodzinni ludzie żyją bardzo cnotliwie i uświęcają się. Jeśli głowa rodziny kocha Boga, jeśli pociąga go boska gorliwość, to może on osiągnąć wielki duchowy sukces. Oprócz tego, taki człowiek obdarza swoje dzieci cnotami, stwarza dobrą rodzinę i otrzymuje od Boga podwójną nagrodę.

Dlatego każdy młody człowiek powinien mieć następujący cel: trudzić się z luboczestijem i bez niepokoju duszy – tak, aby uświęcić wybrane przez niego życie. Chce on zawrzeć małżeństwo? Niech żeni się, ale z gorliwością postara się stać się dobrym głową rodziny i żyć święcie. Chce on zostać mnichem? Niech odchodzi do monasteru, ale gorliwie stara się zostać dobrym mnichem. Niech rozważy swoje siły, przymierzy się do tego, do jakiego życia wystarcza mu sił, i zgodnie z wyciągniętymi wnioskami idzie po wybranej drodze. Na przykład, jeśli dziewczyna widzi, że brakuje jej sił zostać mniszką, powinna pokornie poprosić Boga: „Boże mój, jestem słabym człowiekiem i żyć jak mniszka nie mogę. Poślij mi człowieka, żeby on mi pomagał, (żebyśmy zawarliśmy związek małżeński), abym stworzyła dobrą rodzinę i żyła duchowo”. W tym przypadku Bóg jej nie opuści. Jeśli wyszedłszy za mąż i stworzywszy dobrą rodzinę, ona będzie żyć według Ewangelii, to Bóg nie będzie wymagać od niej nic więcej.

Oczywiście, są tacy młodzi ludzie, od których Bóg nie wymaga wiele. Jednak z luboczestija oni biorą na siebie wielki trud i, wybierając życie mnisie, przynoszą Mu więcej (od tego, czego On od nich oczekuje). Tacy ludzie zostaną ukoronowani podwójnymi koronami. Czyli jeśli ktoś, mając skłonność do życia rodzinnego, z wielkiego luboczestija zechce ofiarować wszystko i wstąpić na drogę życia mnisiego, to doprowadza to Boga do wielkiej czułości. Jednak taki człowiek powinien uważnie doglądać, aby jego pobudzające motywy były bardzo czyste: on nie powinien postępować tak z powodu pychy. Jeśli człowiek przestrzega tego warunku, to Bóg rozwieje wszystkie jego trudności.

Niepokój młodych z powodu wstąpienia na wybraną drogę

- Geronda, jeśli młodzieniec czy dziewczyna niepokoją się z powodu swego małżeństwa albo odejścia do monasteru, to przyczyna tego jest w ich niewierze?

- Nie zawsze. Często młodzi przeżywają, myśląc o tym, jak lepiej wstąpić na wybraną drogę i iść nią, zawsze przebywając z Bogiem. To oznaka zdrowia (duszy). Jeśli młodzieniec nie myśli i nie niepokoi się o wstąpieniu na wybraną drogę, to przede wszystkim świadczy o tym, że on – człowiek obojętny, i z powodu tego on, naturalnie, nie odniesie sukcesu. Jednak trzeba być uważnym na to, aby niepokój z powodu małżeństwa czy stanu mnisiego nie stał się nadmiernym, ponieważ diabeł stara się wypaczyć ten niepokój, doprowadzić go do trwogi duszy i trzymać umysł młodzieńca i dziewczyny w ciągłym zmieszaniu, niepokoju.

Aby zachować spokój, młodzi powinni powierzać siebie Bogu. Przecież Dobry Bóg, jak czuły Ojciec, działa tam, gdzie my już nie możemy nic zrobić po człowieczemu. Młodzi nie powinni śpieszyć się i podejmować niedojrzałe decyzje o tym, jaką drogą oni pójdą. Ja zmam młodych ludzi, którzy bardzo trwożą się i starają się rozwiązać wszystkie swoje problemy od razu. W ostatecznym efekcie oni zagmatwują się (wpadają w dezorientację) i porzucają naukę. Na przykład, im trzeba kończyć uniwersytet, a oni nadmiernie niepokoją się z powodu założenia rodziny albo odejścia do monasteru. W efekcie oni mają zaległości w nauce i zagmatwują się jeszcze bardziej. Nie można zrobić wszystkiego na raz, i problemy w ten sposób nie rozwiązują się. Dlatego aby pomóc sobie, oni powinni jak należy zorientować się w swoich sprawach, zrobić porządek i poukładać wszystko na półeczkach. Najpierw trzeba otrzymać dyplom, potem znaleźć pracę (chłopcom oprócz tego jeszcze i odbyć służbę wojskową). I dopiero po tym, będąc już dojrzałym, można podejmować decyzję i, z pomocą Bożą, albo zawierać małżeństwo i zakładać dobrą rodzinę, albo, jeśli człowiek wybrał monastyczne życie, – wstępować do wybranego monasteru.

Dlatego ja radzę tym młodym, którzy uczą się i mają podobny niepokój, kontynuować naukę, ponieważ w nich nie dojrzała jeszcze decyzja, jaką drogę należy wybrać. Ja radzę podjąć tę decyzję, która dojrzeje w nich potem i będzie im miła. Jeśli oni są dobrze nastawieni, to z pomocą Bożą, powoli zorientowawszy się w tym, jak mają żyć – w małżeństwie czy bez małżeństwa, w monasterze, – oni doznają spokoju duszy.

My powinniśmy pomóc młodym podążać za swoim powołaniem

Każdy człowiek ma swoje powołanie. Dobry Bóg stworzył człowieka wolnym. Bóg jest szlachetny: On szanuje wolność człowieka i pozostawia każdego swobodnie iść tą drogą, która mu się podoba. Bóg nie ustawia wszystkich w jeden szereg według zasad dyscypliny koszarowej. Dlatego niech młodzi zostawią siebie wolnymi w duchowej przestrzeni wolności Bożej. Jeśli oni będą starać się dorównać do tego, jakie życie sobie wybrał taki-to czy taka-to, to nie przyniesie im to korzyści. W wyborze drogi życiowej człowiek nie powinien być poddawany niczyim oddziaływaniom.

Rodzice, ojcowie duchowi, nauczyciele, nie wywierając nacisku na młodego człowieka, nie następując mu na gardło, powinni pomóc mu wybrać to życie, które jest według jego sił, – i podążać za swoim powołaniem. Decyzję o wyborze życiowej drogi powinien podejmować sam młody. My – wszyscy pozostali – możemy po prostu wyrażać swoje zdanie. My mamy prawo tylko do tego, aby pomóc duszom młodych (samym) znaleźć swoją drogę.

Czasem, rozmawiając z młodymi, którzy mają trudności w wyborze drogi życiowej, widzę, w jaką stronę przechyla się waga, ale nie mówię im o tym, aby nie wpłynąć na ich własny wybór. Staram się zrobić tylko jedno: pomóc im, na ile to możliwe, znaleźć właściwą drogę i wewnętrzny spokój. Z tego, co im się podoba, staram się wykluczyć wszystko szkodliwe i zostawić dobre, święte, aby już w tym życiu oni żyli radośnie, z Bogiem, a w życiu wiecznym radowali się jeszcze bardziej. Mówię wam szczerze: niezależnie od tego, jakie by życie wybrał ten czy inny znajomy mój młodzieniec, ja w każdym przypadku będę zadowolony. Będę jednakowo troszczyć się o zbawienie jego duszy – aby tylko był on z Chrystusem, żył w Cerkwi. Będę czuć się jego bratem, ponieważ taki człowiek – dziecko naszej Matki Cerkwi.

Oczywiście, ja szczególnie cieszę się z powodu tych młodych, którzy wstępują na drogę monastycyzmu. Przecież prawdziwie mądrym jest człowiek, który podąża tym anielskim życiem, ponieważ on nie łapie się na diabelską wędkę, gdzie na haczyk jako przynęta nasadzony jest świat. Jednak nie można zrównywać wszystkich pod jeden grzebień. Przecież i Chrystus, nie chcąc przymuszać wszystkich ludzi do niesienia ciężkiego brzemienia, nie dał wszystkim przykazania o życiu monastycznym, pomimo tego że monastycyzm – to droga do doskonałości. Dlatego, kiedy ewangeliczny młodzieniec zapytał Chrystusa, jak może się zbawić (Patrz Mt.19:16; Mk.10:17 i Łk.18:18) , Chrystus odpowiedział mu: „Przestrzegaj przykazań” (Patrz Mt.19:17; Mk.10:19 i Łk.18:20). Kiedy młodzieniec powiedział Chrystusowi, że przestrzega przykazań, i zapytał: „Czego jeszcze nie dokończyłem?” (Mt.19:20) – Chrystus odpowiedział: „Jednego nie dokończyłeś (Mk.10,21): jeśli chcesz doskonałym być, idź, wszystko co masz, sprzedaj… i przyjdź i chodź w ślad za Mną…” (Mt.19:21 i Łk.18:22). Czyli Chrystus mówił człowiekowi o doskonałości, widząc, że jest on luboczestny, ale nie ciągnął ludzi (do doskonałości) na smyczy. Do stanu monastycznego Chrystus też nie nauczał, ponieważ przez to On rozpalał by (serca) ludzi, i być może, że wielu nierozsądnie śpieszyłoby zostać mnichami, a to prowadziłoby do zła. Chrystus tylko puścił iskrę (doskonałego życia), a kiedy przyszedł sprzyjający czas, pojawił się monastycyzm.

Tak i my nie mamy prawa zmuszać innych ludzi. My mamy prawo przymuszać tylko siebie, ale i to trzeba robić z rozsądkiem. Ja do tej pory ani jednemu młodemu człowiekowi nie powiedziałem zdecydowanie: „Ożeń się” albo „Idź do monasteru”. Jeśli ktoś pyta mnie, jaką drogę ma wybrać, ja odpowiadam: „Rób tak, jak tobie się podoba, abyś tylko był z Chrystusem”. I jeśli młody odpowie mi, że w świecie mu nie podoba się, to ja mówię mu o monastycyzmie – aby pomóc człowiekowi znaleźć swoją drogę.

Podjęcie decyzji o wyborze życiowej drogi

Lata mijają szybko. Lepiej, żeby młody nie stał niezdecydowany na skrzyżowaniu przez długi czas. Niech zgodnie z powołaniem i luboczestijem on wybierze swój krzyż – jedną z dwóch dróg – i idzie nią, mając zaufanie Chrystusowi. Niech on podąży do Chrystusa na Ukrzyżowanie, jeśli chce rozradować się radością Jego Zmartwychwstania. I w rodzinnym i mnisim życiu jest swoja gorycz, ale jeśli człowiek żyje z Bogiem, to tę gorycz osładza Słodki Jezus.

Po trzydziestce wybór życiowej drogi nie jest już prosty. I im więcej przeżytych lat zostaje u człowieka za plecami, tym więcej trudności on doświadcza. Młodemu łatwiej dostosować się do wybranego życia – czy to małżeństwo czy stan mniszy. Przecież dorosły człowiek wszystko mierzy i analizuje przy pomocy zdrowego rozsądku. U niego uformowany już jest charakter, podobny do odlanej betonowej konstrukcji, – którą niełatwo jest zmienić. Popatrz: ludzie, którzy wstąpili na drogę rodzinnego czy mnisiego życia w młodym wieku, do samej starości zachowują dziecięcą prostotę. Znałem małżonków, którzy pobrali się młodymi. Żona we wszystkim – w sposobie mówienia, w postępowaniu – była podobna do męża. Ponieważ oni pobrali się młodymi, jedno z małżonków przejęło wszystkie przyzwyczajenia drugiego: i w mówieniu, i w stylu zachowania się. Ale i dotrzeć się (dostosować się) im jedno do drugiego było łatwiej (niż tym, którzy pobierają się późno).

„Albo w młodości ożeń się, albo młodym przyjmij postrzyżyny” – głosi przysłowie. Dziewczynie szczególnie ważnym jest podjąć decyzję o wyborze życiowej drogi zanim skończy dwadzieścia pięć lat. Po dwudziestu pięciu już nie tak prosto jest wyjść za mąż albo odejść do monasteru, ponieważ dziewczyna zaczyna myśleć o tym, że będzie podporządkowywać się cudzej woli. Im starsza staje się dziewczyna, tym więcej pojawia się u niej zachcianek i kaprysów. A komu ona taka potrzebna? I jeśli lata są przepuszczone, to ona chce wyjść za mąż już nie dla tego, aby stworzyć rodzinę, a głównie, żeby być pod czyjąś ochroną, opieką.

Zauważono, że jeśli młodzieniec albo dziewczyna stale odkładają swój ożenek czy zamążpójście „na później”, to, po tym jak lata upłynęły, on czy ona szukają sobie parę i nie znajdują. W młodości wybierali oni sami, ale oto lata upłynęły, i teraz inni ich wybierają. Dlatego ja i mówię, że w założeniu rodziny czasem niezbędne jest troszkę wariackiego usposobienia, szaleństwa. Na niektóre nieistotne drobiazgi trzeba przymknąć oczy, ponieważ nie bywa tak, aby wszystko było tak, jak my chcemy. Pewnego razu zaczął się deszcz, i korytem górskiej rzeki popłynęła woda. Na brzegu stało dwóch ludzi, im trzeba było przejść na drugą stronę rzeki. Jeden był bardzo mądry, a drugi głuptasek. „Deszcz przestanie padać, – zaczął rozmyślać mądry, – woda opadnie, i potem będę mógł przejść na drugi brzeg”. A głuptasek nie stał – zeskoczył do wody i w bród przeszedł przez rzekę. Oczywiście, jego ubranie zmokło, ale on mógł trafić tam, dokąd chciał. A deszcz, zamiast przestać padać, lał coraz silniej i silniej. Potok stawał się wzburzonym i pełnowodnym. I w ostatecznym końcu mądry tak i został stać na swoim brzegu – ponieważ przechodzić przez rzekę było już niebezpiecznie.

U niektórych ludzi jest wielka duma, egoizm, i dlatego Bóg im nie pomaga. Niektórzy młodzi co roku przyjeżdżają na Atos, przychodzą do mnie do celi i pytają: „Czegoż chce ode mnie Bóg, ojcze?” Można pomyśleć, że Bóg doznaje w nich potrzeby! Ani mnichami oni nie zostali, ani rodziny nie założyli. Można pomyśleć, że oni są ze złota i boją się, że ich – jak zwykłe żelazo – wykorzystają w jakiejś żelbetonowej konstrukcji! A są i tacy, że pytają mnie: „Geronda, co mam robić: zostać mnichem czy ożenić się? Powiedz mi, w czym moje powołanie?” – „A czego chcesz ty sam?” – pytam. „I ożenić się, – odpowiadają, – i mnichem zostać”. To znaczy chcą i tego i drugiego! Ale jeśli ja wypowiem im swoją myśl o tym, że, na przykład, ich powołanie – to rodzinne życie i oni ożenią się, a życie rodzinne im nie spodoba się, to potem oni będą przyjeżdżać do mnie i wypowiadać swoje pretensje: „To ty powiedziałeś, abym wybrał tę drogę, a teraz ja się męczę!”

- Geronda, jak coś takiego może się wydarzyć?

- Tak więc przypuśćmy, że powołanie młodego człowieka – życie rodzinne, jednak i o monastycyzmie on też zastanawia się. Jeśli, ożeniwszy się, on będzie nieuważny i nie stworzy dobrej rodziny i u niego pojawią się problemy, które rozwiązywać on będzie nieduchowno, to zły duch podejmie przeciwko niemu walkę myśli. „Twoim powołaniem był monastycyzm, – zacznie mówić mu wróg. – Ale skoro ożeniłeś się, to tak tobie i trzeba”. Czyli wróg ani w dzień ani w nocy nie zostawi takiego człowieka w spokoju.

A niektórzy sami nie wiedzą, czego chcą. Kilka lat temu pewna dziewczyna przyjechała tu i zaczęła mówić mi: „Geronda, ja nie mogę zdecydować, jaką drogę życiową mam wybrać. Ja chcę wyjść za mąż, ale myślę też o monastycyzmie. Co mam robić?” – „Przyjrzyj się, – odpowiedziałem jej, – temu, jaka droga bardziej ci się podoba i wybierz ją”. – „Nie wiem… – powiedziała ona. – Czasem wydaje mi się, że bardziej skłaniam się ku małżeństwu. Ja proszę ciebie, Geronda, lepiej ty sam powiedz mi, co mam robić”. – „No, – poradziłem jej, – skoro ty widzisz, że bardziej skłaniasz się ku małżeństwu, to lepiej tobie wyjść za mąż, i Bóg ułoży twoje życie”. – „Według twego błogosławieństwa, Geronda, – odpowiedziała mi ona, – ja tak i zrobię”. I oto dzisiaj ona przychodzi znów. „Geronda, – mówi, – a ja wyszłam za mąż. Za marynarza. Dobry człowiek, chwała Bogu, nie mogę nic powiedzieć. Ale męczę się strasznie. Bo czyż nie męka: sześć miesięcy żyjemy razem, a sześć miesięcy – osobno. On kiedy odejdzie pływać – to pół roku nie wiedzę go”. – „Błogosławiona dusza! – odpowiedziałem jej. Czyż ty nie mówiłaś mi, że podoba się tobie i rodzinne i mnisie życie? No więc, proszę: masz teraz i jedno i drugie. Dlaczego więc ty nie wychwalasz Boga za to, że On urządził twoje życie w ten sposób?”

- Geronda, jednak dzisiaj my przeżywamy trudne czasy, dlatego niektórzy młodzieńcy i dziewczęta nie decydują się zakładać rodziny.

- Nie, to niewłaściwe postawienie sprawy. Jeśli oni mają zaufanie Chrystusowi, to nie mają czego się bać. A lata prześladowań? Co, one były łatwe? Ale czyż w te lata chrześcijanie przestali zawierać małżeństwa i zakładać rodziny? (Przeciwnie –) iluż w naszej Cerkwi jest świętych, którzy przyjęli męczeństwo wraz ze swymi dziećmi i małżonkami!

Nauka młodych i wstąpienie na wybraną przez nich drogę

- Geronda, wielu młodzieńców i dziewcząt, nie podjąwszy decyzji, jaką drogę życiową wybiorą, nie mogą jak należy zajmować się nauką. Ta sprawa nieustannie ich trwoży, i oni nie mogą skupić się na nauce.

- Kiedy młody człowiek ma podobne problemy, ja mówię mu tak: Czy widziałeś ty kiedykolwiek wielkie nowoczesne komory chłodnicze? Tak więc: połóż do takiej lodówki swoje problemy, i niech one poleżą tam, dopóki ty nie skończysz nauki. Ja nie mówię, abyś całkiem nie myślał o tym, co ciebie niepokoi. Nie – włóż to wszystko do lodówki do czasu, póki nie otrzymasz wykształcenia. Jeśli teraz będziesz nieuważny wobec swego wykształcenia, wobec swojego uczenia się, to twoi przyjaciele, skończywszy naukę, znajdą swoje miejsce w życiu i uspokoiwszy się, będą potem modlić się z na czotkach, abyś i ty znalazł swoje miejsce w życiu”. Młodzi powinni być bardzo uważni, ponieważ taki niepokój – podstęp wroga, przy pomocy którego on ich wprowadza zamieszanie i rozprasza uwagę.

- Geronda, a ja poradziłam jednej dziewczynie: „Jeśli ty myślisz wychodzić za mąż, to nie ma potrzeby abyś się uczyła”.

- Ale póki ona wyjdzie za mąż, czym każesz jej zajmować się? Karmelkami handlować? Niech ona lepiej skończy wyższą uczelnię albo też zdobędzie jakąś specjalizację, ponieważ, jeśli w jej życiu wydarzy się coś nieprzewidziane, zdobyta wiedza albo zawód mogą jej się przydać. Pewna dziewczyna kiedyś powiedziała mi: „Ja rozmyślam o monastycyzmie, ale stale zmieniam swoje zdanie”. – „A w której klasie ty się uczysz?” – zapytałem. „W drugiej klasie liceum [2], odpowiedziała ona, – ale dalej uczyć się nie chcę”. – „Nie chcesz się uczyć? – powiedziałem. – To powiem twemu ojcu, aby kupił tobie kóz, pasterskiego psa i piszczałkę. Pies będzie pilnować stado, a ty – grać na piszczałce i paść je. No jak, podoba się? Ot co: dawaj więc, postaraj się otrzymać wyższe wykształcenie albo zdobyć jakąś praktyczną specjalizację”. – „W takim razie, Geronda, – odpowiedziała ona, – dawajcie, póki ja nie zdecyduję, czy odejść mi do monasteru czy wyjść za mąż, ja pożyję w monasterze jako kandydatka do nowicjatu, aby nauczyć się sztuki pokornej mądrości”. – „No przecież tej sztuki, – odpowiedziałem, – ty możesz uczyć się u siebie w domu – jeśli z radością będziesz przyjmować to, co mówią tobie twoi krewni. Tak więc zrób tak: najpierw skończysz szkołę, potem zdasz egzamin na studia, a kiedy skończysz je, zobaczymy, co masz robić dalej”. – „Czy pięć lat, Geronda, – odpowiedziała ona, – to nie zbyt dużo?” – „Dużo, – mówię, – ale co zostaje robić, skoro ty jeszcze nie doszłaś do ostatecznej decyzji?” – „Ja sama jestem winna w tym z powodu mojej niestałości?” – zapytała ona. „Nie, – mówię, – ale twoja (duchowa) szala na razie nie przechyliła się ani w tą, ani w drugą stronę”.

W podobnych przypadkach powinniśmy podpowiadać młodym, aby byli oni uważni i nie tracili czasu bez celu. Podczas nauki oni powinni żyć, na ile to możliwe, bardziej duchowo, postarać się szybciej otrzymać dyplom (który jest niezbędny), a potem Bóg wszystko urządzi. Podczas nauki oni powinni znaleźć dobrego ojca duchowego, aby on pomagał im unikać jak powierzchownego entuzjazmu od mnisiego czy od rodzinnego życia, tak i nie wpadać w rozpacz. Niech oni będą cierpliwi, póki nie skończą nauki.

Skończywszy ją, stawszy się już dorosłymi ludźmi, oni będą mieć przesłanki do tego czy innego życia. Oto wtedy niech i podejmą decyzję o wyborze życiowej drogi i uczynią ku chwale Bożej to, co będą uważać za najlepsze. Świat doszedł dzisiaj do takiego stanu, że, im bardziej dojrzałymi oni będą podejmować decyzję o wyborze życiowej drogi, tym lepiej. Wiecie jakie zdarzają się nieprzyjemne historie? Człowiek powinien być bardzo uważnym i nie podejmować niedojrzałych decyzji – zwłaszcza jeśli on skłonny jest do entuzjazmu, łatwo czymś pasjonuje się.

- Geronda, niektórzy młodzi nie mają chęci uczyć się lekcji, ponieważ wolą duchowe czytanie i modlitwy.

- Nie, zaniedbywać lekcji nie można. Aby podtrzymywać duchowy nastrój, niech oni jednocześnie z podręcznikami przeczytają fragment z jakiejś patrystycznej książki, troszkę pomodlą się, uczynią kilka pokłonów. A kiedy wypada im uczyć się i czytać dużo, oni mogą urządzać sobie przerwy odmawiać w tym czasie modlitwę Jezusową albo też śpiewać coś cerkiewnego. Przecież jeśli podczas nauki oni chcą zając się (wyższym) duchowym działaniem – którym oni mogliby zajmować się później, – to z myślami o lekcjach i nauce oni i tego duchowego działania nie będą mogli dokonać jak należy i odnosić sukcesu w nauce nie będą mogli. W ostatecznym końcu oni nic nie osiągną. A oto czytając i zajmując się lekcjami, oni szybko otrzymają dyplom i potem będą robić to, co chcą. Ja, będąc w szpitalu [3], na kilka dni zostawiłem i czotki, i pokłony, i posty: jadłem to, co dawali. „Teraz, – mówiłem sobie, – powinienem troszkę pomóc lekarzom, aby i oni pomogli mi wyzdrowieć. A potem będę robić to, co chcę”.

Niektórzy z młodzieży przychodzą do mnie i skarżą się, że ich rodzice stoją nad ich duszą, przymuszając do odrabiania lekcji. Jeśli ja też stanę u tych młodych nad duszą, to pożytku im nie przyniosę. Aby oni zrozumieli, że nie powinni zaniedbywać nauki, przytaczam im przykład ich rówieśników, którzy zaniedbali naukę i potem wszystko u nich poszło nie tak jak trzeba, a także tych młodych, którzy odnosili się do nauki z pilnością i dlatego odnieśli sukcesy. Pamiętam taki przypadek: w jednym mieście po sąsiedzku rosło dwóch chłopców. Jeden bardzo bystry, szybko odrabiał lekcje, w młodszych i średnich klasach on otrzymywał piątki z plusami. Drugi był nie tak mądry, i, żeby nie odstawać od pierwszego, musiał mieć wielką gorliwość. Przeszedłszy do liceum, prymus przeuczył się tylko jeden rok, splątał się ze złym towarzystwem, porzucił szkołę i w ostatecznym końcu zmuszony był do podjęcia pracy sprzątacza w jakimś przedsiębiorstwie. On był już żonaty, miał dwoje dzieci i z trudem wiązał koniec z końcem. A jego sąsiad skończył wydział prawniczy, potem jeszcze uczył się w Europie i otrzymał dyplom przedsiębiorcy. Pewnego razu w przedsiębiorstwie, gdzie pracował jako sprzątacz były prymus, oczekiwali nowego zarządcy przedsiębiorstwem. Wszyscy mówili, że jest on wspaniale wykształcony. Kiedy nowy zarządca przyjechał, sprzątacz od razu rozpoznał w nim swego byłego kolegę z klasy. Byłego prymusa tak bardzo opanowała rozpacz, że on kilka razy próbował popełnić samobójstwo. Ktoś doradził mu przyjechać na Świętą Górę i spotkać się ze mną. Kiedy on opowiadał mi o swoim życiu, wyrwało mu się: „Ty tylko spójrz, ten matoł stał się moim kierownikiem!” Och, jakie trzepanie mu odprawiłem! „Ach, ty, – mówię – taki-siaki! Przecież ty mogłeś wznieść się wyżej, niż on! I sam żyłbyś dobrze, i dzieci twoje nie miałyby wymuszonych potrzeb, i dobre uczynki byś robił! Tobie mało, że z twego powodu cierpi twoja rodzina? Teraz ty chcesz jeszcze podnieść na siebie ręce (odebrać sobie życie), żeby ją ostatecznie dobić i żeby twoje dzieci zostały sierotami? Ciebie mi nie żal, ponieważ ty odpłacasz teraz za swoją własną głupotę, ale żal mi twoich dzieci. Ty to rozumiesz? Zaopatrz się więc w cierpliwość, i, ja myślę, z pomocą Bożą nowy zarządca też odniesie się do ciebie dobrze. On może przenieść ciebie na inne stanowisko, lepsze od poprzedniego. A jeśli zdarzy się tak, że w tym przedsiębiorstwie nie spodoba się tobie, znajdź inną pracę, nie doprowadzając do tego, aby twoje dzieci zostały pod gołym niebem”. Po tym on jakoś opamiętał się.

Okazuje się więc, że jeśli podczas nauki młodzi będą jak należy uczyć się, to, nawet jeśli oni i zmęczą się trochę, nie będą mieli zaległości, będą otrzymywać dyplomy, i potem o nic nie będą musieli się martwić. Ja widzę, że młodzi, którzy podczas nauki mieli zaległości z różnych przedmiotów, kończą studia i otrzymując przydział na stanowisko, nadal zadłużają się – to u jednego, to u drugiego – i mają mnóstwo problemów.

- Geronda, a, jeśli młodzieniec, ucząc się w szkole wyższej, zapozna się z dziewczyną i z tej znajomości może powstać rodzina, czy jest sens żenić się, nie skończywszy nauki?

- Ja myślę, że, jakby serdeczna i dobra byłaby ta znajomość, ona zacznie ci przeszkadzać w nauce. Jeśli student ożeni się, to takie małżeństwo będzie męczyć i jego żonę, i jego dzieci – choćby jego wybranka i okazała się najlepszą towarzyszką życia. Takiemu młodemu człowiekowi lepiej jest skoncentrować siły duszy i ciała na tym, aby otrzymać wykształcenie i, nie nadrywając się, skończyć studia. A potem niech urządza i życie osobiste. Przecież jeśli jego siły będą rozproszone, to on stale będzie przebywać w stanie załamania duszy i ciała (psychicznego i fizycznego).

Główna przesłanka dla prawidłowego wstąpienia na wybraną drogę – to życie duchowe

- Geronda, pamiętacie dziewczynę, która powiedziała Wam, że myśli o monastycyzmie? Ona opowiedziała mi, że jej kolega z klasy zaczął przywierać do niej z pytaniami, dlaczego nie chodzi ona do kina i nie spotyka się z chłopcami. Co ona powinna była mu odpowiedzieć?

- Trzeba było powiedzieć mu: „A takich pytań nawet rodzony brat mi nie zadaje! Ty więc dlaczego będziesz mnie o to pytać?”

- A on kilka dni później znów spotkał ją przy uniwersytecie i chwycił za ramię. Ona powiedział mu tylko: „Cześć” i natychmiast weszła do środka.

- Nie, ona postąpiła źle! W tym przypadku trzeba było dać mu odprawę. Ona zachowała się tak, że u niego mogło powstać wrażenie, że jej podoba się jego zachowanie, więc on powtórzy je znów. Ona teraz jest w nieco trudnym wieku, i dlatego, jeśli zacznie przyjaźnić się z chłopcami, to nie pójdzie jej to na korzyść. I rozmawiać z nimi niby dlatego, aby im pomóc, jej też nie trzeba. Jeśli ona, zapoznawszy się z miłym, dobrym chłopcem, zdecyduje się wstąpić w małżeństwo, to powinna poinformować o tym swoich rodziców. Oni zorientują się, czy posiada młody człowiek zalety, niezbędne do założenia dobrej rodziny. Ale teraz, kiedy ona jeszcze nie zdecydowała, jaką drogą życiowa pójść, rozmawiać z chłopcami nie jest jej na pożytek, ponieważ to po prostu zawróci jej w głowie i ona straci spokój. Nieszczęśni chłopcy i dziewczęta, nieuważni pod tym względem, przebywają w bardzo niezrównoważonym stanie, stale są podnieceni, podekscytowani i nie mają spokoju. Trwoga, niepokój wypisane są na ich twarzach i odbijają się w oczach.

Pociąg żeńskiej płci do męskiej i odwrotnie są właściwe ludzkiej naturze. Ale ty powiedz tej dziewczynie, że teraz na to nie pora. Niech ona skupi się na swojej nauce. Chłopcy i dziewczęta, od młodego wieku kultywujący w sobie pociąg do płci przeciwnej, naciskają na „przycisk”, nie czekając, kiedy nadejdzie odpowiedni czas. A potem, kiedy sprzyjająca godzina przychodzi, ich „przycisk” jest już naciśnięty i oni nie są w stanie przeżyć radości, ponieważ przeżyli ją wcześniej – w nieodpowiednim czasie. A oto ci młodzi, którzy uważni są wobec siebie pod tym względem, doczekawszy się sprzyjającego momentu, radują się bardziej, i, dopóki ten czas nie nadejdzie, oni przebywają w spokoju duszy. Popatrz na te matki, które do małżeństwa żyły w cnocie. One są spokojne, pomimo że są obciążone kupą kłopotów.

Ja zawsze podkreślam, że przed zawarciem małżeństwa młody powinien starać się żyć, na ile to możliwe, bardziej duchowo i zachowywać swoją czystość (cnotliwość), która zapewnia mu podwójne zdrowie. Duchowe życie jest podstawową przesłanką i dla rodzinnego i dla mnisiego życia. Dzisiejszy świat jest jak zasiane pszenicą pole. Pszenica zaczęła wypuszczać kłosy, ale na pole weszły świnie i całą ją zdeptały, przeryły. I teraz to pole wygląda tak: przeorana trawa, ziemia, wdeptane w błoto kłosy, i jedynie gdzie-niegdzie po brzegach wznoszą się nietknięte kłoski pszenicy.

Im większym duchowym działaniem zajmuje się człowiek w młodzieńczych latach, tym lżej jest mu potem – jakie by życie on wybrał. Im bardziej on uzbroi się przed bitwą i przygotuje się do niej, tym lżej będzie mu podczas walki, kiedy dookoła będą świstać kule i wybuchać bomby. Dopóki dziewczyna nie zdecyduje, czy zostać jej mniszką czy też dobrą i miłą matką, ona musi żyć cnotliwie. Dlatego teraz ona powinna postarać się, na ile to możliwe, całą siebie poświęcić nauce. Jeśli ona jest uważna odnośnie wzroku, słuchu, jeśli ona odpędza nieczyste myśli, to potem jej trzeba będzie wyrzucać z siebie mniej, niż gdyby była nieuważna. Albo młodzieniec, spotykając, na przykład, piękną dziewczynę, powinien starać się włączyć do pracy dobre myśli. On powinien patrzeć na nią jak na żywy obraz jakiejś świętej. A spotkawszy dziewczynę rozpustną, on powinien popatrzeć na nią, jak na swoją siostrę. My wszyscy – dzieci Adama. On powinien ją pożałować, tak jak zasmuciłby się, gdyby jego rodzona siostra stoczyła się do takiego stanu.

- Geronda, jednak dzisiaj na uniwersytetach i w innych placówkach edukacyjnych na młodych czyha wiele pokus.

- Trzeba zaprzyjaźnić się z młodymi, którzy żyją duchowo, dla tego aby pomagać sobie nawzajem i przebywać w duchowej atmosferze. Nie trzeba zgęszczać farby (przesadzać). Ja znam wielu młodych, którzy uczą się na uniwersytetach i żyją cnotliwie. Oni osiągają to przy pomocy małych własnych starań i wielkiej pomocy Bożej.

Część pierwsza. Jak stworzyć silną rodzinę

„Małżonkowie, na ile to możliwe, powinni wypielęgnować cnotę miłości, aby dwoje zawsze byli zjednoczeni w jedno i żeby razem z nimi zawsze przebywał Trzeci – nasz Najsłodszy Chrystus”

Rozdział pierwszy. O spójnej rodzinie

Dobry początek rodzinnego życia

- Geronda, pewien młodzieniec, zdecydowany wstąpić na drogę rodzinnego życia, zapytał mnie, jak prawidłowo je rozpocząć.

- Przede wszystkim trzeba postarać się znaleźć dobrą dziewczynę, która mu przypadnie do serca. Ponieważ serce każdego nastawia się do ludzi po-swojemu. Ktoś doświadcza przyjaźni do jednego człowieka, ktoś – do drugiego. Trzeba patrzeć nie na to, aby panna na wydaniu była bogata i piękna, a przede wszystkim na to, aby była ona prosta i pokorna. To znaczy większą uwagę trzeba zwrócić nie na zewnętrzne, a na wewnętrzne piękno przyszłej narzeczonej. Jeśli dziewczyna – jest człowiekiem godnym zaufania, jeśli jest ona obdarzona męstwem – ale nie więcej niż niezbędne jest ono żeńskiemu charakterowi, – to bardzo pomoże przyszłemu mężowi we wszystkich trudnościach dojść do pełnego porozumienia z nią i nie męczyć się bólem głowy. Jeśli zaś jest u niej jeszcze o bojaźń Boża, jest pokora, to oni mogą, wziąwszy się za ręce, przejść na drugi brzeg złej rzeki tego świata.

Jeśli młody człowiek poważnie patrzy na jakąś dziewczynę jak na swoją przyszłą narzeczoną, to ja myślę, że lepiej mu będzie najpierw przez kogoś ze swoich bliskich poinformować o tym rodziców dziewczyny. Potem osobiście trzeba porozmawiać z rodzicami dziewczyny i z nią samą o swoim zamiarze. Następnie, kiedy oni będą dogadani i zaręczeni – dobrze, aby czas między zaręczynami i ślubem nie był długi – on powinien patrzeć na narzeczoną jak na swoją siostrę i odnosić się do niej z szacunkiem. Jeśli i kawaler i narzeczona z luboczstijem, z całych sił, postarają się do ślubu zachować swoje dziewictwo, to w Sakramencie Małżeństwa, kiedy kapłan włoży na nich korony, oni obficie przyjmą Łaskę Bożą. Ponieważ, jak mówi Święty Ioann Złotousty, korony Sakramentu Małżeństwa – to symbole zwycięstwa nad rozkoszą [4].

Następnie małżonkowie powinni, na ile to możliwe, pielęgnować cnotę miłości, aby oboje zawsze byli stopieni w jedno i aby razem z nimi przebywał Trzeci – nasz Najsłodszy Chrystus. Oczywiście, na początku, póki życie rodzinne nowożeńców nie wejdzie w normalny bieg i póki oni nie poznają się jak należy, oni mogą doświadczać pewnych trudności. Tak dzieje się na początku każdego przedsięwzięcia. Kilka dni temu ja obserwowałem jedno pisklę. Ono pierwszy raz wyleciało z gniazda, aby znaleźć sobie pokarm. Biedaczek nie umiał łowić owadów i, latając na wysokości ludzkiej dłoni na ziemią, stracił całą godzinę, póki złapał jakiegoś robaczka. Patrząc na ptaszka, ja rozmyślałem o tym, że każde przedsięwzięcie rozpocząć nie jest łatwo. Absolwent uniwersytetu, otrzymawszy dyplom i rozpocząwszy pracę, początkowo doświadcza trudności. Nowicjusz w monasterze na początku swego mnisiego życia też doświadcza trudności. I młody człowiek, wstępując w małżeństwo, też będzie początkowo doświadczać trudności.

- Geronda, czy dopuszczalne jest aby panna młoda była starsza od pana młodego?

- Nie ma takiej reguły w Cerkwi, która mówiłaby, że jeśli dziewczyna jest o dwa, trzy czy nawet pięć lat starsza od młodego człowieka, to im nie można zawierać małżeństwa.

W różnicy charakterów kryje się boska zgoda

Pewnego razu do mnie do celi przyszedł człowiek i zaczął skarżyć się, że jest bardzo zdenerwowany z powodu ciągłych nieporozumień z żoną. Jednak ja zrozumiałem, że między nim i jego małżonką nie było niczego rzeczywiście poważnego. U tego człowieka są swoje „sęczki” i „szyszki”, u jego żony – swoje, dlatego oni nie mogą dostosować się jedno do drugiego. (I jedno i drugie) trzeba troszkę „wyheblować”. Weź dwie niewyheblowane deski. W jednej sęczek w jednym miejscu, w drugiej – w innym. I jeśli ty chcesz połączyć je jakie są, nieheblowane, to między nimi pozostanie szczelina. Jeśli jednak ty trochę ostrugasz pierwszą deskę w jednym miejscu, drugą – w innym, one od razu przylgną jedna do drugiej. Tylko strugać trzeba jednym i tym samym hebelkiem [5].

„Ja nie znajduję wspólnego języka ze swoją żoną! – skarżą się mi niektórzy mężowie. – Mamy zupełnie inne charaktery! Ona jest człowiekiem całkiem innego układu. Jakże Bóg dopuszcza takie absurdalności? Czyż On nie mógł urządzić wszystkiego w ten sposób, aby u małżonków były jednakowe charaktery, tak, aby mogli oni żyć duchowo?” – „Czyż wy nie rozumiecie, – odpowiadam im, – że w różnicy charakterów kryje się boska harmonia? Różne charaktery tworzą harmonię. Wyobraź sobie, gdyby u ciebie, i u twojej żony były jednakowe charaktery! Nie daj Boże! Wyobraź, co by było, gdybyście, na przykład, i ty, i twoja żona łatwo wpadali w oburzenie czy gniew. Wy byście nie zostawili z waszego domu kamienia na kamieniu! A gdyby u obu małżonków były jednakowe łagodne, delikatne charaktery? To wy byście spali w biegu! Gdyby ani u ciebie, ani u twojej żony nie można byłoby zimą wyprosić śniegu – to wy, oczywiście, bylibyście podobni (pasowalibyście) do siebie, ale i poszlibyście oboje na piekielną mękę. A gdybyście oboje byli rozrzutni? Czyż moglibyście prowadzić gospodarstwo domowe? Puścilibyście cały majątek z wiatrem, a dzieci zostałyby pod gołym niebem”.

Jeśli trudny, uparty mężczyzna znajdzie i żonę sobie tego samego typu – taką, że choćby kołki jen na głowie ciosać, a ona będzie robić po swojemu, – to oni, oczywiście, będą podobni (pasować) do siebie. Czyż nie tak? Jednak po jednym dniu wspólnego życia oni złapią się nawzajem za włosy! Dlatego patrz, jak wszystko urządza Bóg: On czyni tak, aby dobry, miły człowiek zawarł małżeństwo z przekornym, upartym, i wtedy drugie z małżonków może otrzymać pomoc, ponieważ początkowo ono mogło być usposobione życzliwie, ale w młodości mogło dać się wciągnąć przez zło.

Niewielka różnica w charakterach małżonków pomaga stworzyć harmonijną rodzinę, ponieważ jedno z małżonków uzupełnia drugie. W samochodzie niezbędne są oba pedały: i gazu, aby jechać, i hamulca, aby w porę zatrzymać się. Gdyby w samochodzie była sam hamulec, on nie ruszyłby z miejsca, a gdyby w nim był tylko przyśpieszacz, to samochód nie mógłby się zatrzymać. „Wy oboje jesteście na jedną nogę, – powiedziałem pewnej parze małżeńskiej, – i dlatego do siebie nie pasujecie!” Obie te osoby były bardzo wrażliwe. Jeśli u nich w domu coś się zdarzyło, to oboje rzucali stery i zaczynali lamentować. „Och, jakaż bieda nas spotkała! – lamentuje mąż. „Och, jakież nieszczęście gorzkie! – szlocha żona. Czyli jedno z małżonków „pomaga” drugiemu wpaść w jeszcze większą rozpacz! Mąż nie może pocieszyć żony i powiedzieć jej: „Spokojnie, przecież to, co z nami się zdarzyło, nie jest aż tak poważne”. Widziałem coś takiego w wielu rodzinach.

Mając różne charaktery, małżonkowie mogą wiele osiągnąć w wychowaniu dzieci. Jedno z małżonków zacznie je trochę przyhamowywać a drugie będzie mówić: „No daj ty dzieciom trochę swobody”. Jeśli i mąż, i żona przykręcą wszystkie śruby swoim dzieciom, to stracą je. Ale oni stracą dzieci i w tym przypadku, jeśli oboje będą pozwalać im robić co zechcą. Jeśli zaś matka i ojciec posiadają różne charaktery, to ich dzieci pozostają w równowadze.

Ja chcę powiedzieć, że (w rodzinie) niezbędne jest wszystko. Oczywiście, małżonkowie nie powinni przesadzać odnośnie cech swego charakteru, ale każde z nich zgodnie z układem swego charakteru powinno pomagać drugiemu. Jeśli jest, na przykład, coś bardzo słodkiego, to zechce się czegoś słonego. Na przykład, kiedy najesz się winogron, chce się zagryźć kawałeczkiem sera, aby przerwać słodkość. Albo zioła ogrodowe: jeśli są one zbyt gorzkie, nie da się ich jeść. Ale jeśli warzywa będą trochę gorzkie albo kwaśnawe, to one są smaczne i pożyteczne. Ale oto jeśli człowiek o kwaśnym usposobieniu zacznie mówić, że wszyscy pozostali powinni stać się tak samo kwaśni, a ten, u kogo gorzki temperament, będzie wzywać wszystkich stawać się gorzkimi, trzeci – słony będzie nalegać na tym, aby wszyscy stali się słonymi, – to do porozumienia oni nie dojdą.

Szacunek między małżonkami

Bóg przemądrze rozporządził wszystkim. Mężczyznę on obdarzył jednymi darami, kobietę – innymi, aby kobieta podporządkował się mu. Przecież gdyby Bóg dał takie samo męstwo kobiecie, to rodzina nie mogłaby się utrzymać.

W Epirze [6] opowiadali historie o pewnej kobiecie, która była postrachem całej okolicy! Ona ubierała się w długą białą koszulę i za pasem zawsze nosiła jatagan [7]. Rozbójnicy brali ją z sobą do roboty! Wyobraźcie – kobieta w rozbójniczej szajce! Pewnego razu ona przyszła do głuchej wioseczki, położonej o kilka godzin marszu od jej wioski, aby wziąć jednego wołoskiego chłopca i ożenić go ze swoją córką. Ponieważ chłopiec zaczął uparcie z rozdrażnieniem sprzeciwiać się, ona związała go, władowała sobie na ramiona i przywlokła do swojej wsi! Jednak takie przypadki – są wyjątkiem (wyłączone) z reguły. Spróbuj, powołaj kobiety do wojska i stwórz z nich żeńską kompanię. A potem weź dziesiątkę podrostków w mundurach harcerskich i poproś ich aby z daleka pokazali się wojowniczkom. Cała kompania natychmiast szybko ucieknie! Pomyślą, że wróg idzie do ataku!

Mąż, mówi Pismo Święte, „jest głową żony” (Ef.5:23). To znaczy Bóg ustanowił, aby mąż panował nad żoną. Panowanie żony nad mężem jest obrazą Boga. Najpierw Bóg stworzył Adama, który powiedział żonie: „Ta teraz jest kością z kości mojej i ciałem z ciała mego” (Rdz.2,23). Żona, mówi Ewangelia, powinna bać się męża – to znaczy ona powinna go czcić. A mąż powinien kochać żonę (Patrz Ef.5:33). W miłości jest szacunek. W szacunku jest miłość. To, co ja kocham, ja jednocześnie obdarzam czcią. To, co ja czczę, ja kocham. To znaczy miłość i czczenie – to nie są różne rzeczy: to jest jedno i to samo.

Jednak ludzie uchylają się od tej harmonii Bożej i nie rozumieją sensu ewangelicznych słów. Tak mąż, przewrotnie interpretując Ewangelię, mówi żonie: „Ty powinnaś bać się mnie!” Dziwak-człowiek, przecież gdyby ona ciebie się bała, nie wyszłaby za ciebie za mąż! A niektóre kobiety mówią swoje: „A dlaczego to żona powinna bać się męża? Nie, tego ja przyjąć nie mogę. Cóż to jeszcze za religia taka? Dyskryminacja!” Ale popatrz, co mówi Pismo Święte: „Początkiem Przemądrości (wielkiej mądrości) jest strach Pański” (Prz.1:7). Strach Boży jest czcią ku Bogu, bogobojnością, duchową skromnością, pokorą. Ten strach doprowadza ciebie do bogobojnego drżenia, jest to coś świętego.

Ta równość z mężczyznami, do której dążą niektóre kobiety, może być usprawiedliwiona tylko do pewnych granic. Dzisiaj kobiety pracują i uczestniczą w głosowaniu na równi z mężczyznami. Dlatego one zaraziły się jakimś niezdrowym duchem i myślą, że są równe z mężczyznami (we wszystkim). Oczywiście, dusze mężczyzn i kobiet są jednakowe. Ale jeśli mąż nie kocha żony, a żona nie czci męża, to w rodzinie pojawia się niezgoda. W dawnych czasach uważano za całkiem niegodną rzecz, jeśli żona sprzeciwiała się mężowi. A teraz pojawił się bezczelny, arogancki duch. Jak cudownie było w tamtych czasach! Ja znałem pewną parę małżeńską. Mąż był niziutkim niepokaźnym człowieczkiem, a żona – bardzo wysoka, bohaterskiego wzrostu! Ona sama bawiąc się wyładowywała cetnar (ponad 50 kg) zboża z wozu! Pewnego razu jeden robotnik – też krzepki chłopak – zaczął się do niej przywierać i ona, schwyciwszy go, odrzuciła na kilka metrów na bok, jak zapałkę! Ale gdybyście widzieli, jakie posłuszeństwo ta kobieta okazywała swemu mężowi, jak ona go czciła! Oto w taki sposób rodzina bywa silna, niezniszczalna. A inaczej ona nie przetrwa.

Miłość między małżonkami

- No co, matuszka, napisałaś życzenia Dimitrijowi, który żeni się?

- Napisałam, Geronda.

- Daj mi pocztówkę, i ja dopiszę od siebie: „Niech będzie z wami Chrystus i Przenajświętsza Bogarodzica. Dimitrij, daję tobie błogosławieństwo kłócić się z całym światem, tylko nie z Marią! I Marii to samo błogosławieństwo: kłócić się ze wszystkimi, ale nie z tobą!” Oto zobaczymy, czy zrozumieją oni, o co mi chodzi. Pewien człowiek zapytał mnie: „Geronda, co najbardziej łączy męża z żoną?” – „Wdzięczność”, – odpowiedziałem mu. Jeden człowiek kocha drugiego za to, co ten mu daruje. Żona daje mężowi zaufanie, poświęcenie, posłuszeństwo. Mąż daje żonie pewność w tym, że ona jest pod jego opieką, ochroną. Żona – gospodyni domu, ale i główna służebnica w nim. Mąż – pan domu, ale i nosiciel jego ciężarów.

Małżonkowie powinni mieć między sobą oczyszczoną miłość – dlatego aby otrzymywać od siebie nawzajem pocieszenie i być w stanie wypełniać swoje duchowe obowiązki. Aby przeżyć w zgodzie, oni powinni, przede wszystkim, położyć w fundamencie życia miłość – tę drogocenną miłość, która polega na duchowej szlachetności, na ofiarności, a nie miłość fałszywą, świecką, cielesną. Jeśli jest miłość i ofiarność, to jeden człowiek zawsze stawia siebie na miejscu drugiego, rozumie go, odczuwa za niego ból. A przyjmując bliźniego do swego cierpiącego serca, człowiek przyjmuje do swego serca Chrystusa, Który znów napełnia go Swoją niewysłowioną radością.

Kiedy jedno z małżonków kocha drugie, to nawet będąc daleko od niego – jeśli wymagają tego okoliczności, – ono wszystko jedno będzie blisko, ponieważ dla miłości Chrystusowej nie istnieją odległości. Jednak jeśli, nie daj Boże, między małżonkami nie ma miłości, to oni, nawet będąc obok siebie, mogą być w istocie, daleko jedno od drugiego. Dlatego każde z małżonków powinno starać się przez całe swoje życie zachować miłość do drugiego, składając siebie w ofierze dla niego.

Cielesna miłość łączy świeckich ludzi zewnętrznie, tylko do tej pory, póki oni posiadają (niezbędne dla takiej cielesnej miłości) świeckie, doczesne wartości. Kiedy te świeckie wartości zanikają, cielesna miłość rozdziela ludzi, i oni staczają się w pohybel. A oto kiedy między małżonkami jest prawdziwa drogocenna duchowa miłość, to, jeśli jedno z nich straci swoje świeckie wartości, to nie tylko nie rozdzieli ich, ale połączy jeszcze mocniej. Jeśli jest tylko cielesna miłość, to żona, dowiedziawszy się, że, na przykład, towarzysz jeż życia popatrzył na druga kobietę, chlapie mu w oczy kwasem siarkowym i pozbawia go wzroku. A jeśli ona kocha go czystą miłością, ona odczuwa za niego jeszcze większy ból i delikatnie, ostrożnie stara się znów nawrócić go na właściwą drogę. W ten sposób przychodzi Łaska Boża.

Pewnego razu do mnie do celi przyszedł jeden Amerykanin greckiego pochodzenia, lekarz. Ja widzę, że jego twarz była jasna, i dlatego delikatnie zapytałem o jego życie. „Ojcze, – powiedział on mi. – Ja jestem prawosławnym chrześcijaninem, ale do ostatniego czasu i postów nie przestrzegałem, i do cerkwi rzadko zaglądałem. Kiedy pewnej nocy, klęknąwszy w swoim pokoju, poprosiłem Boga o pomoc w jednej ważnej sprawie, pokój napełnił się jakimś słodkim Światłem. Trwało to dość długo: ja nie widziałem nic, poza Światłem, i odczuwałem w sobie jakiś niewysłowiony spokój”. Byłem porażony, ponieważ zrozumiałem, że ten człowiek dostąpił zaszczytu zobaczyć Niestworzone Światło. Dlatego poprosiłem go aby opowiedział, co poprzedzało to wydarzenie. „Ojcze, – zaczął opowiadać on, – ja jestem człowiekiem żonatym i mam troje dzieci. Początek naszego rodzinnego życia był dobry. Jednak moja żona, nie mając cierpliwości zajmować się domem i dziećmi, zaczęła prosić mnie, abyśmy jeździli na rozrywki z jej przyjaciółkami. Poszedłem jej na ustępstwa. Minął jakiś czas, i ona oświadczyła, że chce zabawiać się z przyjaciółkami sama. Pogodziłem się i z tym, a sam zacząłem zajmować się dziećmi. Potem odechciało się jej jeździć na urlop ze mną, i zaczęła prosić mnie o pieniądze, aby jeździć na urlop samej. Potem poprosiła aby wynająć jej oddzielne mieszkanie. Poszedłem i na to. Ale ona zbierała w tym mieszkaniu swoich kochanków. Cały ten czas ja starałem się na przeróżne sposoby – radami, namowami – pomóc jej, aby pożałowała ona nasze dzieci. Ale ona nie przyjmowała żadnych rad. W końcowym efekcie, wziąwszy u mnie znaczną sumę pieniędzy, ona zniknęła. Szukałem jej, wypytywałem o nią gdzie tylko mogłem – ale wszystko bezskutecznie, straciłem nawet jej ślady. I oto pewnego razu poinformowali mnie, ż eona przyjechała tu, do Grecji, i zaczęła handlować sobą w jednej z rozpustnych melin. Nie można opisać tego żalu o jej żałosnym upadku, jaki mnie ogarnął. W żalu opadłem na kolana i zacząłem modlić się: „Boże mój, – prosiłem, – pomóż mi ją znaleźć, i ja zrobię wszystko, co będę mógł, dla tego, aby ona nie zgubiła swojej duszy. Ja nie mogę znieść tego stanu, do którego ona się opuściła”. I oto wtedy omyło mnie to Światło i moje serce wypełniło się spokojem”. – „Bracie! – powiedziałem mu, – Bóg zobaczył twoją cierpliwość, twoją niezłośliwość, łagodność, twoją miłość i dał ci to pocieszenie”.

Dlatego ja i mówię, że ludzie świeccy zaczną nas sądzić. Widzisz jak? Lekarz gdzieś w Ameryce, mając taką żonę, takie warunki i takie otoczenie, – i, jednak, czego stał się godzien!

Rozdział drugi. O tym, że cierpliwość chroni rodzinę przed rozpadem

- Jak miewa się twoja siostra? Dogaduje się ze swoim mężem?

- Geronda, dochodzą do mnie słuchy, że nie wszystko u nich jest gładko. Ale ona cierpi, a kiedy trzeba ciągnie wóz na sobie (daje z siebie wszystko).

- Tak to i bywa. Jeśli para byków zaprzęgnięta jest w jedno jarzmo i jeden z nich wyróżnia się słabością albo lenistwem, to drugie zwierzę zapiera się z większą siłą i w jakiś sposób ciągnie, wlecze za sobą pierwsze. Widzisz jak: świeccy ludzie, a zajmują się pracą nad sobą. A wy tu jak księżniczki jesteście! Ty oto wyobraź sobie matkę, która ma czworo dzieci: jedno dziecko jest umysłowo upośledzone, drugie – psychicznie chore, trzecie cierpi na talasemię [8], czwarte włóczy się nocami niewiadomo gdzie, z mężem nieszczęsna też się męczy, ileż ona musi wszystkiego cierpieć! To tak, że choćby krzykiem krzycz, tak, że nikomu o swoim bólu i nie opowiesz, ponieważ o niektórych rzeczach, dziejących się w rodzinie, nie można opowiadać za progiem domu. Na przykład, jej mąż może żyć całkiem odosobnionym życiem, a na nią nie zwraca żadnej uwagi, nieszczęsna nie ma pieniędzy nawet zapłacić za mieszkanie, chcą ją wysiedlić z domu. Jest zmuszona szukać pracy, narażać się na różne niebezpieczeństwa i prosić ciebie: „Pomódl się, żebym chociaż od tych niebezpieczeństw się uwolniła!”

Albo jej mąż pije, nie pracuje i ona zmuszona jest pracować sama, na przykład, myć schody w wieżowcach. A mąż chodzi po barach, pijany wraca do domu po północy, bije ją, żąda od niej pieniędzy albo nawet sam idzie do jej szefa i zabiera to, co ona zarobiła. Ach, jakaż to męka!

Z niektórymi kobietami wszystko jest zrozumiałe – one mają jakieś grzechy i, męcząc się w ten sposób, one odpłacają za nie. Ale przecież są i inne – które takich grzechów nie mają. Te ostatnie będą miały czystą nagrodę za przeżywane prze nie cierpienia. Ja znam pewną matkę. W dzieciństwie ona była jak anioł! Najlepsza dusza, najspokojniejsze dziecko w rodzinie. I w jaką straszną awanturę ona popadła! Jak oszukali ją krewni. Ona wyszła za mąż za pijaka, który jeszcze w dzieciństwie był znanym łobuzem. Jego ojciec pił, i on też przejął ten głupi nałóg. I oto teraz nieszczęsna kobieta chodzi haruje po cudzych domach, morduje się w pracy, a mąż bije ją i grozi nożem. Ile razy on krzyczał: „Ja ciebie zarżnę!” I ona boi się, żeby on jej i naprawdę nie zarżnął! Ona przeżywa prawdziwe męczarnie! A przecież ma czworo dzieci. Krewni tej nieszczęsnej doszli do tego, że radzą jej rozwieść się, ale ona odpowiada im: „Ja myślę jeszcze pocierpieć”. I cierpi. Wy to rozumiecie? Ta kobieta nie czytała ani paterikonów, ani żywotów świętych, i, jednak, ona cierpi! „Dobrze, – powiedziałem jej pewnego razu. – A co też dzieci twoje, na wszystko to patrzą i nie reagują?” – Mają jeszcze po piętnaście-szesnaście lat, – odpowiedziała, – niech najpierw odsłużą w wojsku, a kiedy wrócą, to i ojca troszkę uśmierzą!” To znaczy dopóki oni nie odsłużą w wojsku, ona będzie musiała cierpieć bicia.

Cierpliwość wypełnia człowieka Bożą Łaską

- Geronda, jak zachować się wobec osoby, kiedy jest ona rozdrażniona, podekscytowana?

- Z cierpliwością

- A jeśli jej u mnie nie ma?

- Trzeba pójść kupić! Sprzedawana jest w supermarketach!.. Patrz: jeśli człowiek kipi gniewem, co byś mu nie mówił, żadnego pożytku nie będzie. W takiej chwili lepiej zamilknąć i czynić modlitwę Jezusową. Od modlitwy on ucichnie, uspokoi się, i potem można będzie dojść z nim do porozumienia. Popatrz, przecież i rybacy nie wychodzą na ryby, jeśli morze jest wzburzone. Oni cierpliwie czekają, póki pogoda nie poprawi się.

- Geronda, a czym wytłumaczyć ludzką niecierpliwość?

- Ona wyjaśnia się tym, że u nich wewnątrz jest bardzo dużo… świata! Bóg uzależnił zbawienie ludzi od ich cierpliwości. ”Kto przecierpi zaś do końca, ten zbawiony będzie” (Mt.10:22) – mówi Ewangelia. Bóg daje ludziom trudności, przeróżne wypróbowania dlatego, aby oni nabrali większego doświadczenia w cierpliwości.

Cierpliwość zaczyna się od miłości. Abyś cierpiał człowieka, trzeba abyś ubolewał za niego. Cierpliwość ratuje rodzinę przed rozpadem. Miałem okazje widzieć, jak dzikie bestie stawały się jagniętami. Jeśli ufać Bogu, to wszystkie problemy rozwiązują się gładko i duchowo. Pewnego razu, żyjąc w monasterze Stomion, spotkałem w Konicy [9] kobietę, której twarz promieniała. Ona była matką pięciorga dzieci. Potem ją ja wspominałem. Jej mąż był cieślą i często pracował z moim majstrem [10]. Jeśli zleceniodawcy czynili temu człowiekowi jakąś błahą uwagę, na przykład: „Majster Janis, być może, zrobimy to tak?” – to on jakby z łańcucha się zrywał. „To ty mnie, co, będziesz uczyć?!” – krzyczał on, łamał swoje narzędzia, rzucał je w kąt i odchodził. Ty teraz wyobrażasz sobie, co on robił we własnym domu, jeśli i w cudzych domach on wszystko niszczył! Z tym człowiekiem nie można było spędzić razem ani jednego dnia, a jego żona żyła z nim lata. Każdego dnia ona przeżywała męki, jednak do wszystkiego odnosiła się z wielką dobrocią i przykrywała wszystko cierpliwością. Ja wiedziałem o tym, co dzieje się u nich w domu, i dlatego, spotykając ją, pytałem: „Jak miewa się pan Janis? Pracuje?” – E-e, – odpowiadała ona. – Kiedy pracuje, a kiedy – usiądzie posiedzi trochę!” – „A jak wasze życie-bycie?” – znów pytałem. „Bardzo dobrze, ojcze!” – odpowiadała ona. I ona mówiła to od serca. One nie brała pod uwagę tego, że jej mąż łamał zwoje narzędzia – i to drogie narzędzia! – tak że biedulka była zmuszona najmować się do pracy w cudzych domach, aby zarobić im na życie. Widzicie, z jaką cierpliwością, z jaką dobrocią i szlachetnością ona do wszystkiego się odnosiła! Ona nawet wcale go nie osądzała! Dlatego Bóg napełnił ją Łaską, i jej twarz promieniała. Ona była w stanie wychować pięcioro dzieci, wyhodować je, i ze wszystkich pięciorga stali się bardzo dobrzy ludzie.

- Geronad, a jak jej udawało się usprawiedliwiać swego męża?

- Dobrą myślą. „Przecież to mój mąż, – myślała ona. – No cóż, niech zbeszta mnie trochę. Być może, i ja, będąc na jego miejscu, zachowywałabym się dokładnie tak samo”. Ta kobieta stosowała Ewangelię do swego życia, i dlatego Bóg zesłał jej Swoją Bożą Łaskę. I jeśli już ludzie świeccy cierpią i napełniają się Łaską, to o ile więcej powinniśmy cierpieć my, mnisi, mający wszystkie możliwości do życia duchowego!

Na ile zrozumiałem, największe skandale – i nie tylko w rodzinach, ale i w życiu państwowym – pochodzą od spraw małoważnych. W rodzinie jedno z małżonków powinno korzyć się przed drugim, ono powinno nie tylko naśladować jego cnoty, ale i cierpieć jego dziwactwa. Odnosić się do tego co się dzieje w podobny sposób bardzo pomaga rozmyślanie o tym, że Chrystus przyniósł Siebie w ofierze za nasze grzechy i że On, będąc Bezgrzesznym, znosi nas wszystkich – miliardy ludzi – podczas gdy my, męczeniu cudzymi dziwactwami, spłacamy długi za własne grzechy. Dobry Bóg urządził wszystko tak, aby, mając dary, człowiek pomagał innym, a mając niedostatki (wady), korzył się przed nimi. Przecież każdy ma swoje dary. Jednak i niedostatki każdy też ma, i trzeba trudzić się ascetycznie dlatego, aby je odciąć.

Jednemu człowiekowi zadałem dobrą burę! Gdybyście widzieli, jakie posłuszeństwo okazuje mu żona, nie patrząc na to że ona obdarzona jest wieloma zdolnościami i darami. Obok niej on jest jak małe dziecko. I oto ta kobieta, okazując mężowi posłuszeństwo, nieustannie przyjmuje Bożą Łaskę, składa Ją na swoje duchowe konto, podczas gdy jej mąż swoim egoizmem ciągle odpędza od siebie Bożą Łaskę i staje się coraz bardziej i bardziej pustym. I kto w ostatecznym wyniku wygra? Widzisz: cały sekret w pokorze. W niej – cała podstawa. Posłuszeństwo, pokora. A oto gdyby ten człowiek uznawał swoją słabość i prosił o pomoc Boga, to do niego też przyszłaby Boża Łaska.

Wierna żona

- Geronda, pewna kobieta prosi mnie o radę, jak ma postępować. Mąż porzucił ją, zabrał dziecko i związał się z dwiema innymi kobietami.

- Powiedz jej, aby ona, na ile można, cierpiała, modliła się i była dla niego dobra. Niech poczeka i nie rozrywa małżeństwa sama. Jeden człowiek postępował wobec swojej żony pogardliwie, bił, obrażał ją, a ona do tego wszystkiego odnosiła się z cierpliwością i dobrocią, dopóki nie umarła w stosunkowo młodym wieku. Kiedy kilka lat po śmierci jej szczątki wyjmowano z mogiły, wszyscy poczuli aromat [11]. Ci, którzy byli przy tym, zdumieli się. Widzicie: w tym życiu ta kobieta do wszystkiego odnosiła się z cierpliwością i dlatego została usprawiedliwiona w innym życiu.

Był jeszcze jeden podobny przypadek. Młodzieniec, prowadzący świeckie życie, zaczął doznawać uczucia do dziewczyny, która żyła duchowym życiem. Aby dziewczyna odpowiedział mu wzajemnością, on też starał się prowadzić duchowe życie, chodzić do cerkwi. Oni pobrali się. Ale minęły lata, i on wrócił do poprzedniego świeckiego życia. U nich były już dorosłe dzieci – starszy uczył się na uniwersytecie, jedna córka – w liceum, druga – w gimnazjum. Ale, nie zważając na to, ten człowiek kontynuował rozwiązłe życie. On zarabiał dużo pieniędzy, ale prawie wszystkie tracił na swoje rozwiązłe życie. Oszczędność nieszczęsnej małżonki utrzymywała ich gospodarstwo domowe przed rozpadem, swoimi radami ona pomagała dzieciom utrzymać się na właściwej drodze. Ona nie osądzała ojca, aby dzieci nie zaczęły odczuwać do niego nieprzyjaźni i nie dostały urazu duszy, a także dlatego, aby one nie zostały wciągnięte w ten styl życia, jaki on prowadził. Kiedy mąż przychodził do domu późną nocą, jej było bardzo łatwo usprawiedliwić go przed dziećmi: ona mówiła, że on ma dużo pracy. Ale co miała mówić, kiedy w środku białego dnia on zjawiał się w domu ze swoją kochanką? Wiecie, co robił ten nie bojący się Boga człowiek? Choć on niewart był i tego, aby nazywać go człowiekiem, ponieważ w nim całkiem nie było człowieczeństwa. On dzwonił do swojej żony i zamawiał różne dania, a w dzień przyjeżdżał na obiad z jedną z kochanek. Nieszczęsna matka, pragnąc uchronić dzieci od złych myśli, przyjmowała ich serdecznie. Ona przedstawiała sprawę w ten sposób, że kochanka męża jakoby była jej koleżanką i mąż zajeżdżał do domu „koleżanki”, aby przywieźć ją do nich w gości samochodem. Ona wysyłała dzieci do drugiego pokoju odrabiać lekcje, żeby one nie zobaczyły jakiejś nieprzyzwoitej sceny, przecież jej mąż, nie zwracając uwagi na dzieci, nawet przy nich pozwalał sobie na nieprzyzwoitości. To powtarzało się z dnia na dzień. Co jakiś czas on przyjeżdżał z nową kochanką. Sprawa doszła do tego, że dzieci zaczęły pytać ją: „Mamo, ileż ty masz przyjaciółek?” – „Ach, to po prostu stare znajome!” – odpowiadała ona. I oprócz tego, mąż odnosił się do niej jak do służącej, i nawet gorzej. On traktował ją bardzo okrutnie i nieludzko. Wy pomyślcie tylko o tym, jak ta kobieta każdego dnia obsługiwała dwa bydlaki, które okrywały jej dom hańbą, i stale wpajał swoim dzieciom dobre myśli! I przecież ona nie mogła liczyć, że ta bieda kiedykolwiek się skończy, aby powiedzieć sobie: „Pocierpię jeszcze trochę”, i tym pocieszać się. Ten koszmar trwał kilka lat. Jednak, ponieważ ten godny pożałowania człowiek dał diabłu wiele praw nad sobą, on zaczął przyjmować straszne biesowskie oddziaływania. On zaczynał zachowywać się jak wariat, tracił kontrolę nad sobą, obwiniał wszystkich i wszystko. I oto pewnego razu, będąc upojony chmielem cielesnej namiętności, on pędził samochodem i wpadł w przepaść. Samochód rozbił się w placek, a on sam odniósł bardzo poważne obrażenia. Odwieźli go do szpitala, i lekarze, zrobiwszy co mogli, wysłali go do domu. On został kaleką. Ani jedna z kochanek nawet go nie odwiedziła, ponieważ nie miał już dużo pieniędzy, a jego twarz była pokaleczona. Jednak dobra żona i dobra matka troskliwie pielęgnowała go, nie przypominając mu o niczym z jego rozwiązłego życia. On był wstrząśnięty, i to zmieniło go duchowo. On szczerze pokajał się, poprosił aby zaprosić do niego kapłana, wyspowiadał się, kilka lat przeżył po chrześcijańsku, mając wewnętrzny spokój, i umarł w Panu. Po jego śmierci starszy syn zajął jego miejsce w biznesie i utrzymywał rodzinę. Dzieci tego człowieka żyły bardzo zgodnie, ponieważ odziedziczyły one od swojej matki dobre zasady. Ta matka – matka-bohaterka. Dla tego, aby uchronić rodzinę przed rozpadem, a swoje dzieci przed gorzkim smutkiem, ona wypiła ich gorzkie czaszy sama. Ona uchroniła rodzinę przed rozpadem, zbawiła swego męża i sama zarobiła niebiańską nagrodę. Bóg da tej kobiecie najlepsze miejsce w Raju.

Dzieci z rozpadniętch rodzin

- Geronda, jeśli w rodzinie mąż, mając jakąś namiętność, przyznaje swoją winę, spowiada się, ale dalej przyjmuje oddziaływanie tej namiętności i mówi swojej żonie: „Ja męczę was: I ciebie i dzieci. Lepiej ja odejdę i będę, żyjąc daleko od was, przysyłać wam pieniądze, abyście się nie męczyli”, jak powinna postąpić jego żona?

- Jeśli mąż rzeczywiście odczuwa to, co mówi, to pokazuje to, że u niego jest dużo luboczestija, i jego żona powinna być cierpliwa. Jednak lepiej, jeśli ona nie będzie od razu wierzyć w usłyszane. Niech ona przyjrzy się w istotę sprawy głębiej. Przecież czasem bywa i tak: mąż jakoby ze szlachetności mówi: „Odejdę, aby was nie męczyć”, podczas gdy tak naprawdę chce odejść, ponieważ splątał się z inną kobietą.

Małżeństwo, doszedłszy dziś do takiego stanu, jaki widzimy, utraciło swój sens. Rodziny rozpadają się ni z tego ni z owego. Kilka dni temu do mnie do celi przyszedł jeden całkowicie zamroczony, zdezorientowany człowiek. Najpierw on miał dwoje dzieci z jedną kochanką. Potem odszedł do drugiej. Ta urodziła mu dziecko, i on z nią się rozwiódł. Potem ożenił się po raz trzeci. Jego trzecia żona też była rozwiedziona i też miała troje dzieci: dwoje z pierwszego małżeństwa i jedno nieślubne. Od tej kobiety urodziło mu się jeszcze dwoje dzieci. „Poczekaj, poczekaj, – powstrzymałem go, słuchając tego wszystkiego. – Od ilu więc matek wszystkie te dzieci i od ilu ojców?”

Tak oto i giną te nieszczęsne dzieci. Ci z nich, którzy, wyróżniając się wrażliwością, nie mogą przezwyciężyć rozstroju od biedy jaka im się przydarzyła, wpadają w rozpacz, a niektóre nawet kończą życie samobójstwem. Drudzy, żeby zapomnieć, zaczynają pić. Trzeci wiążą się z narkotykami. I gdzie tylko oni znajdują na to wszystko pieniądze? Najmniejsza dawka heroiny kosztuje cztery tysiące drachm. Większa dawka – sześć czy siedem tysięcy [12].

Takie są wolne, rozpuszczone dzieci poprzedniego pokolenia. W co zaś przemienią się drugie – te maluchy, których rodzice rozwiedli się na mocy prawa o automatycznym rozwodzie? Iluż młodych, przyjmujących narkotyki, przeszło tego lata przez moją celę! Większość tych nieszczęsnych – to dzieci z rozpadniętych rodzin. Kawalerowi dwadzieścia siedem lat, a on jest w rozpaczy i prosi o pomoc! I wiesz, przecież dzieci z rozpadniętych rodzin widać z daleka. U mnie przy celi na ławeczce stoi bańka z łukumem*. I oto kiedy przychodzą takie dzieci, one biorą z bańki kawałeczek łukuma i zaczynają go jeść, a potem, zobaczywszy, jak ja wychodzę z celi na ganek, jeszcze nie dojadłszy słodkości, od razu podbiegają, aby mnie pocałować. Ich ręce całe w cukrowym pudrze od łukuma, oto i brudzą mnie całego! Te dzieci pozbawione są miłości i czułości. Dla nich nie ma żadnej różnicy, mają one rodziców czy nie. Czy przychodzi do domu ich ojciec, czy odchodzi, żyje z nimi, czy nie żyje – dla nieszczęśników nic się nie zmienia.

*Łukum – tureckie słodkie galaretowate ciasto z owocami

„Prawy” i „winny” w życiu rodzinnym

Ja zwróciłem uwagę na to, że niektórzy ojcowie duchowi mówią mężom, którzy żyją w nieporozumieniu ze swoimi żonami: „Pocierp, taki już u ciebie krzyż. Co tu zrobisz? Za takie cierpienie Bóg da ci nagrodę”. Potem do ojców duchowych idą żony, którym oni mówili to samo: „Cierp, cierp, aby mieć nagrodę od Boga”. To znaczy oboje małżonkowie mogą być winni i obu przy tym ojciec duchowy namawia do cierpienia. Albo też winne jest jedno z małżonków, a ojciec duchowy mówi mu: „Cierp, cierp”. W ten sposób małżonek, winny w tym, że w rodzinie nie ma spokoju, uspokaja swoje myśli tym, że jakoby on cierpi z powodu drugiego małżonka, podczas gdy w rzeczywistości on go codziennie gnębi.

Pewnego razu do mnie do celi przyszedł jeden człowiek i zaczął skarżyć się na to, że źle żyje z żoną. W rodzinie sprawa pachniała rozwodem. Ani on, ani jego żona nie chcieli widzieć jedno drugiego. Oboje byli nauczycielami, mieli dwoje dzieci. W domu oni nigdy nie jedli: mąż po lekcjach szedł na obiad do restauracji, a żona – do drugiej. A dla dzieci kupowali oni jakieś kanapki, i nieszczęsne dzieci, kiedy ich rodzice przychodzili do domu, lazły do ich kieszeni i do toreb, aby zobaczyć, co tato i mama przynieśli pojeść! Dzieci przeżywały wielki dramat! Pomimo tego wszystkiego, ten człowiek śpiewał w cerkwi, jednak do tej cerkwi, gdzie on śpiewał, jego żona nie chodziła – ona chodziła do drugiej świątyni. Jak silna była ich wzajemna nieprzyjaźń! „Co tu zrobić, ojcze, – mówił on mi, – ja niosę wielki krzyż. Bardzo wielki. Każdego dnia u nas w domu skandale”. – „A do ojca duchowego ty chodziłeś?” zapytałem go. „Tak, – odpowiedział on, – chodziłem. Ojciec duchowy powiedział mi: „Cierp, cierp. Ty niesiesz wielki krzyż””. – ”A no, – mówię mu wtedy, – teraz popatrz, kto niesie większy krzyż, dawaj zaczniemy od początku. Kiedy wy pobraliście się, to też tak kłóciliście się?” – „Nie, – odpowiada. – Osiem lat żyliśmy bardzo zgodnie. Ubóstwiałem moją żonę! Ja czciłem ją bardziej, niż Boga! Potem ona stała się innym człowiekiem! Zaczęła dręczyć mnie swoim narzekaniem, zaczepkami, dziwactwami…” Słyszysz, co się dzieje! On czcił ją bardziej, niż Boga! „A no, – mówię, – chodź tu, gołąbeczku! To, znaczy, ty czciłeś ją bardziej, niż Boga? No więc i kto teraz jest winien w tym, że doszliście do takiego stanu: ty czy ona? To z powodu ciebie Bóg zabrał Swoją Łaskę od twojej żony”. Potem zapytałem go: „I co też ty teraz myślisz robić?” – „Najszybciej, my się rozwiedziemy”, – powiedział on. „Być może, – pytam, – ty nawiązałeś romans gdzieś obok?” – „Tak, – odpowiada, – ja myślę odejść do jednej kobiety”. – „Opamiętaj się! – mówię. – Oprzytomniej! Czyż ty nie rozumiesz, że we wszystkim sam jesteś winien? I przede wszystkim ty powinieneś poprosić Boga o przebaczenie za to, że czciłeś swoją żonę bardziej, niż Boga. Potem pójdź do swojej żony i poproś ją o przebaczenie. Powiedz jej: „Przebacz mi. To moja wina w tym, że nasze stosunki doszły do takiego stanu, i w tym, że teraz męczą się nasze dzieci”. Potem pójdź wyspowiadaj się – i czcij Boga jak Boga, a żonę swoją kochaj jak żonę. I ty zobaczysz, że u was wszystko ułoży się. Moja bura poszła mu na pożytek. On zaczął płakać i obiecał, że posłucha się mojej rady. Wkrótce on znów przyjechał do mnie, już radosny: „Dziękuję tobie, ojcze, ty uratowałeś naszą rodzinę. Wszystko u nas wspaniale: i u mnie z żoną, i u naszych dzieci”. Widzisz jak? Sam we wszystkim jest winien, a przy tym myśli, że „niesie bardzo ciężki krzyż”!

I wy nigdy nie usprawiedliwiajcie kobiet, które przychodzą do was do monasteru i skarżą się na mężów. Ja w podobnych przypadkach nie usprawiedliwiam ani mężów, ani żon. Przeciwnie: zmuszam do przemyślenia i tych i drugich. Na przykład, kobieta zaczyna skarżyć się: „Mój mąż pije, przychodzi do domu późną nocą, wulgarnie wyraża się…” – „Patrz, – radzę jej. – Kiedy on nocą przychodzi do domu pijany, postępuj z nim po dobremu. Jeśli ty przywitasz go z kwaśną mina i zaczniesz „piłować”: „czemu to ty tak późno?”, „a czyż można przychodzić do domu o takiej porze?”, „a kiedy ty w końcu się zmienisz?”, „a cóż to za bieda gorzka?”, „przecież to już nie dzień i nie dwa ciągnie się!”, „i ile ja będę to wszystko cierpieć?” – to diabeł poradzi mu: „A czyż ty, jesteś, całkiem chory, że nijak nie możesz rozstać się z tą durną? Czyż nie lepiej tobie pójść i spędzić czas z jakąś inną?” To znaczy ty, być może, jesteś prawa (masz rację), ale diabeł podchwyci go z drugiej strony. A oto jeśli ty postąpisz z nim po dobremu, troszkę pocierpisz to co się dzieje i pomodlisz się, nie wypowiadając mu swoich pretensji, to, zobaczywszy od ciebie trochę słonecznego ciepła i światła, on zastanowi się i poprawi się”.

A potem przychodzi mąż i zaczyna swoje: „Moja żona piłuje mnie, zadręcza swoim jęczeniem…” – „Ach, ty, – mówię, – bezwstydniku! Twoje dzieci i cierpiętnica-żona z niecierpliwością oczekują ciebie do północy, a ty zwalasz się do domu pijany, zaczynasz wulgarnie przeklinać! Wstyd ci i hańba! Ty co, ożeniłeś się dla tego, aby męczyć swoją rodzinę?”

Ale bywają przypadki, kiedy mogą być prawi i mąż i żona. Pewnego razu przyszła do mnie grupa pielgrzymów, i ja opowiadałem im o tym, jak cnotliwym człowiekiem był Makrijanis [13]. On wyróżniał się i czystością i ciała i duszy. Usłyszawszy to, jeden z moich słuchaczy podskoczył i krzyknął: „Nie będzie tego, aby z Makrijanisa jeszcze i świętego zrobili!” – „Dlaczego, – mówię, – nie będzie”?” – „Dlatego, – odpowiada, – że on bił swoją żonę”. – „Posłuchaj, – mówię, – ja wyjaśnię tobie co działo się między nim i jego żoną. Kiedy u Makrijanisa pojawiał się pieniądz i przychodziła jakaś wdowa, u której były dzieci, to on oddawał jej pieniądze. Jego nieszczęsna żona narzekała i zaczynała go piłować. „Przecież u ciebie, – mówiła mu, – są swoje dzieci. Dlaczego ty oddałeś pieniądze jej?” Wtedy on dawał jej policzek i mówił: „Ty masz męża, który ciebie utrzymuje. A u tej nieszczęsnej męża nie ma. Ko się nią zaopiekuje. To znaczy był prawy i Makrijanis i jego żona”.

Oprócz tego, jeśli jedno z małżonków żyje duchowo, to nawet będąc prawym, ono w jakiś sposób „nie ma prawa” być prawym. Przecież, będąc duchowym człowiekiem, ono powinno odnieść się do niesprawiedliwości duchowo. To znaczy powinno odnosić się do wszystkiego tak, jak wymaga tego Boża sprawiedliwość. Ono powinno dążyć do tego, co przynosi pokój drugiemu. Przecież jeśli ktoś popełnia błąd, będąc słabym, to on w jakiś sposób ma łagodzące winę okoliczności. Jednak drugi – ten, ko jest w lepszym stanie duchowym i nie odnosi się do pierwszego ze zrozumieniem, nie wychodzi ku niemu na spotkanie, – grzeszy dużo więcej. Jeśli nawet duchowi ludzie odnoszą się do wszystkiego po-świecku – z pozycji świeckiej, ludzkiej sprawiedliwości – to do czego to doprowadzi? Do tego, że oni będą stale biegać po świeckich sądach. Oto od tego ludzie i męczą się.

Część druga. O rodzicach i ich obowiązkach

„Rodzice, którzy zradzają dzieci i dają im ciało, powinni, na ile to możliwe, wspomagać i ich duchowemu odrodzeniu”

Rozdział pierwszy. O rodzeniu dzieci

Święci Joachim i Anna – najbardziej beznamiętna para małżeńska

- Geronda, opowiedzcie nam coś o Świętej Annie i o Świętym Joachimie, o Bogoojcach (przodkach Boga). Jakoś już zaczynaliście o nich opowiadać…

- Od dzieciństwa odnosiłem się do Świętych Bogoojców z wielka czcigodnością. Ja nawet prosiłem o to, aby w monastycyzmie dali mi imię Joachim. Jak wiele my im zawdzięczamy! Święci Joachim i Anna byli najbardziej beznamiętnym małżeństwem jakie kiedykolwiek istniało. U nich całkiem nie było świeckiego mędrkowania.

Właśnie tak Bóg stworzył człowieka. I On chciał, aby ludzie zradzali się tak samo – beznamiętnie. Ale po upadku w grzech między mężczyzną i kobietą pojawiła się namiętność. I jak tyko pojawiła się beznamiętna małżeńska para – taka, jakim stworzył człowieka Bóg i jakimi według Jego zamiaru powinny być ludzkie narodziny, tak narodziła się Przenajświętsza Bogarodzica – to „prawdziwe (podstawowe) Stworzenie”, a następnie od Niej wcielił się Chrystus. Myśl mówi mi, że Chrystus przyszedłby na Ziemię i wcześniej – gdyby wcześniej na Ziemi pojawiła się czysta cnotliwa małżeńska para, jaką byli Święci Joachim i Anna.

Rzymscy katolicy wpadają w złudzenie. Jakoby z bogobojności oni wierzą w to, że Boża Matka narodziła się, nie mając pierworodnego grzechu. Podczas gdy Ona nie była uwolniona od pierworodnego grzechu, ale narodziła się właśnie w taki sposób, jak Bóg chciał, aby ludzie rodzili się po stworzeniu. Ona była Wszechczystą [14], dlatego że jej poczęcie nastąpiło bez rozkoszy. Święci Bogoojcowie gorąco modlili się do Boga o to, aby On darował im dziecko. I po tej modlitwie oni związali się (jak małżonkowie) – nie z cielesnego pożądania, ale według posłuszeństwa Bogu. Ja przekonałem się o tym po jednym cudownym wydarzeniu, które przeżyłem na Synaju [15].

Wstrzemięźliwość w życiu małżeńskim

Bóg „stworzył wszystko bardzo dobrym” (porównaj Rdz.1:31). Mężczyzna odczuwa naturalny pociąg do kobiety, a kobieta – do mężczyzny. Gdyby nie było tego ciągnięcia, to nikt nigdy nie zdecydowałby się założyć rodziny. Ludzie myśleliby o tych trudnościach, które potem oczekują ich w rodzinie i są związane z wychowaniem dzieci i innymi sprawami rodzinnymi, a dlatego nie decydowali by się wstąpić w małżeństwo. Po upadku pierwszych stworzonych niektórzy ludzie mogą mieć świeckie mędrkowanie na pięć procent, inni – na dziesięć, na trzydzieści i tak dalej. Ale gdzie dzisiaj znajdziesz ludzi, u których świeckiego mędrkowania byłoby tylko na pięć procent, – to znaczy ludzi z czystą cnotliwą mądrością! Jednak, jak by to nie było, wszystkim ludziom od Boga dana jest możliwość osiągnąć beznamiętność – jeśli oni podejmą luboczestny trud.

Wybranie drogi małżeńskiego życia nie daje małżonkom usprawiedliwienia zapominać, że człowiek – to nie tylko ciało, ale i duch. Nie można zapominać o tym i zostawiać siebie (swoją namiętność) nieokiełznanymi [16]. Małżonkowie powinni podjąć trud ascetyczny, aby podporządkować ciało duchowi. Jeśli pod kierownictwem ojca duchowego małżonkowie starają się żyć duchowo, to stopniowo oni zaczną doznawać i wyższych radości – radości duchowych, niebiańskich. Do radości cielesnych oni już nie będą dążyć. Małżonkowie zobowiązani są trudzić się w wstrzemięźliwości, aby nie przekazać cielesnej namiętności i swoim dzieciom. Jeśli rodzice wyróżniają się bardzo cielesnym mędrkowaniem, to ich dziecko od najmłodszych lat ma analogiczne skłonności. To dzieje się dlatego, że ono dziedziczy od rodziców cielesne mędrkowanie. Na początku, jak wszystkie odziedziczone od rodziców namiętności, cielesne mędrkowanie jest jeszcze miękkie, łagodne, jak młoda pokrzywa, która nie parzy, i ty możesz łatwo brać się za jej liście. Ale, kiedy ona podrasta, jej liście zaczynają piec. Tak i cielesne mędrkowanie – na początku ono może być uleczone przez dobrego, mającego rozsądek ojca duchowego. Jednak jeśli nie odciąć świeckiego mędrkowania w młodym wieku, to, kiedy staniesz się dorosłym, w tym celu trzeba będzie podjąć niemały wysiłek.

Człowiecza logika odnośnie woli Bożej o rodzeniu dzieci

Często małżonkowie, zwracający się do mnie, dzielą się swoim niepokojem odnośnie rodzenia dzieci i pytają o moje zdanie. Niektóre pary małżeńskie chcą urodzić jedno-dwoje dzieci, a inne – stać się wielodzietnymi. Jednak lepiej, jeśli oni powierzą problem rodzenia dzieci na Boga. Małżonkowie powinni powierzać swoje życie Bożej Opatrzności i nie układać własnych planów. Oni powinni wierzyć w to, że Bóg, troszczący się i o ptaki niebieskie, wykaże o wiele większą troskę o ich dzieciach. Pamiętam pewnego marynarza, który ożenił się mając osiemnaście lat. I sam on był biedakiem, dziewczynę wziął z biednej rodziny. Wynajęli oni jakąś piwnicę i tam się cisnęli. Jego żona też miała nisko płatną pracę, i żyli oni bardzo skromnie. Wyobraźcie sobie: zamiast stołu u nich była skrzynka od brzoskwiń, które jakoś udało się im kupić! Potem pojawiły się u nich dzieci. Dla tego aby je wyhodować, oni przechodzili z chleba na wodę. I, jednak, stopniowo oni wzbogacili się i zaczęli żyć dobrze.

Są małżonkowie, którzy w pierwszej kolejności starają się uporządkować wszystkie inne problemy i dopiero potem zaczynają myśleć o dzieciach. Tacy ludzie w ogóle nie biorą pod uwagę Boga. A inne pary małżeńskie mówią: „Teraźniejsze życie jest niełatwe. Niech u nas będzie jedno dziecko – i wystarczy. Tu choć jedno spróbuj wyhodować!” I nie rodzą dzieci. Ci ludzie nie rozumieją, na ile oni grzeszą, myśląc w ten sposób, nie ufając Bogu. Bóg jest „miłosierny”. Jemu łatwo jest przestać dawać małżonkom dzieci, jeśli On widzi, że oni nie mają już sił je wyhodować.

Wielu śpieszy się zawrzeć małżeństwo, nie myśląc o tym, że rodzenie dzieci i ich wychowanie w chrześcijańskim duchu powinno być celem (małżeńskiego życia). Ludzie nie chcą mieć wielu dzieci, aby nie obciążać siebie kłopotami, a potem trzymają w swoich mieszkaniach psy i koty. Opowiadali mi, że teraz w Ameryce [17] zamiast psów ludzie trzymają w domach świnki bardzo drogiej rasy. Te świnki pozostają małe, nie wyrastają. Je specjalnie wyhodowano takie, żeby można było trzymać je w mieszkaniach. Ludzie nie chcą mieć dzieci, ponieważ kłopotem jest dla nich mycie ich, pielęgnowanie. A prosiąt oni co – nie myją? Pies, no dobrze, – on przynajmniej jest stróżem. Ale trzymać w domu świnię! Straszna rzecz! Będąc w Australii [18], ja widziałem „dom starców” dla psów i kotów. Tam był nawet cmentarz dla zwierząt! Wszystko idzie do tego, że ludzie będą hodować myszy i konserwować je, aby karmić koty, a zające i króliki będą hodować i konserwować je w słojach, aby karmić psy! A w tym samym czasie inni ludzie będą umierać z głodu. I popatrz: jeśli ktoś zabije psa, możliwe, że zapłaci za to większą karę, niż gdyby zabił on człowieka (oczywiście, zależy to od tego, do kogo ten pies należał). Do czegoż to doszliśmy!.. Człowiek w naszych czasach jest tańszy niż pies. Ja dziwię się temu, co mówią niektórzy duchowni. Pewnego razu do mnie do celi przyszli pielgrzymi i zapytali mnie: „Geronda, czy Święty Ioann Złotousty gdzieś pisze, że małżonkowie nie powinni rodzić dzieci?” – „Cóż wy takiego mówicie? – zdziwiłem się. – Gdzie wy to usłyszeliście?” – „A oto, – mówią, – taki-to ojciec nam powiedział”. Spotkawszy tego ojca, zapytałem go: „Ty co, naprawdę to powiedziałeś?” – „Tak”, – odpowiedział on. „Gdzież ty coś takiego wyczytałeś?” – „Święty Ioann Złotousty mówi o tym w swoim „Słowie o dziewictwie””, – odpowiedział on mi. „Słuchaj no, mówię mu. Ja u Świętego Ioanna Złotoustego tego nie czytałem, ale Święty takich rzeczy mówić nie może. On ma na myśli coś innego. Przynieś książkę, abym popatrzył, co tam napisane”. Przynosi on książkę i pokazuje miejsce. Zaczynam czytać i widzę, że Święty pisze następujące: „Teraz ludzie pomnożyli się i możliwość życia w dziewictwie u was też jest: to nie jak wcześniej, kiedy ludzie musieli zostawiać po sobie potomków” [19]. To znaczy Święty nie mówi „nie rodźcie dzieci”. Ale ten batiuszka nalegał na swoim. Kapłan, mający teologiczne wykształcenie, a szerzy taką bzdurę! On chce przedstawić siebie oczytanym, pokazać, że jest znawcą teologicznego dziedzictwa Ioann Złotoustego, aby ludzie uważali go za dobrego ojca duchowego. Wiecie, jaką szkodę wyrządzają takie wypaczone interpretacje ludziom, którzy chcą uspokoić swoje myśli?

Dla wielu ludzi, żyjących świecko, rodzina dziś pozbawiona jest sensu. Dlatego tacy ludzie nie zawierają małżeństwa, albo też, zawierając je, unikają rodzenia dzieci, albo zabijają dzieci aborcjami i w ten sposób sami wyniszczają swój ród. To znaczy nie Bóg niszczy ludzi – ludzie niszczą siebie sami. Podczas gdy ludzie wierzący, przestrzegający przykazania Boże, przyjmują Bożą Łaskę, ponieważ Bóg, jeśli można tak się wyrazić, zobowiązany jest pomagać im w trudne lata, które my przeżywamy. My widzimy chrześcijan, mających rodziny, i wychowujących swoje dzieci w bojaźni Bożej ile by dzieci On im nie dał. I wszystkie dzieci (takich rodziców) są zrównoważone, radosne. Te dzieci – błogosławieństwo Boże. One wyrastają na dobrych starannych ludzi. My oto ciągle mówimy: „Cóż to będzie ze światem?” – ale jednocześnie widzimy, jak Łaską Bożą teraz nabiera dorasta dobre pokolenie. Diabeł stara się wszystko zniszczyć, ale i Dobry Bóg też się trudzi. On nie dopuści tego, aby nasz naród zniknął z powierzchni ziemi.

Trudności w rodzeniu dzieci

- Geronda, jeśli nieprawosławna kobieta jest bezdzietna, to czy dopuszczalne jest, jeśli ona poprosi, dać jej jako błogosławieństwo paseczek, który my nawskrzyż przykładamy do świętych relikwii priepodobnego Arsienija Kapadockiego? [20]

- A czy wierzy ona w moc Świętego czy też chce otrzymać pomoc w magiczny sposób? Jeśli wierzy, to nosić taki paseczek ona może.

Niektóre bezpłodne kobiety nie zawierały małżeństwa wtedy, kiedy trzeba było to zrobić, i dlatego teraz wobec nich działają prawa duchowe [21]. Niektóre wybredne dziewczyny zaczynają wybierać kawalerów: „Nie, ten mi nie podoba się, a ten nie w moim guście”. Poobiecawszy kawalerowi wyjść za niego za mąż, taka panienka jednocześnie patrzy na innego, potem mówi pierwszemu „nie”, i on chce skończyć życie samobójstwem, zamiast tego aby uznać za błogosławieństwo to, że ona oszukała go jeszcze, w skrajnej mierze, przed tym, jak oni pobrali się, a nie potem. E-e, bo jaką rodzinę stworzy taka dziewczyna? A są kobiety, które są bezpłodne, ponieważ w młodości one żyły rozwiązłym grzesznym życiem. Są i takie, których przyczyna bezpłodności – w złym wyżywieniu, ponieważ wiele produktów spożywczych zawiera w sobie całe mnóstwo chemikaliów i hormonów.

Są i takie małżeńskie pary, które chcą mieć dziecko zaraz, jak tylko się pożenią. A jeśli poród dziecka spóźnia się, to oni zaczynają martwić się i niepokoić. Jak zaś oni zrodzą dziecko, jeśli sami są pełni niepokoju i trwogi duszy? Oni urodzą dziecko wtedy, kiedy wygonią z siebie niepokój i trwogę duszy i skierują swoje życie na właściwe duchowe tory.

Czasem Bóg świadomie zwleka i nie daje jakiejś parze małżeńskiej dzieci. Popatrzcie: przecież Świętym Bogoojcom Joachimowi i Annie, i Świętym prorokowi Zachariaszowi i Elżbiecie On dał dziecko w starości, aby wypełnić Swój przedwieczny plan o zbawieniu ludzi.

Małżonkowie zawsze powinni być gotowi przyjąć w swoje życie wolę Bożą. Bóg nie opuszcza człowieka, który z zaufaniem powierza siebie Jemu. My nie robimy nic, a ile robi dla nas Bóg! Z jaką miłością i hojnością On daje nam wszystko! Czyż jest coś takiego, co będzie Bogu ponad siłę? U pewnej małżeńskiej pary było pięcioro dzieci, ale, osiągnąwszy dorosły wiek, ich dzieci stworzyły swoje własne rodziny i wyfrunęły z rodzinnego gniazda. Ojciec i matka zostali sami. Wtedy oni zdecydowali urodzić jeszcze jedno dziecko, aby w starości mieć je obok siebie. Żona już była w tym wieku, kiedy poczęcie jest niemożliwe, i ich pragnienie po człowieczemu wydawało się niemożliwe. Jednak, mimo tego, małżonkowie mieli wielką wiarę w Boga, i urodził się im syn, który był im pocieszeniem w starości. I jego oni też postawili na nogi, wyprowadzili, wychowali na ludzi.

Rodzenie dzieci zależy nie tylko od człowieka. Ono zależy i od Boga. Widząc, że u małżonków, doświadczających trudności w związku z rodzeniem dzieci, jest pokora, Bóg może nie tylko dać im dziecko, ale i uczynić ich wielodzietnymi. Jednak, widząc w małżonkach upór i egoizm (Bóg nie spełnia ich pragnienia, dlatego że) spełniwszy ich prośbę o urodzenie dzieci, On spełni ich upór i egoizm. Małżonkowie powinni całkowicie oddać siebie Bogu. Oni powinni powiedzieć: „Boże mój, Ty troszczysz się o nasze dobro, „niech będzie wola Twoja”” (Mt.6:10). W tym przypadku ich prośba spełni się. Przecież wola Boża spełnia się w tym przypadku, kiedy my mówimy „niech będzie wola Twoja” i z zaufaniem do Boga powierzamy Mu siebie. Ale my, choć i mówimy „niech będzie wola Twoja”, jednocześnie nalegamy na naszej własnej woli. No a co może zrobić dla nas Bóg w tym przypadku?

Małżeńska bezpłodność

- Geronda, do nas zwróciła się pewna małżeńska para. I on, i ona mają ukryte objawy talasemii. Ci ludzie zapytali nas, czy powinni oni mieć dzieci. My zaproponowałyśmy aby się poradzili z ich ojcem duchowym.

- Ojcowie duchowi nie mogą zabronić takim małżeńskim parom mieć dzieci. Duchowi nauczyciele powinni pielęgnować w takich małżonkach luboczestije, aby oni przykładali staranność do wstrzemięźliwości. I z rozsądkiem ojcowie duchowi powinni okazywać im wyrozumiałość.

- Geronda, są małżeńskie pary, które, żyjąc bardzo duchowo i pragnąc mieć dziecko, nie mogą tego uczynić.

- Wielu ludziom Bóg nie daje dzieci, dla tego, aby pokochawszy dzieci całego świata jak swoje własne, ci ludzie pomogli ich duchowemu odrodzeniu. Pewien człowiek nie miał dzieci, ale, kiedy on wychodził z domu, dzieci z sąsiednich domów zbiegały się do niego i z miłością otaczały go. One nie pozwalały mu iść do pracy. Widzicie: Bóg nie dał temu człowiekowi swoich dzieci, ale On dał mu błogosławieństwo, aby wszystkie sąsiedzkie dzieci kochały go jak ojca, on na swój sposób pomagał im duchowo. Sądy Boże – to bezdenność.

A w innych przypadkach Bóg nie daje małżonkom dzieci, aby urządzić jakąś sierotkę. Ja znałem jednego dobrego chrześcijanina, adwokata. Będąc raz w mieście, gdzie on żył, odwiedziłem jego dom, on bardzo serdecznie przyjął mnie, i zostałem u niego na dzionek w gości. Poznałem jego małżonkę. Ona była podobna cnotami na swego męża. Od niej dowiedziałem się, jakie duchowe życie prowadzi jej mąż, a od niego – o tym, w jakim duchowym stanie jest jego żona.

Potem dowiedziałem się o tych ludziach od innych chrześcijan, którzy znali ich i przyjmowali od nich przeróżne dobrodziejstwa. Ten człowiek Boży uczciwie zajmował się adwokacką praktyką. Widząc, że oskarżony był rzeczywiście oszustem, on nie tylko nie brał się go bronić, ale i surowo demaskował, aby doprowadzić go do uczucia. Widząc, że człowiek jest winien, ale jest u niego pokajanie, on próbował zawrzeć ugodę w jego sprawie albo starał się, aby wydano mu łagodniejszy wyrok. Widząc, że niesprawiedliwe oskarżenie pada na jakiegoś biedaka, on całkowicie nieodpłatnie stawał w jego obronie i starał się uniewinnić nieszczęśnika na sądzie. Ten człowiek żył bardzo prosto, dlatego tych niewielu pieniędzy, które on zarabiał, wystarczało mu na życie, i jeszcze na to, aby pomagać biednym rodzinom. Dom tego wierzącego adwokata był prawdziwą duchową oazą pośród (duchowej) Sahary miasta, gdzie on żył. Tam zbierali się cierpiący, biedni, bezrobotni ludzie, przychodzili ci, którzy mieli problemy w rodzinie. I wszystkim tym nieszczęsnym on pomagał, podtrzymywał, wspierał ich jak dobry ojciec. U tego człowieka byli znajomi na odpowiedzialnych stanowiskach. Oni lubili i cenili go, i dlatego, kiedy on dzwonił do swoich wysoko postawionych znajomych, aby pomóc biedakowi w jakiejś sprawie czy w chorobie, nikt mu nie odmawiał. W ten sam sposób pracowała i jego żona. Ona pomagała biednym dzieciom albo młodym ludziom, którzy nie mieli środków do nauki. Ona był im jak rodzona matka. Jednak w rozmowie ze mną tej kobiecie przypadkowo wyrwało się: „Przed zamążpójściem, ojcze ja uczyłam w starszych klasach. Zaraz po ślubie rzuciłam pracę, ponieważ zdecydowałam się zostać dobrą matką. Prosiłam Chrystusa, aby On dał mi dużo dzieci – niech nawet dwadzieścioro – dzieci, ale, niestety, On nie dał mi ani jednego”. Wtedy odpowiedziałem jej: „U ciebie, siostro, ponad pięćset dzieci. I ty jeszcze narzekasz? Chrystus widział twoją dobrą wolę. I On wynagrodzi ciebie za nią. Teraz, pomagając duchowemu odrodzeniu tylu dzieciom, ty jesteś matką lepszą, niż wiele innych. Ty wyprzedzasz nawet wszystkie wielodzietne matki! I ta nagroda, którą otrzymasz, też będzie o wiele większą, ponieważ, odradzając się duchowo, dzieci duchowo zabezpieczają swoją przyszłość w życiu wiecznym”. Oprócz tego wszystkiego, ci ludzie zaadoptowali jedną dziewczynkę, dla której zapisali cały swój majątek. Adoptowana córka opiekowała się nimi w starości i, pogrzebawszy ich, odeszła do monasteru. Ale przecież i dom tych ludzi był jak monaster! Tam odprawiane były wszystkie cerkiewne nabożeństwa. Na Wieczerni i na powieczerii razem z nimi modlili się i inni bracia i siostry w Chrystusie, a połunoszcznicę i jutrznię oni czytali we trójkę. Ci błogosławieni ludzie pomagali wielu cierpiącym. Niech Bóg da pokój i ich duszom.

Dlatego ja i mówię, że najlepszy i najbardziej wielodzietny ojciec – to człowiek, który, odrodziwszy się duchowo, pomaga duchowemu odrodzeniu dzieci całego świata, dla tego aby one zabezpieczyły przyszłość swoich dusz w Raju.

- Geronda, niektórzy małżonkowie, cierpiąc z powodu bezpłodności, myślą o adoptowaniu maleństwa.

- Tak, takim ludziom lepiej adoptować dziecko, im nie trzeba (egoistycznie) uparcie pragnąc rodzić własne dziecko. Pragnienie człowieka i wola Boża – to nie zawsze jedno i to samo.

- Geronda, czy powinni przybrani rodzice po osiągnięciu przez dziecko pewnego wieku powiedzieć mu, że oni je adoptowali?

- Lepiej, kiedy dziecko podrośnie, powiedzieć mu o tym. Ale najważniejsze – aby przybrani rodzice kochali dziecko mocno i prawidłowo. Są dzieci, które kochają cudzych ludzi bardziej, niż rodzonego ojca i matkę, ponieważ u ich rodziców nie ma miłości.

Wielodzietna rodzina

Bóg szczególnie lubi rodziny wielodzietne. O nich On przejawia szczególną troskę. W dużej rodzinie dzieciom dawane są liczne sprzyjające możliwości dla normalnego rozwoju – pod warunkiem, że rodzice wychowują je prawidłowo. Jedno dziecko w wielodzietnej rodzinie pomaga drugiemu. Starsza córka pomaga matce, średni opiekuje się młodszym i tak dalej. Czyli takie dzieci oddają siebie sobie nawzajem w atmosferze ofiarności i miłości. Młodszy kocha i szanuje starszego. Ta miłość i szacunek pielęgnowane są w wielodzietnej rodzinie w naturalny sposób.

Dlatego jeśli w rodzinie jest tylko jedno czy dwoje dzieci, to rodzice muszą być bardzo uważni odnośnie tego, jak oni je hodują. Zwykle (w takich niewielodzietnych rodzinach), rodzice starają się, aby dzieci nie miały żadnych wymuszonych potrzeb. Takie dzieci mają wszystko, czego tylko zapragną, i w ten sposób wyrastają do niczego niedostosowane. Weźmy, na przykład, dziewczynkę – jedyne dziecko bogatych rodziców. U niej jest służąca, która w odpowiednim czasie nakryje jej do stołu, posprząta w jej pokoju i zrobi wszystkie konieczne prace w domu. Służąca otrzymuje za swoją pracę pieniądze, ale jednocześnie ona doskonali się (w cnocie), ponieważ przynosi pożytek innym. Podczas gdy dziewczyna, którą ona obsługuje, nie przyuczając się do żadnej ofiarności, pozostaje „pieńkiem”, niewypielęgnowanym, nieokrzesanym człowiekiem. Ja radzę młodzieńcom żenić się z dziewczynami z wielodzietnych rodzin, ponieważ dzieci, które wyrastają w przymuszonych potrzebach, przyzwyczajają się do ofiarności, zawsze myślą, jak pomóc rodzicom. Z dziećmi, które rosną tarzając się jak ser w oleju (w luksusach), takie zdarza się rzadko.

Jednak nie tylko dzieci, ale i rodzice w wielodzietnych rodzinach mają bogate serce. Pamiętam, jak podczas okupacji [22] w jednym z sąsiednich domów maluch został okrągłym sierotą. Jeden biedak – głowa rodziny, w której było dziesięcioro dzieci, – zlitował się nad nieszczęsnym sierotą, wziął go do swego domu i wyhodował razem ze swymi rodzonymi dziećmi. I wiecie, jakie błogosławieństwa dawał potem temu człowiekowi Bóg! Bo czyż Bóg może zostawić bez pomocy człowieka, mającego takie luboczestije?

Człowiek, u którego dużo dzieci, może początkowo zderzać się z trudnościami. Ale Bóg takiego człowieka nie opuści. Opowiem wam o jednym przypadku. Pewnego razu głowa rodziny, w której było sześcioro dzieci, poprosił mnie pomodlić się o to aby Bóg zmiękczył (serca) ludzi, u których on wynajmował dom, i oni nie wyganiali go na ulicę. Ku nieszczęściu, wielu gospodarzy, wynajmujących swoje domy rodzinom z dwójki osób i pięciu psów czy kotów, zanieczyszczających w domu i wokół niego, nie chcą wynajmować go wielodzietnym rodzinom, bojąc się, że dzieci niby coś zepsują w ich domu. I oto ten nieszczęsny wielodzietny ojciec po prostu wybił się z sił: jeden gospodarz wyganiał go z domu, drugi w ogóle odmawiał wynająć mieszkanie, i on był zmuszony poniewierać się z dziećmi i rzeczami z domu do domu. Aby wykarmić rodzinę, ten człowiek pracował niestrudzenie. On i z właścicielami nie targował się o czynsz – on zadowalałby się, gdyby właściciele po prostu pozwolili mu przeżyć w domu kilka lat, odpocząć od ciągłych przeprowadzek. Kiedy ja to usłyszałem, odczułem ból za niego. „Nie rozstrajaj się, – powiedziałem mu. – Bóg troszczy się o twoje dzieci. Przecież On – Stwórca, Który daje dzieciom najważniejsze – duszę, podczas gdy ty ze swoją żoną jako współtwórcy Boga dajecie im ciało. Dlatego, Bóg troszczy się o wasze dzieci bardziej, niż wy sami”. Nie zdążyło upłynąć dwa-trzy miesiące, jak ten człowiek, radosny, znów przyszedł do mnie i powiedział: „Chwała Bogu, Bóg podarował nam dom, i pieniędzy zostaje mi jeszcze dużo”. Ja zapytałem go, co się wydarzyło, i on opowiedział następujące: „Wracając do swojej wioski, siedziałem na przystanku oczekując na autobus. Do mnie podszedł roznosiciel losów i zaproponował kupić los. Ja, będąc chrześcijaninem losów nie kupuję, trzymam się tego jako zasady. I dlatego odmówiłem. Jednak, zobaczywszy, że on odchodzi, ja pomyślałem o tym, że, być może, ten człowiek jest w wielkiej potrzebie. Dlatego ja znów przywołałem go i wyjąłem pieniądze, aby zapłacić za jeden los, ale samego losu przy tym nie brać. Jednak sprzedawca był człowiekiem luboczestnym i brać po prostu pieniędzy nie zechciał. Wtedy ja też zachwiałem się i, pragnąc mu pomóc, powiedziałem: „No, dobrze, daj jeden los, on mi przyda się”. – „Niech ten człowiek trochę uraduje się, – pomyślałem, – no a ja, złamawszy swój „typikon” (zasadę), niech i rozstroję się trochę – nic strasznego”. I oto kupiony los okazał się szczęśliwym. Wygrałem wielką sumę pieniędzy, kupiłem dom, i, oprócz tego, zostały mi pieniądze, aby wyhodować dzieci. A dowiedziawszy się, gdzie żyje sprzedawca losów, niezauważalnie poszedłem do niego do domu i zostawiłem u niego w skrzynce pocztowej kopertę ze znaczną kwotą pieniędzy. Ja wiedziałem, że gdybym dał mu te pieniądze do ręki, to on by ich nie przyjął”. Zadziwiająca sprawa, jak działa w luboczestnych ludziach miłość Boża!

Straszny grzech aborcji

- Geronda, jedna czterdziestoletnia pani, matka dorosłych dzieci, zaszła w ciążę i teraz jest w trzecim miesiącu. Jej mąż nalega na aborcję i grozi, że w przeciwnym razie rozwiedzie się z nią.

- Jeśli ona popełni aborcję, to odpłacać za nią będą jej inne dzieci – chorobami i nieszczęsnymi wypadkami. Dzisiaj rodzice zabijają swoje dzieci aborcjami i tracą błogosławieństwa Boże. W poprzednich czasach, jeśli dziecko rodziło się chorym to je chrzcili, i ono umierało jak aniołeczek. I nie było podstaw martwić się odnośnie jego pośmiertnego losu. U rodziców zostawały inne – mocne – dzieci, i przy tym z rodzicami przebywało i błogosławieństwo Boże. A teraz zdrowych dzieci rodzice zabijają aborcjami, a dzieci chorych starają się siłą utrzymać przy tym życiu. Rodzice jeżdżą po Angliach i po Amerykach, aby wyleczyć swoje chore dzieci. W ten sposób z pokolenia na pokolenie dzieci rodzą się coraz mniej i mniej zdrowymi. Ponieważ jeśli rodzicom uda się wyleczyć swoje dzieci i one nie umrą i zawrą związek małżeński, to zrodzone przez nich dzieci też mogą być chore. Widzisz, co z tego wszystkiego wychodzi? A oto gdyby rodzice rodzili nie jedno, a kilkoro dzieci, to oni nie musieliby tak zabijać się, tułać się po lekarzach i zagranicach, aby przedłużyć życie chorego dziecka. Chore dziecko odchodziłoby do Boga. I odchodziłoby do Niego jak Anioł.

- Geronda, ja gdzieś czytałam, że każdego roku na całym świecie dokonywanych jest 50 milionów aborcji [23], od których umiera 200 tysięcy kobiet.

- Dzieci zabijają dlatego, że jeśli zaludnienie pomnoży się, to, jak mówią, żyjący nie będą mieli co jeść, ludziom nie będzie wystarczać niezbędnego. Ale przecież jest tyle pustych placów, tyle lasów, a przy współczesnych technicznych środkach można je szybko przemienić, na przykład, w gaje oliwkowe, które można rozdać biedakom. I przy tym nie ma niebezpieczeństwa, że wycięcie lasów doprowadzi do braku tlenu, ponieważ na miejscu dzikich drzew będą posadzone drzewa owocowe. W Ameryce spalają pszenicę, tu, w Grecji, owoce i inne plony zakopują w ziemię (aby nie spadała ich cena). A tymczasem w Afryce ludzie umierają z głodu. Kiedy w Abisynii panowała straszna susza i ludzie umierali z wycieńczenia, ja poprosiłem znajomego właściciela statku, który pomaga ludziom w podobnych przypadkach, aby zwrócił się z prośbą do tych, którzy zakopują owoce i warzywa do ziemi, i poprosił ich aby bezpłatnie załadowali nimi statek, aby zawieźć głodującym. Ale mimo tego jak bardzo on prosił ich o to, oni odpowiedzieli mu odmownie.

Ileż tysięcy ludzkich zarodków codziennie zabijają! Aborcja – to straszny grzech. Aborcja – to zabójstwo, i nie po prostu zabójstwo, a zabójstwo bardzo ciężkie, ponieważ zabijają nieochrzczone dzieci. Rodzice powinni pojąć, że życie człowieka zaczyna się od jego poczęcia.

Pewnej nocy z woli Bożej przytrafiło mi się przeżyć straszne widzenie. Po tym ja zrozumiałem, czym jest aborcja! Była noc przed wtorkiem Świetłoj Siedmicy (Wielkanocnego Tygodnia). Jak zwykle zapaliłem dwie świece i postawiłem je do dwóch puszek po konserwach. Zwykle te świece płoną i w tym czasie, kiedy ja śpię. Ja stawiam je za tych, kto cierpi duszą i ciałem – mam na uwadze i żywych, i zmarłych. I oto o dwunastej w nocy, czyniąc modlitwę Jezusową, zobaczyłem wielkie, ogrodzone kamiennym ogrodzeniem pole. Pole było zasiane pszenicą, kiełki ledwie-ledwie zaczęły wyrastać. Stojąc za ogrodzeniem, zapalałem świece za zmarłych i stawiałem je na kamiennym murze. Z lewej strony widniał bezwodny, bezpłodny teren – same skały i kamieniste urwiska. Ten teren nie przestawał trząść się od silnego zgiełku, w który zlewały się tysiące rozdzierających duszę, rozrywających serce krzyków. Nawet najbardziej zatwardziały człowiek, usłyszawszy to, nie mógłby zostać obojętnym. Cierpiąc od tych krzyków i nie rozumiejąc, co się dzieje, usłyszałem głos, mówiący mi: „Pole, zasiane pszenicą, która nie zaczęła jeszcze kłosić się, – to cmentarz dusz zmarłych, które zmartwychwstaną. W miejscu, trzęsącym się i drżącym od rozdzierających dusze krzyków, znajdują się dusze dzieci, zabitych aborcją”. Przeżywszy coś takiego, ja już nie mogłem dojść do siebie od tego wielkiego bólu, którego doznałem za dusze tych dzieci. I położyć się odpocząć też nie mogłem, pomimo tego że byłem bardzo zmęczony.

- Geronda, a czy można coś przedsięwziąć, aby została uchylona ustawa, legalizująca aborcje?

- Można, ale trzeba, aby państwo, Cerkiew zadziałały – aby ludzie dowiedzieli się o tych następstwach, do których doprowadzi niedostatek urodzeń. Kapłani powinni wytłumaczyć ludziom, że prawo o aborcji przeczy przykazaniom Ewangelii. Lekarze – ze swej strony – powinni mówić o tych niebezpieczeństwach, na jakie naraża się czyniąca aborcję kobieta. Popatrz: europejczycy, mając wychowanie, przekazali je w dziedzictwo i swoim dzieciom. My zaś, mający wcześniej bojaźń Bożą, straciliśmy ją i nie zostawiliśmy przyszłemu pokoleniu niczego. Dlatego teraz my pozwalamy na aborcje, legalizujemy cywilny ślub…

Jeśli ewangeliczne przykazanie naruszy jeden człowiek, to odpowiedzialność pada na jego jednego. Jednak jeśli coś przeczące przykazaniom Ewangelii staje się państwowym prawem, to gniew Boży przychodzi na cały naród – dlatego aby go wychować.

Rozdział drugi. O roli matki w wychowaniu dzieci

Macierzyńska miłość

- Geronta, pewnego razu Wy powiedzieliście nam, że od miłości człowiek rośnie, dojrzewa.

- Po prostu kochać kogoś – to jeszcze mało. Trzeba kochać człowieka bardziej, niż siebie samego. Matka kocha swoje dzieci bardziej, niż siebie. Dla tego żeby nakarmić dzieci, ona pozostaje głodną. Jednak radość, której ona doświadcza, jest większa od tej radości, której doświadczają jej dzieci. Maluchy odżywiają się cieleśnie, a matka – duchowo. One doświadczają zmysłowego smaku pokarmu, podczas gdy ona raduje się duchową radością.

Jakaś dziewczyna przed zamążpójściem może spać do godziny dziesiątej i przy tym jeszcze liczyć na to, że matka podgrzeje jej mleko na śniadanie. Ta dziewczyna leni się aby wykonać jakąkolwiek pracę. Ona chce żyć mając wszystko gotowiutkie. Chce, aby wszyscy ją obsługiwali. Do matki ona ma roszczenia, do ojca roszczenia, a sama rozkoszuje się nieróbstwem. Nie patrząc na to że w jej (żeńskiej) naturze jest miłość, ona nie rozwija się, ponieważ nie przestaje przyjmować pomocy i błogosławieństwa od matki, od ojca, od braci i sióstr. Jednak, zostawszy matką sama, ona zaczyna upodabniać się do samoładującego się urządzenia, które im bardziej napręża się w pracy, tym bardziej ładuje się – ponieważ w niej nie przestając działa miłość. Wcześniej, dotknąwszy się do czegoś brudnego, ona odczuwała uczucie obrzydzenia i dokładnie myła ręce z pachnącym mydłem. A teraz, kiedy jej dziecko narobi w spodenki i trzeba je wyprać, ona doświadcza takiego uczucia, jakby brała w ręce marmoladkowe cukierki! Obrzydzenia ona nie odczuwa. Wcześniej, kiedy ją budzili, ona głośno wyrażała niezadowolenie tym, że ją zaniepokoili. Teraz, kiedy jej dziecko płacze, ona nie śpi całą noc, i nie sprawia to jej trudności. Ona troszczy się o swoje dziecko i raduje się. Dlaczego? Ponieważ ona przestała być dzieckiem. Ona została matką, i pojawiła się u niej ofiarność, miłość.

Trzeba powiedzieć i o tym, że matka osiąga większą miłość i ofiarność, niż ojciec, ponieważ ojcowi nie nadarza się tylu sprzyjających możliwości składać siebie w ofierze (poświęcać się). Matka męczy się z dziećmi, guzdra się z nimi więcej, niż ojciec, ale jednocześnie ona „doładowuje się” od dzieci, oddaje im całą siebie. A ojciec i nie męczy się z dziećmi tak dużo, jak matka, ale i nie „doładowuje się” od nich, dlatego jego miłość nie jest tak wielka, jak miłość macierzyńska.

Ileż matek przychodzi do mnie ze łzami w oczach i prosi: „Pomódl się, ojcze, za moje dziecko”. Wiecie jak one przeżywają! Od niewielu mężczyzn można usłyszeć: „Pomódl się, moje dziecko zbłądziło z drogi”. Tak oto i dzisiaj przychodziła pewna matka z ośmiorgiem dzieci. Z jakimż drżeniem ta biedulka popychała swoje maluchy do przodu i ustawiała je w rządek, aby wszystkie one mogły wziąć błogosławieństwo. Zobaczyć ojca, postępującego w ten sposób, – wielka rzadkość. I Rosja utrzymała się dzięki matkom. Ojcowskie objęcie – jeśli w nim nie ma Łaski Bożej – jest suche. A objęcie macierzyńskie – nawet bez Boga – ma w sobie mleko. Dziecko kocha swego ojca i szanuje go, ale i ta miłość do ojca wzmacnia się od czułości i ciepła macierzyńskiej miłości.

Prawidłowy stosunek wobec bezdzietności

Jeśli nie mająca dzieci kobieta nie odnosi się do swojej sytuacji duchowo, to ona cierpi. Jakże ja wymęczyłem się z jedną kobietą, nie mającą dzieci! Mąż tej nieszczęsnej zajmował wysokie stanowisko. Posiadała ona kilka domów, które wynajmowała. Oprócz tego, oni mieli wielki dom, w którym ona żyła z mężem, który wziął od niej w swoim czasie niemały posag. Ale wszystko jej było ciężarem: i na rynek pójść, i jedzenie przygotować… A i nie umiała ona jednak gotować. Siedząc w domu, dzwoniła do restauracji i stąd jej przynosili gotowe posiłki. Wszystko u niej było, jednak ona zadręczała się, bo nic jej nie radowało. Całymi dniami ona siedziała w domu: to jej było nie tak, tamto – nie siak. Jedno robić nudno, drugie – trudno… Potem zaczynały dusić ją myśli, i ona była zmuszona przyjmować tabletki. Jej mąż brał pracę do domu, aby było jej weselej, a ona, nie wiedząc, czym zabić czas, stała nad nim. Oczywiście, ona zanudziła tego biedaka: przecież, poza tym wszystkim, człowiek musiał i pracę wykonać! Spotkawszy się z nią, ja poradziłem jej: „Nie siedź ty całe dnie w domu! Przecież tak ty całkiem spleśniejesz! Pójdź do szpitala, odwiedź chorych…” – „A jak ja tam, ojcze, pójdę? – odpowiedziała mi ona. – Czyż takie zajęcie jest na moje siły!” – „W takim razie, – mówię, – zrób tak: jak przyjdzie pora czytać pierwszą godzinę kanoniczną, czytaj ją, potem w odpowiednim czasie czytaj trzecią godzinę i tak dalej [24]. Uczyń i jeden-drugi pokłon…” – „Nie mogę”, – odpowiedziała. „Ech, – mówię, – to w takim razie bierz się za Żywoty Świętych”. Kazałem jej przeczytać żywoty wszystkich kobiet, które osiągnęły świętość, aby coś z przeczytanego wniknęło jej w duszę i pomogło. Z bardzo wielkim trudem udało się nawrócić ją na normalną drogę, aby ona nie stoczyła się do domu wariatów. Ta kobieta doprowadziła siebie do kompletnej niezdatności. Mocny silnik, ale olej w nim zastygł.

Tym wszystkim ja chcę powiedzieć, że kobiece serce dochodzi do niezdatności, jeśli ta miłość, którą ona ma w swojej istocie, nie znajduje sobie wyjścia. Ty popatrz: u innej kobiety może być pięcioro, sześcioro czy nawet ośmioro dzieci. Nieszczęsna może nie mieć ani grosza przy duszy, jednak ona raduje się. U niej jest i szlachetna wielkoduszność, i mężna wytrzymałość, niezłomność. Dlaczego? Dlatego, że ona znalazła swój cel.

Jeden przypadek wbił się w moją pamięć. U mego znajomego były dwie siostry. Jedna wyszła za mąż bardzo młodą i urodziła wiele dzieci. Ta kobieta składała siebie w ofierze. Oprócz tego, będąc krawcową, ona szyła ubrania i w ten sposób okazywał miłosierdzie dając ofiarę biedakom. A niedawno przyjechała i mówi mi: „U mnie przecież i wnuczęta są!” Przy tym jej serce drżało z radości. A druga siostra za mąż nie wyszła. Jednak i duchowej korzyści ze swego beztroskiego położenia ona nie wyciągnęła. W jakimż ona była stanie! Jak ona żyła – lepiej nawet nie pytać… Ona oczekiwała, aby staruszka matka ją obsłużyła, a jeszcze i narzekała, że ta robi to niedostatecznie gorliwie. Widzicie jak? Ona nie została matką, i dlatego w jej wnętrzu nic się nie zmieniło. Ale, pomagając tym, kto jest w ciężkiej potrzebie, ona mogłaby, puścić w zajęcie tę miłość, która już istnieje w żeńskiej naturze. Jednak ona tego nie uczyniła.

Dlatego ja mówię, że kobieta musi się poświęcać, składać siebie w ofierze. Mężczyzna – nawet jeśli on nie wypielęgnuje w sobie miłości, szczególnego uszczerbku nie cierpi. Jednak kobieta, mając w sobie miłość i nie ukierunkowując jej w potrzebnym kierunku, upodabnia się do włączonej obrabiarki, która, nie mając materiału do obróbki, pracuje bez efektu, trzęsie się sama i potrząsa innymi (zakłóca im spokój).

Macierzyńska wytrzymałość

- Geronda, swiatitiel Niektarij z Egiptu w jednym z listów do mniszek wzywa ich nie zapominać, że są kobietami, i naśladować priepodobne żony, a nie priepodobnych mężów. Dlaczego Swiatitiel tak mówi? Być może, dlatego, że kobietom nie wystarcza wytrzymałości?

- Komu? To kobietom nie wystarcza wytrzymałości? A ja wprost podziwiam, jaka u nich wytrzymałość! One są przecież siedmiożyłowe! Ciało kobiety może być słabsze, niż męskie, ale ma ona (silne) serce, i pracując nim, ona ma taką wytrzymałość, która przewyższa męską siłę. Tak, mężczyzna ma cielesne siły, ale serca, które jest u kobiety, on nie ma. Kiedyś obserwowałem jedną kotkę, która przyszła do mnie do celi ze swoimi kociętami. Chuda-chudziutka, żebra można było policzyć. Pewnego razu do mnie wbiegł duży myśliwski pies. Kudr – tak nazywał się kot – rzucił się do ucieczki, a kotka przygotowała się do walki, wygięła się jak łuk, przyjęła groźną pozycję i była gotowa rzucić się na psa. Ja byłem zdumiony: skąd u niej wzięło się tyle odwagi! Widzisz: ona broniła swoje kocięta.

Matka cierpi, wybija się z sił, ale ani bólu, ani z męczenia przy tym nie odczuwa. Ona przymusza siebie (do pracy), ale, kochając dzieci, kochając swój dom, wszystko robi z radością. Człowiek, który całymi dniami leży na boku, męczy się bardziej, niż ona. Pamiętam, kiedy byliśmy mali, nasza mama musiała nosić wodę z daleka, a jeszcze gotować, piec chleb, prać ubrania, i do tego pracować w polu. Przy tym jeszcze i my – dzieci – nie dawaliśmy jej spokoju: kiedy kłóciliśmy się miedzy sobą, do jej licznych zajęć i kłopotów dołączały się jeszcze i sędziowskie obowiązki! Jednak ona mówiła: „To mój obowiązek. Ja mam obowiązek robić to wszystko i nie narzekać”. Ona wkładała w te słowa dobry sens. Ona kochała dom, kochała swoje dzieci i od prac i trosk nie wybijała się z sił. Ona wszystko robiła z sercem, z radością.

I im więcej upływa lat, tym mocniej matka kocha swój dom. Jej lata już nie takie, jak wcześniej, jednak, nie patrząc na to, ona poświęca siebie coraz bardziej i bardziej, aby wyhodować wnuki. Zostaje jej coraz mniej sił, jednak ona wypełnia wszystkie swoje obowiązki od serca, i jej siły przewyższają nawet siły jej męża, i te siły, które ona sama miała w młodości.

- Wiecie, Geronda, kobiety i w chorobie wyróżniają się większym opanowaniem, niż mężczyźni.

- Wiesz, w czym tu rzecz? Matka wielokrotnie ścierała się z tym, że zachorowało jej własne dziecko. I dlatego ona wie, czym jest choroba w ogóle, ona ma wielkie doświadczenie w tym zakresie. Ona pamięta, ile razy u jej maleństwa rosła temperatura i ile razy ona obniżała się. Ona widziała różne sceny: na przykład, jak duszące się czy tracące przytomność dziecko, wystarczyło je tylko troszkę poklepać po policzkach, odzyskiwało dobry stan. Mężczyzna tego wszystkiego nie widzi, i takiego doświadczenia on nie ma. Dlatego, dowiedziawszy się, że u dziecka wzrosła temperatura albo ono zbladło, mężczyzna wpada w panikę i zaczyna się denerwować: „Dziecko ginie! Co więc mamy teraz robić? I no, biegiem dzwonić do lekarza!”

Ciąża i karmienie piersią

Wychowanie dziecka zaczyna się od ciąży. Jeśli nosząca w łonie matka niepokoi się i rozstraja się, to zarodek w jej łonie też niepokoi się. A jeśli matka modli się i żyje duchowo, to dziecko w jej łonie uświęca się. Dlatego kobieta, będąc w ciąży powinna czynić modlitwę Jezusową, czytać coś z Ewangelii, śpiewać cerkiewne pieśni, nie niepokoić się duszą. Ale i bliscy też powinni być uważni, aby je nie niepokoić, nie rozstrajać. W takim przypadku urodzone dziecko będzie dzieckiem uświęconym i rodzice nie będą doświadczać z nim trudności – ani póki będzie ono maleńkie, ani kiedy podrośnie.

Potem, kiedy dziecko urodzi się, matka powinna karmić je piersią – im dłużej, tym lepiej. Macierzyńskie mleko daje dzieciom zdrowie. Żywiąc się z piersi, dzieci wchłaniają w siebie nie tylko mleko: one wchłaniają miłość, czułość, pociechę, bezpieczeństwo i w ten sposób stają się ludźmi z silnym charakterem. Ale, oprócz tego, karmienie piersią pomaga i samej matce. Jeśli matka nie karmi swoich dzieci piersią, to w organizmie kobiety pojawiają się anomalia i to może doprowadzić (do raka) i usunięcia piersi.

Dawniej, jeśli u matki było mleko, to ona mogła karmić piersią i swoje dziecko i sąsiedzkie. A teraz wielu matkom ciężko jest pokarmić piersią nawet własne dzieci. Matka, która nie pracuje i nie karmi dziecka piersią, przekazuje „mikroby” lenistwa i nieróbstwa i swemu dziecku. Wcześniej na puszkach ze skondensowanym mlekiem była narysowana mama, trzymająca w objęciach dziecko, a teraz na tych puszkach przedstawiają „mamę”, trzymająca w rękach kwiatki! Mamy nie karmią dzieci piersią, i dlatego dzieci wyrastają bez pocieszenia. Kto da im czułość i miłość? Puszka z mlekiem krowy? Maleństwa ssą smoczek, nałożony na „lodowatą”, szklaną butelkę, i ich serce też lodowacieje. A potem, osiągnąwszy dorosłość, one też szukają pocieszenia w butelce – w knajpach. Aby zapomnieć niepokój swojej duszy, one zaczynają pić i stają się alkoholikami. Jeśli dzieci same nie otrzymają czułości, to u nich nie wystarczy jej i na to, aby przekazać ją swoim dzieciom. Tak jedno wlecze za sobą drugie. A potem przychodzą matki i zaczynają prosić: „Pomódl się, ojcze! Ja tracę swoje dziecko”.

Pracująca matka

- Geronda, jeśli kobieta pracuje – to prawidłowo?

- A co mąż mówi w tej sprawie?

- On zostawia to dla jej wyboru.

- Kobiecie nie jest prosto zostawić swoją pracę i poświęcić się dzieciom, jeśli ona przed zamążpójściem zdobyła wykształcenie. A oto kobieta, która nie otrzymała wykształcenia pracująca na jakiejś prostej pracy, może zostawić ją bez problemu.

- Geronda, ja myślę, jeśli kobieta nie ma dzieci, to praca jest jej na korzyść.

- Cóż więc, według ciebie wychodzi, że jeśli u niej nie ma dzieci, to ona obowiązkowo powinna zajmować profesjonalną pracą? Przecież jest tak wiele innych rzeczy, którymi ona może zajmować się. Oczywiście, jeśli są u niej dzieci, to lepiej jej siedzieć w domu. Przecież w przeciwnym wypadku jak ona będzie mogła im pomóc?

- Geronda, wiele kobiet mówi, że one muszą pracować, ponieważ nie wiążą końca z końcem.

One nie wiążą końca z końcem, ponieważ chcą mieć telewizor, wideomagnetofon i temu podobne. Dlatego one powinny pracować, a rezultatem tego bywa to, że one nie dbają o własne dzieci i tracą je. Jeśli pracuje tylko ojciec i rodzina zadowolona jest z małego, to taki problem nie istnieje. A od tego, że pracuje i mąż, i żona – jakoby dla tego, że nie wystarcza im pieniędzy, – rodzina rozprasza się i traci swój prawdziwy sens. I co potem pozostaje robić dzieciom? Gdyby matka żyła bardziej prosto, to sami oni nie wybijali by się z sił, i dzieci ich byłyby radosne. Pewien człowiek znał siedem obcych języków, a jego żona podejmowała straszne wysiłki, aby nauczyć się czterech. A jeszcze ona udzielała prywatnych lekcji i dlatego, aby utrzymać formę do pracy, żyła na tabletkach. Dzieci tej pary rodziły się zdrowe, a wyrosły z chorobami duszy (psychicznymi). Dlatego oni zaczęli uciekać się do „pomocy” psychoanalityków… Dla tego ja radzę matkom uprościć swoje życie, aby być w stanie bardziej zajmować się dziećmi, które ich potrzebują. Inna sprawa, jeśli u matki w domu jest jakieś zajęcie, na które ona może przełączać się, kiedy zmęczy się opieką nad dziećmi. Siedząc w domu, matka może obserwować dzieci i zajmować się jakimś innym zajęciem. To pomaga rodzinie uniknąć wielu zaburzeń.

Dzisiaj ludzie „głodują” z powodu braku matczynej miłości. Ale nawet ojczystego macierzyńskiego języka one nie uczą się, ponieważ całe dnie matka spędza w pracy, a dzieci zostawia pod opieką obcych – często innorodnych – kobiet. Dzieci z sierocińca, gdzie wśród wychowawczyń okaże się kobieta, która złożyła przyrzeczenie o nie zawieraniu małżeństwa, z chrześcijańskiego żeńskiego bractwa, okazująca do nich choć trochę czułości, są w sytuacji tysiąc razy lepszej, niż te dzieci, których rodzice porzucają je na opiekę kobietom, biorącym za to pieniądze! A wiecie, do czego to wszystko prowadzi? Do tego, że jeśli u dziecka nie ma jednej mamy, to ma ono całą kupę nianiek!

Domowe gospodarstwo i duchowe życie matki

- Geronda, jak gospodyni domowa może zorganizować swoje obowiązki i troski, aby mieć czas na modlitwy? Jaki stosunek powinien być między pracą i modlitwą?

- Kobiety zwykle nie mają miary w zajęciach. One chcą dodawać do swoich prac i trosk ciągle wszystko nowe i nowe. Mając wielkie serce, kobiety mogłyby bardzo pomyślnie prowadzić „domowe gospodarstwo” swojej duszy, ale zamiast tego one trwonią serce na drobnostki. Wyobraźcie sobie, że u nas jest, na przykład, kielich, ozdobiony pięknymi wzorami, paskami i temu podobnym. Gdyby on nie był ozdobiony tymi paskami, to nie przeszkadzałoby to mu pełnić swojej funkcji. Jednak kobiety przychodzą do sklepu i zaczynają tłumaczyć sprzedawcy: „Nie-nie, ja potrzebuję, aby paski były oto aż dotąd i narysowane nie tak, a oto tak”. No a już jeśli jest tam narysowany kwiatek, to ich serce zaczyna wprost triumfować! W ten sposób, kobieta trwoni cały swój potencjał. Rzadko spotkasz mężczyznę, który zwraca uwagę na podobne rzeczy. Gdyby, na przykład jego lampka na stole była brązowa czy czarna – mężczyzna tego nawet nie zauważy. A kobieta (przeciwnie) – ona chce czegoś pięknego, ona cieszy się, oddaje temu pięknemu kawałek swego serca. Kolejnemu „pięknemu” ona oddaje kolejny kawałek, ale co potem zostaje dla Chrystusa? Ziewanie i zmęczenie podczas modlitwy. Im bardziej kobiece serce oddala się od pięknych rzeczy, tym bardziej przybliża się do Chrystusa. A jeśli serce jest oddane Chrystusowi, to ono posiada wielką siłę! Niedawno spotkałem kobietę, która całkowicie powierzyła siebie Bogu. Było widać, jak płonie w niej jakiś słodki płomień! Za każde zajęcie ona bierze się z zapałem. Wcześniej ta kobieta była całkiem świeckim człowiekiem, ale dobrze usposobioną, i w jakimś momencie w jej duszę wpadła iskra. Wszystkie swoje złote ozdoby i rozkoszną odzież ona wyrzuciła. Teraz ona żyje z zadziwiającą prostotą! Trudzi się ascetycznie, wykonuje nad sobą duchową robotę. Jaką ofiarnością wypełnione są jej postępki! Ona zaczęła „zazdrościć”, „naśladować” świętym – w dobrym sensie tego słowa. Wiecie, ile czotek ona przeciąga w modlitwie, jakich dokonuje postów, ile czasu poświęca na czytanie psałterza!.. Zadziwiająca sprawa! Asceza stała się teraz jej pokarmem.

- Geronda, jedna matka powiedziała mi: „Ja jestem cieleśnie słaba i bardzo męczę się. Ani zajęć swoich nie zdążam wykonać, ani czasu na modlitwę mi nie zostaje”.

- Dla tego aby zostawał czas na modlitwę, ona powinna uprościć swoje życie. Z pomocą prostoty matka może odnosić wielkie sukcesy. Matka ma prawo powiedzieć „ja się męczę”, jeśli ona uprościła swoje życie, a wiele trudzi się tylko dlatego, że ma wiele dzieci. Jednak, jeśli ona traci swój czas, starając się, żeby jej dom wywarł wrażenie na obcych ludziach, co tu powiesz? Niektóre matki, pragnąc, aby każda rzecz w ich domu pięknie leżała na swoim miejscu, uciskają, duszą swoje dzieci tym, że nie pozwalają im ruszyć z miejsca krzesła czy poduszki. One zmuszają dzieci żyć według zasad koszarowej dyscypliny, i w ten sposób dzieci, urodziwszy się normalnymi, wyrastają, ku nieszczęściu, już nie w pełni normalnymi. Jeśli niegłupi człowiek zobaczy, że w wielodzietnym domu każda rzecz leży na swoim miejscu, to on dojdzie do wniosku, że tu albo dzieci są upośledzone, albo matka, wyróżniająca się okrucieństwem i despotyzmem, zmusza je do wojskowej dyscypliny. W drugim przypadku w duszy dzieci żyje strach, i od tego strachu one zachowują się zdyscyplinowanie. Jakoś raz znalazłem się w domu, gdzie było dużo dzieci. Jakże radowały mnie maluchy swoimi dziecięcymi swawolami, które podważały światowy porządek, głoszący: „każda rzecz na swoim miejscu”. Ten „porządek” jest największą hańbą, całkowicie odbierającą siły u współczesnego człowieka.

W poprzednich czasach nie było duchowych książek, i matki nie mogły zająć siebie, pomóc sobie czytaniem. Teraz wydano ogromną ilość patrystycznych książek, wiele z nich przetłumaczonych jest na współczesny język, ale, niestety, większość matek (przechodzi obok całego tego bogactwa i) zajmuje swój czas głupotami albo też (stale) pracują, aby związać koniec z końcem.

Zamiast tego żeby skrupulatnie i rzetelnie zajmować się gospodarstwem domowym – rzeczami bezdusznymi – matce lepiej jest zająć się wychowaniem dzieci. Niech ona mówi im o Chrystusie, czyta im Żywoty Świętych. jednocześnie ona powinna zajmować się wyczyszczeniem swojej duszy – aby i ona duchowo błyszczała. Duchowe życie matki niepostrzeżenie, bezszumnie pomoże i duszom jej dzieci. W ten sposób, jej dzieci będą żyć radośnie i sama ona będzie szczęśliwa, ponieważ będzie miała ona w sobie Chrystusa. Jeśli matka nie może naleźć czasu nawet na to, aby przeczytać czy wygłosić „Swiatyj Boże”, to jak uświęcą się jej dzieci?

- Geronda, co robić, jeśli matka ma i dużo dzieci, i dużo pracy?

- Ale czyż ona nie może, wykonując prace domowe, jednocześnie modlić się? Mnie do Modlitwy Jezusowej przyuczyła mama. Kiedy my, będąc dziećmi, popełnialiśmy jakąś psotę i ona była gotowa rozzłościć się, to ja słyszałem, jak ona zaczynała na głos modlić się: „Hospodi, Iisusie Christie, pomiłuj mia” (Panie, Jezusie Chrystusie, zmiłuj się nade mną). Wsadzając do pieca chleb, mama wypowiadała: „Wo imia Chrysta i Prieswiatoj Bohorodicy” (W imię Chrystusa i Przenajświętszej Bogarodzicy). Mieszając ciasto i przygotowując jedzenie, ona też nieustannie odmawiała Modlitwę Jezusową. Tak uświęcała się ona sama, uświęcał się chleb i jedzenie, które ona przygotowywała, uświęcali się i ci, którzy je spożywali.

U iluż matek, mających święte życie, dzieci też były uświęcone! Wziąć na przykład matkę Starca Hadżi-Gieorgija. Ascetycznym było nawet mleko tej błogosławionej matki, karmiącej maleństwo Gawriiła – tak miał na imię Starec Hadżi-Gieorgij w świecie. Ta kobieta urodziła dwoje dzieci, a potem oni żyli ze swoim mężem w dziewictwie, kochając jedno drugie jak brat i siostra. Matka Hadżi-Gieorgija od dzieciństwa wyróżniała się ascetycznym duchem, ponieważ jej siostra była mniszką, ascetką. Swoją siostrę-mniszkę ona często odwiedzała i już będąc mężatką, przyjeżdżała do niej razem ze swymi dziećmi. Ojciec Gawriiła też był człowiekiem czcigodnym i pobożnym. On zajmował się handlem i dlatego większą część czasu spędzał w podróżach. To dawało jego matce sprzyjającą możliwość żyć prosto, nie troszcząc się i nie krzątając się o wiele spraw (Porównaj Łk.10:41), brać swego syna z sobą i chodzić razem z innymi kobietami na całonocne czuwania, które odprawiane były czasem w jaskiniach, czasem w różnych kapicach. Dlatego później jej syn osiągnął taki poziom świętości.

Pobożność matki ma wielkie znaczenie. Jeśli u matki jest pokora, jest bojaźń Boża, to wszystko w domu układa się jak trzeba. Ja znałem młode matki, których twarze lśnią, pomimo tego że te kobiety nigdy nie otrzymały pomocy. Mając kontakt z dziećmi, ja rozumiem, w jakim stanie są ich matki.

Rozdział trzeci. O odpowiedzialności rodziców za wychowanie dzieci

Rodzice powinni powierzyć swoje dzieci Bogu

Bóg dał pierwszym ludziom – Adamowi i Ewie – wielkie błogosławieństwo być Jego współtwórcami. Rodzicie, dziadkowie, pradziadkowie, swoją drogą, też są współtwórcami Boga, ponieważ oni dają swoim dzieciom ciało.

Bóg, jeśli można tak się wyrazić, zobowiązany jest troszczyć się o dzieci. Kiedy dziecko przyjmuje Chrzest Święty, Bóg przydziela mu i Anioła, aby ten chronił dziecko. W ten sposób, dziecko chronione jest przez Boga, poprzez Anioła Stróża i rodziców.

Anioł Stróż zawsze jest w pobliżu dziecka i pomaga mu. Im starsze staje się dziecko, tym bardziej jego rodzice uwalniają się od odpowiedzialności. Jeśli rodzice umrą, to Bóg – i z wysokości, i z bliska, a Anioł Stróż w pobliżu – kontynuują chronić dziecko nieustannie.

Rodzice powinni duchowo pomagać dzieciom, kiedy te są jeszcze maleńkie, ponieważ, kiedy one maleńkie, ich niedostatki też są małe, i łatwo je odciąć. One podobne są do młodego ziemniaka, którego skórka łatwo schodzi, wystarczy tylko potrzeć. Jednak jeśli ziemniak poleży, to potem, aby go oczyścić, potrzebny jest nóż. A jeśli on jeszcze i nadpsuty, to trzeba wciąć się tym nożem głębiej. Jeśli od najmłodszych lat dzieci otrzymają pomoc i napełnią się Chrystusem, to one zostaną blisko Niego na zawsze. Nawet jeśli, podrastając, one troszkę zbiją się z drogi z powodu wieku albo złego towarzystwa, to znów odzyskają rozsądek. Przecież strach Boży i pobożność, którymi były napojone ich serca w młodym wieku, nigdy już nie mogą z nich zniknąć.

Potem w okresie dojrzewania – w najtrudniejszym – wieku trwoga rodziców o dzieci staje się większa. Ta trwoga trwa do tego czasu, póki rodzice nie dadzą dzieciom wykształcenia i wprowadzą ich na drogę samodzielnego życia. Kiedy dzieci są w tym wieku, rodzice powinni zrobić wszystko, aby im pomóc. A to, co przekracza siły rodziców, należy powierzyć na Wszechmocnego Boga. Jeśli rodzice powierzą swoje dzieci Bogu, to Bóg zobowiązany jest pomóc w tym, czego nie można zrobić po ludzku. Na przykład, jeśli dzieci nie słuchają się rodziców, to rodzice powinni powierzyć je Bogu, a nie uciekać się do poszukiwania przeróżnych sposobów, aby ich „złamać”. W takim przypadku matka powinna powiedzieć Bogu następujące: „Boże mój, moje dzieci mnie nie słuchają. Ja nie mogę nic zrobić. Zatroszcz się o nie Sam”.

Wywarła na mnie wrażenie jedna matka, która parę dni temu przyszła tu na całonocne czuwanie. Znałem tę kobietę od dawna. Ona podeszła mnie powitać. Zobaczywszy, że razem z nią są tylko starsze dzieci, zapytałem: „A gdzież są młodsze?” – „W domu, Geronda, – odpowiedziała ona. – W takie święto my z mężem chcieliśmy pójść na czuwanie i dlatego postanowiliśmy: „Skoro pójdziemy na czuwanie, a nie na rozrywkę, to Bóg pośle Anioła, aby on ochraniał nasze maleństwa pod naszą nieobecność”. Takie zaufanie dzisiaj spotkać rzadko, przecież w naszych czasach wyschło jak zaufanie dzieci do rodziców, tak i zaufanie rodziców do Boga. Często słychać, jak wielu rodziców mówi: „Ale dlaczego właśnie nasze dziecko zbiło się z drogi i poszło krzywą ścieżką? Przecież do Cerkwi my chodzimy!” Tacy rodzice nie dają „śrubokręta” Chrystusowi, aby On dokręcił ich dzieciom jakieś śrubki. Oni chcą poradzić ze wszystkim sami. Tacy rodzice męczą się egoistyczną trwogą do tej pory, póki nie stają się chorymi – i to przy tym, że jest Bóg, chroniący ich dzieci, w dodatku i Anioł Stróż też jest stale w pobliżu ich i też je chroni. Ci ludzie – pomimo tego że są wierzący – zachowują się tak, jakby Bóg nie istniał, jakby nie istniał Anioł Stróż. Oni przeszkadzają boskiej interwencji. Przeciwnie – oni muszą ukorzyć się i prosić o pomoc Boga. I wtedy Doby Bóg przykryje i ochroni ich dzieci.

Duchowe odrodzenie dzieci

- Geronda, odpowiedzialność za wychowanie dzieci ponoszą tylko sami rodzice?

- Głównie, rodzice. Przecież od tego, jakie wychowanie oni dadzą dzieciom, zależy, czy staną się te dobrymi duchownymi, dobrymi pedagogami i tak dalej. Potem – swoją drogą – one też będą pomagać dzieciom – i swoim własnym, i wszystkim pozostałym. Trzeba powiedzieć i o tym, że większą odpowiedzialność za wychowanie dzieci ponosi nie ojciec, a matka.

Jeśli w tym czasie, kiedy dziecko jest jeszcze w łonie matki, rodzice modlą się, żyją duchowo, to maleństwo rodzi się uświęconym. I jeśli oni pomogą mu duchowo, to stanie się ono uświęconym człowiekiem i swoją drogą będzie pomagać społeczeństwu: czy zacznie ono służyć w Cerkwi, czy wejdzie do organów rządowych czy obejmie jeszcze jakieś stanowisko. Wszyscy powinniśmy pomagać dzieciom, aby stały się one poprawnymi ludźmi, aby i kolejnym pokoleniom zostało trochę zakwaski. Przecież teraz wszystko idzie do tego, żeby nie zostawało nawet zakwaski. A jeśli jej nie zostanie, to do czego to doprowadzi?

Rodzice, rodząc dzieci i dając im ciało, powinni, na ile to możliwe, wspomagać i ich duchowe odrodzenie. Przecież, jeśli człowiek nie odrodzi się duchowo, oczekuje go piekielna męka. Potem rodzice powinni powierzyć nauczycielom to, czego oni sami nie mogą zrobić dla swoich dzieci. Dlatego nasza Cerkiew i modli się „za rodziców i nauczycieli”. Jednak są i ojcowie duchowi. Ci ludzie mogą nie mieć własnych dzieci, ale ich pomoc w wychowaniu dzieci jest bardziej skuteczna, ponieważ oni trudzą się nad ich duchowym odrodzeniem.

Ja chcę powiedzieć, że wszyscy – każdy po swojemu, każdy swoim przykładem – powinien pomóc temu, aby dzieci duchowo odrodziły się, aby one w pokoju przeżyły w życiu tutejszym i poszły do Raju. Jeśli dzieci staną się duchowymi ludźmi, to one nie będą już potrzebowały ani (ograniczających, powstrzymujących zło) praw, ani niczego podobnego: „Prawo nie jest przeznaczone ludziom prawym i sprawiedliwym” (1Tm.1:9). Prawo przeznaczone jest dla bezprawnych. Duchowa władza jest wyższa, niż władze ludzkie.

Rodzicielski przykład

- Geronda, co powinni robić rodzice, jeśli dziecko nie słucha się, upiera się?

- Jeśli dziecko nie słucha się i źle się zachowuje, jest ku temu przyczyna. Być może, ono obserwuje w swoim domu albo poza nim nieprzyzwoite sceny albo słyszy nieprzyzwoite rozmowy. Jak by to nie było, w sprawach duchowych my pomagamy dzieciom przede wszystkim nie przez przymuszanie, a swoim osobistym przykładem.

Trzeba powiedzieć o tym, że wielką pomoc okazuje dzieciom matka: swoim przykładem, swoim posłuszeństwem mężowi i szacunkiem wobec niego. Jeśli w jakiejś sprawie matka ma inne zdanie niż zdanie ojca, to ona nigdy nie powinna wypowiadać tego zdania przed dziećmi, aby nie wykorzystał tego diabeł. Matka nigdy nie powinna psuć myśli dzieci o ojcu. Nawet jeśli ojciec jest winien, ona powinna go usprawiedliwiać. Na przykład, jeśli ojciec zachowa się źle, to matka powinna powiedzieć dzieciom: „Tatuś się zmęczył, on całą noc pracował, aby skończyć pilne zadanie. I przecież to on dla was się stara”.

Wielu rodziców kłuci się na oczach dzieci i w ten sposób udziela im złej lekcji. Nieszczęsne dzieci martwią się i smucą się. Potem rodzice, aby je pocieszyć, starają się spełnić wszystkie ich zachcianki. Ojciec, pragnąc zadowolić dziecko, zaczyna je „kupować”: „No, złoty mój, mów, co tobie kupić?” Matka ze swojej strony spełnia zachcianki swego dziecka, i w końcowym efekcie dzieci wyrastają kapryśne i rozpieszczone. A potem, jeśli rodzice nie są w stanie dać im tego, czego one chcą, dzieci grożą rodzicom, że popełnią samobójstwo.

Ja widzę, na ile pomaga dzieciom dobry przykład rodziców. Dzisiaj miałem gości: dwie dziewczynki – jedna trzy, a druga czteroletnia – ze swymi rodzicami, bardzo czcigodnymi ludźmi. Ileż radości przyniosły mi te kruszynki! One były jak aniołki. Siedząc obok siebie połami sukieneczek one przykrywały swoje kolanka. Ileż u nich było skromności, ile szacunku. I wszystko od tego, że widziały one jak postępują ich rodzice. Widząc, że rodzice mają do siebie miłość, szacunek, zachowują się życzliwie, modlą się i robią podobne rzeczy, dzieci utrwalają wszystko to w swojej duszy. Dlatego ja mówię, że, jeśli rodzice przekażą dzieciom swoją pobożność i czcigodność, to będzie najlepszym dziedzictwem, jakie oni mogą im zostawić.

Gdybyście tylko widzieli jedną dziewczynkę, którą poznałem w Australii! Ileż u niej było szlachetności! Przyjechaliśmy do Canberry. Przyjąwszy dwóch ostatnich odwiedzających, którzy chcieli mnie widzieć, szykowałem się do odjazdu. Patrzę, zatrzymuje się samochód i wychodzi z niego małżeńska para ze swoją maleńką dziewczynką. „Geronda, my jednak zdążyliśmy was zastać”, powiedzieli oni. „Tak, – mówię, – my już mieliśmy wyjeżdżać”. – „Geronda, – mówi wtedy mąż, – mnie nie trzeba przyjmować, nic strasznego. Niech tylko żona zajmie wam trochę czas, żeby ona nie denerwowała się. Bo ona jest u mnie człowiekiem wrażliwym”. Odeszliśmy z jego żoną na bok, aby mogła ona powiedzieć mi to, co chciała. Dziewczynka pobiegła za nią. „Posiedź, – powiedziałem dziewczynce, – mama przyjdzie, zaraz przyjdzie”. – „A u ciebie jest mama?” – zapytała on mnie. „Nie”, – odpowiedziałem. Patrzę, w jej oczkach zabłyszczały łzy. „A chcesz, – pyta, – ja dam tobie swoją mamę?” Wtedy ja też pytam: „A ty masz dziadka?” – „Nie”, – odpowiada. ”A ty chcesz, żeby był u ciebie dziadek?” – „Chcę, chcę, – uradowała się ona. – Ty sam przyjedziesz do nas żyć czy chcesz, abyśmy my przeprowadzili się do ciebie? Jak ty chcesz!” Jakaż szlachetność! Maleńkie dziecko ofiarowuje swoją mamę! Popatrzcie: przecież ona skopiowała to od swoich rodziców. Jej ojciec wyróżniał się wielką szlachetnością. Ja objąłem tego człowieka, ucałowałem, pogratulowałem mu tak cudownej córki. Ileż dałem mu błogosławieństw! Tacy ludzie doprowadzają do czułości nawet człowieka z najtwardszym sercem – co już tu mówić o Bogu!

W rodzicielskim domu dzieci powinny nasycać się czułością i miłością

Dziecko potrzebuje dużo miłości i czułości, a także dużo wskazówek. Ono chce, żebyś posiedział razem z nim, chce opowiedzieć tobie o swoich problemach, chce, abyś je czule pogłaskał i pocałował. Kiedy maleństwo zachowuje się niespokojnie i jest rozdrażnione, to mama powinna wziąć je na ręce, przytulić i pocałować, aby ono uspokoiło się i zapewnić mu pokój. Jeśli, będąc dzieckiem, człowiek nasycił się czułością i miłością, to potem u niego są siły do tego, aby pokonać te problemy, z którymi on będzie zderzać się w życiu.

Jednak dzisiaj większość dzieci widzi swoich rodziców bardzo krótko, tylko wieczorami, – i nie nasyca się miłością. Wielu rodziców, będąc pedagogami czy lekarzami, zajmuje się dziećmi w pracy. Oni oddają swoją czułość dzieciom cudzym, a wracając do domu, już nie mają czułości dla dzieci swoich. Oni przychodzą do domu zmęczeni. Akumulator już się rozładował. Ojciec rozwala się w fotelu, bierze w ręce gazetę, aby poczytać o ostatnich wydarzeniach i kompletnie nie zajmuje się dziećmi. Maleństwo ociera się obok niego, żeby ojciec porozmawiał z nim, pogłaskał je, a ojciec odgania dziecko od siebie. Matka swoją drogą śpieszy do kuchni, aby przygotować kolację, ona też nie ma czasu zając się dziećmi. Ale od tego nieszczęsne dzieci rosną pozbawione miłości. Jeszcze przykład: niektórzy wojskowi, przyzwyczaiwszy się surowo karać żołnierzy, którzy im nie podporządkowują się, i rodzinę chcą zmusić żyć według regulaminu wojskowej dyscypliny. Oni bywają surowi, okrutni wobec swoich dzieci i za wszelką drobnostkę dają im klapsy po karku. A niektórzy rodzice, pracujący w sądownictwie czy organach ochrony prawnej (ścigania), urządzają u siebie w domu całe „procesy sądowe” nad własnymi dziećmi, które coś nabroiły. Wszyscy ci rodzice nie postępują w stosunku do dzieci z czułością i miłością, dlatego potem u dzieci zaczynają się zaburzenia psychiczne.

Jak męczą się dzieci z powodu rodziców

- Geronda, jedna matka zapytała nas, co ma zrobić. Jej córka bluźni Przenajświętszą Bogarodzicę.

- Niech sama zorientuje się, od czego zaczyna się zło. Czasem w podobnych przypadkach winni są rodzice. Prowadząc się źle, sami rodzice szkodzą swoim dzieciom, i te zaczynają rozmawiać bezwstydnie. Potem one zaczynają przyjmować biesowskie oddziaływanie i (i na próby przekonania ich) reagują wprost odrażająco. W innych przypadkach rodzice uważają, że oni mogą drogą przymusu uczynić swoje dzieci lepszymi. Zaczyna działać egoizm, i rodzice zaczynają rozmawiać z dziećmi w rozdrażnieniu i gniewie, podczas gdy oni zawsze powinni zachowywać się wobec nich po dobremu.

Dzisiaj jedna kobieta doprowadziła mnie do szału! U niej jedno dziecko, i ona bezlitośnie je bije. Ze strachu nieszczęsny maluch drży, nie może mówić, jest w stanie wyczerpania nerwowego. „W nim bies”, – przekonuje ta kobieta i zostawia swoje dziecko głodnym – niby dlatego, aby bies wyszedł. ”Ja nie daję mu jeść, – wyjaśniła ona, – aby on uwolnił się od nieczystego ducha”. – „Słuchaj, – mówię, – a ty głowę na karku masz? Daj dziecku pojeść. I postaraj się, aby wyszły nieczyste duchy, które siedzą w tobie samej. To ty stałaś się przyczyną tego, że twoje dziecko jest tak zeszpecone. W dziecku nie ma biesa: ono drży, ponieważ boi się ciebie, dlatego że je bijesz! Prowadzasz ty je do Eucharystii regularnie?” – „Nie”, – odpowiada. Cóż tu można zrobić? Spróbuj z taką się dogadać!

- Geronda, być może, ona mówi, że w dziecku jest bies, dlatego że dziecko czasem przeklina i bluźni?

- „Przeklina i bluźni”! Bo kiedy ta matusia swoją przemocą omal nie dusi go, to ono i samo nie ma pojęcia, co robić. Jak szkoda tego nieszczęsnego biedaka! Jego matka jest opętana przez nieczystego ducha, a nie ono.

Jak by to nie było, w dniu Strasznego Sądu my zobaczymy zadziwiające rzeczy! W lata bałwochwalstwa matki spalały swoje dzieci przed statuą Molocha [25], aby w ten sposób wziąć udział w uwielbianiu „boga” [Patrz Lew.18:21 и 20:2-4; 4Car. 23, 10 и 13] (Kpł.18:21 i 20:2-4; 2Krl.23:10 i 13)! Gdyby te kobiety znały Prawdziwego Boga, to jakie ofiary one by Mu przynosiły! W dniu Strasznego Sądu te kobiety będą miały łagodzące winę okoliczności – ponieważ one były pochłonięte przez zło. Jednak jakie łagodzące okoliczności będą mieć dzisiejsze matki z obojętnością, nieczułością odnoszące się do swoich dzieci? Bóg powie im: „Wy znałyście Prawdziwego Boga, wy byłyście ochrzczone Świętym Chrztem. Wy tak wiele usłyszałyście, tyle poznałyście. Sam Bóg ukrzyżował się, aby was zbawić. Ale co uczyniłyście wy same? Wy leniłyście się aby zaprowadzić wasze dzieci do Cerkwi, podnieść je do Priczastija! Bałwochwalczynie myślały, że Moloch – to prawdziwy bóg, i przynosiły mu w ofierze nawet własne dzieci. A co uczyniłyście wy?”

Za rodzicielskie błędy odpłacają dzieci! Niektórzy rodzice niszczą swoje dzieci. Ale Bóg nie jest niesprawiedliwy. On żywi wielką i szczególną miłość do tych dzieci, które w tym świecie przecierpiały niesprawiedliwość – od rodziców czy od kogoś jeszcze. Jeśli przyczyną tego, że dziecko idzie krzywą ścieżką, są jego rodzice, to Bóg nie opuszcza takiego dziecka, ponieważ ma ono prawo do Bożej pomocy. Bóg urządzi wszystko tak, aby mu pomóc. I oto my widzimy, jak niektórzy młodzieńcy – a i nie tylko młodzieńcy, ale i starsi ludzie – w jakimś momencie nagle zwracają się ku dobru. Ja pamiętam taki przypadek. W rodzinie było dwoje dzieci. Ojciec, matka i córka byli obojętni wobec wiary i Cerkwi. Syn na początku splątał się z jakąś marksistowską organizacją. Tam mu się nie spodobało i on przylepił się do hinduizmu. Tam mu też nie podobało się, i wtedy przyjechał na Świętą Górę. On często przychodził do mnie do celi, odwiedzał i inne cele. Jego rodzice cały ten czas powtarzali: „Chrystusie mój! Przenajświętsza moja Bogarodzico! Ochrońcie nasze dziecko”. Młodzieniec okazał się nieprzydatnym dla monastycyzmu. Przeżywszy jakiś czas na Atosie, doszedłszy do siebie i wzmocniwszy się duchowo, on wrócił do domu i duchowo pomógł rodzicom. Teraz widzę, jak jego ojciec przyjeżdża na całonocne czuwania jako jeden z pierwszych. W swojej parafialnej cerkwi on czyta przedwstępny psalm (103 psalm, czytany na początku wieczerni), w domu czyta wieczernię, powieczerije, śpiewa modlitewny kanon. Jak Bóg ustawił wszystko na swoje miejsca! Diabeł chciał uczynić zło, ale Bóg, wygładzając to zło to z tej, to z drugiej strony, wyprowadził tych ludzi na właściwą drogę.

- A córka, Geronda?

- I ona powoli wychodzi na właściwą drogę. Bóg daje sprzyjające ku temu możliwości.

- Geronda, niektórzy rodzice, zaczynający żyć życiem duchowym w niemłodym wieku, przeżywają z tego powodu, że nie dali oni chrześcijańskiego wychowania swoim dzieciom, kiedy te były małe.

- Jeśli, mając szczere pokajanie, oni poproszą Boga o pomoc dla dzieci, to Bóg uczyni dla nich to, co On może. On rzuci dzieciom koło ratunkowe, aby te uratowały się wśród burzącego się na nich sztormu. Nawet jeśli nie znajdzie się człowiek, mogący pomóc tym nieszczęsnym, Bóg może urządzić tak, że pomoże im coś zobaczone przez nich, i one wykręcą na właściwą drogę. Wiecie: rodzice, o których jest mowa, byli po dobremu nastawieni, ale w dzieciństwie nie otrzymali oni pomocy w swojej rodzinie i dlatego teraz mają prawo do pomocy Bożej.

- Geronda, czasem bywa, że dzieci, żyjąc duchowym życiem, zderzają się z mnóstwem trudności z powodu rodziców, którzy obojętni są wobec spraw wiary.

- O te dzieci Bóg troszczy się bardziej, niż o inne dzieci – o te, czyi rodzice żyją duchowo. Bóg troszczy się o nie tak samo, jak On troszczy się o sieroty.

Oddziaływanie środowiska na dzieci

- Geronda, od jakiego wieku dzieci podlegają oddziaływaniom otoczenia?

- Dzieci „ściągają kopię” ze swoich rodziców już od kołyski. One widzą to, co robią dorośli, ściągają „kopię” i zapisują w swojej czystej „kasecie”. Dlatego rodzice powinni usilnie postarać się odciąć swoje namiętności. To, że niektóre z tych namiętności oni odziedziczyli od swoich własnych rodziców, nie ma znaczenia. Oni nie tylko odpowiedzą przed Bogiem za to, że nie podjęli wysiłku, aby odciąć te namiętności, ale też poniosą odpowiedzialność za to, że przekazują te namiętności swoim dzieciom.

- Geronda, dlaczego zdarza się, że maleństwa, które otrzymały jednakowe wychowanie w rodzicielskim domu, czasem bywają zupełnie niepodobne do siebie?

- Często dziecko przyjmuje i wiele oddziaływań ze swego otoczenia. Ale jeśli ma ono dobre usposobienie, to, kiedy ono wyrośnie, Bóg da mu większe oświecenie, aby ono zrozumiało te negatywne oddziaływania, którym jest narażane. I podjęło wysiłek, aby od nich się uwolnić.

Dzisiaj na świecie żyje złośliwość. Dzieci chcą zdeprawować od pieluszek. Zamiast tego aby powstrzymać dzieci od zła, dopóki nie osiągną one dojrzałości, przeszkadzają im nawet w dobrym. Potem, wpadając w grzech i męcząc się, nieszczęsne dzieci chcą powstać i nie wiedzą, jak to uczynić. Przecież zacząwszy staczć się w dół po „słodkiej” górce, nie łatwo już im się zatrzymać. Do mnie do celi przychodzą młodzieńcy dwudziesto pięcio – dwudziesto siedmio letni, przyjmujący narkotyki, żyjący w grzechu. I ci nieszczęśnicy proszą o pomoc.

Pewnego razu zdarzyło się tak, że ja pomogłem komuś z takich dzieci wyjść na właściwą drogę. I oto teraz oni przywożą do mnie swoich przyjaciół, a potem przyjaciół swoich przyjaciół, aby i ci otrzymali pomoc. Ci młodzi rozrywają tobie serce. Jeden nieszczęsny młodzieniec przyjmował silne narkotyki i był już jedną nogą w grobie. Pokłute ręce, zgniłe zęby… Ale potem on przestał i pomógł innym. W jego towarzystwie było około piętnastu młodzieńców. I przychodząc do mnie, ci młodzieńcy przedstawiali się: „Ja jestem z towarzystwa takiego-to”. On był u nich… „starcem”! Jednak wielu z takich nieszczęsnych wpada w przepaść. Oni siedzą na igle, (a żeby zdobyć pieniądze na narkotyki) sprzedają swoją krew… Ci ludzie niszczą i siebie, i swoich rodziców. I oto potem widzisz, jak ich ojciec umiera od insuliny (na udar), matka – od choroby serca, wątroby czy od czegoś jeszcze.

Miłość między braćmi i siostrami

Rodzice powinni uprawiać, pielęgnować miłość między swoimi dziećmi. Pragnąc podtrzymać słabsze dziecko, oni powinni przygotowywać do tego grunt, otrzymując na to „pozwolenie” dziecka silniejszego. To znaczy oni powinni pomóc silniejszemu dziecku zrozumieć, że jego brat czy siostra są w potrzebie. Sprawiedliwość jest dziełem Bożym, i ona powinna być w równym stopniu rozdzielona miedzy starszymi i młodszymi. Starszemu sprawiedliwość oddawana jest przez szacunek, młodszemu – przez miłość, tak aby on nie poniósł krzywdy. O tym wspomina się w Księdze Wtorozakonija (Powtórzonego Prawa) (Patrz Pwt.1:17). Na przykład, jeśli winny jest starszy brat, to powinniśmy usprawiedliwić młodszego, ale jednocześnie nie obrażać starszego na oczach młodszego. Nam trzeba porozmawiać z winnym na osobności, aby zrozumiał on swój błąd.

- Geronda, a jak jest leczona zazdrość, która zwykle pojawia się u starszych braci i sióstr w odniesieniu do młodszych?

- Zazdrość – to namiętność. Jednak jeśli trzyletnie maleństwo widzi, jak mama karmi piersią nowonarodzonego braciszka czy siostrzyczkę, to ono w jakiś sposób usprawiedliwione jest w swojej zazdrości, ponieważ całkiem niedawno samo było karmione piersią. Teraz ono widzi braciszka w objęciach mamy i myśli: „Do wczorajszego dnia mama trzymała na rączkach mnie, a teraz ona przestawiła mnie na ostatnie miejsce!” Jeśli maleństwo ma babcię, to jeszcze dobrze: ma ono u kogo się pocieszyć. Jednak, kiedy skończy ono cztery lata, powinno zazdrościć mniej. A już kiedy skończy sześć, mama powinna powiedzieć mu: „Ty jesteś całkiem duży. Więc jaka mama bierze na rączki tak duże dziecko?” Jeśli matka pomoże maleństwu pokonać swoją zazdrość, to ono będzie przybiegać do niej tylko z rzeczywiście poważnego powodu. Jeśli zaś dziecko chce, bez przerwy, trzymać się za mamy spódnicę, to jest w tym coś niezdrowego.

Kompanie wywierają na dzieci ogromny wpływ

- Geronda, dlaczego zdarza się, że młodzieniec, od dzieciństwa żyjący luboczestnie, dochodzi do tego, że całkowicie zbija się z drogi i wymyka się spod kontroli?

- Nie trzeba (łatwo) osądzać. Jest wiele powodów. Dzieci żyjące świeckim, nieuważnym życiem, demaskują się, widząc inne dzieci, które żyją cnotliwie, duchowo i chcą wciągnąć ich do tego życia, którym żyją same. Pewnego razu drogą szło dwóch chłopców. Nagle jeden pośliznął się i upadł w najbrudniejszą kałużę. Całe jego ubranie zabrudziło się. Gdy tylko przeszli trochę dalej i podeszli do drugiej kałuży, jak on pchnął do niej swego przyjaciela, aby zabrudził się i ten. Chłopczyk zrobił to dlatego, bo czuł się nieswojo, dlatego że sam był brudny, a jego przyjaciel czysty.

Kompanie wywierają na dzieci ogromne wpływy. Będąc małym, miałem wrodzoną miłość. Ona była w mojej naturze. Idąc dokądś z mułami, starałem się posadzić na zwierzę i jednego, i drugiego rówieśnika, a sobie na ramiona sadzałem swego młodszego brata. Pewnego razu, kiedy jeden z moich braci zabił ptaszka, ja bardzo zdenerwowałem się i obstawiłem go. Potem wziąłem tego ptaszka i z płaczem pogrzebałem go. Ja przyjaźniłem się z dziećmi w moim wieku. My wychodziliśmy do lasu, modliliśmy się, czytaliśmy Żywoty Świętych, pościliśmy. Potem matki tych dzieci zaczęły zabraniać im przyjaźnić się ze mną. „Nie zabawiajcie się z nim, – mówiły one. – On zarazi was gruźlicą”. Tak dzieci zostawiły mnie, i ja poczułem się samotnie. Oprócz tego, mnie drażnili, ze wszystkich stron krzyczeli: „Mnich, mnich!” Oni przemienili moje życie w mękę. I ja doszedłem do tego, że nie mogłem znosić ich kpin. Wtedy postanowiłem: „Będę przyjaźnić się ze starszymi dziećmi i udawać (jakoby zachowuję się tak samo, jak oni)”. I oto zacząłem zadawać się ze starszymi podrostkami. Zdobyłem gumkę i zrobiłem sobie procę. Najpierw tylko naciągałem gumkę, udając, że chcę wystrzelić. Potem zdobyłem śrut i stałem się najcelniejszym strzelcem z procy. I oto pewnego razu, wystarczyło mi postrzelić ptaka i zobaczyć go zabitym, ja migiem oprzytomniałem. Wyrzuciłem i gumkę, i śrut i powiedziałem sobie: „Kiedy twój brat zabił ptaszka, ty płakałeś i obstawiałeś go za to, co on zrobił. A do czego stoczyłeś się sam? Zabijasz ptaki i powoli dojdziesz do tego, że zaczniesz zabijać i zwierzęta”. I rzeczywiście, gdybym kontynuował taki styl życia, to potem od strzelania z procy przeszedłbym do polowania na zwierzęta, a jeszcze i sam zdzierałbym z nich skóry.

Do jakiej też niegodziwości może stoczyć się człowiek, początkowo wyróżniający się delikatną wrażliwą duszą! To może wydarzyć się, jeśli on będzie nieuważnym i da się wciągnąć w złe kompanie. A oto dobre kompanie przynoszą wielkie korzyści. Bóg napełnił ludzi przeróżnymi darami. Podobnie do tego jak człowiek widzi cudze zepsucie, demoralizację, on może widzieć i cudzą cnotę – i naśladować ją.

Pomoc dzieciom, które zeszły z właściwej drogi

W domu powinna obowiązkowo panować atmosfera miłości i pokoju. Otrzymawszy trochę miłości w swoim domu, dziecko, nawet jeśli ono ucieknie z domu, wszystko jedno wróci do domu, kiedy zobaczy, że w innych miejscach znajduje nie miłość, a tylko samą obłudę. A jeśli ono będzie pamiętać dziejące się w domu nieprzyzwoite sceny, przekleństwa i spory, to jak jego serce będzie ciągnąć wrócić do domu?

- Geronda, co mają robić rodzice, jeśli dziecko opuści dom?

- Oni powinni starać się utrzymać z nim związek – aby, doszedłszy do siebie, ono mogło do nich wrócić. Oni powinni rozmawiać z nim po dobremu i, aby mu pomóc, powinni zmusić je do przemyślenia. Na przykład, jeśli dziecko błąka się nocami niewiadomo gdzie, matka powinna powiedzieć mu: „Podejdź no tu, syneczku. Gdybyś ty był na moim miejscu, czy mógłbyś zachować spokój, gdyby twoje dzieci przychodziły do domu po północy?”

Nawet najpoważniejszy upadek dzieci nie powinien doprowadzać rodziców do rozpaczy, ponieważ w naszych czasach grzech wszedł w modę. Rodzice zawsze powinni mieć na uwadze i następujące: dzieci naszych czasów mają łagodzące winę okoliczności odnośnie awantur, których one dokonują. Czwórka z zachowania postawiona w naszych czasach, ma wartość piątki z plusem tych czasów, kiedy my byliśmy młodzi. Oczywiście, rodzice powinni starać się, żeby pomagać swoim dzieciom, ale im nie trzeba i nadmiernie niepokoić się. Przyjdzie czas, i dzieci opamiętają się, zmądrzeją. Teraz one mogą nie rozumieć dobra, ponieważ ich umysł jeszcze nie dojrzał. On jest zmętniały, i dzieci nie posiadają jasnej świadomości, do tego aby dostrzec jak niebezpieczeństwo, na jakie się narażają, tak i tę nienaprawialną szkodę, którą mogą sobie wyrządzić.

Będzie dobrze, jeśli rodzice zaczną pokazywać dziecku, że oni denerwują się z powodu jego awantur. Ale niech oni nie wywierają na nie nacisku i modlą się. Modlitwa, dokonywana z bólem, doprowadza do pozytywnych rezultatów. Jeśli zaś dziecko popełnia poważne przewinienia, to rodzice powinni porządnie, akuratnie interweniować. Jeśli popełniane przewinienie nie jest wielkie, to nich rodzice trochę przymkną na nie oczy, aby nie rozdrażniać dziecka i nie pogarszać stanu, w jakim ono jest, ponieważ rezultatem tego rozdrażnienia będzie to, że ono od nich odejdzie. (W takim przypadku) rodzice powinni tylko modlić się do Chrystusa i Przenajświętszej Bogarodzicy o to, Aby Oni chronili ich dziecko.

Modlitwa rodziców – zwłaszcza matki – jest bardzo skuteczna, ponieważ dokonywana ona jest od serca i ma w sobie ból. Kiedy ja żyłem w Iwierskiej pustelni, przypadkowo przyszedł tam jeden młodzieniec. Ten młody człowiek podróżując po Chalkidiki, spotkał kompanię pielgrzymów, którzy jechali na Świętą Górę. Przyłączywszy się do nich, on przyjechał na Atos i przyszedł do mnie do celi. Uch, cóż to był za człowiek! Bezbożnik, bluźnierca, bezwstydnik jakich poszukać! Przy tym on posiadał jakąś demoniczną bystrość i w nic nie wierzył. Wszystkich: i małych, i wielkich on znieważał brzydkimi słowami. Wiecie, ile wysiłków mnie kosztowało, aby doprowadzić go do uczucia? Stało się możliwe dojść z nim do jakiegoś porozumienia, i nawet udało mi się ostrzyc jego długie włosy!.. „Daj Boże zdrowia twojej matce, – powiedziałem mu. – To jej modlitwy przyprowadziły tu ciebie”. – „Tak, ojcze, – odpowiedział on mi. – Ja jeździłem po Chalkidiki i nawet sam nie zrozumiałem, jak się tu znalazłem”. – „A wyobrażasz sobie, – mówię, – jak uraduje się twoja matka, kiedy dowie się, że ty przyjeżdżałeś na Świętą Górę, i w dodatku zobaczy ciebie ostrzyżonym!” – „A jak ty o tym się domyśliłeś, ojcze? – zdziwił się on. – Rzeczywiście, zobaczywszy mnie zmienionym, mama bardzo się uraduje!” Widzicie jak! Bóg „przechytrzył” chłopca i oddelegował go do „specjalisty”! Ileż modlitw przyniosła Bogu jego nieszczęsna matka!

Kiedy sztorcować i kiedy chwalić dziecko

Rodzice powinni być bardzo uważni wobec tego, aby nie sztorcować swoich dzieci wieczorem, ponieważ wieczorem dzieci nie mają czym rozładować swego rozstroju. A nocna ciemność zamracza stan ich duszy jeszcze bardziej. Dzieci zaczynają myśleć o tym, jak lepiej przeciwstawić się rodzicom. Do ich głów włażą różne warianty „obrony”, wkracza i diabeł, i w ten sposób one mogą dojść do rozpaczy. A oto w dzień, jeśli nawet dzieci zagrożą swoim rodzicom różnymi sposobami zemsty, to, wyszedłszy na ulicę, one rozerwą się, zapomną, ich rozstrój minie.

- Geronda, czy pomagają dzieciom poprawić się cielesne kary?

- Na ile można, rodzice powinni unikać tego. Oni powinni starać się dobrem i cierpliwością dać dziecku zrozumieć, że zachowuje się ono niepoprawnie. Tylko w tym przypadku, jeśli dziecko jest małe i nie rozumie, że naraża się na niebezpieczeństwo, klaps idzie mu na pożytek – dla tego aby następnym razem ono było bardziej uważne, bardziej ostrożne. Strach otrzymać jeszcze jednego klapsa staje się dla dziecka hamulcem i chroni je przed niebezpieczeństwem. Ja, kiedy byłem mały, większą korzyść otrzymywałem nie od ojca, a od matki. Oboje oni kochali mnie i pragnęli mi dobra. Jednak każde z rodziców pomagało mi po swojemu. Ojciec był człowiekiem surowym. Kiedy my – dzieci – rozrabialiśmy, on dawał nam klapsy. Ból od uderzenia pomagał mi troszkę się uspokoić, jednak, kiedy ból mijał, ja zapominałem o nim, i o ojcowskich radach. I rzecz była nie w tym, że ojciec mnie nie kochał: nie, on bił mnie z miłości. Pamiętam jak pewnego razu – miałem trzy lata – ojciec wlepił mi tak po karku, że ja odleciałem na kilka metrów! A wiecie za co? Obok naszego domu był drugi dom, w którym nikt nie mieszkał. Gospodarze wyjechali do Ameryki, i dom doszedł do zaniedbania. Na podwórku tego domu rósł figowiec, którego gałęzie wystawały na ulicę i zwisały nad drogą. Drzewo było obsypane owocami. Kiedy my z dziećmi bawiliśmy się na ulicy, do nas podszedł jeden sąsiad i podniósł mnie, abym zerwał mu kilka fig, ponieważ on sam nie sięgał do gałęzi. Ja zerwałem mu pięć-sześć fig, i dwie z nich on dał mi. Kiedy o tym dowiedział się mój ojciec, on bardzo rozgniewał się. I oto wtedy otrzymałem tego klapsa! Ja rozbeczałem się. Moja mama, która to widziała, zwróciła się do ojca i powiedziała mu: „Dlaczego ty bijesz dziecko! Przecież on jeszcze maleńki, nic nie rozumie! Jak ty możesz spokojnie słuchać jego płaczu!” – „Gdyby on płakał, kiedy go podnosili zrywać figi, – odpowiedział ojciec, – to nie płakałby teraz. Ale, widać, i sam on chciał posmakować się cudzymi figami! Więc, niech płacze!” Czyż po tym ja mogłem powtórzyć to, co zrobiłem? A oto matka, widząc moje psoty, denerwowała się, jednak była u niej szlachetność. Widząc jak ja łobuzuję, ona odwracała się i udawała, że nie zauważa mnie, aby mnie nie rozstrajać. Jednak od tej macierzyńskiej „chytrości” moje serce dosłownie rozrywało się. „Popatrz, popatrz, – mówiłem sobie, – ty tak narozrabiałeś, a matka nie tylko ciebie nie bije, ale nawet udaje, że nie widzi! Nie, więcej to się nie powtórzy! Jakże ja będę mógł widzieć mamę znów zdenerwowaną?” Postępując tak, mama pomagała mi bardziej, niż gdyby ona nagradzała mnie klapsami. Jednak i sam ja nie wykorzystywałem tego w złym celu i nie mówiłem: „E, skoro ona teraz mnie nie widzi, to ja poszaleję i połobuzuję jeszcze więcej”. A oto ojciec, ten nie: coś trochę nie tak – od razu klaps. Widzisz jak: oni oboje mnie kochali, jednak szlachetne postępowanie matki pomogło mi więcej.

- Geronda, jednak niektóre dzieci są strasznie psotliwe: one krzyczą, biegają, łobuzują. Jak ich rodzice mogą uniknąć kar cielesnych?

- Słuchaj-no, Przecież dzieci-to nie są winne, Dzieciom, żeby one normalnie rosły, potrzebne jest podwórko, na którym one mogą pobiegać i pobawić się. A teraz nieszczęsne dzieci zamknięte są w wieżowcach, i to je dręczy. One nie mogą swobodnie pobiegać, nie mogą pobawić się, nie mogą pocieszyć się. Rodzice nie powinni rozstrajać się, jeśli ich dziecko jest żywe. Żywe dziecko ma w sobie siły, i, wykorzystawszy je jak należy, ono może odnosić wielkie sukcesy w życiu.

Przymus nie jest dzieciom na pożytek

Niektórzy rodzice bardzo mocno naciskają swoje dzieci – i to jeszcze na oczach innych. Można pomyśleć, że ich dziecko to juczne zwierzę, które oni popędzają kijem, aby ono szło, nie zbaczając ani w prawo, ani w lewo. Oni jakby trzymają je za uzdę i przy tym mówią: „Krocz swobodnie!” A potem tacy rodzice dochodzą do tego, że zaczynają bić swoje dzieci. Dzisiaj przychodziła matka ze swoim synem – tęgim chłopcem. Jej dziecko było chore. „Co mam robić, ojcze? – pytała ona. – Moje dziecko nic nie je i nie chce nawet nas widzieć”. Ale kiedy powiedziałem jej, jak postąpić, ona zaczęła wszystko od początku: „Więc cóż mam teraz robić?”

- Geronda, być może, ona nie zrozumiała, co Wy jej powiedzieliście?

- No jakże nie zrozumiała! „Ja nie mógłbym pobyć z tobą nawet jednej godziny, – powiedziałem jej. – A jak zaś twoje dziecko będzie żyć razem z tobą? Przecież ty doprowadziłaś je do szaleństwa!” – „Nie, – odpowiedziała ona. – Ja je kocham”. – „Gdzie ta miłość, jeśli obok ciebie ono nie znajduje sobie miejsca? Je ciągnie do ucieczki z domu, ponieważ ono chce znaleźć się w innym środowisku. Przecież kiedy ono nie jest obok ciebie, to zachowuje się wspaniale. Skoro on ciebie nie chce widzieć, to, znaczy, ty też jesteś w tym winna. Nie rozdrażniaj go: przecież ty go kaleczysz. Postępuj wobec nie go po dobremu, z cierpliwością”. Ja powiedziałem jej to wszystko, ona mnie wysłuchała i znów zaczęła wszystko od początku: „Więc cóż mam robić? Dziecko nie chce nas widzieć”. No jak dojść z takim człowiekiem do porozumienia? U dziecka wszystko w doskonałym porządku, a oni uważają je za durnia. Znaczy coś nie w porządku jest u nich samych.

Przymusy rodziców nie pomagają dzieciom, ale uciskają je. Niekończące się „nie dotykaj tego, nie chodź tam, zrób to tak…” Ale przecież uzdę trzeba ciągnąć tak, aby jej nie porwać. Trzeba demaskować dzieci taktownie, dlatego aby pomóc im uświadomić swój błąd, ale przy tym nie dopuszczać, aby między wami tworzył się rozłam. Rodzice powinni robić to samo, co robi dobry sadownik, sadząc małe drzewko. Sadownik czule, miękkim sznurkiem przywiązuje drzewko do kołka, aby ono nie wykrzywiło się i nie uszkodziło się, kiedy wiatr będzie schylać je w prawo albo w lewo. Potem sadownik robi dla drzewka ogrodzenie, podlewa je, dba o nie, chroni je przed kozami – póki u drzewa nie wyrosną gałęzie. Przecież jeśli małe drzewko objedzą kozy, to koniec – można uważać je za martwe. Objedzone przez kozy drzewo nie może ani przynieść owoców, ani dać cienia. A oto kiedy jego gałęzie podrosną, sadownik zabiera ogrodzenie, a drzewo zaczyna wydawać owoce, i w jego cieniu mogą odpoczywać i kozy, i owce, i ludzie.

Jednak często rodzice, będąc pobudzani nadmierną troska o swoje dzieci, chcą przywiązać je nie miękkim sznurkiem, a stalowym drutem, podczas gdy przywiązywać dzieci trzeba delikatnie i czule – tak, aby ich nie poranić. Rodzice powinni starać się pomagać dzieciom szlachetnie. To wypielęgnuje w dziecięcych duszach luboczestije, i potem one będą mogły same poczuć konieczność czynić dobro.

Rodzice, na ile mogą, powinni wyjaśniać dzieciom dobre po-dobremu i z miłością. Pamiętam jedną matkę, która, widząc, że syn zachowywał się źle, ze złami w oczach i z bólem mówiła: „Nie trzeba robić tego, moje złote dziecko”. I widząc taki przykład, jej dzieci uczyły się trudzić się z radością, aby unikać życiowych pokus, i nie poddawać się trudnościom, ale przezwyciężać je modlitwą i zaufaniem Bogu.

Dzisiaj i dorośli, i dzieci w świecie żyją, jak w domu wariatów, i dlatego trzeba wiele cierpliwości i wiele modlitwy. Ogromna ilość dzieci dochodzi do udaru mózgu. (To tak jak) zegarek trochę zepsuty, a rodzice nakręcają ich do granic możliwości, i nawet więcej, niż do granic, i potem w zegarku pęka sprężyna. Niezbędna jest rozwaga. Jedno dziecko trzeba „podkręcać” więcej, drugie – mniej. Nieszczęsne dzieci odkryte są na wszystkie (złe) wiatry. Kiedy w szkole czy na ulicy one słyszą wzywania: „Nie szanujcie rodziców! Nie szanujcie nikogo i niczego!” – i w dodatku jeszcze ich matki chcą „zakręcić im śruby”, to one stają się jeszcze bardziej uparte i złośliwe.

Dlatego ja radzę matkom przymuszać siebie do modlitwy i nie przymuszać dzieci. Jeśli one stale mówią dziecku: „Nie rób tego, nie dotykaj tego” – nawet w odniesieniu do błahych rzeczy, a czasem i niesprawiedliwie – to, w przypadku poważnego zagrożenia, na przykład, jeśli dziecko chcę chlusnąć do ognia benzyny, – ono nie posłucha się i, uczyniwszy to, mocno się pokaleczy. Dziecko nie rozumie, że w słowach „nie rób tego” ukryta jest miłość. Ale kiedy dziecko trochę wydorośleje, u niego pojawi się egoizm, i, jeśli czynią mu wymówki, ono upiera się, myśląc: „Czyż jestem maleństwem, żeby oni tak mnie traktowali?” Rodzice powinni dać dziecku zrozumieć, że, podobnie jak oni strzegli je, aby nie przypaliło się, póki było maleńkie, tak i teraz, kiedy ono dorosło, oni strzegą je przed innym ogniem. Dlatego dziecko powinno być uważnym, nie dawać praw kusicielowi-diabłu, dla tego aby zachować w sobie Łaskę Chrztu Świętego.

Nierozsądna nadmierna miłość rodzicielska

- Geronda, czy może matka nierozsądną miłością zaszkodzić swemu dziecku?

- Oczywiście, może. Na przykład, matka widzi, że jej maleństwo nie może nauczyć się chodzić, i mówi: „Jak żal jego, biedactwa, przecież ono nie może chodzić”, i ciągle bierze je na ręce, zamiast tego żeby, trzymając za rękę dziecko, pomóc mu przejść samemu. Pojawia się pytanie, jak maleństwo nauczy się chodzić? Oczywiście, taka matka kierowana jest miłością, jednak swoją wielką troską ona wyrządza krzywdę swemu dziecku. Ja znałem ojca, którego syn odsłużył w wojsku. I oto on brał dorosłego syna za rączkę i prowadził go do fryzjera! „Ja przyprowadziłem do ciebie mego syna, abyś go ostrzygł, – mówił ojciec. – Powiedz mi, ile ci zapłacić i kiedy przyjść, aby go zabrać?”. Tak (swoją nierozsądną troską) ten człowiek okaleczył swego syna.

Miłość koniecznie trzeba „przyhamowywać” rozsądkiem. Prawdziwa miłość jest bezinteresowna. Ona nie ma w sobie egoistycznej namiętności i wyróżnia się roztropnością, rozsądkiem. Rozsądek niezbędny jest wielkiej kobiecej miłości, dla tego aby kobieta nie traciła swojej miłości na próżno. Pewnego razu do mnie do celi przyszedł młodzieniec, rozeźlony na swoich rodziców. Jego nieszczęśni rodzice byli po dobremu nastawieni, jednak nie wiedzieli jak mu pomóc. I oto on zaczął mówić mi, że rodzice na niego naciskają, że oni nie kochają go i tak dalej. „Słuchaj-no, – powiedziałem mu, – kiedy ty byłeś maleńki i twoja matka zawijała ciebie w kilka warstw odzieży, dlaczego ona to robiła? Dla tego abyś się nie przeziębił czy dla tego aby doprowadzić ciebie do udaru cieplnego? Te działania twojej matki miały w sobie dużo miłości”. W końcu – zrozumiawszy, jak bardzo kochali go rodzice, – młodzieniec zaczął płakać. Jego matka miała dużo miłości, pomimo tego że ona nie mogła pomóc swemu synowi, ponieważ postępowała wobec niego tak, że wywoływała jego opór.

Kiedy jest to konieczne, matka powinna postępować z dzieckiem surowo. Jeśli ona łatwo idzie na lejcach u dziecka i zgadza się z nim we wszystkim, to nie jest to na korzyść dziecku. W Adanie [26] u jednej wdowy był jedyny syn Janis. Kiedy chłopczyk trochę podrósł, ona oddała go na naukę do szewca. Pochodziwszy do pracy jeden tydzień, chłopiec oświadczył: „Mamo, ja już nie muszę chodzić do majstra: szewskiego fachu już się nauczyłem”. – „Kiedy ty zdążyłeś się nauczyć?” – zapytała ona. „A oto jeśli chcesz, – odpowiedział on, – ja mogę pokazać i tobie, jak robi się buty. Oto patrz: tak wycinają podeszwę, oto tak przymocowują skórę, dopasowują obcas, przybijają gwoździami…” A majster, u którego uczył się Janis, był bardzo dobrym człowiekiem. On chciał nauczyć chłopca rzemiosła, żałując go, ponieważ Janis rósł bez ojca. Jednak, zobaczywszy, że minął tydzień i Janis nie pojawił się, on zaniepokoił się: czy nie zachorował ten, i poszedł do jego matki, aby zapytać co z dzieckiem. „Co się stało z Janisem? Dlaczego on nie przychodzi już do pracy? On co, zachorował?” – zapytał majster wdowę. „Nie, – odpowiedziała ona, – on jest zdrowy”. – „To dlaczego więc nie przychodzi do pracy?” – „A poco on tam pójdzie? – odpowiedziała wdowa. – Przecież Janis już nauczył się szewskiego fachu”. – „A jak on mógł nauczyć w ciągu kilku dni?” – zdumiał się szewc. „A bardzo prosto, – odpowiedziała matka. – Bierze skórę, naciąga ją na kopyto, wbija gwoździki, dopasowuje obcas, potem zdejmuje bucik z kopytka i sprawa gotowa!” Szewc roześmiał się, pożegnał się z nią i poszedł. Kiedy wrócił on do warsztatu, czeladnicy zapytali go: „Mistrzu, co z Janisem?” – „Żywy i zdrowy, – odpowiedział on. – Nie tylko Janis nauczył się szewskiego fachu – nauczyła się i jego matka!”

I oto ja widzę, że wielu rodziców zachowuje się podobnie jak ta wdowa. Oni uważają, że kochają swoje dzieci, jednak tak naprawdę oni je niszczą. Na przykład, matka z nadmiernej miłości obsypuje swoje dziecko pocałunkami i mówi mu, załóżmy: „Na całym świecie nie ma tak wspaniałego dziecka, jak moje!” Tym samym ona kultywuje w nim pychę i niezdrową pewność siebie (wiarę w siebie). Potem takie dziecko nie słucha się rodziców, będąc przekonanym, że wszystko wie samo.

Rodzice powinni od najmłodszych lat pomagać dzieciom uczyć się ponosić odpowiedzialność za siebie. Niech dzieci wypełniają w rodzinie pracę według ich sił: one nie powinny żądać, aby podawano im wszystko gotowe, na tacy. W przeciwnym wypadku, kiedy one dorosną, będzie im nielekko. Jeden majster pracował bez przerwy niestrudzenie i wyhodował swoje dzieci. A te, póki on pracował, całymi dniami szwendały się po ulicach. I nawet kiedy one dorośły, założyły swoje własne rodziny, to mimo wszystko oczekiwały, kiedy ojciec przyniesie im wszystko gotowe. I, kiedy ten powiedział, że nadszedł czas, aby oni sami troszczyli się o swoje domy i rodziny, oni mu odpowiedzieli: „Jakże tak, ojcze? Przecież ty nie zostawiałeś nas, kiedy byliśmy mali! Więc czyż możesz zostawić nas teraz – kiedy wyrośliśmy i dźwigamy brzemię rodzinnych obowiązków?”

Podział spadku

Jeśli rodzice są materialnie zabezpieczeni, to są oni odpowiedzialni za przyszłość swoich dzieci. Oczywiście, najważniejsze, aby oni wychowali je na dobrych ludzi, potem pomogli im otrzymać wykształcenie albo wyuczyć się zawodu, żeby dzieci mogły zarabiać sobie na chleb. Potem rodzice powinni nabyć im jakiś domek i tak dalej. Kiedy w 1924 roku, w związku z ówczesną wymianą ludności [27], nasza rodzina przyjechała do Grecji z Faras w Kapadocji, mój ojciec, będąc przewodniczącym wspólnoty wiejskiej, postarał się urządzić życie wszystkich współmieszkańców. Swoją rodzinę on zostawił na koniec. Potem, kiedy moi bracia i siostry wyrośli, oni zaczęli narzekać. „O wszystkich, ojcze, ty zatroszczyłeś się, – mówili oni, – a oto o nas nie pomyślałeś”. Jeśli człowiek jest sam, to on może wszystko oddać innym i z samowyrzeczenia (z poświęcenia się) wykazać wobec siebie samego pełną obojętność, będąc pobudzanym do tego szlachetnością. Ale, jeśli człowiek ma rodzinę, on powinien pomyśleć i o niej.

Oczywiście, rodzice nie powinni tracić głowy i dawać dzieciom wszystko i od razu, ponieważ młodzież nie jest doświadczona i w dzisiejszym nienasyconym życiu oni mogą wykosztować się ponad stan. Dlatego rodzice będą ubolewać, kiedy zrozumieją, że nie mają czym pomóc. Oprócz tego, rodzice powinni być uważni wobec najsłabszego dziecka i dać mu więcej materialnych, a jeszcze więcej moralnych, etycznych dóbr, dlatego aby panika porażek nie uniosła go w dół, jak rwący potok. Ale z rozsądkiem i miłością rodzice powinni zatroszczyć się o swoje wszystkie dzieci, aby w ich relacjach nie zapanował chłód.

Dzisiaj rzadko spotykasz zgodne rodziny, żyjące duchowo, gdzie bracia i siostry nie kłócą się z powodu działek pól, dziedzictwa i nie biegają po sądach. Ja znałem pewną rodzinę z siedmiu osób. Rodzice mieli złotą biżuterię. Po ich śmierci dzieci postanowiły, że złoto powinien wziąć ten brat, który troszczył się o rodziców w ich starości. Jednak ten brat pomyślał o tym, że ich siostra ma wielką rodzinę i dlatego ona bardziej potrzebuje tego złota. On oddał jej złoto. Siostra oddała złoto trzeciemu bratu, ten czwartemu, i, w ostatecznym efekcie, złoto wróciło do pierwszego brata! Tak więc z tymi ludźmi wydarzyło się to samo, co opisane jest w Ławsaiku [28]. W ostatecznym efekcie, ponieważ pierwszy brat też nie chciał zostawić sobie tego złota, oni postanowili ofiarować je dla cerkwi.

Część trzecia. Dzieci i ich obowiązki

„Błogosławieństwo rodziców – to największe dziedzictwo dla dzieci. Dlatego dzieci powinny starać się mieć rodzicielskie błogosławieństwo”

Rozdział pierwszy. O dzieciach, ich radościach i trudnościach

Wiek niemowlęcy

- Geronda, ja zauważyłam, że czasem podczas Boskiej Liturgii niemowlęta uśmiechają się.

- One uśmiechają się nie tylko podczas Boskiej Liturgii. Niemowlęta przebywają w stałym związku z Bogiem, dlatego że nie mają one trosk, zmartwień. Pamiętacie, co powiedział Chrystus o maleńkich dzieciach? „Aniołowie ich na niebiosach zawsze widzą oblicze Ojca Niebiańskiego” (Mt.18:10). Maleństwa utrzymują związek z Bogiem i Aniołem Stróżem, który nieodstępnie przebywa obok nich. Podczas snu niemowlęta to śmieją się, to płaczą, ponieważ one widzą i radosne, i straszne. W jednych przypadkach one widzą swego Anioła Stróża i bawią się z nim. On pieści je, bierze je za rączki i one śmieją się. A w drugich przypadkach kusiciel przedstawia im coś strasznego, i one płaczą.

- A dlaczego kusiciel straszy niemowlęta?

- To, że on je straszy, jest im też na pożytek, ponieważ one ze strachu zmuszone są wołać mamę. Gdyby tego strachu nie było, to dzieci nie musiałyby biec w macierzyńskie objęcia. Bóg wszystko dopuszcza dla dobra ludzi.

- A kiedy dzieci podrosną, czy pamiętają one, co widziały, będąc maleństwami?

- Nie, zapominają. Gdyby maluch pamiętał, ile razy on widział swego Anioła, to wpadłby w pychę. Dlatego, podrastając, on wszystko zapomina.

- One widzą to wszystko po Chrzcie?

- Oczywiście, po Chrzcie.

- Geronda, a czy można przykładać nieochrzczone dziecko do Świętych Relikwii?

- Czemu to nie można? Można nawet znakiem krzyża ocieniać dziecko Świętymi Relikwiami. Dzisiaj widziałem malucha, podobnego do maleńkiego Anioła. „Gdzie twoje skrzydła?” – zapytałem go. On zmieszał się i nie wiedział, co odpowiedzieć!.. Na Atosie, w swojej celi, wiosną, kiedy kwitną drzewa, ja rozwieszam karmelki na gałęziach krzaków, które są obok płotu, którym ogrodzona jest moja cela. Kiedy przychodzą do mnie odwiedzający z maleńkimi dziećmi, ja mówię: „Dzieci, bądźcie dobre, oberwijcie z krzaków cukierki, ponieważ, jeśli zacznie padać deszcz, one rozmokną i przepadną!” Niektóre bystre maleństwa rozumieją, że to ja rozwiesiłem na gałęziach cukierki, i śmieją się. Drugie wierzą, ż cukierki wyrosły na krzakach same, trzecie nie wiedzą: wierzyć czy nie… Maleństwa potrzebują i trochę słoneczka.

- Geronda, Wy rozwieszacie dużo cukierków?

- Jeśli już rozwieszać, to dużo. Kiedy mi przynoszą smaczne słodycze, ja nie daję ich dorosłym. Dorosłych częstuję łukumem. Kiedy mi przynoszą dobre słodycze, ja biorę je dla dzieci Afoniady [29]. I tu, w monasterze, ja też posadziłem wczoraj karmelki i czekoladki, a dzisiaj one już zakwitły! Wy zauważyliście? No a dlaczego nie: pogoda słoneczna, gleba dobra, przekopaliście ją dobrze, dlatego czekoladki i rozkwitły tak szybko! [30]. Oto zobaczycie, jaki kwietnik ja wam urządzę! My już nie będziemy musieli kupować dzieciom cukierków i czekoladek. A co wy myślicie? Będziemy zbierać swój własny urodzaj.

- Geronda, pielgrzymi zobaczyli, jak z grządki sterczą cukierki i czekoladki i zdziwili się. „Prawdopodobnie, zrobiło to któreś z dzieci”, – powiedzieli oni.

- Czemu więc ty nie powiedziałaś im, że zrobił to pewien duży dzieciak?

Anioł Stróż strzeże maleńkie dzieci

- Geronda, dlaczego Bóg daje każdemu człowiekowi Anioła Stróża? Czyż on nie może chronić nas Sam?

- Anioł Stróż – to szczególna opieka Boża nad Swoim stworzeniem. Anioł Stróż – to Opatrzność Boża, przejaw Jego planu odnośnie człowieka. I za to mamy dług wobec Boga. Aniołowie szczególnie opiekują się małymi dziećmi. Jakże one ich chronią! Pewnego razu dwoje dzieci bawiło się na dworze. Jedno chciało rzucić kamień w głowę drugiego już wycelowało. Drugie dziecko nie widziało niebezpieczeństwa. I oto w ostatniej chwili, widocznie, jego Anioł uczynił tak, że ten maluch coś zobaczył, podskoczył – i kamień przeleciał obok jego głowy.

A jedna matka pewnego razu poszła pracować w pole i wzięła z sobą dziecko. Pokarmiwszy je piersią, położyła je do kolebki i poszła pracować. Kiedy po jakimś czasie ona podeszła popatrzeć na dziecko, to zobaczyła, że ono trzyma w ręku i z ciekawością ogląda węża! Kiedy matka karmiła dziecko piersią, wokół jego ust zostało mleko. I oto wąż podpełzł do dziecka i zlizywał mleko z jego twarzyczki. Dziecko schwyciło węża. Zobaczywszy to, matka zakrzyczała, dziecko wystraszyło się, otworzyło swoją rączkę, i wąż odpełznął! Bóg chroni dzieci.

- Geronda, ale dlaczego w takim razie wiele dzieci cierpi z powodu chorób i innych nieszczęść?

- Bóg wie, co przyniesie pożytek każdemu człowiekowi i odpowiednio z tym daje mu wszystko niezbędne. On nie daje człowiekowi tego, co nie przyniesie mu pożytku. Na przykład, czasem On widzi, że niepełnosprawność cielesna czy okaleczenie pomoże nam więcej, niż gdyby On ochronił nas od tego okaleczenia albo zachował całymi i nietkniętymi.

Święty Chrzest

- Geronda, co będzie z tymi mieszkańcami Północnego Epiru [31], którzy umierają nieochrzczeni?

- E-e, większość z nich była ochrzczona przez swoich rodziców lekkim, powietrznym Chrztem [32]. A wielu w tych krajach przyjęło lekki Chrzest od swoich niań albo pielęgniarek w porodówkach. Ja znam przypadek, kiedy jedna pielęgniarka chrzciła dziecko w miednicy z wodą. Bóg widział usposobienie tej kobiety… A ileż Łaski mają nowo ochrzczeni! Pewnego razu w grupie trzystu pięćdziesięciu osób ja odróżniłem ochrzczoną kobietę. Zapytałem, kim ona jest, i powiedzieli mi, że to była Turczynka, która przyjęła Święty Chrzest. Jej twarz promieniała. Obok niej pozostali wyglądali jak barbarzyńcy.

- Geronda, a czy słusznie jest, jeśli podczas Chrztu dzieciom dawane są dwa imiona?

- Jeśli małżonkowie kłócą się i rozwodzą się z powodu tego, jak nazwać dziecko, to nich dają mu nawet i trzy imiona! Ale przecież i prawidłowe chrześcijańskie imiona teraz przemieniły się niewiadomo w co… Wiki, Peppi, Mini…

- Gerona, jedna kobieta w piątym miesiącu ciąży straciła maleństwo. Ono urodziło się martwe, i teraz ona rozstraja się z tego powodu, że nie można był uczynić nad nim nawet lekkiego, powietrznego Chrztu.

- Skoro ona sama nie jest temu winna, to niech ma zaufanie do Boga. Bóg wie, co uczynić z takimi dziećmi i gdzie je umieścić.

- Geronda, moja matka opowiedziała mi, że jeden z moich braci zmarł kilka godzin po porodzie i ona nie zdążyła go ochrzcić. Ja poradziłam jej opowiedzieć o tym ojcu duchowemu.

- Skoro ona chciała, ale nie zdążyła go ochrzcić, to ona ma łagodzące okoliczności. Inne zaś kobiety nawet popełniają aborcje i same zabijają własne dzieci. My nie znamy sądu Bożego. Byłoby ciężkim grzechem, gdyby ona nie zdążyła ochrzcić swego dziecka z powodu zaniedbania i ono umarło nieochrzczone. Ty osądzasz o podobnych rzeczach z punktu widzenia zdrowego rozsądku. To teologia racjonalizmu. Pamiętam, jakoś pewnego razu przyszła do mnie grupa pielgrzymów, i ja opowiadam im następujący przypadek. Jedno maleństwo z Północnego Epiru chrzcili trzykrotnie. Jeden raz babcia, drugi raz dziadek i potem matka – jeden w tajemnicy przed drugim, – ponieważ wszyscy oni uważali dziecko za nieochrzczone. Kiedy opowiedziałem tę historię, jeden z pielgrzymów podskoczył i oświadczył: „To niekanonicznie!” – „Słuchaj, – mówię mu, – po-twojemu, oni wyczytali o tym, że dziecko trzeba chrzcić trzykrotnie w jakiejś dogmatycznej książce? Przecież to dziecko otrzymało potrójne błogosławieństwo!”

- Geronda, czasem ludzie widzą we śnie swoich zmarłych krewnych i rozmawiają z nimi. To dopuszcza Bóg dlatego, aby pomóc ludziom w wierze, w pokajaniu?

- Tak. Czyż nie opowiadałem wam podobnych przypadków? Jeden mnich ze Świętej Góry pochodził ze wsi, która znajdowała się na terytorium Bułgarii. Tam było wielu nieochrzczonych. Ten mnich opowiadał mi, że, będąc jeszcze świeckim i nieochrzczonym, on zobaczył we śnie swego małego bratanka, który niedawno umarł. Dziecko stało za ogrodzeniem przepięknego sadu i płakało. A sad był pełen małych dzieci, które radowały się i się bawiły. „Dlaczego ty nie idziesz do sadu?” – zapytał człowiek widzący sen. „Jak ja mogę pójść tam? – odpowiedział dzieciak. – Przecież ja nie jestem ochrzczony”. Po tym zdarzeniu człowiek natychmiast poszedł i się ochrzcił, a potem opowiedział kapłanowi o tym, co widział we śnie. Tak urządził Bóg dlatego, aby inni też zrozumieli, jaką godność ma Święty Chrzest. Po tym wydarzeniu mieszkańcy tej bułgarskiej wsi też zaczęli chrzcić dzieci.

- Geronda, niektórzy rodzice, którzy zawarli ślub cywilny, chcą ochrzcić swoje dzieci. Czy mogą oni to robić?

- Dlaczegoż nie można? W czym winne są nieszczęsne dzieci? To, że ludzie, którzy zawarli ślub cywilny, chcą ochrzcić swoje dzieci, świadczy o tym, że u nich wewnątrz jest coś (dobrego), że ci ludzie nie są całkiem obojętni. Widocznie, ci ludzie gdzieś i w czymś zaplątali się, zagubili się. Jeśli ktoś chce im pomóc, to najpierw trzeba popatrzeć, z jakiego powody oni nie wzięli ślubu cerkiewnego, a potem – z jakiego powodu oni chcą ochrzcić swoje dzieci.

- Geronda, jeśli mniszka przed odejściem do monasteru była czyjąś matką chrzestną podczas Chrztu, to teraz, oprócz modlitwy za swego chrześniaka, powinna ona posyłać mu prezenty – jak robią to chrzestni w świecie?

- E-e, mniszka teraz od takich obowiązków jest zwolniona. Mnich pomoże (swemu chrześniakowi) modlitwą. Oto jej rodzice – jeśli chcą – mogą mieć z chrześniakiem swojej córki-mniszki podobne związki.

- Czyli rodzice mniszki mogą mieć taki związek z chrześniakiem ich córki, jeśli oni sami tego zechcą?

- Tak, sami. Mniszka nie powinna przymuszać ich do tego. Niech ona modli się, aby Bóg ich oświecił. Ale jak by to nie było, chrzestny ponosi wielką odpowiedzialność. Kiedy ja jeszcze byłem w świecie, moi rodzice obiecali jednej znajomej parze małżeńskiej, że chrzestnym jednego z ich dzieci będzie ktoś z naszej rodziny. Kiedy urodziło się u nich dziecko, wszyscy moi krewni byli oddaleni, i dlatego zostać chrzestnym maleństwa poprosili mnie. Miałem wtedy szesnaście lat, nie chciałem go chrzcić, ponieważ czułem, że biorę na siebie wielką odpowiedzialność. I tak, znalazłszy się w trudnej sytuacji, zacząłem się modlić. „Boże mój, – prosiłem, – jeśli to maleństwo stanie się dobrym człowiekiem, to zabierz ode mnie wszystkie pozostałe lata mego życia i daj je jemu. Jednak jeśli ono stanie się człowiekiem niedobrym, to weź je do Siebie teraz – kiedy podobne ono jest do małego Aniołka”. Ochrzciłem dziecko i dałem mu imię Paweł. Po tygodniu ono umarło. Teraz jest ono na Niebiosach i nie ryzykuje ich utratą.

Dzieci-sieroty

- Geronda, jeśli umiera głowa rodziny, czy powinny małe dzieci widzieć ciało swego martwego ojca?

- Lepiej nie trzeba. Bo przecież nawet jeśli umiera ktoś z bliskich dorosłej osoby, to szukasz sposobu, jak by łagodniej, uprzejmie poinformować go o tym. Cóż więc tu mówić o dzieciach!

- Do jakiego wieku dzieciom nie na pożytek jest widzieć swoich zmarłych bliskich?

- To zależy od (charakteru, skłonności, nastroju) dziecka.

- A czy można prowadzać dzieci na grób ojca?

- Tak, na grób dzieci prowadzać można. Trzeba im powiedzieć: „Ojciec przeprowadził się stąd na Niebo. Jeśli wy będziecie dobrymi dziećmi, to on będzie przychodzić z Nieba do was w gości”. Pamiętam, kiedy umarła moja babcia, mnie odprowadzili do domu naszych znajomych, abym nie widział pogrzebu i nie wiedział, że ona umarła. Tam ze mną bawili się, poddawali mnie rozrywce. Ja śmiałem się, a oni płakali. Kiedy przyprowadzili mnie z powrotem do domu, zacząłem pytać: „A gdzie jest babcia?” – „Przyjdzie, przyjdzie”, – mówili mi. Ja oczekiwałem powrotu babci, a po jakimś czasie dowiedziałem się, że ona umarła. Dzieciom niekorzystne jest widzieć kochanych ludzi umarłymi.

- Geronda, jeśli u małych dzieci umiera matka, to one przeżywają jej śmierć z ogromnym bólem.

- Dzieci bardziej zostają sierotami, tracąc matkę, a nie ojca. Dlatego, tracąc matkę, one odczuwają większy ból. Rzadko bywa tak, że dla dzieci, które utraciły matkę, potem staje się matką ich ojciec. Jednak w Raju takie dzieci będą pocieszone. One otrzymają (brakujące) tam. Sierota „przejdzie” do Raju z niższym „poziomem wymagań do przejścia”, podobnie jak grecy z zagranicy dostają się na nasze uniwersytety bez egzaminów, ponieważ przewiduje to odpowiednie prawo. Czyli na sieroty rozciąga się działanie prawa Bożego, i do tego aby przejść do Raju, im trzeba mniej wysiłku, podczas gdy innym ludziom trzeba w tym celu podjąć niemały wysiłek. Ja uważam dzieci, pozbawionych wielkiej czułości swoich rodziców, za szczęśliwych i błogosławionych. Przecież oni potrafili w tym życiu uczynić swoim Ojcem Boga i jednocześnie odłożyli do „kasy oszczędnościowej” Boga i czułość swoich rodziców, której zostali pozbawieni i która teraz przynosi im (duchowe) procenty.

Ale i w tym życiu Dobry Bóg będzie pomagać takim dzieciom, ponieważ od tej chwili, jak Bóg zabiera do Siebie rodziców, On – jeśli można tak się wyrazić – zobowiązany jest troszczyć się o ich dzieci. Pamiętacie, co mówi prorok Dawid? „Sierotę i wdowę przyjmie” (Ps.145:9). Bóg w naturalny sposób kocha takie dzieci bardziej i troszczy się o nie bardziej. Takim dzieciom On w tym życiu daje więcej (duchowych) praw, niż innym dzieciom. Jeśli sierota obróci pokrętło regulatora na dobroć, to odniesie wielkie sukcesy. Ale jeśli on mówi: „Skoro ja sam męczyłem się, to teraz będę męczyć innych”, on sam siebie niszczy.

- Geronda, negatywne następstwa sieroctwa zostają człowiekowi na całe jego życie?

- Co ty mówisz? Dzieci-sieroty mogą być trochę skrępowane, mieć pewną nieśmiałość, bojaźliwość – u nich nie ma tej radości, żywości, jak u dzieci, nasyconych czułością. Jednak to skrępowanie jest dla takich dzieci hamulcem, który pomaga im w życiu. I jednocześnie one odkładają sobie oszczędności na drugie życie. Co ty myślisz: Bóg nie widzi tego skrępowania? Czyż On nie pomoże im potem? Dlatego sierotę – zwłaszcza po matce – powinniśmy z bólem i gorącą miłością ścisnąć w swoich objęciach, dlatego aby najpierw on się ogrzał, i aby znikła u niego nieśmiałość, bojaźliwość, i aby otworzył on swoje serce. I jeśli u niego jest luboczestije, to my powinniśmy mocno przyhamowywać jego wielki zapał, aby on nie nadwerężył sił, starając się wyrazić swoją wielką wdzięczność. Święty Arsienij Kapadocki wyrósł sierotą – i po matce i po ojcu. Gdyby on nie odniósł się do swego sieroctwa duchowo, z odwagą, to byłby człowiekiem wymęczonym, miałby psychiczne problemy. Jednak popatrz, jakim on był zuchem! Jakie czynił bohaterstwa! Na mnie wywarło wrażenie to, że jego koście były miękkie, jak wata, jak gąbka. Kiedy podczas odnalezienia jego relikwii ja wyjmowałem z mogiły jego żebra i kręgi, to one rozsypały się w proch, jak tylko ich dotknąłem. Tylko trochę mocniejsze były dwa kręgi, biodrowa i wielka piszczelowa koście. Zadziwiająca sprawa: jak, będąc tak chorym, on mógł chodzić pieszo na tak ogromne odległości? On chodził, jakby latał w powietrzu! Widać tu nadprzyrodzoną siłę, którą dawał mu Bóg. Czyż więc Chrystusowi będzie ponad siły wyhodować sierotę?

Dopóki dzieci nie osiągną pełnoletniości, koniecznie trzeba je ograniczać

Aby nie pośliznąć się na słodkiej górce świeckiego upadku, który napełnia duszę trwogą i wiecznie oddala ja od Boga, dzieci powinny stale odczuwać jako wielką konieczność rady (starszych) – zwłaszcza w krytycznym wieku dojrzewania (z ros. otrok – od 7 do 15 lat). Dzieci powinny wejść w sens posłuszeństwa. One powinny zrozumieć, że w posłuszeństwie rodzicom ukrywa się ich własna korzyść – tak, aby słuchać się ich z radością i swobodnie poruszać się w duchowej przestrzeni.

Wy nie zastanawialiście się nad tym, jak ograniczona jest swoboda małego dziecka? Dziewięć miesięcy ono zamknięte jest w macierzyńskim łonie. Nowonarodzone kładą do kołyski. Mija pięć-sześć miesięcy, i je umieszczają za wysoką siatką. Potem podrośniętemu dziecku nie pozwalają wychodzić z domu samemu, żeby ono nie uderzyło się i nie spadło ze schodów. Przecież jeśli zostawić dziecko wolnym, oni upadnie i rozbije się.

Wszystko to jest niezbędne dlatego, aby dziecko wyrosło bezpiecznie. Na pierwszy rzut oka, wszystkie te środki zabierają dziecku wolność – jednak bez tego wszystkiego ono poddawałoby się niebezpieczeństwu śmierci, poczynając od pierwszej chwili swego życia. Jednak dzieci – kiedy są małe – nie rozumieją, że potrzebują ograniczeń. Jednak, i kiedy one podrosną, one też nie rozumieją, że potrzebne są im ograniczenia innego rodzaju, i dlatego dążą do wolności. Ale co to za wolność? Wolność zostania kaleką? Od takiej wolności dzieci giną. One powinny zrozumieć, że dopóki nie skończą nauki, dopóki nie otrzymają do ręki dyplomu, dopóki nie staną się dojrzałe – aby być poprawnymi ludźmi, – niezbędne jest im ograniczenie. Przecież, skaleczywszy się choćby jeden raz, one zginą. Dzieci powinny odczuć ograniczenie jako konieczność, zrozumieć, że jest to błogosławieństwo Boże. One powinny być wdzięczne swoim rodzicom, którzy ich ograniczają. One powinny wiedzieć, że rodzice ograniczają je z miłości. Ani jeden ojciec i ani jedna matka nie ograniczali swego dziecka ze złości – nawet jeśli i postępowali wobec nich skrajnie surowo. I jeśli rodzice przykręcą swoim dzieciom śrubkę trochę mocniej, to w tym też kryje się dużo miłości. Oni robią to od dobrego nastawienia, aby dzieci były bardziej skupione, podciągnięte, czujne i nie podlegały niebezpieczeństwom. Przecież i sadownik, sadząc drzewka, dla większej pewności może przywiązać je drutem mocniej, niż trzeba, i trochę zranić. Jednak Dobry Bóg wkrótce zaciąga rankę na drzewnej korze. Jeśli już Bóg zaciąga (leczy) ranę drzewa, to o ile bardziej On troszczy się o (człowieka) – Swoje stworzenie! Czyż, jeśli rodzice przykręcili dziecku śrubkę troszkę mocniej i zadali mu niewielką ranę, Bóg tej rany nie wyleczy?

Oprócz tego, dzieci powinny rozmawiać ze swymi rodzicami, powinny ujawniać im swoje myśli. Jak mnich w monasterze ma Starca, któremu on ujawnia swoje myśli i od którego otrzymuje pomoc, tak i dziecko powinno ujawniać siebie rodzicom. Dobrze jest, jeśli dziecko najpierw spowiada się swojej matce i potem – ojcu duchowemu. Jak rodzice, jeśli dziecko stłucze nogę, idą razem z nim do lekarza i pytają co powinni robić, aby stłuczenie przeszło, tak oni powinni wiedzieć i o tym, jakie (duchowe) problemy są u ich dziecka, – dla tego aby mu pomóc. Jeśli dziecko mówi o swoich problemach tylko ojcu duchowemu, to jak rodzice będą mogli mu pomóc? Przecież oni nie wiedzą co je niepokoi.

Trudności dzieci w czasie nauki

Dzieci, posiadające zdolność do opiniowania i bystrość, czasem napotykają trudności i męczą się. Takie dzieci wszystko chcą uporządkować swoim własnym umysłem i dążą robić to, co przekracza ich siły. One mają silny umysł, jednak nie umieją one naciskać na hamulec. One eksperymentują na sobie, jakby chciały wypróbować, jaki mają zapas wytrzymałości! Od tego one cierpią. Jeśli one się ukorzą, to ich zdolność do opiniowania pomoże im odnieść sukces. Dzieci, u których nie ma takiej zdolności do opiniowania i bystrości, nie mają i trudności, ale, z kolei, one nie trudzą się (wewnętrznie), nie zastanawiają się (nad życiem) – w dobrym sensie tego słowa.

Wiecie, ilu studentów, przygotowawszy się do egzaminów i znając wszystko na pamięć, boją się, że obleją, i z tego powodu nie idą na egzaminy? Będąc w stanie poradzić z nauką, tacy studenci swoim tchórzostwem pogrążają siebie w panikę. Jednak jeśli oni pokornie poproszą: „Pomódlcie się, ponieważ ja sam nie mogę poradzić z nauką, ale przez wasze modlitwy postaram się dobrze zdać egzaminy”, to za pokorę oni przyjmą Łaskę Bożą i boskie oświecenie. Oprócz tego, przed tym jak zacząć zdawać egzaminy, studenci powinni pomodlić się do swego Świętego patrona, który pomoże im odpowiednio do ich wiary i bogobojności.

- Geronda, jedna dziewczyna, która uczy się za granicą, napisała do mnie: „Myśl mówi mi, żnie ja nigdy nie będę mogła odnieść duchowych sukcesów. Widocznie ja zawsze taką i pozostanę”.

- Ot dziwaczka! Siedzi w Europie i dochodzi do takich wniosków! Przecież ona pojechała tam nie dlatego, aby osiągnąć sukcesy duchowe i nie dlatego, aby zostać tam na zawsze, a dlatego, żeby otrzymać tę wiedzę, która przyda się jej w zawodzie. Niech ona stara się zachować ten duchowy stan, który ma teraz, i nie dąży do duchowych sukcesów tam. Przecież europejczycy – to naród, który odniósł sukcesy w (ziemskich) naukach, a nie w duchowym. Niech ona nie naciska na siebie i nie przyjmuje wszystkiego do serca. Nie warto przyjmować tego wszystkiego do serca i z tego powodu cierpieć. Niech ona uważa swoje przebywanie tam jako terminową służbę wojskową. W wojsku żołnierz trudzi się w pocie czoła, wybija się z sił, czasem inni traktują go bardzo surowo. A z nią w Europie ludzie postępują, przynajmniej, z uprzejmością – niech i zewnętrzną, obłudną – według europejskiej mentalności. Należało oczekiwać tego, że ona napotka te trudności, ponieważ i w Grecji widzimy to samo, różnica tylko w tym, że w Grecji – ponieważ jesteśmy narodem prawosławnym – jest i duchowa pomoc dla tych, kto troszczy się o swoje życie duchowe. Trochę cierpliwości i trochę uwagi, i trudności będą pokonane. Skoro ona znalazła się tam, to trzeba swój wolny czas poświęcić czytaniu i modlitwie, aby duchowo też się odżywiać. Te wysiłki, które ona włoży, aby odnieść sukcesy w nauce, pomogą jej pogrążyć się w niej z głową, i wtedy wszystkie złe myśli i młodzieńcze pokusy będą jej obce.

Rozdział drugi. O szacunku i miłości dzieci wobec rodziców

Szacunek dzieci wobec rodziców i starszych

Kiedy dziecko jest małe, ono nie wykonuje żadnej pracy. O jego pokarm, ubranie i temu podobne troszczą się rodzice. Rodzice pomagają dziecku z miłości. Dziecko nie pracuje – ono może wypełniać jedynie niewielkie polecenia w domu. Ale czy ta praca może zrównać się z tym wysiłkiem czy kosztami, jakie czynią ze względu nie na nie rodzice? Jeśli stawszy się dorosłym, dziecko nie rozumie, co dali mu jego rodzice, to jest to bardzo wielka niewdzięczność.

Wcześniej rodzice karali dziecko cieleśnie, i ono przyjmowało cielesne kary bez myśli (żalu). Często ono nawet nie rozumiało, za co je bili. Ale dzisiejsze dzieci – to jedno ciągłe „dlaczego i za co?”. Jedno ciągłe spieranie się, kłótnie. U nich nie ma prostoty. Wszystko co się dzieje one poddają osądowi i ocenie. Jednak Boża Łaska w ten sposób nie przychodzi. Jeśli dziecko nie odczuwa swego ojca jako ojca i nie przyjmuje ojcowskich kar, to ono – jest dzieckiem niezakonnym (nieprawym) (porównaj Hbr.12:6-11). Niektóre dzieci, wystarczy że rodzice uczynią im małą uwagę, od razu zaczynają grozić: „Ja podetnę sobie żyły!” I co zostaje robić rodzicom? Oni ustępują, a w ostatecznym efekcie dzieci psuja się i giną.

Dziecko powinno zrozumieć, że jeśli czasem rodzice i dają mu klapsa, to robią to nie ze złości, a z miłości – dlatego aby ono się poprawiło, stało się lepsze i w efekcie było szczęśliwe. My, będąc maleńkimi, przyjmowaliśmy wszystko: i rodzicielską pieszczotę, i rodzicielskie policzkowanie, i rodzicielskie pocałunki. My rozumieliśmy, że wszystko to rodzice robili dla naszego dobra. My mieliśmy do (naszych rodziców) wielkie zaufanie. Czasem bywało i tak: w czymś był winien jeden brat, a matka obstawiała drugiego, ponieważ ona nie zdążała przeprowadzić „sądowego śledztwa”. Jednak winien, widząc, że z jego powodu dostało się drugiemu – niewinnemu, przyznawał się do swojej winy, ponieważ demaskowało go sumienie. I w ten sposób winien brat czy siostra otrzymywali uniewinnienie.

W rodzinie młodsi powinni mieć szacunek wobec i rodziców i starszych (braci i sióstr). Młodsi powinni odczuwać szacunek, podporządkowanie i wdzięczność starszemu za konieczność. Starsi, swoją drogą, powinni żywić do młodszych miłość, pomagać i chronić ich. Kiedy młodszy szanuje starszego, a starszy kocha młodszego, to powstaje wspaniała domowa atmosfera. Mój ojciec mówił nam: „Okazujcie posłuszeństwo waszemu starszemu bratu”. My wiedzieliśmy, że ojciec kocha nas wszystkich, i zachowywaliśmy się wobec niego bardzo swobodnie. A oto starszemu bratu, nie znajdując w nim ojcowskiej miłości, okazywaliśmy wielkie posłuszeństwo (U Starca Paisija było siedmioro braci i sióstr).

Kiedy małżonkowie szanują siebie nawzajem, a dzieci szanują rodziców, to życie w rodzinie idzie gładko, równo, jak zegarek. W takiej rodzinie starszy syn nigdy nie powie matce coś takiego „uważaj-no, mamo, żebyś ty więcej czegoś takiego nie robiła” albo „dlaczego ty zrobiłaś wszystko do góry nogami?” Ale w takiej rodzinie i ojciec nie rozmawia z matką podobnym tonem. Dorosły może żartować z dzieckiem, aby je pocieszyć, ale dziecko, odczuwając radość od żartów dorosłego, nie powinno zachowywać się wobec niego bezceremonialnie i poufale. Kiedy ja byłem w monasterze Stomion i czasem schodziłem z monasteru do miasta po zakupy, pewien maluch, którego dom stał wprost na drodze, podbiegał do mnie, tylko zobaczywszy mnie, i ja całowałem mu rączkę. Potem on przyzwyczaił się do tego i, podbiegając do mnie, sam wyciągał swoją rączkę dla tego, abym ja ją pocałował! Ja robiłem to, co on chciał. Ale potem jego rodzice poprosili: „Ojcze, nie trzeba całować mu ręki, ponieważ on biega za batiuszkami, wyciąga do nich swoją rękę dla pocałowania, a jeśli oni tego nie robią, zaczyna płakać”.

Jak dzieci powinny kochać rodziców po tym, jak stworzą one swoją własną rodzinę

Dobry Bóg urządził tak, że mąż i żona związują się między sobą taką miłością, że zostawiają nawet swoich rodziców. Gdyby tej miłości nie było, to ludzie nie mogliby stworzyć własnej rodziny. Zadanie rodziców kończy się, jak tylko dzieci tworzą swoją własną rodzinę (albo zostaną mnichami). Po tym od dzieci należy się rodzicom tylko (dwie rzeczy): ogromny szacunek i tyle miłości, ile należy żywić do swoich rodziców. Ja nie chcę powiedzieć, że mąż i żona nie powinni kochać swoich rodziców. Nie. Ale najpierw oni powinni mieć wielką miłość między sobą i (tylko) potem kochać swoich rodziców. Najpierw powinni kochać jedno drugie tak mocno, aby ich miłość przelewała się przez krawędź. I już od tego przelewania się małżeńskiej miłości oni powinni okazywać swoim rodzicom cały szacunek i całą wdzięczność. Miłość małżonków powinna być szlachetna, tak, aby każde z małżonków jak można więcej troszczyło się o rodziców drugiego małżonka.

Żeby w rodzinie był spokój i zgoda, bardzo pomoże oto co: mąż powinien kochać swoją żonę bardziej, niż swoją matkę i bardziej, niż kogokolwiek ze swoich bliskich i krewnych. Miłość małżonka do rodziców powinna płynąć, przelewać się przez jego żonę. Oczywiście i żona powinna zachowywać się tak samo.

Ja znam rodzinę, w której na początku małżeńskiego życia mąż i żona mieli problemy, nieporozumienia, ponieważ jedno z małżonków kochało swoją matkę nadmierną miłością. Ta miłość zaczyna się od luboczestija, które mają syn i córka, odczuwając do swojej matki wielką wdzięczność. Jednak powoli, kiedy małżonkowie przywiązują się jedno do drugiego, ten problem znika. Przecież gdyby od razu po weselu jedno z małżonków darzyło drugie taką miłością, która uzupełniałaby miłość macierzyńską, to byłoby nienaturalne.

Jeśli małżonek szanuje teściową i teścia, to przynosi mu to honor, tak samo, jak synowej czyni honor szacunek i miłość do świekry – kobiety, która urodziła jej męża, wyhodował go, i teraz on – jest jej mężem i jej radością. Jeśli mąż i żona mają podobne uczucia i podobne myśli, wszystko to powoli ukierunkowuje, ustawia dusze ich własnych dzieci.

Matka przed ożenkiem syna znajdowała w jego miłości niemałe pocieszenie. Ale staruszkowie znów stają się niemowlętami. Ożeniwszy syna, matka odczuwa siebie tak, jak czuje się starsze dziecko, zobaczywszy w objęciach swojej matki drugie – tyko co narodzone niemowlę. Widzisz jak: jeśli człowiek nie odetnie swoich namiętności w młodości, to, z wiekiem siła jego woli osłabnie i namiętności staną się mocniejsze. Jednak synowa nie powinna tym się obrażać. A jeśli ona jeszcze i opiekuje się swoją postarzałą teściową, to niech troszkę pocierpi, aby nie utracić nagrody, która naliczana jest jej za tę opiekę, którą ona jej okazuje. Jeśli teraz ona z cierpliwością opiekuje się teściową, to potem, kiedy wszystkie zmartwienia będą za nią, ona będzie radować się z tego dobra, które wyświadczyła.

Ale, oczywiście, i teściowa powinna kochać swoje synowe jak własne córki. Moja babcia ze strony ojca kochała moją mamę bardziej, niż mego ojca. Kiedy żenili się moi bracia, sąsiadki kręciły głowami i straszyły moją matkę: „No, teraz ponajeżdżają synowe…” A matka odpowiadała im: „Dlaczego wy tak mówicie? Mnie moja teściowa kochała bardziej, niż swoją córkę. Tak więc dlaczego ja mam nie kochać swoich synowych?” I rzeczywiście, ona też kochała je jak córki.

Starość czyni człowieka pokornym

Jak zaś pokornym staje się człowiek w starości! Staruszek stopniowo traci siły i staje się podobnym do postarzałego sokoła. Kiedy sokół starzeje, wypadają mu pióra i skrzydła stają się podobne do połamanych grzebieni. Pamiętam, jak jeden członek Duchownego Soboru [33] z monasteru Fiłofiej [34] w 1914 roku – będąc jeszcze świeckim – na ochotnika pojechał z Smirny walczyć do Albanii, dlatego aby zemścić się na Turkach, którzy zarżnęli jego ojca. Pewnego razu on złapał Turka i chciał poderżnąć mu gardło. Turek zaczął błagać: „Nasza wiara jest grubiańska. Ona uczy nas rżnąć i zabijać. Jednak wasza wiara nie taka. Chrystus nie uczy was zabijać”. Te słowa na tyle go przemieniły, że on wyrzucił karabin i natychmiast wycofał się na Świętą Górę. On został mnichem, został członkiem Duchownego Doboru, jednak atamański duch z niego nie wywietrzał. On był odpowiedzialny za wszystkie posłuszeństwa, i wszystkie klucze od magazynów wisiały u niego na pasie. Nikt z braci nie odważył się powiedzieć mu coś przeciwnego. Jeśli ktoś z mnichów zapominał zwrócić się do niego jak należało: „Starcze Spiridonie”, to on wychodził z siebie. Pewnego razu w okresie Wielkiego Postu do monasteru przyszła szajka rozbójników i zażądała od mnichów sera. Wtedy do bandytów wyszedł ojciec Spiridon i „powitał” ich tak: „Ach wy, świnie! W Wielkim Poście przyszliście prosić o ser?” – powiedział a i powyrzucał ich za bramę. Innym razem mnisi rozebrali panikadiła (żyrandole) [35], aby je poczyścić. Bandyci, zobaczywszy różne błyszczące zawijasy od panikadiła, pomyśleli, że one są ze złota. Przyszedłszy do monasteru, oni powrzucali te zawijasy do worków i zebrali z całej okolicy mułów, aby załadować na nie te worki. Ojciec Spiridon, jak tylko to zobaczył, schwycił bandytów za kołnierze, zabrał ich worki i powywalał zawartość na ziemię. „Łobuzy wy, łobuzy! – powiedział im. – A przecież to tanie żelastwo! Tak samo tanie, jak wasze miedziane łby!” Ten człowiek nie wiedział, czym jest tchórzliwość. Jednak w starości on zachorował i spokorniał. Dla mnie dali posłuszeństwo opiekować się nim. Pewnego razu on mnie poprosił: „Pomódl się, Awierkij [36], źle się czuję”. Ja wstałem i zacząłem na głos modlić się po czotkach: „Hospodi, Iisusie Christie, pomiłuj raba Twojeho starca Spiridona” (Panie, Jezusie Chrystusie, zmiłuj się nad niewolnikiem (sługą) Twoim starcem Spiridonem). – „Głupcze, – mówi, – nie „starca Spiridona, a Spirkę!” Jak więc upokorzyła go choroba i starość! Wcześniej popróbuj tylko nie nazwać go „starcem Spiridonem”!

I mój ojciec w starości spokorniał od muchy. Pewnego razu moja siostra zastała go płaczącym. „Co z tobą, ojcze? – zapytała. – Być może, skrzywdził ciebie ktoś z wnuków?” – „Nie, nie, – odpowiedział on. – Czym jest człowiek… Ja chciałem klapnąć muchę packą i nie mogłem tego zrobić. Ja próbowałem uderzyć ją z prawej – ona odlatywała w lewo, chciałem klapnąć z lewej – ona odlatywała na prawo! Ja, kiedy byłem młody, strzelałem tak celnie, że czetów (Czety – tureccy rozbójnicy) nie zabijałem, a ostrzeliwałem ich ze wszystkich stron, tak że kule padały szczelnie i tak zmuszałem ich poddawać się. Kiedy miałem szesnaście lat, podstrzeliłem lwiątko, raniłem je i wstąpiłem w starcie z ranionym zwierzęciem. A teraz nie mogę zabić muchy! E, człowiek jest znikoma istotą”. Nieszczęśnik odczuwał jedno wielkie „nic”, zero, tak jakby on nic nie dokonał w swoim życiu.

A wiecie, jak pokornieją staruszkowie-mnisi w schroniskach dla starych mnichów w świętogórskich monasterach! Nad nimi dokonują jeszcze jedne… mnisie postrzyżyny! Im obstrzygają włosy, aby były one krótkie i łatwiej było ich myć. Im obstrzygają brody, ponieważ płynie u nich ślina, wypada z ust jedzenie i jak ich potem czyścić? Te postrzyżyny – to ostatnie postrzyżyny. Postrzyżyny pokory!

Zapłata (nagroda) za opiekę nad staruszkami

Do czego stoczył się świat! I w Farasach i w Epirze troszczono się nawet o stare zwierzęta. No, o muły – oczywiście (– dlatego że ich mięso nie nadawało się do spożycia). Ale przecież i tych zwierząt, których mięso było jadalne, też nie rżnęli, pozostawiali przy życiu. Na przykład, stare byki, którymi wcześniej orano, właściciele czcili. Oni troszczyli się, dbali o nie gdy były stare, mówiąc: „Przecież to nasi żywiciele”. Czyli robocze zwierzęta, które pracowały w polu, miały dobrą starość. I przecież wtedy ludzie nie mieli środków technicznych, które są dzisiaj. Trzeba było w ręcznym młynie zemleć paszową soczewicę, dokładnie ją rozdrobnić, aby biedny stary byk mógł ją przeżuć. A ludzie teraźniejsi o podobnych sprawach zapomnieli: oni nie troszczą się nawet o starych ludzi, a co dopiero mówić o stare zwierzęta!

Nigdy w życiu nie czułem się tak dobrze, jak podczas tych kilku dni, kiedy dali posłuszeństwo opiekować się jednym starym mnichem. Opieka nad staruszkami ma wielką zapłatę. Opowiadali mi o pewnym nowicjuszu na Świętej Górze, który był opętany przez strasznego biesa. Dali mu posłuszeństwo opiekować się sześcioma stareńkimi mnichami w monasterskim domu starców. Te lata były ciężkie, u ludzi nie wystarczało środków, łagodzących ich trud. Biedaczysko ładował sobie na ramiona tobół z bielizną staruszków do prania i dźwigał to do odległego stawu, gdzie prał to wszystko przy pomocy ługu… Przeszło niewiele czasu, on uwolnił się od biesa, przez którego był opętany, i został mnichem. To wydarzyło się, przede wszystkim, dlatego, że on sam poświęcał się dla innych, a jeszcze i dlatego, że staruszkowie-mnisi dawali mu swoje błogosławieństwa.

Wielu małżonków narzeka i oburza się na trudności, które pojawiają się w ich rodzinie z powodu dziwactwa i gderania żyjących z nimi staruszków. Ci ludzie zapominają o tych „numerach”, które sami oni wykręcali, będąc dziećmi, o tym jęczeniu i dziwactwach, którymi oni wtedy męczyli innych. Oni nie pamiętają, że płaczem i kaprysami sami nie dawali spokoju rodzicom. Dlatego Bóg dopuszcza takim ludziom cierpieć trudności, związane z opieką nad staruszkami, – żeby oni choć trochę „rozliczyli się” za trudności, które wcześniej stwarzali innym. Teraz nadeszła ich kolej podstawić swoim starym rodzicom ramię i z wdzięcznością zatroszczyć się o nich, przypominając sobie poświęcenia, na jakie szli rodzice ze względu na nich, kiedy oni byli dziećmi. Ci, u kogo nie ma poczucia obowiązków wobec swoich rodziców, będą sądzeni przez Boga jak niesprawiedliwi i niewdzięczni ludzie.

Ja widzę, że często przyczyna tych cierpień, których doświadcza wielu świeckich ludzi, jest w tym, że ich rodzice utrzymują do nich urazę. Rodziny cierpią z powodu tego, że nie ma w nich troski o dziadków i babć. Jakie tam błogosławieństwo będą mieć dzieci, które wyrosły w rodzinie, gdzie nieszczęsną staruszkę czy biedaczka-staruszka odwieźli do domu starców, zostawili tam umierać z bólem duszy, zabrawszy sobie ich majątek i nie dawszy im poradować się swoimi wnukami? Dzisiaj przychodziła do mnie starsza kobieta i opowiadała mi, że ma czterech żonatych synów. Wszyscy mieszkają w tej samej dzielnicy miasta, ale ona nie może z nimi spotkać się, ponieważ pewnego razu ona „ośmieliła się” poradzić swoim synowym: „Miejcie między sobą miłość, chodźcie do cerkwi!” Usłyszawszy to, oni wprost wściekli się! „Żeby nogi twojej nie było więcej w naszych domach!” – powiedzieli oni jej. Nieszczęsna nie widziała swoich dzieci już pięć lat. „Pomódl się, ojcze mój, – prosiła ona ze łzami, – przecież u mnie są i wnuki. Pomódl się, abym ja zobaczyła je choćby we śnie”. E, jakie tam błogosławieństwo będą mieć dzieci tej kobiety?

Babcia w rodzinie – to wielkie błogosławieństwo, ale tacy ludzie tego nie rozumieją. Zwykle mężczyźni starzeją się wcześniej, i nimi opiekują się żony. Kiedy mąż umiera, dzieci zabierają babcię do siebie do domu, aby doglądała ona wnuczęta i nie czuła się nikomu niepotrzebną. Jeśli dzieci postępują tak, to jest bardzo dobrze. W ten sposób i postarzała matka znajduje spokój, i rodzina otrzymuje pomoc. Przecież matka z powodu mnóstwa swoich zajęć nie nadąża dać dzieciom niezbędną czułość i miłość. Właśnie to brakujące daje dzieciom babcia, ponieważ wiek babci – to wiek miłości i czułości. Popatrz: kiedy dziecko łobuzuje, matka je obstawia, a babcia – pieści, głaszcze. Kiedy dzieci są pod opieka babci, matka zdąża wykonać wszystkie swoje prace, dzieci otoczone są pieszczotą i miłością, ale i sama babcia ogrzana jest miłością swoich wnuków.

Człowiek troszczący się o swoich rodziców, ma wielkie błogosławieństwo od Boga. Pewien młody człowiek, ożeniwszy się, podzielił się ze mną swoimi planami: „Geronda, ja chcę wybudować dom i na parterze urządzić dwa małe mieszkanka dla moich rodziców i dla teściowej z teściem”. Wiecie jak to mnie wzruszyło! Wiecie, ile błogosławieństwa dałem temu człowiekowi! Zadziwiające: dlaczego wielu małżonków tego nie rozumie?

Kilka dni temu przyszła do mnie pewna kobieta i porosiła: „Ojcze, moja matka rozbita jest paraliżem. Jakaż ja jestem zmęczona! Osiem lat przewracam ją z boku na bok!” Słyszysz, co się dzieje? Córka mówi o swojej matce takim tonem! „O, – mówię, – twój problem rozwiązuje się bardzo prosto! Teraz ja się pomodlę, aby ciebie na osiem lat rozbił paraliż, a twoja matka wyzdrowiała i opiekowała się tobą”. – „Nie, nie, ojcze!” zakrzyczała ona. „Cztery lata, – mówię, przynajmniej, cztery lata tobie jest konieczne! Jakże tobie tak nie wstyd? Co wolisz? Być zdrową, nie doświadczać bólu i opiekować się chorym człowiekiem, mając przy tym zapłatę od Boga, czy cierpieć, nie być w stanie poruszyć nogą, upokarzać się i prosić: „przynieś mi, proszę, nocnik, obróć mnie na drugi bok, przysuń mnie do ściany…”?” Kiedy ta kobieta usłyszała to, co jej powiedziałem, trochę się zawstydziła.

W rodzinie nie będzie podobnych problemów, jeśli dzieci stawiają siebie na miejsce swoich postarzałych rodziców albo jeśli synowa stawia siebie na miejsce teściowej i myśli: „Przecież i ja kiedyś postarzeję się, pewnego wspaniałego dnia zostanę teściową – i czy spodoba mi się, jeśli moja synowa nie będzie zwracać na mnie uwagi?”

Rodzicielskie błogosławieństwo

Rodzicielskie błogosławieństwo – to największe dziedzictwo, jakie rodzice zostawiają swoim dzieciom. Dlatego dzieci powinny postarać się je otrzymać. Popatrz, do czego doszedł Jakub ze względu na to, aby otrzymać błogosławieństwo od ojca? Do tego, że wlazł nawet w owczą skórę! (Patrz Księga Rodzaju 27)

Szczególnie wielka sprawa – błogosławieństwo matki! Pewien człowiek mówił: „Każde słowo mojej matki – to złota moneta”. Niedawno przyjeżdżał do mnie pewien Grek z Johannesburga. Wiecie, jakie wrażenie on na mnie wywarł? On przyszedł do mojej celi jesienią. „Geronda, – powiedział on, – moja matka zachorowała, i ja przyjechałem ją odwiedzić”. Nie zdążyło minąć trzech miesięcy, i na Boże Narodzenie on przyjechał znów. „Ty co – znów przyjechałeś?” – zapytałem. „Tak, odpowiedział. – Ja dowiedziałem się, że matka znów straciła zdrowie i przyjechałem, aby pocałować jej rękę, ponieważ ona już stara i może umrzeć. Dla mnie największe bogactwo – błogosławieństwo mojej mamy”. Człowiekowi sześćdziesiąt lat – i on jedzie z Johannesburga do Grecji, aby pocałować rękę swojej matki! I teraz Bóg pobłogosławił tego człowieka takimi środkami, że on chce urządzić duży dom starców dla duchownych i podarować go Cerkwi. To znaczy on, można powiedzieć, zawalony jest błogosławieństwami i nie wie, co z nimi zrobić! Taka dusza dla mnie jest jak balsam. Jakbyś szedł przez pustynię Sahara i nieoczekiwanie znajdujesz trochę wody. Stopniowo wszystko to zatraca się i odchodzi.

A jeszcze jeden człowiek przyszedł do mnie do celi cały we łzach. ”Ojcze, – zaczął mówić on, – moja matka mnie przeklęła. I oto u mnie w rodzinie ciągłe choroby, problemy, w pracy wszystko idzie nie tak jak trzeba…” – „Pewnie, i ty sam dałeś matce jakiś powód, – odpowiedziałem mu. – Przecież ona nie mogła przekląć ciebie ni z tego ni z owego”. „Tak, – mówi, – ja też byłem jeszcze tym syneczkiem…” – „Pójdź, – mówię, – i poproś matkę o przebaczenie”. – „Pójdę, ojcze, – odpowiedział on. – Daj mi na to błogosławieństwo”. – „Swoje błogosławieństwo ja tobie daję, – powiedziałem mu, – ale ty powinieneś wziąć błogosławieństwo i od matki”. – „Wątpię, – mówi, – czy ona da mi błogosławieństwo”. – „Pójdź, – mówię, – do niej i, jeśli ona tobie go nie da, powiedz jej tak: „Pewien starec powiedział mi, że i ty też kiedyś oddasz duszę Bogu””. On poszedł do swojej matki, i ona pobłogosławiła go tak: „Dziecko moje, niech przyjdzie na ciebie błogosławieństwo Abrahama!” Minęło trochę czasu, i on znów przyjechał na Atos, przywiózłszy mi prezenty – wiśniowy kompot i łukum. On był pełen radości. Jego dzieci były zdrowe, w pracy wszystko szło dobrze. W jego oczach stały łzy, i on bez końca mówił: „Chwała Bogu”. Życie tego człowieka odmieniło się, i on mówił tylko o duchowym. A co już mówić, jeśli człowiek ma szacunek do rodziców od samego początku! Jak taki człowiek może nie mieć błogosławieństwa Bożego?

Część czwarta. Duchowe życie

„Pokochawszy Boga, uznawszy Jego wielką Ofiarę i Jego dobrodziejstwa, a także z rozsądkiem przymusiwszy siebie do naśladowania Świętych, człowiek szybko uświęca się: on zaczyna pokornieć, odczuwać swoją nieprzyzwoitość i wielką niewdzięczność Bogu”

Rozdział pierwszy. O duchowym życiu w rodzinie

Im więcej człowiek narzeka, tym bardziej on siebie niszczy

- Geronda, skąd zaczyna się narzekanie i jak można go uniknąć?

- Narzekanie ma za przyczynę odczucie własnego nieszczęścia, a odegnać je można wysławianiem (Boga). Narzekanie rodzi narzekanie, a wysławianie rodzi wysławianie. Jeśli człowiek, napotkawszy trudności, nie narzeka, ale wysławia Boga, to diabeł pęka (ze złości) i idzie do drugiego – do tego, kto narzeka, aby przysporzyć mu jeszcze więcej nieprzyjemności. Przecież im więcej człowiek narzeka, bym bardziej on siebie niszczy. Czasem tangałaszka okrada nas i uczy nas nie być zadowolonym z niczego, podczas gdy wszystko co dzieje się z nami można przyjmować z duchową radością i wysławianiem i mieć błogosławieństwo Boże. Znam pewnego mnicha na Świętej Górze. Jeśli zaczyna się deszcz i ty mu powiesz: „Znów zaczął padać deszcz”, to on zaczyna: „Tak, ciągle leje i leje. Niedługo zginiemy od tej wilgoci”. Jeśli deszcz zaraz przestanie i ty powiesz mu: „Deszcz przestał padać”, to on odpowie: „Tak, czyż to deszcz? Od takich deszczów wszystko wyschnie…” Nie można powiedzieć, że u tego człowieka nie w porządku z głową. Nie. Po prostu on przyzwyczaił się do narzekania. Człowiek jest w zdrowym umyśle, a myśli, jak niemądry!

W narzekaniu jest przekleństwo. To znaczy osoba narzekająca przeklina siebie, i potem przychodzi do niej gniew Boży. W Epirze znałem dwóch chłopów. U jednego była rodzina, dwie niewielkie działki ziemi, i on z ufnością powierzał wszystko Bogu. On pracował ile mógł, nie męcząc siebie trwogą duszy. „Co zdążę, to osiągnę”, – mówił on. Czasem nie zdążał sprzątnąć siana i gniło ono na deszczu, czasem stogi rozwalał wiatr, jednak on mówił: „Chwała Tobie, Boże”, i wszystko u niego szło dobrze. U drugiego było dużo ziemi, krów i temu podobnego. Dzieci u niego nie było. Jeśli zapytałeś tego człowieka: „Co u ciebie słychać?” – to on odpowiadał: „Co tam słychać, lepiej nie pytaj”. On nigdy nie mówił: „Chwała Tobie, Boże”, ale ciągle zrzędził i narzekał. I byście tylko popatrzyli: to u niego zdychała krowa, to przydarzało się mu jakieś inne nieprzyjemne zdarzenie, potem coś jeszcze… U tego człowieka było wszystko, ale nie odnosił on sukcesów.

Dlatego ja i mówię, że wysławianie – to wielka rzecz. Bóg daje nam błogosławieństwa, ale czy skosztujemy (zaznamy) my ich czy nie – zależy to od nas. Jednak jak my ich skosztujemy, jeśli Bóg daje nam, na przykład, banana, a my zaczynamy myśleć o smaczniejszym pokarmie, który spożywa jakiś milioner? Wiecie, ilu ludzi, zjadając jeden czerstwy sucharek, dzień i noc wysławia Boga i posila się niebiańską słodyczą! Ci ludzie nabywają duchową wrażliwość i rozumieją, kiedy ręka Boża zaczyna ich pieścić. A my tego nie rozumiemy, dlatego że nasze serce zatłuściło się i nic nas nie zadawala. My nie rozumiemy tego, że szczęście jest w tym, co ma związek z wiecznością, a nie z próżną krzątaniną.

Pozwólmy Bogu kierować naszym życiem

- Geronda, dlaczego w Ewangelii Carstwo Boże przyrównywane jest do ziarna gorczycy „…Które gdy zasiane będzie w ziemi, najmniejsze ze wszystkich ziaren ziemskich jest i kiedy zasiane będzie, wyrośnie, i będzie większe od wszystkich jarzyn…” (Mk.4:31-32, patrz też Mt.13:32, Łk.13:19)?

- Ziarno gorczycy jest bardzo małe, ale kiedy roślina wyrośnie, ona staje się wielkim krzewem. Na jego gałęziach mogą siedzieć nawet ptaki. Słowo Boże upodabnia się do ziarna gorczycy, ponieważ od jednego maleńkiego ewangelicznego słowa człowiek rozwija się i pojmuje Carstwo Boże.

- Geronda, jak można odczuć to, o czym mówi Pismo Święte: „Carstwo Boże wewnątrz was jest” (Łk.17:21)?

- Posłuchaj, błogosławiona jest dusza, kiedy mamy w sobie część rajskiej radości, wtedy Carstwo Boże wewnątrz nas jest. I odwrotnie: kiedy mamy w sobie trwogę duszy, gryzienie sumienia, wtedy nosimy w sobie część piekielnej męki. Wielka sprawa, jeśli człowiek już w tym życiu zaczyna odczuwać rajską radość. I osiągnąć to nie jest trudno: jednak, ku nieszczęściu, nasz egoizm przeszkadza nam osiągnąć tej duchowej wielkości, majestatu.

Sam człowiek, przyjmując to, aby Bóg kierował nim jako Dobry Ojciec, może uczynić swoje życie rajskim. Trzeba mieć zaufanie Bogu, pokładać na Niego nadzieje we wszystkim, co byśmy nie zamierzali robić, – i wysławiać Go za wszystko. Nie trzeba mieć trwogi duszy. Trwoga duszy prowadzi do załamania duszy, ona paraliżuje duszę. Jeśli człowiek szuka Carstwa Niebiańskiego, to dawane mu jest i wszystko pozostałe. Ewangelia mówi: „Szukajcie więc najpierw Carstwa Bożego” (Mt.6:33), a także „Carstwo Boże porywają ludzie gwałtowni” (Mt.11:12).

Dzisiaj ludzie sami komplikują swoje życie, ponieważ nie zadawalają się małym, ale stale uganiają się za materialnymi dobrami. Jednak ci, kto chce żyć prawdziwym, autentycznym duchowym życiem, przede wszystkim powinni nauczyć się zadawalać się małym. Jeśli ludzie uprościli swoje życie, jeśli nie jest ono obciążone wieloma kłopotami (wielką krzątaniną), to uwolni to ich od świeckiego ducha, i da im swobodny czas dla zajęć duchowych. W przeciwnym wypadku, starając się nadążyć za modą, ludzie będą się męczyć, tracić spokój i ciszę i nabywać wielką trwogę duszy.

Ja widzę, jak czasem sami ludzie czynią swoje życie męczeńskim! Dzisiaj, kiedy wyjeżdżałem z Atosu, pewien człowiek z Uranopolis swoim samochodem podwiózł mnie tu, do monasteru, i po drodze poprosił na krótko zajechać do jego domu. Ponieważ on nalegał, nie chciałem go denerwować. Jak tylko podeszliśmy do drzwi jego domu, zobaczyłem, że on zdejmuje buty i na palcach idzie po korytarzu. „Co z tobą się stało, czemu ty tak dziwnie chodzisz?” – zapytałem go. „Nic strasznego, Geronda, – odpowiedział on, – po prostu staram się stąpać ostrożnie, aby nie popsuć parkietu”. No co tu powiesz? Ludzie sami męczą siebie bez powodu.

Ubolewanie za bliźnich pomaga rodzinie

Im więcej (materialnych) dóbr zdobywają dzisiaj ludzie, tym więcej nabywają oni problemów. Ani Bogu oni nie dziękują za Jego dobrodziejstwa, ani nieszczęść swoich bliźnich nie widzą. A nie widząc nieszczęść bliźnich, oni nie okazują im jałmużny. Ludzie tracą pieniądze bez celu i nie myślą o swoim bliźnim, który nie ma co jeść. Jak po tym przyjdzie do nich Łaska Boża? Nawet jeśli człowiek ma rodzinę, wszystko jedno on powinien na czymś oszczędzać i odkładać pieniądze, aby okazać jałmużnę innym. On powinien wyjaśnić swojej żonie i dzieciom, że gdzieś żyje porzucony przez wszystkich człowiek albo bardzo potrzebująca biedna rodzina. I jeśli u nich nie ma pieniędzy, aby pomóc nieszczęsnym, to on powinien powiedzieć swoim bliskim: „Dawajcie podarujemy tym nieszczęsnym choćby jakąś chrześcijańską książkę, przecież u nas ich dużo”. Dając jałmużnę tym, którzy doświadczają wymuszonej potrzeby, człowiek pomaga i samemu sobie, i swojej rodzinie.

Wiecie, jakie wymuszone potrzeby mają nieszczęśni wierzący w Rosji! Pewnego razu podarowałem jednemu ruskiemu duchownemu pudełko ładanu (kadzidła) i powiedziałem: „Przyjmij ten skromny prezent”. – „A czyż to skromny prezent? – odpowiedział on. Przecież u nas w Rosji takiego dobrego ładanu nie znajdziesz”. A wiecie jak męczą się uchodźcy z Rosji i innych krajów tu, w Grecji? Na Chałkidiki zapoznałem się z człowiekiem, który przyjechał z Rosji. On układał kamienne płyty, otrzymywał trzysta drachm za metr kwadratowy [37] i mówił: Chwała Tobie, Boże, że mamy chleb”. Dlatego, kiedy jeden z przedsiębiorców poskarżył się mi, że podczas pracy on „przeciąża” siebie grzechami, ja mu odpowiedziałem: „Jeśli ty obciążysz pracą tych uchodźców i pomożesz im, to odciążysz siebie od grzechów. Przecież tym nieszczęsnym nie ma gdzie żyć. W porównaniu z nimi ty jesteś Onassisem” [38].

Chcąc, żebyśmy uprawiali cnotę, Bóg dopuszcza choroby, ubóstwo i temu podobne. Przecież Bóg mógłby uzdrowić chorych i wzbogacić biednych, On mógłby urządzić wszystkich, ale wtedy mielibyśmy fałszywe uczucie, że jesteśmy cnotliwi. Nazywalibyśmy siebie, na przykład, miłosiernymi, nie będąc takimi w rzeczywistości, podczas gdy teraz nasze cnoty widoczne są z naszych uczynków. Chwała Bogu, są ludzie, którzy składają siebie w ofierze ze względu na bliźniego. Ja znałem człowieka, który, uwolniwszy się z wojska, od razu został niesprawiedliwie zasądzony na długoletnie więzienie. On świadomie poszedł na to dlatego, aby uratować jedną rodzinę. Ten człowiek nie pomyślał ani o tym, że siebie skompromituje, ani o swojej przyszłej karierze.

Ja widzę, że Bóg urządza tak, aby w każdej rodzinie przynajmniej jeden człowiek miał wiarę, czcigodność i bogobojność, dlatego aby pozostali członkowie tej rodziny też otrzymali pomoc! W Konicy znałem rodzinę, której wszyscy członkowie byli obojętni wobec Cerkwi, oprócz jednej z córek. Ta dziewczyna, tylko usłyszawszy dzwonienie dzwonu, zdejmowała fartuch, zostawiała niedokończonymi wszystkie swoje zajęcia i śpieszyła do cerkwi. Nawet kiedy do wsi przyszli Niemcy i ponomar (usługujący w cerkwi) zaczął dzwonić w dzwon, informując o tym ludzi, ta dziewczyna pobiegła do cerkwi na wieczernię! I choć jej rodzice byli ludźmi bardzo skąpymi i uciskającymi, ona sama była bardzo współczująca i litościwa. Ojciec tej dziewczyny ze skąpstwa odżywiał się nie normalnym pokarmem, a suchym chlebem, który rozmiękczał w wodzie. Jej matka też była bardzo skąpa! Pomimo tego że jej dzieci zajmowały odpowiedzialne stanowiska i były bogate, ona, aby nie stracić nawet zapałki, grzebała w popiele poszukując jeszcze nie zgaśniętego węgielka i kawałkiem siana rozpalała od niego ogień. Aby nie kupować ekspresu do kawy, oni parzyli kawę w puszce po konserwie! Ale mnie jej matka lubiła. Ja w tym czasie żyłem w monasterze Stomion. I oto jeśli ta dziewczyna chciała wziąć coś z domu swoich skąpych rodziców, aby dać jałmużnę jakiemuś biedakowi i nie mogła wziąć tego potajemnie, to ona mówiła matce: „Mamo, ta rzecz potrzebna jest mnichowi”. – „Oddaj mu, oddaj”, – odpowiadała matka. Ta skąpa kobieta zgadzała się dać coś tylko mnichom. I wcześniej, podczas okupacji, jej córka potajemnie pomagała biedakom. Ona ukradkiem brała ze spichrzów pszenicę, na swoich ramionach niosła ją do młyna, mieliła i rozdawała biednym rodzinom mąkę. Pewnego razu matka przyłapała ją „na miejscu przestępstwa”. Jak więc dostało się dziewczynie! Wtedy ona złożyła Bogu obietnicę. „Boże mój, – powiedziała ona, – pomóż mi znaleźć jakąś pracę, i całe swoje pobory ja będę oddawać w jałmużnę”. I następnego dnia zaproponowali jej pracę w jednej instytucji charytatywnej. Och, jakże ona się ucieszyła! Ona dotrzymała obietnicy: dla siebie nie kupiła za zarobione pieniądze nawet pary skarpet: wszystko oddawała na jałmużnę. Wiecie, ile ludzi jej teraz mówi: „Zbaw ciebie Panie. Niech będzie błogosławiony proch twoich rodziców!” Oto jak za jej jałmużny Bóg okazał miłosierdzie potem i jej matce.

Pielęgnowanie (uprawianie) cnót w rodzinie

- Geronda, jak może wypielęgnować w sobie cnotę człowiek, mający rodzinę?

- Bóg daje ku temu sprzyjające możliwości. Ale wielu, choć i proszą Boga, żeby dawał On im sprzyjające możliwości do pielęgnowania cnotliwości, napotykając jakąś trudność, zaczynają narzekać. Na przykład, czasami Dobry Bóg ze swojej bezgranicznej miłości, pragnąc, aby mąż wypielęgnował w sobie pokorę i cierpliwość, zabiera Swoją Łaskę od żony, która zaczyna prowadzić się z „wykrętasami” i traktować męża grubiańsko. W tym przypadku mąż powinien nie narzekać, ale radować się i dziękować Bogu za tą sprzyjającą możliwość, którą On daje mu dla trudu ascetycznego. Albo, na przykład, matka prosi Boga, aby On dawał jej cierpliwość. Potem ona nakrywa do stołu, do stołu przychodzi jej dziecko, ciągnie za brzeg obrusa, i wszystkie naczynia spadają na podłogę. Maleństwo jakby mówi swojej matce: „Mamo, cierp!”

I ogólnie, te trudności, które istnieją w dzisiejszym świecie, zmuszają ludzi, chcących żyć choć trochę duchowo, nie rozluźniać się, nie spać. Kiedy, nie daj Boże, zaczyna się wojna, to ludzie nie rozluźniają się, nie zamykają oczu. Coś podobnego, jak widzę, dzieje się teraz z tymi, którzy starają się żyć duchowo. Wziąć oto choćby tych młodych, którzy żyją cerkiewnym życiem. Jakich że trudności muszą, biedacy, doświadczać! Jednak te przekleństwa, walka, której oni doświadczają od brudnego świata, w którym żyją, w pewien sposób pomaga im nie ziewać, zachować czujność. A oto w spokojnym czasie, kiedy trudności nie ma, widzisz, że większość ludzi jest obojętna wobec spraw wiary i moralności. Podczas gdy i ten spokojny czas ludzie też powinni wykorzystać do osiągnięcia duchowych sukcesów: oni powinni postarać się odciąć swoje wady i wypielęgnować cnoty.

W duchowym życiu bardzo pomaga milczenie. Dobrze, aby porządek dnia był ułożony w ten sposób, aby był wyznaczony w nim czas na milczenie. Niech w tę godzinę człowiek wpatruje się w siebie, aby poznać swoje namiętności i podjąć wysiłek ascetyczny, dla tego aby je odciąć i oczyścić swoje serce. I całkiem dobrze, jeśli w domu jest jakiś cichy pokój, którego atmosfera przypomina atmosferę monastycznej celi. Tam, „w ukryciu” (Patrz Mt.6:4) można wypełniać swoje duchowe obowiązki, czytać duchowe książki, modlić się. Jeśli modlitwę poprzedza niedługie duchowe czytanie, to ono bardzo jej pomaga, ponieważ dusza od takiego czytania rozgrzewa się, i umysł przenosi się do duchowej sfery. Dlatego, jeśli u człowieka, który w ciągu dnia musi odrywać się do wielu spraw, jest dziesięć minut na modlitwę, to lepiej dwie minuty tego czasu poczytać coś silnego, wartościowego, aby odpędzić roztargnienie.

- Geronda, a nie wydaje się Wam, że żyć takim życiem, które Wy opisujecie, w świecie nie jest teraz tak prosto?

- Nie, są świeccy, żyjący bardzo duchowo. Oni żyją jak asceci: przestrzegają posty, odbywają nabożeństwa, modlą się z czotkami, czynią pokłony – nie patrząc na to że mają dzieci i wnuków. W niedziele tacy ludzie idą do cerkwi, przyjmują Priczastije i znów wracają do swojej „celi”, jak pustelnicy, którzy w niedziele przychodzą do soborowej świątyni pustelni i potem znów milczą w swoich celach. Dzięki Bogu, na świecie jest wiele takich dusz. I jeśli mówić konkretnie, to ja znam jednego głowę rodziny, który nieustannie czyni modlitwę Jezusową – gdzie by on nie był. Ten człowiek zawsze ma w swojej modlitwie łzy. Jego modlitwa stała się samoczynną, i jego łzy są słodkie, to łzy boskiej radości. Pamiętam i jednego robotnika na Świętej Górze. Nazywał się Janis. On wykonywał bardzo ciężką robotę i pracował za dwóch. Ja nauczyłem go czynić w czasie pracy Jezusową modlitwę, i stopniowo on do niej przyzwyczaił się. Raz on przyszedł do mnie i powiedział, że, czyniąc Jezusową modlitwę, odczuwa wielką radość. „Zaświtał świt”, Odpowiedziałem mu. Minęło trochę czasu, i dowiedziałem się, że tego człowieka zabili dwaj pijani chuligani. Jakże ja się zmartwiłem! Minęło jeszcze kilka dni, i pewien mnich zaczął szukać narzędzia, które Janis gdzieś położył, ale nie mógł znaleźć. I oto Janis zjawił mu się we śnie i powiedział, dokąd on położył to narzędzie. Ten człowiek osiągnął duchowy stan i mógł pomagać innym i z drugiego życia.

Jak zaś proste jest życie duchowe! Pokochawszy Boga, uznawszy Jego wielką Ofiarę i Jego dobrodziejstwa i z rozsądkiem przymusiwszy siebie do naśladowania Świętych, człowiek szybko uświęca się. Aby tylko on spokorniał, odczuwał swój godny pożałowania stan i swoją wielką niewdzięczność Bogu.

Modlitwa w rodzinie

- Geronda, cała rodzina powinna czytać powieczerze razem?

- Dorośli powinni prowadzić się pod tym względem szlachetnie. Oni powinni czytać powieczerze i mówić maleńkim dzieciom: „Jeśli chcecie, to pomódlcie się trochę razem z nami”. Kiedy dzieci trochę podrosną, to oni mogą mieć określony „typikon” odnośnie modlitwy: na przykład, jeśli dorośli modlą się piętnaście minut, to dzieci – dwie albo pięć – a jeśli chcą więcej – to niech modlą się ile chcą. Jeśli rodzice na siłę zmuszą dzieci wystawać razem z nimi całe powieczerze, to potem dzieci zaczynają „wierzgać”. Nie trzeba naciskać na dzieci, ponieważ one jeszcze nie zrozumiały siły godności modlitwy. Na przykład, rodzice mogą jeść i fasolę, i mięso, i inne twarde pokarmy. Jednak jeśli maleństwo odżywia się na razie tylko mlekiem, to czyż rodzice będą zmuszać je jeść mięso – z tego powodu, że jest ono bardziej kaloryczne? Ono rzeczywiście jest bardziej kaloryczne, jednak maleństwo na razie nie może go strawić. Dlatego początkowo, aby przyuczyć dziecko jeść mięso, rodzice dają mu jego po ciut-ciut – maleńki kawałeczek w łyżeczce mięsnego bulionu, aby potem samo dziecko zechciało takiego pokarmu.

- Geronda, czasem nie tylko dzieci, ale i dorośli pod wieczór tak się męczą, że nie mogą przeczytać nawet powiczerza.

- Jeśli oni są bardzo zmęczeni czy chorzy, to niech przeczytają nie całe powieczerze, a połowę. Albo niech choćby odmówią jeden raz „Otcze nasz”. Nie można rezygnować z modlitwy całkowicie. Podobnie jak podczas wojny żołnierz, otoczony przez wrogów na wzgórzu, od czasu do czasu strzela ze swego karabinu, aby wrogowie bali się i nie szli do ataku, tak i ludzie, którzy nie mają sił na pełnowartościową modlitwę powinni czynić (duchowe) wystrzały, aby tangałaszka bał się i uciekał.

Modlitwa w rodzinie posiada wielką siłę. Ja znam dwóch braci, którzy swoją modlitwą zdołali powstrzymać od rozwodu swoich skłóconych rodziców i nie tylko powstrzymać, ale i związać ich między sobą jeszcze mocniej, niż wcześniej. Nasz ojciec mówił nam: „Czym byście się nie zajmowali, dwa razy dziennie macie obowiązek składać Bogu raport – dlatego aby On wiedział, gdzie wy jesteście”. Każdego ranka i każdego wieczoru my wszyscy: ojciec, matka i bracia i siostry – dokonywaliśmy modlitwę przed ikonami, a na koniec modlitwy czyniliśmy pokłon przed ikoną Chrystusa. A kiedy u nas w rodzinie zdarzała się pokusa, trudność, to my modliliśmy się, aby ona rozwiązało się. Pamiętam, kiedy pewnego razu zachorował mój młodszy brat, ojciec powiedział: „Chodźmy, poprośmy Boga, aby On albo uzdrowił go, albo zabrał do Siebie, aby on nie cierpiał”. My pomodliliśmy się całą rodziną, i nasz brat wyzdrowiał. I do stołu my też siadaliśmy wszyscy razem. Najpierw odmawialiśmy modlitwę i potem zaczynaliśmy jeść. Jeśli ktoś zaczynał jeść przed błogosławieństwem pokarmów, to my mówiliśmy: „On zbłądził, popełnił rozpustę”. Brak powstrzymania się my uważaliśmy za rozpustę. Jeśli każdy członek rodziny bez powodu wraca do domu, kiedy mu się zechce i siada do stołu sam, to prowadzi do rozpadu rodziny.

Duchowe życie małżonków

- Geronda, co ma robić żona, jeśli jej mąż nie żyje duchowo?

- Nich ona powierzy swego męża Chrystusowi i modli się, aby jego serce trochę zmiękło. Minie czas, powoli Chrystus wysadzi w jego serce „desant”, i mąż zacznie zastanawiać się (o najważniejszym). A jak tylko serce męża trochę zmięknie, żona może poprosić go, na przykład, aby podwiózł ją samochodem do cerkwi. Ona nie powinna go przygadywać: „No dlaczego ty nie idziesz do cerkwi”, ale jedynie poprosić: „Nie mógłbyś ty, jeśli nie sprawia ci to trudności, podwieźć mnie do cerkwi?” A, podwiózłszy ją do cerkwi, mąż może powiedzieć: „No, skoro ja tu przyjechałem, to i zajdę do Świątyni Bożej i postawię świecę”. I nie wykluczone, że potem on stopniowo pójdzie duchowo i dalej.

- Geronda, czy może ojciec duchowy żony w jakiś sposób pomóc i mężowi?

- Czasami, dla tego aby pomóc mężowi, ojciec duchowy powinien wykonać duchową pracę nad żoną. A potem to dobre, co jest u żony, przekazane będzie i mężowi. Jeśli u niego jest dobre serce, to Bóg pomoże mu zmienić się.

Kobieta ma błahohowienije (bogobojność) w swojej naturze. Ale jeśli mężczyzna, będąc początkowo obojętnym wobec Cerkwi, potem duchowo weźmie się za rozum, to on w duchowej relacji pewnie idzie do przodu, a żona za nim nie nadąża. Może zdarzyć się i takie: żona zaczyna mu zazdrościć, ponieważ sama duchowo drepcze w miejscu. Dlatego w podobnych przypadkach ja radzę mężom być uważnymi. Przecież co się dzieje? Im dalej mąż duchowo idzie do przodu, tym bardziej żona – jeśli ona nie żyje duchowo – idzie mu na przekór. Jeśli, na przykład, mąż powie: „My spóźniamy się, wstawaj i chodźmy do cerkwi”, to ona odpowie: „No to idź sam! Nie, ty mnie nie rozumiesz, przecież mam kupę roboty…” Albo jeśli mąż, na przykład, powie: „Słuchaj, dlaczego to u ciebie łampadka się nie pali?” albo chce zapalić zgaśniętą łampadkę sam, to on rani jej egoizm i ona krzyczy: „Ty co, popem chcesz zostać? Czy mnichem?” Ona nawet może sprzeciwić się tak: „A dlaczego my w ogóle palimy tę łampadkę? Lepiej dalibyśmy olej jakiemuś biedakowi”. Tak-tak, ona może dojść nawet do tego. Do protestanckich głupot. Oczywiście, potem żona sama rozstraja się z powodu mnóstwa usprawiedliwień, których nagadała, ale jednocześnie ona kontynuuje rozstrajać się z powodu tego duchowego sukcesu, jaki widzi w swoim mężu. Dlatego w takich przypadkach tysiąc razy lepiej, aby łampadka zostawała zgaszona, niż jeśli by mąż ją zapalił.

I oto, dlatego aby uchronić rodzinę od rozpadu, ja radzę mężom: „Kiedy twoja żona będzie w spokojnym nastroju ducha, powiedz jej tak: „Wiesz, przecież kiedy ja chodzę do cerkwi, modlę się, czynię jakiś pokłonik albo czytam jakąś duchową książkę, to ja to robię nie z wielkiego błahohowinija, nie. A dlatego, że to wszystko mnie przyhamowuje, powstrzymuje i nie daje nurtowi tego okropnego społeczeństwa, w jakim żujemy, porwać mnie z sobą. Bo wtedy wiesz: jak zakręci mnie po wszystkich tych knajpach i kompaniach…”” Jeśli mąż stawia sprawę w ten sposób, to żona raduje się i też może zmienić się i prześcignąć go w duchowym odniesieniu. A postawić sprawę inaczej, on ją strasznie drażni i doprowadza do niezdatnego stanu. Oni mogą dojść nawet do rozwodu. Jeśli mąż chce pomóc żonie duchowo, niech postara się związać ją z rodziną, prowadzącą duchowe życie, w której matka i żona mają błahohowienije – aby ona zechciała ich naśladować.

Dzieci i duchowe życie

- Geronda, jedna matka daje swemu dziecku świętą wodę, a dziecko ją wypluwa. Co robić w tym przypadku?

- Jej trzeba pomodlić się za dziecko. Możliwe, ona daje mu świętą wodę tak, że to wywołuje w nim opór. Dla tego aby dzieci szły Bożą drogą, rodzice też powinni żyć poprawnym duchowym życiem. Niektórzy rodzice, chodzący do cerkwi, starają się pomóc swoim dzieciom stać się dobrymi dziećmi, ale nie dlatego, że ich niepokoi zbawienie ich duszy, a dlatego, że oni chcą mieć dobre dzieci. Czyli ich bardziej niepokoi to, co będą mówić o ich dzieciach inni ludzie, niż to, że ich dzieci mogą trafić do wiecznej męki. Ale jak w takim przypadku pomoże Bóg? Zadanie nie w tym, żeby dzieci szły do cerkwi spod kija, ale w tym, aby one pokochały Cerkiew. One powinny robić dobre nie spod kija, ale odczuwać je jako konieczność. Święte życie rodziców informuje dziecięce dusze, i potem dzieci łatwo podporządkowują się (ojcu i matce). Tak one rosną, mając bogobojność i podwójne zdrowie, unikając uszkodzeń duszy. Jeśli rodzice przykręcają swoim dzieciom śrubki, będąc pobudzani do tego strachem Bożym, to Bóg pomaga i dziecko otrzymuje pomoc. Jednak jeśli oni robią to z egoizmu, to Bóg nie pomaga. Często dzieci cierpią z powodu rodzicielskiej dumy.

- Geronda, czasem matki pytają nas, jak i ile powinny modlić się trzy-czteroletnie dzieci?

- A wy im powiedzcie: „Ty – mama, oto ty i patrz, na ile twemu dziecku wystarcza sił”. Tu ustawa nie ma zastosowania.

- Geronda, do nas do monasteru na całonocne czuwania rodzice przywożą dzieci. Być może, dzieciom jest to męczące?

- Podczas Jutrzni niech oni dadzą dzieciom trochę odpocząć. A na Boską Liturgię nich znów przyprowadzają je do świątyni.

Matki, nie naciskając na dzieci, powinny od najmłodszego wieku uczyć je modlić się. Mieszkańcy kapadockich wiosek z napięciem przeżywali (i pielęgnowali) ascetyczną tradycję. Oni prowadzali swoje dzieci do pieczar, świątyń, kaplic, gdzie czynili pokłony i modlili się ze łzami, i w taki sposób ich dzieci też uczyły się modlić. Kiedy grupy rozbójników szły nocami ich okradać, to, przechodząc obok tych maleńkich cerkiewek, oni słyszeli płacz i dziwili się. „Co się dzieje? – pytali oni. – Cóż to za naród? Dlaczego oni w dzień się śmieją, a nocą płaczą?” Rozbójnicy nie mogli zrozumieć, co się dzieje.

Modlitwy maleńkich dzieci mogą czynić cuda. Bóg daje im to, o co one Go proszą. Przecież dzieci są czyste, niewinne, i dlatego Bóg słyszy ich czystą modlitwę. Pamiętam, pewnego razu, kiedy nasi rodzice wyszli pracować w pole, mnie zostawili w domu razem z dwoma młodszymi braćmi. Nieoczekiwanie niebo pociemniało, i zaczęła się straszna ulewa. ”Ach, co muszą znosić teraz nasi rodzice! – zaniepokoiliśmy się. – Jak oni będą mogli wrócić do domu?” Maluchy zaczęły płakać. „Chodźcie tu, – zawołałem ich. – Dawajcie poprosimy Chrystusa, aby On powstrzymał deszcz”. We trójkę padliśmy przed ikonami na kolana i zaczęliśmy modlić się. Po kilku minutach deszcze przestał padać.

Rodzice rozsądnie powinni pomagać swoim dzieciom od najmłodszych lat zbliżać się do Chrystusa i przeżywać wyższe duchowe radości od najmłodszego wieku. Kiedy dzieci zaczną chodzić do szkoły, rodzice stopniowo powinni uczyć je czytać duchowe książki i pomagać im żyć duchowo. Wtedy one będą podobne do małych Aniołów i w swojej modlitwie będą mieć wielką śmiałość do Boga. Takie dzieci – prawdziwy duchowy kapitał dla swoich rodzin. W duchowym życiu im szczególnie pomagają żywoty świętych. Ja, kiedy byłem mały, brałem niewielkie książeczki z żywotami świętych, wydawane w tych latach, i wychodziłem do lasu. Tam czytałem, modliłem się i wprost latałem z radości. Od dzieciństwa do szesnastu lat (póki nie zaczęła się grecko-włoska wojna [39]), nieobciążony troskami, żyłem duchowym życiem. Dziecięce radości są czyste: one utrwalają się w człowieku i, kiedy on wyrośnie, bardzo wzruszają jego serce. Jeśli dzieci żyją duchowo, to i w tym życiu one będą radosne, i w innym życiu będą wiecznie radować się obok Chrystusa.

Związki (stosunki) z rodziną i przyjaciółmi

- Geronda, pewna pani zapytała nas, co ma robić z dwiema siostrami w drugim pokoleniu, które wiele lat siedzą jej na karku.

- A co ona chce? Czy mamy napisać nowa Ewangelię? Od niej Bóg chce, żeby ona im pomagała, a On sam uczyni to, co pożyteczne ich duszom.

- Geronda, jeśli między krewnymi pojawi się nieporozumienie, to czy trzeba coś mówić, aby im pomóc?

- Tak, trzeba rozmawiać z nimi, ale delikatnie. Przecież, jeśli przemilczeć, to może to doprowadzić do złego. Jeśli zaś człowieka, który udzielił dobrej rady skłóconym krewnym, niepoprawnie zrozumieją i obrażą się na niego, wtedy trzeba im powiedzieć: „Wybaczcie mi to, że was zdenerwowałem” – i potem zostawić ich w spokoju i modlić się za nich.

Człowiek, który chce żyć w spokoju, powinien być szczególnie uważny w stosunkach z krewnymi i przyjaciółmi. On nie powinien oszukiwać się tym wychowaniem i dobrymi manierami, które, być może, spotyka w innych. Świecka uprzejmość i dobre maniery mogą doprowadzić do niemałego zła – ponieważ one mają w sobie obłudę. Zewnętrzne zachowanie człowieka może przedstawiać go prawdziwym świętym w oczach innych, jednak kiedy innym odkryje się jego wewnętrzny świat, okaże się, że w rzeczywistości wszystko było odwrotnie.

- Geronda, jeśli człowiek odczuwa, rozumie, że jego bliski odnosi się do niego po-dobremu, to czy będzie słusznym wyrażać mu za to wdzięczność?

- Jeśli to bardzo bliski człowiek, to nie trzeba, ponieważ, po-pierwsze, on też kiedyś mu pomagał świadczył usługę, a po-drugie, i sam on odczuwa tu wewnętrzną wdzięczność, jaką inny doświadcza wobec niego. Jednak, jeśli ten, kto okazał mu dobroczynność albo odniósł się po-dobremu, nie jest tak bliski, to trzeba mu wyrazić swoją wdzięczność, jak on może. Ludziom obcym mówimy: „Dziękuję”. I jeśli, na przykład, dziecko zechce wyrazić rodzicem wdzięczność, to nie pozostaje mu nic innego, jak dzień i noc, nie przestając, mówić im „dziękuję” za wszystko, co oni dla niego robią.

Wielki pożytek, jeśli człowiek jest prosty w swoich relacjach z drugimi, jeśli on zawsze ma dobre myśli o nich i nie odnosi się do wszystkich ludzi poważnie. Trzeba unikać kłótni i rozmów, które zaczynają się jakoby dla duchowego pożytku, a prowadzą, częściej, do bólu głowy. Nie trzeba oczekiwać duchowego zrozumienia od ludzi, którzy nie wierzą w Boga. Lepiej modlić się za tych ludzi, aby Bóg wybaczył i oświecił ich. Z każdym trzeba rozmawiać tym językiem, jaki on rozumie, i (wierzącemu człowiekowi) nie trzeba otwierać przed innymi tych wielkich prawd, w które on sam wierzy i które przeżywa, bo inni go nie zrozumieją, ponieważ on mówi na innej częstotliwości, jest na (duchowej) fali innej długości.

Niektórzy mówią: „Ja chcę, aby i inni poznali Chrystusa – tak samo, jak poznałem Go ja”. I ci ludzie zaczynają zachowywać się wobec innych jak nauczyciele. Jednak ich życie powinno być zgodne z tym, czego oni nauczają. Ucząc swoim życiem o innym „chrystusie” i sami nie pasując do tego, co mówią, oni nie mogą powiedzieć, że poznali Chrystusa. Nie mając doświadczenie (duchowego życia), człowiek jest poza realnością i wcześniej czy później jego wewnętrzny człowiek „zdradzi” go innym. Kiedy z bólem i prawdziwą miłością przybliżamy się do naszego bliźniego, to ta prawdziwa Chrystusowa miłość jego przemienia. Człowiek, mający świętość, – gdzie by się nie znalazł – stwarza wokół siebie, jeśli można tak się wyrazić, pewne duchowe pole elektromagnetyczne i oddziałuje na tych, kto w to pole trafia. Oczywiście, powinniśmy być uważni i nie trwonić naszej miłości i nie oddawać innym łatwo swego serca, ponieważ często niektórzy ludzie biorą nasze serce w swoje ręce i potem ono (bez sensu) oblewa się krwią. Albo też oni nie mogą nas zrozumieć i obrażają się na nas.

Pokusy w święta

- Geronda, dlaczego w święta zwykle pojawiają się jakieś pokusy?

- A ty sama nie wiesz? W święta Chrystus, Boża Matka, Święci radują się i (duchowo) częstują innych. Oni dają ludziom błogosławieństwo, darują im duchowe prezenty. Przecież rodzice też urządzają ucztę na imieniny swoich dzieci, i królowie urządzają amnestie, kiedy rodzi się książę. Tak więc dlaczego Święci nie mogą w swoje święto ugościć ludzi (czymś duchowym)? I trzeba powiedzieć, że radość, którą dają Święci, zachowuje się długi czas, i dusze ludzi otrzymują od niej ogromny pożytek. Dlatego diabeł, wiedząc o tym, urządza pokusy, aby ludzie utracili otrzymane boskie dary, i święto nie przyniosło im ani radości, ani pożytku. Oto i widzisz, że często w rodzinie, kiedy wszyscy przygotowują się do Świętego Priczastija, diabeł podjudza ich do kłótni, i oni nie tylko nie przyjmują Priczastija, ale nawet i do cerkwi nie idą. Tangałaszka robi to wszystko dla tego, aby ludzie pozbawili się boskiej pomocy.

To samo można też zauważyć i w naszym duchowym życiu. Często tangałaszka, z doświadczenia wiedząc, że w święto my otrzymamy duchową korzyść, urządza w ten dzień, a częściej w przeddzień, jakąś pokusę. Bo przecież on i jest kusicielem (– cóż więc jeszcze mógłby on urządzić?). I w ten sposób on psuje nam wewnętrzne usposobienie. Na przykład, on może popchnąć nas do kłótni albo pyskówki z jakimś bratem, a potem przynosi nam smutek i nadłamuje nas w duszy i cieleśnie. Czyniąc to wszystko, on nie daje nam otrzymać korzyści ze święta, (przeżyć święto) w radości i wysławianiu Boga. Jednak jeśli Dobry Bóg widzi, że my sami nie dawaliśmy diabłu powodu dla pokusy, że ona nastąpiła tylko z jego zawiści, to On nam pomaga. A jeszcze większą korzyść On pomaga nam otrzymać w tym przypadku, jeśli my pokornie bierzemy na siebie winę za pojawiającą się pokusę i nie osądzamy nie tylko naszego brata, ale nawet i nienawidzącego dobro diabła. A cóż, przecież to jego robota: urządzać pokusy i rozprzestrzeniać zło. Podczas gdy człowiek, będąc obrazem Bożym, powinien rozprzestrzeniać pokój i dobroć.

Rozdział drugi. Praca i życie duchowe

Praca – to błogosławieństwo

- Geronda, dawniej mówili: „Lepiej przecierać podeszwy niż koce, kołdry”. Co rozumie się pod tymi słowami?

- Przez to chcieli powiedzieć: „Lepiej ścierać podeszwy, pracując, niż leżeć i w łóżku i leniuchować”. Praca – to błogosławieństwo, to dar Boży. Ona ożywia ciało i odświeża umysł. Gdyby Bóg nie dał człowiekowi trudu, to człowiek pokrył by się pleśnią. Ludzie pracowici nie przestają pracować nawet w starości. Jeśli jeszcze mając siły, oni przestaną pracować, to zaczną wpadać w przygnębienie, smutek. Przerwać pracę takim ludziom równoznaczne jest śmierci. Pamiętam, w Konicy jeden dziewięćdziesięcioletni staruszek nie przestawał pracować. W ostatecznym końcu on tak i umarł na polu – dwie godziny pieszej drogi od domu.

Ale trzeba powiedzieć i o tym, że cielesny spokój, do którego dążą niektórzy, nie jest jakimś stabilnym stanem. Będąc w cielesnym (fizycznym) spokoju, ludzie mogą tylko na krótki czas zapomnieć o swojej trwodze duszy. U nich jest wszystko: obiad, deser, prysznic, odpoczynek… Jednak, jak tylko wszystko to się kończy, oni dążą do większego spokoju. W ten sposób, ludziom ciągle czegoś brakuje i dlatego oni stale są rozstrojeni. Oni odczuwają pustkę, i ich dusza dąży tę pustkę wypełnić. No a ten, kto męczy się od pracy, ma stałą radość – radość duchową.

- Geronda, ale jeśli, na przykład, masz problemy z lędźwiami, to nie możesz zajmować się żadną pracą.

- Cóż wiec, według ciebie, lędźwi nie trzeba trenować? Czyż nie pomoże lędźwiom praca, która będzie dla nich gimnastyką? Oto co ja ci powiem: jeśli człowiek je, pije, śpi i nie pracuje, to u niego „rozkręcają się” wszystkie wewnętrzne „śrubki” i jemu ciągle chce się spać, ponieważ jego ciało, jego nerwy słabną, rozluźniają się. Powoli taki człowiek dochodzi do tego, że nie może robić nic. Wystarczy mu troszkę przejść pieszo, jak chwyta go zadyszka. A oto jeśli on zacznie trochę pracować, to u niego wzmacniają się nogi, i ręce. Popatrz: ludzie, którzy lubią trud, nie śpią długo albo nawet ze zmęczenia w ogóle nie mogą zasnąć, jednak, mimo tego, ci ludzie mają siły. Dzieje się tak dlatego że, pracując, oni hartują się i wzmacniają się fizycznie.

Praca – to zdrowie, zwłaszcza dla człowieka młodego. Ja zauważyłem, że niektóre maminsynki, idąc do wojska, dojrzewają, hartują się. Wojsko takim chłopcom przynosi bardzo wielką korzyść. Oczywiście, to, o czym ja mówię, odnosi się głównie do przeszłych czasów. Dzisiaj w wojsku boją się zaniepokoić żołnierzy, przymusić ich do czegoś, ponieważ wystarczy ich jakoś „zaniepokoić”, oni podcinają sobie żyły, „dostają nerwowego wstrząsu”… Dlatego żeby dzieci były zdrowe, ja radzę rodzicom posyłać je pracować do kogoś i nawet płacić temu człowiekowi pieniądze. Aby tylko dzieci lubiły pracę, którą będą wykonywać. Przecież jeśli, mając siły i głowę, młodzieniec nie pracuje, to on słabnie, staje się zwiędłym i zwiotczałym. A jeśli przy tym on jeszcze i widzi, że inni odnoszą sukcesy, to on zaplątuje się we własnym egoizmie i z niczego się nie cieszy. On stale ma myśli, i jego umysł jest jakby zapchany słomą. Potem do niego idzie diabeł i zaczyna podszeptywać: „Nieszczęsny, jakiż z ciebie nieudacznik! Jeden z twoich rówieśników został nauczycielem, drugi założył własną firmę i zarabia pieniądze, a do czego doszedłeś ty?” W taki sposób diabeł pogrąża tego człowieka w rozpaczy. Ale jeśli młodzieniec zacznie pracować, to zdobywa zaufanie do siebie – w dobrym sensie tego słowa. On zobaczy, że też może pokonać trudności, ale, oprócz tego, i jego głowa będzie zajęta pracą, i nie zostanie mu czasu na myśli. Czyli pożytek będzie podwójny.

Wybór zawodu

- Geronda, niektórzy rodzice popychają swoje dzieci wybrać ten sam zawód, co i oni, i często robią to bardzo uparcie.

- Nie, oni postępują niesłusznie. Nie trzeba naciskać na dzieci, aby te robiły to, co podoba się rodzicom, jeśli to nie podoba się samym dzieciom. Ja znałem młodzieńca, który chciał dostać się na teologiczny fakultet i zostać duchownym. Jednak jego matka była przeciwna, ona nalegała, aby on poszedł na medycynę. Ten młodzieniec nauczył się bizantyjskiego śpiewu i śpiewał w cerkwi. On sam wykonał instrument muzyczny i wybierał na nim cerkiewne tony. Wiele cerkiewnych pieśni on znał na pamięć. U niego był niemały dar, on pisał tropariony, komponował nabożeństwa. Skończywszy szkołę średnią, młodzieniec dostał się na fakultet teologiczny. Jego matka ze zdenerwowania dostała wstrząsu nerwowego. Potem ona przychodziła do mnie i prosiła: „Pomódl się, ojcze, żebym wyzdrowiała, i potem niech moje dziecko robi to, co mu się podoba”. Ale wyzdrowiawszy, ona znów zaczęła przeszkadzać temu, żeby jej syn uczy się teologii. I w ostatecznym końcu o porzucił fakultet teologiczny, porzucił śpiew i na próżno doprowadził się do ruiny.

Widząc, że młodzieńcy mają trudności z wyborem specjalizacji, ja radzę im następujące: „Popatrzcie, jaki zawód czy jaka nauka wam podoba się. Trzeba, żebyście robili to, do czego macie naturalne predyspozycje”. Jeśli zaś młodzieńcy czy dziewczęta myślą wybrać tę drogę, do której nie mają skłonności, to ja radzę im oddać swoje serce temu, do czego mają skłonności, aby to poszło im na pożytek. To znaczy ja pomagam im wybrać tę robotę, która im się podoba, i zawód odpowiednio do ich sił. Wystarczy, żeby to, co oni by robili, było według Boga. U kogoś jest skłonność do muzyki? Niech zostanie, na przykład, dobrym muzykantem albo dobrym chórzystą cerkiewnym, i swoim śpiewem pomaga tym, kto będzie go słuchać, tak żeby oni polubili Cerkiew i modlitwę. Ktoś ma powołanie do malarstwa. Niech zostanie on malarzem czy ikonopiscą (ikonografem) i z bogobojnością będzie pisać ikony, które zaczną czynić cuda. U kogoś jest powołanie do nauki? Niech poświęci się jej i zacznie trudzić się z luboczestijem.

I popatrzcie: od wieku dziecięcego widać, do czego człowiek ma powołanie. Pewnego razu do monasteru Stomion przyszedł człowiek z dwoma maluchami – swoimi bratankami. Jeden – sześcio-siedmio letni, usiadł obok nas i bez przerwy zadawał nam różne pytania. „Kim ty chcesz zostać, kiedy wyrośniesz?” – zapytałem go. „Adwokatem!” – odpowiedział. Drugi dzieciak gdzieś się podział. „Gdzież on jest? – zapytałem jego stryja. – Nie spadł on w urwisko?”. Wyszliśmy go poszukać i usłyszeliśmy, jak z warsztatu stolarskiego dochodziły uderzenia młotka. Zachodzimy do warsztatu i widzimy, że maluch tak mocno obrobił ciesakiem ostrugany blat warsztatu (strugnicy), że on nadawał się potem tylko do pieca! „Kim że ty zostaniesz, kiedy wyrośniesz?” – zapytałem go. „Stolarzem-pięknodrzewcem!” odpowiedział chłopczyk. „Zostaniesz, – mówię, – zostaniesz. To nic że zepsułeś deskę! Pomyślisz, jakie to ma znaczenie”.

Miłość do pracy

- Geronda, dlaczego niektórych ludzi podczas pracy ogarnia nuda?

- Być może, oni nie lubią swojej pracy? Albo, być może, podczas pracy oni ciągle zajmują się jednym i tym samym? Często w niektórych zakładach, na przykład w fabryce, produkującej okna i drzwi, jeden majster od rana do wieczora skleja deski, drugi ciągle wstawia w nie szyby, trzeci codziennie je kituje. Ci ludzie stale wykonują jedną monotonną operację, a właściciel chodzi i dogląda ich. I to trwa nie dzień i nie dwa. A jeśli ciągle robić jedno i to samo, to ludzi to nudzi. Dawniej było nie tak: stolarz odbierał od budowniczych cztery ściany i musiał przekazać gospodarzowi gotowy dom pod klucz. On musiał ułożyć podłogę, wstawić okna i drzwi, uszczelnić szyby kitem i tak dalej. Potem on brał się za różne spiralne schody, toczone poręcze, potem to wszystko malował, potem przyszła kolej na szafy, na półki… A w końcu on brał się za meble. I nawet jeśli jeden majster nie zajmował się tym wszystkim, to i tak on wiedział, jak co zrobić. W razie potrzeby stolarz mógłby nawet dach pokryć dachówką.

Dzisiaj wielu ludzi jest zmęczonych, ponieważ oni nie lubią swojej pracy. Oni patrzą na zegarek i z niecierpliwością oczekują godziny, kiedy można pójść do domu. A oto jeśli u człowieka jest staranność, troska, gorliwość do pracy i jeśli nie jest mu obojętne to co on robi, to im więcej on pracuje, tym bardziej ta gorliwość rozpala się. Potem człowiek oddaje siebie pracy i, kiedy nadchodzi czas odejść, ze zdziwieniem pyta: „Jak też minął czas?” On zapomina o jedzeniu, i o spaniu, on zapomina o wszystkim. Nawet jeśli i nic nie jadł, głodu i tak on nie odczuwa, i nawet jeśli on nie spał, nie skłania go do snu. I nie tylko nie skłania – on raduje się z tego, że nie śpi! On nie męczy się z głodu i niewyspania: praca dla takiego człowieka – święto, uroczystość.

- Geronda, przypuśćmy, dwóch ludzi wykonuje jedną i tę samą pracę. Dlaczego jeden otrzymuje od niej duchowy pożytek, a drugi – duchową szkodę?

- Wszystko zależy od tego, jak oni wykonują tę pracę i co oni mają w sobie. Jeśli człowiek trudzi się z pokorą i miłością, to wszystko (co on robi) będzie oświeconym, oczyszczonym, radośnie pełnym łaski, i sam on będzie odczuwać w sobie wewnętrzne przywrócenie sił. A oto przyjmując hardą myśl o tym, że on wykonuje pracę lepiej od drugiego, człowiek może odczuwać pewną satysfakcję, jednak ta satysfakcja nie napełnia jego serca, ponieważ dusza nie otrzymuje (duchowego) powiadomienia, nie ma spokoju.

Co więcej, jeśli człowiek wykonuje swoją pracę bez miłości, to on męczy się. Na przykład, jeśli ktoś nie lubi pracy i dla tego, aby skończyć ją, trzeba wspiąć się do góry, to tylko sam widok tej góry odejmuje mu siły. Podczas gdy drugi, robiąc to samo od serca, idzie i wzlatuje na górę, sam tego nie zauważając. Na przykład, jeśli człowiek spulchnia grządki albo piele ogród od serca, to on może pracować kilka godzin i nie męczyć się – pomimo skwaru słonecznego. Jeśli zaś człowiek pracuje nie od serca, to on co chwila zatrzymuje się, ziewa, narzeka na upał i cierpi.

- Geronda, czy może praca albo nauka pochłonąć człowieka na tyle, że stanie się on obojętny wobec swojej rodziny, wobec innych obowiązków?

- Pracę trzeba lubić po prostu: nie trzeba być w niej zakochanym. Jeśli człowiek nie polubi swojej pracy, to będzie męczyć się podwójnie – i cieleśnie, i duszą. A skoro będzie on zmęczony duszą, to i cielesny odpoczynek nie będzie przywracać jego siły. Zmęczenie duszy – oto co zamęcza, wyczerpuje człowieka. Pracując od serca i doświadczając radości, człowiek nie wybija się z sił duszy, i cielesne zmęczenie też znika. Znam pewnego generała, który wykonuje nawet żołnierską pracę. Wiecie jak on ubolewa za żołnierzy? Jak ojciec. I wiecie, jakiej on doznaje radości? Ten człowiek wypełnia swój obowiązek i raduje się. Pewnego razu o północy on wyjechał z Ewrosu [40], dlatego aby pojechać do Łarisy na święto Świętego Achiłlija [41] i zdążyć na Boską Liturgię, choć mógłby przyjechać i później, tylko na molebien. Jednak on postanowił pojechać wcześniej, dlatego aby uczcić Świętego. Wszystko, co robi ten człowiek, on robi od serca.

Przyjemność, jaką odczuwa człowiek, luboczestnie wykonujący swoją pracę, – to dobra przyjemność. Tę przyjemność, zadowolenie dał Bóg, dlatego aby nie męczyło się Jego stworzenie. To – przywrócenie sił przez zmęczenie.

Każdy powinien duchowo wykorzystać ten dar, który on posiada

Każdy człowiek powinien ku dobremu wykorzystać posiadany prze niego dar. Przecież Bóg, obdzieliwszy człowieka jakimiś darami, i rozliczy go z tego. Na przykład, umysł człowieka – to (dana mu) siła, ale w zależności od tego, jak każdy będzie wykorzystywać swój umysł, on może zrobić dobro albo zło. Jeśli, będąc bardzo inteligentnym, człowiek wykorzystuje swoje zdolności prawidłowo, to on może tworzyć wynalazki, które będą pomagać ludziom. Jednak, wykorzystawszy dane mu zdolności nieprawidłowo, człowiek może wymyślać, na przykład, sposoby okradania swego bliźniego. Albo, na przykład, wziąć malarzy, którzy drukują swoje rysunki w gazetach i czasopismach. Jedna karykatura, jeden rysunek może ukrywać w sobie całe wydarzenie. To znaczy, gdyby ci artyści wykorzystali głębię swego umysłu z pożytkiem, to oni by ją uświęcili i pomogliby i sami sobie, i innym. Podczas gdy teraz wielu z takich ludzi czynią niedobre dzieło: jeśli oni bezwstydnicy – to najbardziej bezwstydni, jeśli oni śmieszni – to najśmieszniejsi.

Czyli ludzie obdarzeni, obdzieleni osobistymi szczególnymi zdolnościami, albo przynoszą innym pożytek, albo też niszczą. Podczas gdy ci, którzy szczególnych zdolności nie mają, oczywiście, nie mogą uczynić dużego dobra, ale, przynajmniej, i wielkiego zła oni też nie mogą uczynić.

Praca i niepokój duszy

- Geronda, u wielu ludzi pobudzone są nerwy, kiedy oni wracają po pracy do domu.

- Ja radzę mężczyznom po pracy zajść do jakiejś świątyni, postawić świecę, postać dziesięć-piętnaście minut na nabożeństwie albo posiedzieć gdzieś w parku i przeczytać fragment Ewangelii, dlatego aby odzyskać spokój. Potem niech idą do domu – uspokojeni i uśmiechnięci. Przecież w przeciwnym razie oni będą przychodzić do domu rozdrażnieni i wszczynać kłótnie z bliźnimi. Nie trzeba przynosić do domu tych problemów, z którymi oni zderzają się w pracy: te problemy trzeba zostawić za drzwiami swego domu.

- Geronda, jednak niektórzy ludzie usprawiedliwiają swoje pobudzenie i nerwowość tą odpowiedzialnością, jaką ponoszą w pracy i która napełnia ich dusze trwogą.

- Ona napełnia ich dusze trwogą, dlatego że oni zapominają uczynić Boga pomocnikiem w swoich sprawach. Leń ze swoim powiedzeniem „nic, Bóg nie zostawi…” jest lepszy, niż tacy ludzie. Według mnie, tak lepiej człowiekowi pracować jako zwykły pracownik, prawidłowo i z luboczestijem wykonywać pracę, starając się uprościć swoje życie, ograniczać się do niezbędnego i mieć spokojną głowę, niż być właścicielem przedsiębiorstwa i co chwila powtarzać: „Ach, co mam robić?” I zwykle tacy wielcy ludzie mają wielki długi. A potem dochodzi hardość. „Oto wezmę jeszcze jedną wielką pożyczkę, – zbuduję to, urządzę drugie i będę żyć pośpiewując…” – mówią tacy ludzie, ale potem mylą się w obliczeniach, popadają w ruinę i ich majątek sprzedają spod młotka.

Oprócz tego, wiele osób u siebie w pracy nie trudzi się głową. Oni bez sensu wybijają się z sił i nie radzą z powierzonym im zadaniem. Potem oni padają w oczach innych, i ich dusze napełnia trwoga. Na przykład, człowiek chce nauczyć się jakiejś sztuki czy rzemiosła, całe lata na okrągło chodzi do nauczyciela czy placówki edukacyjnej, ale, będąc nieuważnym, nie może osiągnąć sukcesu, ponieważ nie pracuje głową. Człowiek powinien zrozumieć, co niezbędne mu jest do pracy, i uzupełnić brakujące. Na przykład, będąc w świecie i pracując jako stolarz, ja zobaczyłem, że do mebli, które robiłem, niezbędna była mi tokarka. No i cóż? Co, trzeba było mi szukać tokarza i prosić, aby on mi pomógł? Nie. Ja kupiłem tokarkę i nauczyłem się sam na niej pracować. Upłynął jeszcze jakiś czas, i zobaczyłem, że trzeba było mi robić spiralne schody. Posiedziałem, przypomniałem sobie geometrię i arytmetykę i nauczyłem się robić takie schody. Jeśli nie pracować głową, to będziesz męczyć się. Przez to wszystko chcę powiedzieć, że człowiek powinien pracować głową, dlatego że podczas pracy często pojawia się kupa problemów i komplikacji. Pracując głową, człowiek zostanie dobrym majstrem i, wiedząc, jak ma postąpić w każdej konkretnej sytuacji, będzie iść do przodu. W tym jest podstawa. Głowa powinna być napędową, twórczą siłą we wszystkim. W przeciwnym razie człowiek pozostaje niedorozwiniętym i traci czas na próżno.

Uświęcenie pracy

Każdy człowiek swoją modlitwą, swoim (chrześcijańskim) życiem powinien uświęcać swój trud i uświęcać się sam. Jeśli zaś w pacy człowiekowi podporządkowują się inni i on ponosi za nich odpowiedzialność, to on powinien pomagać duchowo i im. Jeśli koś jest w dobrym wewnętrznym stanie, to swoją pracę on też uświęca. Na przykład, jeśli młodzieńcy przychodzą do majstra dlatego, aby on nauczył ich swego rzemiosła, jednocześnie on powinien pomagać im nauczyć się życia duchowego. Taki stosunek pomoże i samemu przełożonemu, i jego podwładnym, i jego klientom, ponieważ Bóg będzie błogosławić jego trud.

Każdy zawód może być uświęcony [42]. Na przykład, lekarz nie powinien zapominać: tego, że to, co przede wszystkim pomaga w medycynie, jest Łaska Boża. Dlatego on powinien postarać się stać się naczyniem Bożej Łaski. Lekarz, będąc dobrym, życzliwym chrześcijaninem i jednocześnie dobrym specjalistą, pomaga chorym swoją dobrocią i swoją wiarą, ponieważ on wpaja im odnosić się do choroby z męstwem i wiarą. W przypadku poważnej choroby taki lekaż może powiedzieć choremu: „Medycyna jako nauka doszła do takiego oto poziomu. Jednak tam, gdzie nie wystarcza ludzkiej wiedzy, jest Bóg, Który czyni cuda”.

A nauczyciel powinien postarać się wypełnić swoją służbę z radością i pomagać dzieciom w ich duchowym odrodzeniu. Przecież duchowe odrodzenie dzieci nie dla wszystkich rodziców jest według ich sił, nawet jeśli są oni nastawieni po-dobremu. Ucząc dzieci wiedzy, nauczyciel jednocześnie powinien starać się, aby one stały się prawdziwymi ludźmi. Inaczej jaka będzie im korzyść od wyuczonej wiedzy? Społeczeństwo potrzebuje poprawnych, prawdziwych ludzi, którzy – jaką by pracą się nie zajmowali – wykonywaliby ją dobrze. Nauczyciel powinien patrzeć nie tylko na to, czy dobrze jest wyuczona lekcja, ale brać pod uwagę i inne cnoty czy pozytywne cechy uczniów – takie, jak bogobojność, czcigodność, dobroć, luboczestije. Oceny, które stawia dzieciom Bóg, nie zawsze pokrywają się z tymi ocenami, które stawia im nauczyciel. Czyjaś dwójka dla Boga może być piątką z plusem, czyjaś piątka z plusem dla Boga może okazać się oceną niedostateczną.

Zawód nie czyni człowieka człowiekiem

- Geronda, jeśli w czasie pracy człowiek odczuwa niepokój, to w czym jest przyczyna tego?

- Być może, on nie odnosi się do swojej pracy z dobrymi myślami? Jeśli on odnosi się do swego trudu prawidłowo, to praca, jaką by ona nie była, będzie dla niego świętem, triumfem.

- Geronda, a jeśli człowiek rozstraja się z powodu tego, że najmuje się ciężką albo brudną pracą? Na przykład, pracując na budowie, myje kotły w stołówce albo zajmuj się czymś podobnym? Jak on powinien się nastawić?

- Jeśli on zamyśli się nad tym, że Chrystus umył nogi Swoim uczniom (Patrz J.13:4-14), to przestanie się rozstrajać. Chrystus uczynił to, co On uczynił, jakby mówiąc nam: „Wy powinniście postępować tak samo”. Czym by człowiek się nie zajmował: czy myje kotły, czy czyści garnki, czy kopie ziemię – on powinien radować się. Przecież ktoś i w ogóle czyści kanalizację, ponieważ innej pracy nie może znaleźć. Cały dzień biedak jest w brudzie i mikrobach. A co on, nie człowiek? Nie obraz Boży? Pewien głowa rodziny pracował jako czyściciel kanalizacji i osiągnął wysoki poziom duchowy. On zachorował na gruźlicę, i choć mógł odejść z tej pracy, nie zechciał, aby na jego miejscu męczył się ktoś inny. Ten człowiek lubił niskie, skromne życie, pogardzane przez innych, i za to Bóg napełnił go Łaską.

Zawód nie czyni człowieka człowiekiem. Ja znałem portowego ładowacza, który wskrzesił martwego. Kiedy ja byłem dikeosem [43] w Iwierskiej pustelni, pewnego razu przyszedł do mnie człowiek około pięćdziesięcioletni. Przyszedłszy późno wieczorem, on nie zapukał do drzwi, nie chcąc niepokoić ojców, a położył się spać na ulicy. Kiedy bracia pustelni to zobaczyli, oni zaprowadzili go do środka i powiadomili o tym mnie. „Dlaczegoż ty nie zadzwoniłeś w dzwoneczek? – zapytałem go, – otworzylibyśmy tobie drzwi i dali gościnny pokój”. – „Co ty takiego mówisz, ojcze? – odpowiedział on, – Jakże ja mogłem ośmielić się zaniepokoić braci?” Zobaczywszy na jego twarzy blask, ja zrozumiałem, że on żył bardzo duchowo. Potem ten człowiek opowiedział mi o tym, że w wieku dziecięcym on został bez ojca i dlatego, ożeniwszy się, bardzo kochał swego teścia. Po pracy on najpierw zachodził do domu teścia i teściowej, a potem dopiero szedł do siebie. Jednak on bardzo denerwował się, ponieważ jego teść był bardzo wulgarny. Wiele razy on prosił teścia aby przestał używać wulgarnych słów, jednak ten nie przestawał. Pewnego razu teść ciężko zachorował. Odwieźli go do szpitala, i po kilku dniach on umarł. Kiedy teść umierał, ładowacz nie był przy nim, ponieważ w tym czasie on rozładowywał w porcie statek. Kiedy on przyszedł do szpitala i powiedzieli mu, że teść umarł, on poszedł do trupiarni i z wielkim bólem zaczął się modlić tak: „Boże mój, proszę Ciebie, wskrześ go aby on się pokajał, i potem zabierz go z powrotem”. Natychmiast martwy otworzył oczy i zaczął poruszać rękoma. Pracownicy trupiarni, zobaczywszy co się dzieje, w przerażeniu uciekli. Ładowacz zabrał swego teścia do domu, i ten całkowicie wyzdrowiał. Po tym on przeżył w pokajaniu jeszcze pięć lat. „Ojcze mój, – opowiadał mi ładowacz, – ja dziękuję Bogu za to, że On okazał mi tę łaskę. A kim ja jestem, aby Bóg okazywał mi taką łaskę?” U tego człowieka było wiele prostoty. I przy tym u niego była taka pokora, że nawet do głowy mu nie przychodziło, że on wskrzesił martwego. On dosłownie rozsypał się w proch od wdzięczności Bogu za to, co Ten dla niego uczynił.

Wielu ludzi męczy się dlatego, że im nie udaje się zasłynąć próżnymi chwałami albo wzbogacić się próżnymi rzeczami. Oni nie zamyślają się o tym, że od wszystkich tych chwał i bogactw w innym życiu – czyli w życiu prawdziwym – nie będzie żadnego pożytku. Bo przecież i przenieść ich w to inne, prawdziwe, życie nie będzie można. Tam my przeniesiemy tylko te nasze uczynki i sprawy, przy pomocy których tu, na ziemi, otrzymamy odpowiedni „zagraniczny paszport” dla oczekującej nas wielkiej i wiecznej podróży.

Rozdział trzeci. O powściągliwości w codziennym życiu

Od ascezy człowiek upodabnia się do bezcielesnych Aniołów

- Geronda, jakoś raz Wy nam powiedzieliście: „W duchowej walce koniecznie trzeba blokować (przeciwnika)”. Co mieliście na uwadze?

- Podczas wojny wroga starają się blokować. Otaczają go, zaganiają do wnętrza miejskich murów, zostawiają głodnym. Potem pozbawiają go i wody. Przecież jeśli wróg nie ma zapasów wody, żywności i amunicji, to jest zmuszony poddać się. Ja chcę powiedzieć, że jeśli my walczymy z diabłem w podobny sposób – postem i czuwaniem – to on rzuca broń i wycofuje się. „Postem, czuwaniem, modlitwą niebiańskie dary przyjmiemy…” (Z ogólnego troparionu do priepdobnych: „Pustynny mieszkaniec i w ciele jest aniołem”) – mówi hymnograf (autor hymnów).

Z pomocą ascezy, trudu człowiek upodabnia się do mocy bezcielesnych. Oczywiście, powstrzymywać się trzeba, mając na uwadze wyższy duchowy cel. Jeśli człowiek powstrzymuje się, aby uwolnić się od szkodliwych dla zdrowia tłuszczy, to on troszczy się (jedynie) o dobro swego ciała. W tym przypadku jego asceza podobna jest do ascezy tych, którzy zajmują się jogą. Ku nieszczęściu, sprawę ascezy, trudu ascetycznego odrzucili na dalszy plan nawet ludzie, należący do Cerkwi. „No a co też, – mówią tacy ludzie, – przecież trzeba pojeść, nacieszyć się jednym, drugim… Przecież Bóg stworzył wszystko dla nas”. Wiecie, co oświadczył mi jeden archimandryta przy obiedzie, urządzonym na naszą cześć? Zauważywszy, że ja nie mogłem zmusić się zjeść więcej, niż zwykle, archimandryta powiedział: „Jeśli kto Bożą świątynię zniszczy, zniszczy go Bóg!” (Kor.3:17) „A ty przypadkiem, – zapytałem go, – nic nie poplątałeś? Do czego odnosi się ten fragment Pisma Świętego? Do ascezy czy do rozpustnego, rozwiązłego życia? Pismo Święte ma na myśli tych, którzy rozkładają, to znaczy niszczą (swoje ciało –) świątynię Bożą rozpustą, nadużyciami. Pismo Święte nie ma na uwadze tych, którzy praktykują ascezę z miłości do Chrystusa”. A on, widzisz jak: uspokajał swoje myśli i mówił: „My powinniśmy jeść jak należy, dlatego aby nie „doprowadzić do rozkładu” (swoją wstrzemięźliwością) świątyni Bożej (– swego ciała)”! A jeszcze jeden człowiek, odwiedziwszy monaster, dzielił się ze mną wrażeniami: „Ja byłem w monasterze, gdzie mnisi tak dużo pościli, że zachorowali. Bukłaki z olejem u nich całkiem nie tknięte. Oto do czego, ojcze, doprowadza post i czuwanie!” Co ty tu powiesz? Tacy ludzie nie chcą niczego się pozbawić. Oni zjadają swój obiad, swoje owoce i swoje ciasto, a potem, pragnąc siebie usprawiedliwić, zaczynają obwiniać innych – tych, którzy prowadzą trud ascetyczny. Tacy ludzie (nigdy) nie odczuwali tej duchowej radości, którą daje asceza, wstrzemięźliwość. „Ja muszę wypić tyle-to szklanek mleka, – mówi człowiek tego typu. – Nie, w czasie postu, oczywiście, będę powstrzymywać się. Jednak potem uzupełnię te brakujące szklanki mleka, których był pozbawiony w czasie postu mój organizm! Przecież ja muszę otrzymać tyle-to białka”. I chodzi nie o to, że jego organizm rzeczywiście potrzebuje białka. Nie, on mówi, że ma prawo (pić to mleko), i uspokaja swoje myśli tym, że u niego wszystko w porządku, tym, że to nie grzech. Ale nawet jeśli człowiek po prostu będzie myśleć w ten sposób, to już będzie to grzechem. Do czego to dochodzi ludzka logika! Człowiek (mądrzeje) wypełniać ustanowione przez Cerkiew posty, ale przy tym i nie pozbawiać siebie tego, co podczas tych postów on stracił. E-e, no jak po tym (w takim człowieku) utrzyma się Duch Święty?

A popatrz, jakim luboczestijem wyróżniają się niektórzy rodzinni ludzie! Pewnego razu jeden bardzo prosty człowiek, mający dziewięcioro dzieci, przyszedł do spowiedzi, i ojciec duchowy pobłogosławił go przyjąć Priczastije. „Ech, batiuszka, – odpowiedział ten. – Jakże ja mogę przyjąć Priczastije! Przecież jemy to my z olejem. Ja przecież pracuję. I dzieci moje też”. – „A ile ty masz dzieci?” – zapytał go duchowny. „Dziewięcioro”. – A czy dużo oleju wy dodajecie do pokarmu?” – „Dwie łyżki roślinnego”. – „Ile więc oleju tobie przypada, nieszczęśniku ty mój? – zawołał duchowny. – Idź i przyjmij Priczastije!” Na jedenaście osób – ledwie-zaledwie dwie łyżeczki roślinnego oleju. I przy tym jeszcze męczyły go myśli!

Znałem świeckich, uświęconych od tej ascezy, którą oni wypełniali. A oto nie tak wiele lat temu na Świętej Górze trudził się jeden świecki ze swoim synem. Oni przepracowali na Atosie długi czas. Potem w ich ojczyźnie znalazła się dobra robota i ojciec podjął decyzję wyjechać ze Świętej Góry, zabrawszy z sobą i dziecko, aby cała rodzina żyła razem. Jednak syna doprowadziło do wzruszenia ascetyczne życie mnichów, i on, pamiętając o świeckim życiu z jego trwogą duszy, nie zechciał wracać. „Przecież u ciebie, ojcze, – mówił on, – są i inne dzieci. Zostaw jednego w Sadzie Przenajświętszej Bogarodzicy”. O nie poddał się namowom ojca, i ten był zmuszony zostawić go na Świętej Górze. Ten młodzieniec był niegramotny, ale bardzo wrażliwy, on miał wielkie luboczestije i prostotę. O czuł się całkiem niegodnym mnisich postrzyżyn, ponieważ uważał że wypełniać mnisią regułę i temu podobne będzie ponad jego siły. I oto on znalazł jedną maleńką celę, którą wcześniej wykorzystywano jako stajnię dla jucznych zwierząt, zablokował drzwi i okno kamieniami i gałęziami paproci i zostawił tylko małą okrągłą szczelinę – norę, dlatego aby wpełzać do swego mieszkania i wypełzać z niego. Z zewnątrz on zakrywał norę starym rozerwanym płaszczem, który gdzieś znalazł. On nie zapalał nawet ognia. Gniazda ptaków były lepszymi mieszkaniami, niż jego gniazdo, barłogi zwierząt były lepszymi domami, niż ten dom, w którym on mieszkał. Jednak radości, której doświadczała ta dusza, nie mają nawet ci, którzy żyją w bogatych pałacach. Przecież ten człowiek trudził się dla Chrystusa, i Chrystus był obok niego – nie tylko w jego celi, ale i wewnątrz jego duchowego domu – w jego ciele, w jego sercu. Dlatego on żył w Raju. Rzadko on wyłaził ze swego barłogu i szedł do jakiejś celi, gdzie bracia zajmowali się pracami w ogrodach. On pomagał braciom w pracy, i za to dawali mu trochę sucharów i oliwek. Jeśli nie dawali mu pracować, to sucharów i oliwek on nie brał. Za te błogosławieństwa, które on przyjmował, uważał za konieczność zapłacić swoją pracą podwójnie. Oczywiście, o jego duchowym życiu wiedział Jeden Bóg, ponieważ żył on w ukryciu, prosto i bez szumu. Ale po jednym wydarzeniu, które stało się potem znane, można wiele zrozumieć. Pewnego razu on zaszedł do jednego monasteru i zapytał, kiedy zaczyna się Wielki Post, choć Wieli Post był dla tego człowieka prawie cały rok. Potem on poszedł do siebie do „barłogu” i zamknął się od środka. Minęło prawie trzy miesiące, a on nawet tego nie zauważył. Pewnego razu wyszedł ze swojej celi i poszedł do jednego z monasterów, aby zapytać, czy szybko będzie Pascha. On postał na nabożeństwie, przyjął Priczastije na Boskiej Liturgii i potem razem z ojcami poszedł na posiłek. Podczas posiłku zobaczył czerwone jajka. Tego dnia było Oddanie Paschy [44]. On zdziwił się zapytał jednego brata: „Słuchaj, czyż to już Pascha?” – „Jaka tam Pascha, – odpowiedział ten. – Przecież jutro już Wozniesienije! (Wniebowstąpienie)” Czyli ten człowiek pościł cały Wielki Post i jeszcze czterdzieści dni do Wozniesienija! W ten oto sposób on trudził się do samej godziny śmierci. Myśliwy znalazł go dwa miesiące po jego śmierci i poinformował o wydarzeniu policję i lekarza. „Od niego nie tylko nie było trupiego zapachu, – opowiadał mi lekarz, – ale, przeciwnie – jego ciało wydawało aromat”.

Post dzieci

- Geronda, czy powinny pościć przed Świętym Priczastijem pięcio-sześcio letnie dzieci?

- Przynajmniej, wieczorem, przed tym dniem, w którym one będą przyjmować Priczastije, one powinny spożyć postny posiłek z olejem. Ale ta sprawa jest w kompetencji ojca duchowego. Lepiej, żeby matka zapytała duchownego, jak ma postąpić z dzieckiem, ponieważ u małego mogą być problemy ze zdrowiem i jemu, na przykład, trzeba pić mleko.

- Geronda, a ile czasu małe dziecko powinno pościć?

- Jeśli dziecko jest mocne, wyróżnia się zdrowiem, to ono może pościć. Oprócz tego, teraz w sprzedaży jest ogromna ilość postnych produktów. Wcześniej dzieci pościły i całymi dniami biegały i bawiły się. W Farsach w czasie Wielkiego Postu wszyscy – i dzieci, i dorośli – pościli do godziny dziewiątej [45]. Rodzice zbierali dzieci w twierdzy, zostawiali im zabawki, aby te się bawiły, a o godzinie trzeciej po południu, kiedy cerkiewny dzwon dzwonił na Liturgię Prieżdieoswiaszczonnych Darów (Wcześniej Poświęconych), szli do cerkwi i przyjmowali Priczastije. Święty Arsienij Kapadocki mówił: „Dzieci, jeśli one cały dzień bawią się, o jedzeniu nawet nie wspominają. Więc czyż one nie wytrzymają postu teraz, kiedy w poście pomaga im i Chrystus?”

I dorosłych, którzy nie poszczą, zaczyna demaskować sumienie, kiedy oni widzą, jak poszczą dzieci. Pamiętam, byłem mały i pracowałem ze swoim majstrem w jednym domu. Tam też my i jedliśmy obiad. W środy i piątki ja wychodziłem, nie zostając na obiad, i szedłem jeść do siebie do domu, ponieważ ci ludzie nie pościli. Pewnego razu, pamiętam, była środa, oni przynieśli ciasto i chcieli mnie poczęstować. „Dziękuję, – powiedziałem im, – ale ja poszczę”. – „Popatrz no, – zdziwili się oni, – maluch pości, a my, dorośli mężczyźni, jemy wszytki po kolei”.

Post z luboczestijem

Postem człowiek pokazuje swoją wolę. Od luboczestija on podejmuje trud, ascezę, i Bóg mu pomaga. Jednak jeśli człowiek przymusza siebie i mówi: „Co robić? Oto znów nadszedł piątek – i trzeba pościć”, to on siebie męczy. A oto wszedłszy w sens (postu) i wypełniając post z miłości do Chrystusa, on będzie radować się. „W ten dzień, – będzie myśleć taki człowiek, – Chrystus był ukrzyżowany. Jemu nie dali pić nawet wody – Jego napoili octem (Patrz Mt.27:34; Mk.15:36; Łk.23:36 i J.19:29]. I ja dziś cały dzień nie będę pić wody”. Postępując tak, człowiek poczuje w sobie radość większą, niż ten, kto pije najlepsze napoje chłodzące.

I popatrz, wielu świeckich ludzi nie może wytrzymać postu w Wielki Piątek. A oto na chodniku, naprzeciwko jakiegoś ministerstwa, oni mogą siedzieć, ogłosiwszy głodowy protest – z uporu, wytrwałości, – aby czegoś się dobić. Na to diabeł daje im siły. To, co oni robią, – to samobójstwo. A inni, kiedy przychodzi Pascha, z radością głośno śpiewają: „Christos Woskriesie”, myśląc przy tym o tym, jak oni teraz wspaniale pojedzą. Tacy ludzie podobni są do żydów, którzy chcieli uczynić Chrystusa carem za to, że On nakarmił ich w pustyni (Patrz J.6:5-15).

A pamiętacie, co mówi Prorok? „Przeklęty czyniący dzieło Pańskie z niedbałością” (Jr.48:10). Jedna sprawa, jeśli człowiek ma dobre usposobienie do postu, ale nie może on pościć, ponieważ, jeśli nie poje, u niego będą drżeć nogi, on zacznie padać i temu podobne. Czyli jego siły, jego zdrowie nie sprzyjają temu, żeby on pościł. Inna sprawa – jeśli człowiek nie pości, mając do tego siły. Gdzie tu znajdziesz dobre usposobienie? A oto rozstrojenie, zmartwienie tego człowieka, który chce, ale nie może trudzić się ascetycznie, uzupełnia, wyrównuje wielki trud ascetyczny, i sam on ma nagrodę większą, niż ten, kto ma siły i trudzi się. Przecież ten, kto ma siły i trudzi się ascetycznie, odczuwa i pewną satysfakcję. Dzisiaj przychodziła jedna nieszczęsna kobieta około pięćdziesięciopięcioletnia. Ona płakała, dlatego że nie może pościć. Mąż rozwiódł się z nią. U niej było jedno dziecko, które popadło w wypadek samochodowy i zginęło, i ona została sama. Jej matka też umarła, i ona nie ma ani dachu nad głową, ani kawałka chleba. To jedna, to druga z jej znajomych biorą tę kobietę do swego domu, i ona wykonuje tam jakąś pracę. „U mnie na sumieniu leży wielki ciężar, ojcze, – powiedziała mi nieszczęsna, – ponieważ ja nic nie robię. I najgorsze ze wszystkiego jest to, że ja nie mogę pościć. Jem co mi dają. Czasem, w środę i piątek, dają postne, jednak często dają niepostne, i ja bywam zmuszona jeść niepostne, ponieważ, jeśli ja nie jem, tracę siły i nie mogę stać na nogach”. – „Jedz, powiedziałem jej, – skoro nie masz sił”. Człowiek powinien uważać na siebie. Jeśli on widzi, że jego sił nie wystarcza, to niech je więcej. „Określ sobie miarę”, – mówi priepodobny Nił Postnik [46].

- Geronda, a jak dawniej niektóre kobiety na wsiach nic nie jadły od czystego poniedziałku aż do soboty Świętego Fiedora Tirona? [47]. Jak wystarczało im sił na taki post – z mnóstwem prac, z domem, z dziećmi, bydłem, ogrodem?

- W swoich myślach te kobiety mówiły: „Gdybyśmy pościły prawdziwie, to powinnyśmy by nic nie jeść do Wielkiej Soboty”. No dobrze, myślały, poposzczę choć do soboty pierwszego tygodnia – przecież ta sobota szybko nadejdzie. Albo, być może, one myślały: „Chrystus pościł czterdzieści dni (Patrz Mt.4:2 i Łk.4:2). Tak więc co, ja nie mogę popościć jeden tydzień?” A oprócz tego, te kobiety wyróżniały się prostotą i dlatego mogły wytrzymać taki post. Jeśli u człowieka jest prostota, pokora, to on przyjmuje Łaskę Bożą, pokornie pości i bosko odżywia się. Wtedy on posiada boską siłę, i w czasie długich postów jest u niego wielki „zapas wytrzymałości”. W Australii pewien młodzieniec około dwudziestosiedmioletni doszedł do tego, że mógł nic nie jeść w ciągu dwudziestu ośmiu dni. Ojciec duchowy przysłał go do mnie, aby on o tym mi opowiedział. Ten młodzieniec był bardzo czcigodny i pobożny i miał ascetycznego ducha. On spowiadał się, chodził do cerkwi, czytał patrystyczne książki, a przede wszystkim – Nowy Testament. Pewnego razu, czytając Ewangelię o tym, jak Chrystus pościł czterdzieści dni, młodzieniec rozczulił się sercem i pomyślał: „Jeśli Pan, będąc Bogiem, a po człowieczemu – Bezgrzesznym Człowiekiem, pościł czterdzieści dni (tamże), to co powinienem robić ja – człowiek bardzo grzeszny?” Dlatego on poprosił ojca duchowego o błogosławieństwo na post, jednak przy tym nawet nie pomyślał wyrazić ojcu duchowemu swego pomysłu o tym, że w ciągu czterdziestu dni on chciał całkiem nic nie jeść i nie pić. Tak więc, on zaczął post od poniedziałku Pierwszego tygodnia Wielkiego Postu i do Krestopokłonnego tygodnia pościł, nie biorąc do ust nawet wody. A pracował on w fabryce i ta jego praca była ciężka – układać skrzynie, stawiając je jedna na drugiej. Kiedy nastał dwudziesty ósmy dzień postu, on poczuł podczas pracy lekki zawrót głowy i dlatego na chwilę przysiadł. Potem wypił herbatę i zjadł niewielki sucharek. On pomyślał, że jeśli upadnie i odwiozą go do szpitala, to potem zrozumieją, że on stracił siły od postu, i powiedzą: „Popatrz tylko, ci chrześcijanie umierają od postu”. – „Geronda, – powiedział on mi, – przepościwszy tyle dni, ja odczuwam wstręt do jedzenia. Ale zmuszam siebie coś jeść, ponieważ inaczej nie mogę pracować”. Jednak tego młodzieńca niepokoiła myśl o tym, że nie dokończył czterdziestu dni zaczętego przez niego postu, i on powiedział o tej myśli ojcu duchowemu. Ojciec duchowy z rozsądkiem odpowiedział: „I tych dni, które ty pościłeś, było wystarczająco, nie męcz siebie myślami”. Potem ojciec duchowy przysłał go do mnie, żeby, jeśli u niego nadal została męcząca go myśl, ja pomógł mu przepędzić ją. Chcąc przekonać się o tym, że pobudzające przyczyny młodego człowieka były czyste, zapytałem go: „Ty co, złożyłeś przysięgę pościć czterdzieści dni?” – „Nie”, – odpowiedział on. „Kiedy brałeś u ojca duchowego błogosławieństwo na post, to ty po prostu nie pomyślałeś odkryć mu swego pomysłu o tym, że chcesz nic nie jeść i nie pić czterdzieści dni, czy też ty świadomie ukryłeś przed nim ten – jakoby dobry – pomysł, dlatego aby przepościć czterdzieści dni według własnej woli?” – zapytałem go znów. „Nie ojcze”, – znów odpowiedział on. Wtedy powiedziałem: „Ja, oczywiście, i sam rozumiałem twoje usposobienie. Ale zapytałem ciebie o to dlatego, abyś ty sam zrozumiał, że za te dni, które ty pościłeś, będziesz mieć niebiańską nagrodę. Tych dni wystarczyło. I nie męcz siebie myślami o tym, że nie mogłeś wytrzymać czterdziestodniowego postu. Jednak następnym razem mów ojcu duchowemu i o tych dobrych pomysłach, które u ciebie są i o tym dobrym, co ukrywasz u siebie w sercu. A ojciec duchowy będzie decydować, czy trzeba tobie brać na siebie trud ascetyczny czy coś temu podobne”. Ten młodzieniec miał wielką pokorę dzięki tym pokornym myślom, które on w sobie pielęgnował. I ten post on podjął z wielkiego luboczestija (pobożności), ze względu na Chrystusa. I było naturalnym, że Chrystus wzmocnił go Swoją Bożą Łaską. A oto jeśli podjąć taki post zechce ktoś (nie mający takiej pokory) egoistycznie mówiący: „A dlaczego i ja nie mogę uczynić tego samego, skoro uczynił to inny?” – to on przepości tylko jeden-dwa dni i potem zwali się. I jego umysł też zamroczy się, ponieważ opuści go Łaska Boża. Takiemu człowiekowi będzie żal nawet wysiłków, włożonych w ten post, który on ledwie wytrzymał. On nawet może dojść do tego, że powie: „No i co dał mi ten post?”

Przez post człowiek przemienia się w baranka, jagniątko. Jeśli on przemienia się w besttię, to znaczy jedno z dwóch: albo to że podjęta asceza przekracza jego siły, albo to, że on zajmuje się nią z egoizmu i dlatego nie otrzymuje boskiej pomocy. Nawet dzikie zwierzęta, bestie post czasem oswaja, uśmierza. Popatrz, przecież kiedy zwierzęta są głodne, one zbliżają się do człowieka. Instynktownie zwierzęta rozumieją, że z głodu one umrą, a zbliżywszy się do człowieka, mogą znaleźć pokarm i zostać przy życiu. Pewnego razu miałem okazję widzieć wilka, który z głodu zrobił się jak jagniątko. Zimą, kiedy napadało dużo śniegu, on zszedł z gór i przyszedł do nas na podwórko. My z bratem wyszliśmy pokarmić bydło, i ja trzymałem w rękach lampę. Zobaczywszy wilka, brat schwycił pałkę i zaczął go bić. I wilk w żaden sposób na to nie reagował.

Jeśli człowiek nie dojdzie do tego, aby robić to, co on robi z miłości do Boga i z miłości do współczowieka – swego bliźniego, to on traci swoje siły na próżno. Jeśli on pości i ma harde myśli o tym, że czyni coś ważnego, to cały jego post idzie na marne. Potem taki człowiek staje się podobny do dziurawego zbiornika, w którym nic się nie utrzyma. Spróbuj nalej do dziurawego zbiornika wody – powoli wszytka ona wycieknie.

Przyjemność lekkiego życia

Jeśli człowiek nie powstrzymuje się, to on nosi na sobie całe zapasy (tłuszczu). A oto jeśli on powstrzymuje się i je tyle, ile jest mu konieczne. To jego organizm spala zjedzone, i ono nie odkłada się w ciele.

Różnorodność potraw rozciąga żołądek i rozpala apetyt, ale oprócz tego, czyni człowieka zwiotczałym i przynosi mu dyskomfort fizyczny. Jeśli podczas posiłku proponowane jest tylko jedno danie i ono nie jest zbyt smaczne, to człowiek, być może, nawet jego nie doje albo – jeśli jest ono smaczne i on zostanie wciągnięty przez dogadzanie żołądkowi – zje trochę więcej. Jednak jeśli widzisz przed sobą rybę, zupę, ziemniaki, ser, jajko, sałatę, owoce i słodycze, to chcesz to wszystko zjeść i prosisz jeszcze o dokładkę. Apetyt rozpala się i na jedno, i na drugie, zjadłszy coś jednego, chcesz zjeść i drugie, co stoi obok. I popatrz, przecież człowiek nie może znieść, ścierpieć od swego bliźniego prostego słowa. Tego on nie może strawić, owego nie może strawić… A oto nieszczęsny żołądek cierpi i zgadza się na wszystko, co my do niego wrzucamy. A my go pytamy, czy może on to strawić? To znaczy żołądek, u którego nie ma rozumu, przewyższa nas w cnocie! On dokłada wysiłku, aby strawić wszystko! A jeśli jeden spożyty przez nas pokarm nie powinien być spożywany z drugim, to, trafiając do żołądka, one zaczynają między sobą „kłócić się”. I co wtedy ma robić żołądek? Zaczyna się w nim niestrawność.

- A jak, Geronda, można odciąć przyzwyczajenie obfitego jedzenia?

- Trzeba siebie troszkę przyhamowywać. Nie trzeba jeść tego, co tobie się podoba, aby nie rozpalać apetytu, ponieważ powoli-stopniowo, a „klepisko, stodoła” staje coraz większa i większa. Potem żołądek – ten, jak mówi abba Makarij, zły „celnik” – ciągle prosi jeszcze i jeszcze. Jedząc coś, ty odczuwasz przyjemność, jednak potem chce ci się spać: ty nie możesz nawet pracować. Jeśli zaś jeść pokarm jednego rodzaju, to pomaga odciąć apetyt.

- Geronda, a jeśli na stole jest różnorodność potraw, jednak w małych ilościach, to człowiek spotyka się z taką samą trudnością?

- E-e, problem ten sam. Tylko frakcje partyjne są niewielkie, i dlatego one nie mogą utworzyć rządu!.. Kiedy jest różnorodność dań, to podobne do tego, jakby w żołądku zbierało się wiele partii politycznych. Jedna partia rozdrażnia drugą, one ścierają się, walczą między sobą – i zaczyna się niestrawność żołądka…

Przyjemność od umiarkowanego jedzenia jest większa, niż ta przyjemność, jaką dają najsmaczniejsze potrawy. Będąc dzieckiem, ja wychodziłem do lasu i w ciągu dnia zjadałem tylko kawałeczek obwarzanka. O, i ja nie chciałem nic innego! Najsmaczniejsze pokarmy nie mogłyby zastąpić tej duchowej przyjemności, jakiej doświadczałem. Ale ja robiłem to z radością. Jednak wielu ludzi nigdy nie odczuwało przyjemności lekkiego żołądka. Na początku, jedząc coś pysznego, oni odczuwają przyjemność, a potem podłącza się gardłowe biesowstwo, obżarstwo, oni jedzą dużo i – zwłaszcza w starszym wieku – odczuwają obciążenie. Tak oni pozbawiają siebie przyjemności lekkiego brzucha.

Część piąta. O wypróbowaniach w naszym życiu

„Dala tego aby pójść do słodkiego Raju, trzeba skosztować w tym życiu wiele gorzkiego i otrzymać na ręce zagraniczny paszport przeżytych wypróbowań”.

Rozdział pierwszy. „Przeszliśmy przez ogień i wodę…” (Ps.65:12)

Krzyże wypróbowań

- Geronda, ja zawsze noszę na sobie krzyżyk, którym Wy mnie pobłogosławiliście. Ten krzyżyk pomaga mi w trudnościach.

- Wiesz, krzyże każdego z nas – to takie właśnie krzyżyki. One są jak maleńkie krzyżyki, które my nosimy na szyi i które ochraniają nas w naszym życiu. A co ty myślisz, my niesiemy jakieś-to wielkie krzyże? Tylko Krzyż Chrystusa był bardzo ciężkim, ponieważ Chrystus z miłości do nas – ludzi – nie zechciał wykorzystać dla Siebie Swojej boskiej siły. A po Ukrzyżowaniu On wziął, bierze i będzie brać na Siebie ciężar krzyżów każdego człowieka i Swoją boską pomocą i Swoim słodkim pocieszeniem łagodzi nam ból wypróbowań.

Dobry Bóg daje każdemu krzyż odpowiednio do posiadanych przez niego sił. Bóg daje człowiekowi krzyż nie dla tego, aby on się męczył, ale dla tego, aby z krzyża człowiek wszedł na Niebo. Przecież w istocie krzyż – to drabina na Niebo. Rozumiejąc, jakie bogactwo my odkładamy do (niebiańskiego) skarbca, znosząc ból wypróbowań, my nie zaczniemy narzekać, ale będziemy wysławia Boga, biorąc na siebie ten mały krzyżyk, który On nam darował. Postępując tak, będziemy radować się już w tym życiu, a w innym życiu, otrzymamy (duchową) „emeryturę” i „równoczesną zapomogę”. Tam, na Niebie, mamy zagwarantowane posiadłości i udziały, które przygotował nam Bóg. Jednak jeśli my prosimy, aby Bóg uwolnił nas od wypróbowań, to On daje te posiadłości i udziały innym, i my pozbawiamy ich siebie. Jeśli zaś my będziemy cierpieć, to On da nam jeszcze i duchowe procenty.

Człowiek, który męczy się tu, jest błogosławiony i szczęśliwy, ponieważ im więcej on cierpi w tym życiu, tym większą otrzyma korzyść dla innego życia. Tak dzieje się dlatego, że on odpłaca za swoje grzechy. Krzyże wypróbowań są wyższe, niż te talenty, dary, którymi obdarza nas Bóg. Błogosławiony i szczęśliwy jest człowiek, który ma nie jeden, a pięć krzyży. Cierpienie czy męczeńska śmierć ciągną za sobą i czystą nagrodę. Dlatego w każdym wypróbowaniu mówmy: „Dziękuję Tobie, Boże mój, ponieważ to było mi konieczne dla mego zbawienia”.

Wypróbowania pomagają ludziom dojść do siebie (opamiętać się)

- Geronda, ja otrzymałam wiadomość o tym, że cierpienia mojej rodziny nijak nie kończą się. Czy będzie kiedyś koniec ich zmartwieniom?

- Cierp, siostro, i nie trać ufności do Boga. Patrząc na wszystkie wypróbowania, które spotykają twoich krewnych, staje się oczywiste, ż Bóg kocha was i dopuszcza wypróbowania dlatego, aby cała wasza rodzina duchowo oczyściła się. Jeśli popatrzeć na wypróbowania, które spotkały twoją rodzinę świeckim spojrzeniem, to będziecie wyglądać na nieszczęśliwych. Jednak popatrzywszy na nie duchowym spojrzeniem, (zrozumiemy), że jesteście szczęśliwi, i w innym życiu będą wam zazdrościć ci, którzy uważają się za szczęśliwych w tym życiu. Znosząc wszystkie te wypróbowania, twoi rodzice (tak jakby) trudzili się ascetycznie. Przecież im nieświadomy albo niezrozumiały jest inny – szlachetny duchowy sposób trudu ascetycznego (to znaczy trud według własnej dobrej woli). Ale cokolwiek by nie mówić, w wypróbowaniach, które spotykają twoją rodzinę i niektóre inne rodziny, ukrywa się jakaś tajemnica. Przecież za twoich rodziców dokonywanych jest tyle modlitw! Kto zna wyroki Boże? Niech wyciągnie Bóg Swoją rękę i położy koniec wypróbowaniom.

- Geronda, a czy nie można, aby ludzie dochodzili do siebie, opamiętywali się nie poprzez smutki i wypróbowania, a jakoś inaczej?

- Każdy raz przed tym, jak Bóg dopuści wypróbowania, Bóg próbował (doprowadzić człowieka do uczucia) po-dobremu. Jednak Go nie zrozumieli, i dlatego On dopuścił wypróbowanie. Popatrzcie: przecież jeśli nieposłuszne dziecko nie słucha się ojca, to na początku ojciec próbuje poprawić je po-dobremu, pozwala mu robić to, co ono chce, jednak, jeśli dziecko nie zmienia się, to ojciec przemienia dobroć na surowość – dlatego aby poprawić swoje dziecko. Tak i Bóg – czasem, jeśli człowiek nie rozumie po dobremu, daje mu wypróbowania, aby ten doszedł do siebie, opamiętał się. Jeśli by ludzie nie doznawali trochę bólu, choroby i podobnego, to oni przemienialiby się w bestie i całkiem nie przybliżaliby się do Boga.

To życie jest fałszywe i krótkie. I dobrze, że ono krótkie, ponieważ te gorzkie zmartwienia, które, podobnie jak gorzkie lekarstwa, leczą naszą duszę, szybko przeminą. Popatrz, przecież i lekarze, kiedy chorzy męczą się, dają im gorzkie lekarstwo, ponieważ chorzy zdrowieją nie od słodkiego, a od gorzkiego. Ja chcę powiedzieć, że gorzkie wlecze za sobą i zdrowie ciała, i zbawienie duszy.

Kiedy jest nam boleśnie, odwiedza nas Chrystus

Człowiek, który nie przechodzi przez wypróbowania, który nie chce, aby było mu boleśnie, nie chce znieść cierpienia, nie chce, aby go denerwowali albo czynili uwagi, ale dąży żyć śpiewająco, znajduje się poza realnością. „Przeszliśmy przez ogień i wodę i wyprowadziłeś nas do spokoju (na wolność)” (Ps.65:12), mówi piewca psalmów.

Popatrz, przecież i naszej Władczyni Przenajświętszej Bogarodzicy było boleśnie, i święci naszej Cerkwi też doświadczali bólu. Dlatego my też powinniśmy doświadczyć bólu. Przecież my podążamy tą samą drogą, co i oni, tylko z tą różnicą, że, doświadczając w tym życiu niewielkiego cierpienia czy smutku, my spłacamy rachunki (swoich grzechów) i osiągamy zbawienie. Ale i Chrystus przyszedł na ziemię z bólem. On zszedł z Nieba, wcielił się, przecierpiał, zniósł Ukrzyżowanie. I teraz chrześcijanin rozumie, że odwiedza go Chrystus, właśnie z tego – z bólu.

Kiedy człowieka nawiedza ból – wtedy odwiedza go Chrystus. A oto kiedy człowiek nie doświadcza żadnego zmartwienia – to wygląda na to, że Bóg go opuścił. Taki człowiek i nie odpłaca za grzechy, i nie odkłada żadnych duchowych oszczędności. Oczywiście, ja mówię o tym, kto (sam) nie chce pocierpieć z miłości do Chrystusa. „Ja jestem zdrowy, – mówi taki człowiek, – mam wspaniały apetyt. Ja jem do syta, żyję pośpiewując i w spokoju”. I taki człowiek przy tym nie mówi: „Chwała Tobie, Boże!” Gdyby on, przynajmniej, (z wdzięcznością) uznawał wszystkie te błogosławieństwa, które daje mu Bóg, to byłoby w porządku. „Ja byłem tego niegodny, – powinien powiedzieć taki człowiek. – Ale, ponieważ jestem słaby, Bóg traktuje mnie pobłażliwie, łagodnie”. W żywocie Świętego Amwrosija opowiedziane jest o tym, że pewnego razu Swiatitiel i jego współpodróżnicy byli przyjęci na nocleg do domu bogatego człowieka. Widząc tam niezliczone bogactwa, swiatitiel Amwrosij zapytał, czy doświadczał ten człowiek w życiu choć raz zmartwienia. „Nie, nigdy, – odpowiedział bogacz. – Moje bogactwa stale powiększają się, moje niwy przynoszą obfite urodzaje, ja nie doświadczam żadnego bólu i nawet nie wiem, czym jest ból i choroba”. Wtedy Święty Amwrosij zapłakał i powiedział do swoich towarzyszy: „Szykujcie powozy i szybciej wyjedźmy stąd, ponieważ tego człowieka nigdy nie odwiedzał Bóg!” I jak tylko Święty i jego współpodróżnicy wyszli na ulicę, dom bogacza zawalił się! To beztroskie, pozbawione zmartwień życie, które prowadził ten człowiek, było tak naprawdę opuszczeniem Bożym.

„Kogo bowiem kocha Pan, tego karze…” (Prz.3:12)

- Geronda, z jakiego powodu ludzie doświadczają teraz tyle cierpień?

- Z miłości Bożej. Ty, będąc mniszką, wstajesz wcześnie rano, wypełniasz swoją monastyczną regułę, modlisz się z czotkami, czynisz pokłony i temu podobne. Dla ludzi świeckich te trudności, przez które oni przechodzą, to ich reguła, ich kanon. Z pomocą tych trudności i cierpień ludzie oczyszczają się. Te cierpienia okazują im więcej pożytku, niż świeckie beztroskie życie, które nie pomaga im ani przybliżyć się do Boga, ani odłożyć na niebiańskie konto duchowych oszczędności. Dlatego ludzie powinni przyjmować smutki i pokusy jako prezent od Boga.

Dobry Bóg, pragnąc, aby Jego dzieci wróciły do Niego, jak Dobry Ojciec wychowuje je przy pomocy wypróbowań. On czyni to z miłości, z boskiej dobroci, a nie ze złości i nie ze światowej prawniczej sprawiedliwości. To znaczy, pragnąc zbawić Swoje stworzenia, pragnąc, aby oni odziedziczyli Jego Niebieskie Carstwo, Bóg dopuszcza im wypróbowania. On dopuszcza je dlatego, aby człowiek przedsięwziął walkę, trud ascetyczny i zdał egzamin z cierpienia i bólu, tak, aby diabeł nie mógł powiedzieć: „Za co Ty dajesz mu nagrodę albo jak też Ty go zbawiasz? Przecież on nie trudzi się”. Życie ziemskie Boga nie interesuje, Jego interesuje życie przyszłe. Przede wszystkim On troszczy się o nasze przyszłe życie i dopiero potem – o życie ziemskie.

- Geronda, jednak dlaczego Bóg jednym ludziom posyła wielkie wypróbowania, a drugim nie posyła wcale?

- Co mówi Pismo Święte? „Kogo bowiem kocha Pan, karze…”(Tamże). Na przykład, u jakiegoś ojca ośmioro dzieci. Pięcioro żyje w domu z ojcem, a troje odchodzi z domu i zapomina o ojcu. Jeśli dzieci, żyjące z ojcem, w czymś zawinią, on może nadrzeć im uszy, albo dać po karku, albo też, jeśli one są rozsądne, popieścić je, dać czekoladę. A oto te, które żyją daleko od ojca, nie mają ani pieszczoty, ani klapsa po karku. Tak samo postępuje i Bóg. Ludzi, którzy żyją z Nim, i tych, kto ma dobre usposobienie, jeśli oni popełniają grzech, On karze „klapsem po karku”, i oni odpłacają za swój grzech. Albo też, jeśli On da im więcej „klapsów”, – gromadzą sobie niebiańską nagrodę. A tym, którzy żyją daleko od Niego. On daje długie lata życia, aby oni pokajali się. Dlatego my widzimy, jak ludzie świeccy popełniają poważne grzechy i, mimo tego, w obfitości mają materialne skarby, i żyją długie lata, nie doznając zmartwień. To dzieje się według Opatrzności Bożej – dla tego aby ci ludzie pokajali się. Jeśli oni nie pokajają się, to w innym życiu nie będą mieli czym się usprawiedliwić.

Bogu jest boleśnie z powodu tych zmartwień, których doświadczają ludzie

Jakich zaś męczarni doznają ludzie! Ileż u nich problemów! Niektórzy przychodzą tu, aby w dwie minuty, w biegu opowiedzieć mi o swoim bólu i otrzymać trochę pocieszenia. Jedna wymęczona matka mówiła mi: „Geronda, bywają chwile, kiedy nie mam sił cierpieć. Wtedy ja proszę: „Chrystusie mój, zrób małą przerwę, a potem niech męki przyjdą znów””. Jak potrzebują ludzie modlitwy! Ale, oprócz tego, każde wypróbowanie – to jeszcze i dar od Boga. To jeszcze jeden dodatkowy „punkt”, dla tego aby wstąpić do innego życia. Ta nadzieja nagrody w przyszłym życiu daje mi radość, pocieszenie i siły, i ja mogę wytrzymać ból od tych zmartwień, które dręczą wielu i wielu.

Nasz Bóg – to nie Baal, ale bóg miłości. On – Ojciec, który widzi cierpienia Swoich dzieci z powodu przeróżnych dręczących ich pokus i wypróbowań. I On da nam nagrodę, abyśmy tylko znosili to małe męczeństwo od tego wypróbowania które do nas przyszło albo, lepiej powiedzieć, błogosławieństwa które do na przyszło.

- Geronda, niektórzy pytają: „A czyż nie jest okrutne to, co dopuszcza Bóg? Czyż Bóg nie ubolewa?”

- Ból Boga z powodu ludzi, którzy męczą się od chorób, od biesów, od barbarzyńców i temu podobnego, ma w sobie i radość ze względu na tę niebiańską nagrodę, którą On im przygotował. To znaczy Bóg ma na uwadze nagrodę, którą przyjmie na Niebie człowiek, który doświadczył pokusy, On wie, co oczekuje takiego człowieka w innym życiu, i to daje Bogu „siłę cierpieć” ten ból. Przecież Bóg dopuścił Herodowi popełnić tyle przestępstw (Patrz Mt.2:16)! Herod zamordował czternaście tysięcy dzieci i mnóstwo rodziców, którzy nie pozwalali żołnierzom zabijać swoich dzieci! Przecież tych rodziców też zabijali. Barbarzyńcy-żołnierze, pragnąc dogodzić swoim dowódcom, rozrąbywali dzieci na małe kawałeczki. I im większą mękę doznawały te maleństwa, tym większego bólu doświadczał Bóg. Ale o tyle też więcej On radował się za tę najwyższą chwałę, której przyjęcie oczekiwało ich na Niebie. On radował się ze względu na tych maleńkich Aniołów, których oczekiwało utworzenie anielskiego męczeńskiego zastępu. Aniołowie z męczenników!

Podczas zmartwień Bóg pociesza człowieka prawdziwym pocieszeniem

Bóg, będąc blisko nas, widzi smutki Swoich dzieci i pociesza nas, jak Dobry Ojciec. A co ty myślisz, czyż on chce widzieć, jak Jego dziecko cierpi? Bóg bierze pod uwagę wszystkie jego cierpienia, cały jego płacz i potem wynagradza mu za to. Tylko Bóg daje w zmartwieniach prawdziwe pocieszenie. Dlatego człowiek, który, nie wierząc w prawdziwe życie, nie wierzy w Boga, nie prosi Go o miłosierdzie w dręczących duszę wypróbowaniach, przebywa w pełnej rozpaczy. Życie takiego człowieka nie ma sensu. On zawsze pozostaje bez pomocy, bezradnym, niepocieszonym i wymęczonym w tym życiu, ale oprócz tego jeszcze i na wieki osądza swoją duszę.

Jednak u ludzi duchowych nie ma własnych zmartwień, ponieważ wszystkie przydarzające się im wypróbowania oni pokonują, będąc blisko Chrystusa. Tacy ludzie przyjmują wiele goryczy cudzych zmartwień, ale jednocześnie oni przyjmują i wielką miłość Bożą. Kiedy ja śpiewam „Nie powierz mnie człowieczemu wstawiennictwu, Wszechświęta Władczyni”, to czasem zatrzymuję się na słowach: „…lecz przyjmij błagania niewolnika (sługi) Twego…” Jeśli u mnie nie ma smutku, to jak ja mogę wypowiedzieć słowa: „…smutek bowiem ogarnął i trzyma mnie, znieść go nie mogę…” (Patrz Czasołow M., 1990. Str.288)? Jak ja mogę powiedzieć kłamstwo? W duchowych odniesieniach do wypróbowań nie ma smutku, ponieważ jeśli człowiek nastawi się prawidłowo, duchowo, to wszystko się zmienia. Jeśli człowiek dotknie się goryczą swego bólu do Słodkiego Jezusa, to wszystkie jego gorycze i cierpienia przemieniają się w miód.

Zrozumiawszy tajemnice duchowego życia i ten tajemniczy sposób, którym działa Bóg, człowiek przestaje rozstrajać się z powodu tego, co się z nim dzieje. On z radością przyjmuje gorzkie lekarstwa, które Bóg daje mu dla zdrowia duszy. Wszystko (dziejące się z nim) taki człowiek uważa za owoc swojej modlitwy, ponieważ on stale prosi Boga, aby Ten wybielił jego duszę. Jednak, odnosząc się do wypróbowań po świeckiemu, ludzie męczą się. Ale skoro Bóg dogląda każdego z nas, to każdy z nas powinien bez reszty powierzać siebie Bogu. W przeciwnym razie życie człowieka przemienia się w mękę: on chce, żeby wszystko w jego życiu układało się, jak on sam chce. Jednak wszystko idzie nie tak, jak on chce, i dlatego jego dusza nie znajduje spokoju.

Syty czy głodny człowiek, chwalą go czy traktują go niesprawiedliwie, on powinien radować się i do wszystkiego odnosić się z pokorą i cierpliwością. Wtedy Bóg będzie dawać mu błogosławieństwa – do tej pory póki jego dusza nie dojdzie do takiego stanu, że te błogosławieństwa nie będą w niej się mieścić. Błogosławieństwa Boże będą już ponad siły takiej duszy. I im bardziej człowiek będzie odnosić duchowe sukcesy, tym w większym stopniu on będzie widzieć miłość Bożą i topnieć od tej miłości.

Pokusy i zmartwienia po dopuście Bożym.

Czasem wypróbowania których doświadczamy – to antybiotyki, które Bóg daje nam dla uleczenia choroby naszej duszy. Te wypróbowania dają nam wielką duchowa pomoc. Człowiek delikatnie dostaje od Boga „po karku”, i jego serce mięknie. Oczywiście, Bóg (i nie wypróbowując nas) wie, w jakim jesteśmy stanie, ale, ponieważ nie wiemy tego my, On dopuszcza nam przejść przez wypróbowania – dla tego abyśmy my poznali siebie, odkryli ukrywające się w nas namiętności i nie mieli w dniu Strasznego Sądu nadmiernych roszczeń. Przecież nawet jeśli by Bóg przymykał oczy na nasze namiętności i brał nas do Raju takimi, jakimi jesteśmy, to i w Raju my też wznosilibyśmy fale zamętu, niepokoju i niezadowoleń. Dlatego Bóg dopuszcza diabłu stwarzać pokusy tu, aby te pokusy wytrzepywały z nas kurz (namiętności) tak, aby poprzez smutki i zmartwienia nasza dusza spokorniała i oczyściła się. A potem Bóg napełnia nas Swoją Łaską.

Prawdziwa radość rodzi się z tej goryczy, którą człowiek z radością doświadcza, kosztuje za Chrystusa – Który Skosztował goryczy, dlatego aby nas zbawić. Chrześcijanin powinien radować się zwłaszcza wtedy, kiedy spotykają go wypróbowania, a sam on przy tym nie dawał temu powodu.

Czasem my mówimy do Boga: „Boże mój, nie wiedząc, co Ty uczynisz, ja bez reszty powierzam Tobie całego siebie dla tego, abyś Ty zrobił ze mnie człowieka”. I Bóg, słysząc te słowa, chce zrobić mnie nie tylko człowiekiem, ale czymś więcej, niż człowiek. Dlatego On pozwala diabłu przyjść, aby mnie skusić i pomęczyć. Teraz, chorując na raka, ja widzę szachrajstwa i sztuczki diabła, i to mnie śmieszy. Oto jaki jest ten diabeł! Wiecie, jakim mydłem myje diabeł człowieka, kiedy Bóg pozwala mu go skusić, aby człowiek przeszedł przez wypróbowania? Diabeł myje człowieka pianą swojej złości. Oto jakie dobre u niego jest mydło! Podobnie jak wielbłąd w złości pluje pianą, tak zachowuje się i diabeł w podobnych przypadkach. A potem on zaczyna szorować człowieka. Oczywiście, on robi to nie dla tego, aby zetrzeć z człowieka brud i uczynić go czystszym. Nie, on robi to ze złośliwości. Jednak Bóg pozwala diabłu szorować człowieka do tej pory, póki nie spiorą się jego brudne plamy i on nie stanie się czystym. Przecież gdyby Bóg pozwolił diabłu szorować człowieka tak, jak szorują odzież, kiedy ją piorą, to diabeł przemieniłby człowieka w łachmany.

- Geronda, czy możemy my mówić, że różne pokusy, które zdarzają się w naszym życiu, dzieją się z nami po woli Bożej?

- Nie, nie mieszajmy woli Bożej ze wszystkim tym, co przynosi kusiciel. Bóg daje diabłu wolność kusić człowieka do określonego momentu. I człowieka On też pozostawia wolnym uczynić dobro albo zło. Jednak Bóg nie będzie winien w tym złu, które uczyni człowiek. Na przykład, Judasz był uczniem Chrystusa. Ale czy dopuszczalne jest powiedzieć, że była wola Boża, aby on został zdrajcą? Nie, to sam Judasz pozwolił diabłu wejść w siebie. Jeden człowiek poprosił kapłana: „Proszę ciebie, ojcze, odsłuż litiję (nabożeństwo za pokuj duszy) za Judasza. To tak jakby mówił: „Ty, Chrystusie, jesteś niesprawiedliwy, To, że Judasz Ciebie sprzedał, było Twoją wolą. Dlatego teraz pomóż mu”.

Rzadko zdarza się, że Bóg dopuszcza niektórym bogobojnym ludziom przejść przez wypróbowania dlatego, aby ktoś, żyjący paskudnym życiem, doszedł do czucia i pokajał się. Niektórzy ludzie, przechodząc przez wypróbowania, odpłacają za grzechy swego życia, ale przy tym niesłusznie narzekają. Bóg daje im możliwość otrzymać pomoc, widząc przykład cierpliwości tych, którzy cierpią i nie narzekają, nie będąc winnymi. Tacy czcigodni i bogobojni ludzie otrzymują podwójną nagrodę. Załóżmy, że bardzo dobry, bogobojny głowa rodziny siedzi w swoim domu razem ze swoją żona i dziećmi. Nagle zaczyna się trzęsienie ziemi, dom zawala się, całą jego rodzinę zasypują gruzy, i po strasznych mękach wszyscy umierają. Dlaczego Bóg dopuścił to? Dlatego żeby nie narzekali inni – ci, którzy są winni i podlegają karze.

Dlatego ten, kto rozmyśla o wielkich krzyżach, które nieśli prawi ludzie, nigdy nie rozstraja się z powodu własnych maleńkich wypróbowań. Tacy ludzie widzą: pomimo tego że oni popełnili w swoim życiu różne grzechy, oni cierpią mniej, niż prawi i dlatego wyznają podobnie jak rozsądny rozbójnik (Patrz Łk.23:39 i niżej): „Ci ludzie w niczym nie zgrzeszyli i przecierpieli takie cierpienia. Jakich zaś cierpień my jesteśmy godni?” Jednak, ku nieszczęściu, niektórzy podobni są do tego rozbójnika, który był ukrzyżowany po lewej stronie Chrystusa (Tam samo). Tacy ludzie mówią o prawych którzy przecierpieli męki: „Popatrz no, całe życie nie wypuszczali z rąk krzyża, i jakie nieszczęście z nimi się zdarzyło!”

Bywają i przypadki – prawda bardzo-bardzo rzadko – kiedy Bóg z miłości dopuszcza niektórym wybranym ascetom przecierpieć wielkie wypróbowania. On robi to, aby ich ukoronować. Tacy ludzie – naśladowcy Chrystusa. Popatrzcie: ponieważ Święta Sinklitikija duchowo pomagała wielu ludziom swoimi pouczeniami, diabeł zechciał przeszkodzić jej w tym zajęciu i trzy i pół roku priepodobna z powodu choroby była niema [48].

A w innych przypadkach prawdziwy naśladowca Chrystusa prosi Boga o miłosierdzie przebaczyć grzechy bliźnich i nie poddawać ich Swojemu sprawiedliwemu gniewowi. Taki człowiek prosi, aby Bóg zamiast tych grzesznych ludzi ukarał jego, pomimo tego że on sam nie jest winien. Taki człowiek jest w bliskim pokrewieństwie z Bogiem, i Boga bardzo wzrusza, roztkliwia wielka szlachetna miłość Jego dziecka. Bóg nie tylko okazuje takiemu człowiekowi miłosierdzie, o które on prosi, to znaczy nie tylko przebacza grzechy innym, ale i dopuszcza temu człowiekowi męczeńską śmierć – zgodnie z jego gorliwą prośbą. A jednocześnie Bóg przygotowuje takiemu człowiekowi najlepszy rajski carski pałac z jeszcze większą sławą, ponieważ wielu ludzi swoim zewnętrznym osądem niesprawiedliwie sądziło o tym człowieku i myślało, że Bóg karze go jakoby za jego własne grzechy.

Niewdzięczność za miłość Bożą

- Geronda, wypróbowania zawsze idą ludziom na pożytek?

- Zależy to od tego, jak człowiek odnosi się do wypróbowań. Ci, którzy nie mają dobrego usposobienia, w przy nachodzących na nich wypróbowaniach zaczynają bluźnić Bogu. „Dlaczego mnie to spotkało? – narzekają tacy ludzie. – Popatrz, przecież u takiego-to wszystko jest tak dobrze! No co to za Bóg, Który dopuszcza to wszystko?” Tacy ludzie nie mówią „zgrzeszyłem”, ale męczą się. A oto ludzie pobożni dziękują Bogu tak: „Chwała Bogu! To wypróbowanie doprowadziło mnie do Niego. Bóg dopuścił to dla mego dobra”. Wcześniej tacy ludzie mogli całkiem nie chodzić do cerkwi, ale po wypróbowaniach oni zaczęli chodzić do świątyni, spowiadać się i przyjmować Priczasttije. A, oprócz tego, często ludzi bardzo surowych Bóg w jakimś momencie doprowadza do stanu takiego luboczestija, że oni sami obracają się o sto osiemdziesiąt stopni i rozsypują się w proch z bólu, który odczuwają za to wszystko, co oni zrobili.

- Geronda, kiedy u nas wszystko idzie dobrze, to powinniśmy mówić „Chwała Tobie, Boże”?

- A jeśli zaś nie mówimy „Chwała Tobie, Boże” w radościach, to jak my powiemy to w zmartwieniach? Ty co, dziękujesz Bogu w zmartwieniach i nie chcesz podziękować Mu w radościach? Ale, oczywiście, jeśli człowiek jest niewdzięczny, to miłość Boża nie jest mu znana. Niewdzięczność – to wielki grzech. Dla mnie to grzech śmiertelny. Człowiek niewdzięczny niczym nie zadawala się, nic nie przynosi mu radości. Z każdego powodu on narzeka. Wszystko i wszyscy są wobec niego winni. W mojej ojczyźnie, w Farasach, jako przyjemność bardzo lubili moszcz winogronowy. I oto pewnej nocy jedna panna zaczęła płakać, ponieważ zechciało się jej winogronowego moszczu. Co tu robić? Jej matka musiała iść do sąsiadów i prosić. Zjadłszy trochę moszczu, panienka znów zaczęła płakać, stukać nogami o podłogę i krzyczeć: „Mamo, ja chcę i śmietany!” – „Córeczko, gdzież ja tobie znajdę śmietany o tej godzinie?” – zapytała matka. Nie, „chcę śmietany” i wszystko tu. Co robić? Powlokła się biedulka matka do sąsiadki i poprosiła pożyczyć śmietany. Spróbowawszy śmietany córka znów rozbeczała się. „No a dlaczego ty teraz płaczesz?” – pyta matka. „Mamo, ja chcę, abyś ty mi je wymieszała!” No cóż, bierze matka moszcz i śmietanę i miesza. Ale córka ciągle swoje: płacze i płacze i nie przestaje. „Mamo, ja nie mogę jeść ich razem! Chcę, abyś ty mi je rozdzieliła!” No tu już nic mamie nie zostało jak od serca sklepać córkę po policzkach! Tak oto i oddzielił się moszcz od śmietany.

Ja chcę powiedzieć, że podobnie jak ta panienka zachowują się niektórzy ludzie, i wtedy przychodzi do nich kara Boża. My powinniśmy – w skrajnej mierze – uznawszy swoją niewdzięczność – dniem i nocą dziękować Bogu za te błogosławieństwa, które On nam daje. Postępując tak, będziemy następować na pięty tchórzliwemu diabłu, który, zebrawszy wszystkie swoje tangałaszki, ulotni się, jak czarny dym, dlatego że (przyznając swoją niewdzięczność i dziękując Bogu za Jego błogosławieństwa), będziemy bić diabła w czuły punkt.

Nasze małe wypróbowania i wielkie wypróbowania naszych bliźnich

W każdej pokusie, które nas dopadły, najlepsze lekarstwo – to jeszcze cięższe wypróbowanie, które dopadło naszych bliźnich. Trzeba jedynie porównywać je z wypróbowaniem które dopadło nas samych, i widzieć między nimi wielką różnicę i tę wielką miłość, którą okazał Bóg, dopuściwszy małe wypróbowanie nam. Postępując tak, my zaczniemy Mu dziękować, będziemy ubolewać z powodu naszego bliźniego, który cierpi bardziej, niż my, i będziemy modlić się serdeczną modlitwą o to, aby Bóg podał mu pomoc. Na przykład, dla mnie amputowali nogę. „Chwała Tobie, Boże, – powiem, – że u mnie jest, przynajmniej, jedna noga. Przecież innemu amputowali obie. I jeśli nawet ja przemienię się w kikut, jeśli obetną mi i ręce i nogi, to ja mimo wszystko powiem: „Chwała Tobie, Boże, za to, że ja chodziłem na nogach tyle lat, przecież inni już rodzili się na świat jako nie zdolni do poruszania się kalecy””.

Usłyszawszy, że pewien głowa rodziny jedenaście lat męczył się od krwotoków, powiedziałem: „Jak mogę zrównać się z nim! Świecki człowiek jedenaście lat męczy się krwotokami, przy tym on ma dzieci, musi wstawać rano i iść do pracy, podczas gdy ja nie przemęczyłem się tymi krwotokami nawet i siedmiu lat!” [49]. Myśląc o innym, o tym, kto doświadcza takich cierpień, ja usprawiedliwić siebie nie mogę. A oto zaczynając myśleć o tym, że ja cierpię, podczas gdy inni żyją pośpiewując, o tym, że nocami ja co półgodziny muszę wstawać, ponieważ mam problemy z jelitami, i ja nie mogę zasnąć, podczas gdy inni śpią spokojnym snem ja usprawiedliwiam siebie, nawet jeśli narzekam. Ty, siostro, ile czasu męczysz się od opryszczki? [50]

- Osiem miesięcy, Geronda.

- Widzisz, jednemu Bóg daje pomęczyć się tą chorobą dwa miesiące, drugiemu – dziesięć miesięcy, trzeciemu – piętnaście. Ja ciebie rozumiem. Tobie bardzo boli. Niektórzy od tej choroby dochodzą do rozpaczy. Ale oto jeśli świecki człowiek, pomęczywszy się jeden-dwa miesięcy od opryszczki i z silnego bólu wpadłszy w rozpacz, dowie się, że duchowy człowiek męczy się taką samą chorobą już cały rok i przy tym cierpi i nie narzeka, to on od razu otrzyma pocieszenie. „Popatrz no, – mówi chory. – Ja zachorowałem dwa miesiące temu i doszedłem do rozpaczy, a inny biedaczek męczy się cały rok – i nic! A ja przecież jeszcze i grzeszę, podczas gdy on żyje duchowo”. W ten sposób tego człowiek jeszcze nikt nie napominał i nie pouczał, a on już otrzymuje pomoc!

Zmartwienia (smutki) które stwarzają nam ludzie

- Geronda, jeśli człowiek ze względu Boga znosi zmartwienia i niesprawiedliwości od ludzi, to cierpienie to oczyszcza go z namiętności?

- Ona jeszcze pyta! Przecież ono go nie po prostu oczyszcza, ono go destyluje! Czyż jest coś wyższego od takiego cierpienia? W podobny sposób człowiek może odpłacić za swoje grzechy. Popatrzcie: schwytanego przestępcę biją, zamykają do więzienia, tam on wypełnia swój mały „kanon”. I jeśli taki człowiek szczerze pokaja się, to on zbawi się od wiecznego lochu. Czyż to błaha sprawa, jeśli przez ziemskie cierpienie człowiek opłaca swoje konto w wieczności?

Z radością znoście każde zmartwienie. Zmartwienia, które sprawiają nam ludzie są słodsze, niż te słodkie „syropy”, którymi poją nas ci, którzy nas kochają. Popatrz, przecież w przykazaniach szczęśliwości Chrystus nie mówi: „Szczęśliwi (błogosławieni) jesteście kiedy wychwalają was”, ale „Szczęśliwi i błogosławieni jesteście, kiedy złorzeczą wam…” (Mt.5:11) i dodatkowo „kłamiąc przeciwko wam”. Kiedy człowiek poddawany jest niesprawiedliwej obeldze, on odkłada duchowe oszczędności do niebiańskiego skarbca. A jeśli obelgi, którym jest on poddawany, są zasłużone, to on odpłaca za swoje grzechy. Dlatego my nie tylko nie narzekając powinniśmy cierpieć tego, kto nas kusi, ale i odczuwać wobec niego wdzięczność, ponieważ ten człowiek daje nam sprzyjającą możliwość potrudzić się w miłości, w pokorze, w cierpliwości.

Oczywiście, oszczercy działają we współpracy z tangałaszką. Ale zwykle silny wiatr łamie i wykorzenia te słabe drzewa, których korzenie nie są głębokie. A oto tym drzewom, które mają głębokie korzenie, silny wiatr pomaga zapuścić korzenie jeszcze głębiej.

My powinniśmy modlić się za wszystkich, którzy nas oczerniają, i prosić Boga, aby On dał im pokajanie, oświecenie i zdrowie. My nie powinniśmy zostawiać w sobie nawet śladu nienawiści do tych ludzi. Zachowujmy w sobie tylko doświadczenie od pokusy która nas spotkała, wyrzucajmy całą gorycz (obrażania, krzywd i nieprzyjaźni) i pamiętajmy słowa priepodobnego Efrema Syryjczyka: „Jeśli ty przecierpisz oszczerstwo i potem czystość twego sumienia stanie się jawną, to nie wysokomędrkuj (nie bądź wyniosły), ale w pokornej mądrości, służ Panu, Który uwolnił cię od ludzkiego oszczerstwa i zniesławienia, abyś nie upadł jako żałosna ofiara”.

Rozdział drugi. O chorobie

Choroby pomagają ludziom

- Geronda, co znaczy wyrażenie „dobrego tobie Raju”?

- Dobrej tobie drogi do Raju.

- Geronda, a być może to wyrażenie znaczy: „Życzę tobie znaleźć się w dobrym Raju”?

- Ty kiedykolwiek słyszałaś, żeby ktoś mówił o Raju niedobrym? Ale jak by tam nie było, aby trafić do słodkiego Raju, człowiek powinien skosztować w tym życiu wiele gorzkiego. Tak on otrzyma do rąk „zagraniczny paszport” doznanych przez niego cierpień i wypróbowań. Co przecież dzieje się w szpitalach! Jakie tragedie! Jakież u ludzi bóle! Ile nieszczęsnych matek, idąc na operację, myśli o swoich dzieciach i dręczą się niepokojem o rodzinie! Ilu ojców choruje na raka, idą na napromieniowanie i jak oni męczą się. Ci ludzie nie mogą pracować, a przecież muszą płacić za mieszkanie, przecież u nich tyle wydatków! Inni zaś, będąc we wspaniałym zdrowiu, mimo wszystko nie mogą poradzić sobie z wydatkami, a co już mówić o tych, którzy chorują i przy tym wybijają się z sił, pracują, aby chociaż jakoś poradzić ze swymi rodzinnymi wydatkami. Mnie strasznie dręczy ludzkie nieszczęście. Ile wszystkiego ja słyszę każdego dnia! Niekończące się męki, trudności!.. Cały dzień moje usta wypełnione są goryczą od ludzkich nieszczęść, a wieczorem ja głodny kładę się trochę odpocząć. Ja doświadczam ogromnego cielesnego zmęczenia, ale jednocześnie z tym otrzymuję i wewnętrzny odpoczynek.

- Geronda, choroba zawsze przynosi człowiekowi pożytek?

- Tak, ona przynosi ogromy pożytek zawsze. Choroby pomagają ludziom, u których nie ma cnót, uczynić Boga miłosiernym i litościwym [51]. Zdrowie – to wielka rzecz, ale tego dobra, które przynosi człowiekowi choroba, zdrowie dać mu nie może! Choroba przynosi człowiekowi duchowe dobro. Choroba – to wielkie, wielkie dobrodziejstwo. Ona oczyszcza człowieka od grzechu, a czasami „gwarantuje” mu (niebiańską) nagrodę. Dusza człowieka jest jak złoto, a choroba podobna do ognia, który to złoto oczyszcza. Popatrz, przecież i Chrystus powiedział apostołowi Pawłowi: „Siła Moja w niemocy się doskonali” (2Kor.12:9). Im bardziej męczy się człowiek od choroby, tym bardziej czystym i bardziej świętym on się staje – aby tylko on cierpiał i przyjmował chorobę z radością.

Jedyne, co niezbędne jest przy niektórych chorobach, – to trochę cierpliwości. Bóg dopuszcza choroby, dlatego aby człowiek otrzymał niewielką nagrodę, i poprzez tę chorobę Bóg oczyszcza człowieka od istniejących w nim niedociągnięć, ułomności. Przecież cielesna choroba pomaga w uzdrowieniu z choroby duszy. Choroba cielesna przynosi człowiekowi pokorę i w ten sposób neutralizuje chorobę jego duszy. Bóg ze wszystkiego wyciąga pożytek dla dobra człowieka! Wszystko, co On dopuszcza, okazuje nam duchowy pożytek. On wie, co niezbędne jest każdemu z nas, i odpowiednio do tego daje nam chorobę – albo dlatego, abyśmy otrzymali za nią nagrodę, albo dlatego, abyśmy odpłacili za jakieś grzechy.

Niebiańska nagroda za chorobę

- Ja żyje twoja matka?

- Źle, Geronada. Co jakiś czas bardzo wysoko rośnie u niej temperatura, i to sprawia jej nieznośny ból. Jej skóra pęka, pokrywa się ranami, i nocami ona nie może zasnąć.

- Wiesz, przecież tacy ludzie – to męczennicy. Jeśli nie w pełni męczennicy, to pół-męczennicy na pewno.

- A u niej, Geronda, całe życie – jedna ciągła męka.

- Znaczy i nagroda, którą ona otrzyma, będzie wielokrotna. Wiesz, ile oczekuje ją otrzymać? Raj jest jej zagwarantowany. Widząc, że człowiek może znieść ciężką chorobę, Chrystus daje mu tę chorobę, tak, aby za małe cierpienie w życiu ziemskim człowiek otrzymał wielką nagrodę w niebiańskim wiecznym życiu. On cierpi tu, ale otrzyma nagrodę tam, w innym życiu, ponieważ jest Raj, i jest zapłata (za smutki i boleści).

Dzisiaj przychodziła pewna kobieta z chorymi nerkami. Ona już wiele lat chodzi na hemodializę [52]. „Batiuszka, – poprosiła mnie ona, – proszę, przeżegnajcie mi rękę. Na moich żyłach nie ma żywego miejsca, i je nie mogę nawet hemodializy normalnie robić”. – „Te rany i wrzody na twoich rękach, – powiedziałem, – w innym życiu przemienią się w diamenty większej wartości, niż diamenty świata tego. Ile lat ty chodzisz na hemodializę?” – „Dwanaście”, – odpowiedziała ona. „Znaczy więc, – odpowiedziałem jej, – ty masz prawo i na (duchowy) „równoczesny zasiłek” i na „minimalną emeryturę””. Potem ona pokazała mi ranę na drugiej ręce i powiedziała: „Batiuszka, ta rana nie goi się. Przez nią widać kości”. – „Tak, – odpowiedziałem jej, – ale przez nią widać jeszcze i Niebo. Cierp, życzę tobie dobrej cierpliwości. Modlitewnie życzę aby Chrystus pomnożył w tobie Swoją miłość i ty zapominała o bólu. Oczywiście, ja mogę pożyczyć tobie i innego: tego, aby twój ból znikł, ale wtedy zniknie i wielka nagroda. Więc, lepsze jest to, co pożyczyłem tobie na początku”. Od tych słów nieszczęsna kobieta otrzymała pocieszenie.

Kiedy ciało znosi wypróbowania, dusza uświęca się. Od bólu cierpi ciało, nasz gliniany domek, ale od tego będzie wiecznie radować się gospodarz tego domku – nasza dusza – w tym niebiańskim pałacu, który przygotowuje nam Chrystus. Według tej duchowej logiki – która nie jest logiczna dla ludzi świata tego, ja też raduję się i chlubię się tymi cielesnymi chorobami i wadami, które u mnie są. Jedyne, o czym nie myślę, to o tym, że oczekuje mnie otrzymanie niebiańskiej nagrody. Ja rozumiem (swój ból) tak, że (przez niego) ja odpłacam za swoją niewdzięczność Bogu, ponieważ ja nie odpowiedziałem w należyty sposób na Jego wielkie dary i dobrodziejstwa. Przecież wszystko w moim życiu – ciągła (duchowa) uczta: i mój stan mnisi, i moje choroby. Bóg we wszystkim odnosi się do mnie z miłością do człowieka, On we wszystkim zniża się do mnie. Jednak pomódlcie się, aby On nie zapisał mi tego wszystkiego na konto (tylko) tego życia, ponieważ wtedy – biada mi biada! Chrystus okazał by mi wielki szacunek, gdybym ze względu na Jego miłość ja pocierpiał jeszcze więcej. Oby tylko On wzmacniał mnie tak, abym mógł wytrzymać (ten ból). A odpłata mi niepotrzebna.

Kiedy człowiek jest całkowicie zdrowy, to oznacza to akurat, że u niego coś nie w porządku. Lepiej byłoby mu na coś chorować. Ja otrzymałem od swojej choroby taki pożytek, jakiego nie otrzymałem od swego trudu ascetycznego, który dokonywałem do tego czasu, jak zachorowałem. Dlatego ja mówię, że jeśli u człowieka nie ma obowiązków (wobec innych), to lepiej gdyby on wolał chorobę niż zdrowie. Będąc zdrowym, człowiek zostaje dłużnikiem, a oto od choroby, odnosząc się do niej z cierpliwością, – on otrzymuje nagrodę. Kiedy ja żyłem we wspólnotowym monasterze [53], pewnego razu przyjechał tam jeden święty biskup, bardzo stary, o imieniu Ijerofiej. On był na emeryturze i trudził się ascetycznie w pustelni Świętej Anny. Kiedy, wyjeżdżając, on siadał na konia, podciągnęły się nogawki i wszyscy zobaczyli jego strasznie opuchnięte nogi. Mnichom, którzy pomagali mu siąść na konia, zrobiło się okropnie nieprzyjemnie. Biskup zrozumiał to i powiedział: „To najlepsze dary, którymi wynagrodził mnie Bóg. Ja proszę Go, aby On nie zabierał ich ode mnie”.

Cierpliwość w bólu

Kiedy na coś zachorujemy, najlepiej nam jest powierzyć siebie Chrystusowi. Trzeba pomyśleć o tym, że nasza dusza ma znacznie większą konieczną potrzebę w cierpliwości i wysławianiu podczas bólu, niż w „stalowym” ciele, dzięki któremu możemy dokonywać wyczynów fizycznych. Przecież od tych wyczynów my narażamy się na niebezpieczeństwo próżnej sławy i samochwalstwa, nie rozumiejąc tego, ponieważ może mam się wydawać, jakoby jesteśmy zdolni zawojować raj własnym „kawaleryjskim atakiem”.

Wiecie, ile lat ja doznaję bólu? Czasem mogę go wytrzymać, a czasem jest nie do wytrzymania. Ból, który można wytrzymać – to stan stabilny. Wiecie, ile ja nacierpiałem się z powodu rozstrzenia oskrzeli [54] i uczynionej mi operacji! Potem zaczęły się wszystkie te historie z jelitami. Potem pół roku cierpiałem od międzykręgowej przepukliny i doznawałem silnego bólu. Nie mogłem robić tyle pokłonów, ile robiłem wcześniej, i, nie patrząc na to że trudno mi było nawet zadbać o siebie, trzeba było pomagać przychodzącym do mnie ludziom. Dlatego u mnie w brzuchu pojawiło się coś twardego, i powiedzieli mi, że to przepuklina. Kiedy męczyłem się, ona zaczynał boleć i bardzo spuchła. Pewnego razu, w przeddzień święta Świętego wielkomęczennika Panetejmona, przepuklina spuchła i bolała. Jednak trzeba mi było iść do Pantelejmonowej Pustelni na całonocne czuwanie. „Pójdę, i niech będzie co ma być”, – zdecydowałem, ponieważ musiałem być na tym święcie. Podczas czuwania chciało mi się trochę posiedzieć, ale pomyślałem, że jeśli opuszczę siedzisko stasidii i usiądę, to usiądą wszyscy pozostali. Dlatego wolałem wcale nie siadać i stałem. Po dwunastogodzinnym całonocnym czuwaniu myślałem, że mój stan bardzo pogorszy się. Gdy tylko wróciłem do swojej celi, jak ktoś zastukał w żelazne klepadło koło bramki. „Otwieraj, ojcze!” – usłyszałem czyjś głos. Ja roześmiałem się. „No koniec, – powiedziałem sobie, – teraz tylko bądź w stanie obrócić się”. I rzeczywiście: wkrótce przyszli kolejni odwiedzający potem jeszcze i jeszcze. A wieczorem, odpuściwszy ostatnich odwiedzających, zobaczyłem, że moja przepuklina… całkiem znikła! Ale następnego dnia, po tym jak odpocząłem, ona znów się pojawiła! Potem ona mi przeszkadzała i bolała, ale jednocześnie z tym ona dostarczała mi i radości. Przecież Chrystus wiedział o moim stanie, On wiedział o tym, co pójdzie mi na pożytek. Dlatego On zostawił mi tę przepuklinę na pięć lat. Wiesz, jak ja z nią męczyłem się?

- Gerona, a pamiętacie, kiedy były u Was problemy z nogami?

- To inna historia. Ja nie mogłem stać na nogach. I kiedy przychodzili ludzie, było mi nielekko. Potem nogi się poprawiły, ale zaczęły się krwotoki. Lekarze powiedzieli, że to było wrzodowe zapalenie jelita grubego. Otworzył się nowy rozdział… siedem lat krwotoków, bólów… Ale nie martwcie się, tylko módlcie się o zdrowie mojej duszy. Ja cieszę się, że Bóg zaszczycił mnie i wynagrodził tym darem, i nie chcę, aby On mi go odbierał. Chwała Bogu, On dopuszcza, abym od bólów ja otrzymał pożytek. W ten sposób my zdajemy egzaminy z cierpliwości. Dzisiaj jedno, jutro drugie… „Cierpliwości bowiem macie potrzebę” (Hbr.10:36). Przecież jeśli nie będziemy cierpieć my, ludzie, mający choć trochę bojaźni Bożej, to co zostaje robić ludziom świeckim? Jednak ja widzę, że wielu świeckich przewyższa nas, mnichów w cnocie. Moi rodzice opowiadali mi o tym, że farasioci, zachorowując na coś, nie od razu biegli do Chadżefendi [55], dlatego aby on ich uzdrowił. Najpierw oni znosili ból. Oni cierpieli, ile mogli – odpowiednio do swego luboczestija i cierpliwości, ponieważ oni uważali za błogosławieństwo pocierpieć. „Daj mi – mówili oni, – ja też pomęczę trochę swoją duszę dla Chrystusa, skoro Chrystus zniósł wielkie męczarnie, żeby mnie zbawić”. Oni szli do Chadżefend po uzdrowienie tylko wtedy, kiedy widzieli, że choroba przeszkadzała ich pracy i zaczynali cierpieć ich domownicy. Widzisz, jakie było u nich luboczestije! Skoro już ci ludzie, będąc świeckimi, rozmyślali w ten sposób i cierpieli, to jak powinienem rozmyślać ja – mnich? Chrystus powiedział: „W cierpliwości waszej zyskajcie dusze wasze” (Łk.21:19). Patrzcie: przecież jałmużny Iowa (Hioba) w tym czasie kiedy on miał wszystkie dobra, były nie tak miłe Bogu, jak Mu miłe było cierpienie Iowa w czasie gdy dopadła go pokusa [56].

- Geronda, kiedy Wy mówicie, że człowiek cierpi ból, to Wy macie na uwadze, że on całkiem nie okazuje zewnętrznie, że mu boli?

- W skrajnym przypadku on może dać otaczającym trochę zrozumieć, że coś mu boli. On może powiedzieć im o swoim bólu, ale nie mówić o tym, jak silny jest ten ból. Przecież jeśli on całkiem ukryje swój ból przed innymi, to oni mogą być skuszeni niektórymi jego postępkami. Na przykład, jeśli mnich męczy się z bólu i nie może pójść na nabożeństwo, to jeśli on nie powie o swoim stanie innym, to możliwe, że ktoś, nie mający dobrych myśli, dozna uszczerbku.

Stosunek do bólu

- Geronda, o jakim bólu Wy mówicie, że jest nie do zniesienia?

- Ból, przy którym płyną łzy. To nie są łzy pokajania i nie łzy radości. Do jakiej kategorii należą te łzy, jak wy myślicie?

- Być może, Geronda, do kategorii męczeństwa?

- Oczywiście, – do kategorii męczeństwa.

- Geronda, kiedy ja doznaję silnego bólu, to trudno mi powiedzieć słowa „Chwała Tobie, Boże”.

- Dlaczego tobie trudno je powiedzieć? Pomyśl o tym co przecierpiał Chrystus. Bicia, upokorzenia, biczowanie, ukrzyżowanie! (Patrz Mt.27:26-44; Mk.15:15-32; Łk.23:23-43 i J.19:1-23) I On przecierpiał to wszystko „bezgrzesznym będąc” (Patrz Iz.53:9), dlatego aby nas zbawić. I ty, kiedy coś ci boli, mów: „Ze względu na Twoją miłość, Chrystusie mój, ja będę cierpieć”.

- Geronda, co jest niezbędne, aby pokonać ból?

- Niezbędne jest męstwo, wysiłek.

- A jak człowiek może pokonać ból nieznośny?

- Jeśli jest on człowiekiem świeckim – to świecką pieśnią, a jeśli on człowiek duchowy – to duchowymi pieśniami… Pewnego razu u mego ojca pojawiła się wysoka gorączka i zaczął się straszny ból głowy. Wiecie, co on zrobił? On najadł się słonych śledzi, wypił lampkę wina i zaczął pieśń: „Przebudź się mój nieszczęsny, bezprawy narodzie”. Potem on zaśpiewał jeszcze kilka partyzanckich pieśni, i głowa przestała boleć! Więc – dla tego aby ból ustąpił – i my śpiewajmy duchowe pieśni! Pamiętam, jak pewnego razu przeziębiłem się, i u mnie zaczął się taki straszny ból głowy, że głowa pękała. No cóż, zacząłem śpiewać pewną bardzo piękną pieśń religijną, i ból głowy ustąpił. Rzeczywiście, śpiewanie psalmów wraz z modlitwą Jezusową bardzo pomaga w podobnych przypadkach. Ono czyni duszę czułą, umila i raduje ją, ponieważ nieustanne zmartwienia i bóle uciskają duszę, i ona oziębia się. I wczoraj w nocy ja też nie mogłem zasnąć z bólu. Ja nawet pomyślałem o tym, że jeśli umrę przed świtem, to potem dla mnie nastanie jeden długi dzień. Przecież w innym życiu nie ma ani zachodów, ani świtania… Ale potem wziąłem… przeciwbólową „tabletkę” – zaśpiewałem troparion „Chorobami świętych którymi dla Ciebie przecierpieli ułaskawiony bądź Panie i wszystkie nasze choroby uzdrów…” (Troparion Czterdziestu męczennikom Sebastyjskim; których wspomina się 9 marca). Działanie tej tabletki okazało się długotrwałym, wystarczyło jej na całą noc! Lekarze mają takie tabletki?

- Geronda, mówią, że nocą bóle nasilają się.

- Tak, nocą człowiekowi pogarsza się. Ale, oprócz tego, w dzień obcując z ludźmi, rozmawiając, chorzy zapominają o swoim bólu. W nocy oni zostają sami z sobą, ich umysł idzie do bólu, i im wydaje się, że on nasila się. Od bólu w czasie choroby nigdzie nie uciekniesz, ale zadanie w tym, aby obrócić pokrętło (duchowej) regulacji na inną częstotliwość, aby o tych bólach zapominać. Przecież jeśli odnosisz się do bólu niepoprawnie, to boli ci dwa razy mocniej. Jeśli myślisz o bólu, to ból nasila się. A oto jeśli włączasz do pracy dobrą myśl, na przykład, wspominasz o tych, którym jeszcze bardziej boli, niż tobie, albo jeśli śpiewasz coś cerkiewnego, to ból zostaje zapomniany.

- Geronda, ból zwykle uprzedza o tym, że w organizmie dzieje się coś złego. W związku z tym, jaką uwagę trzeba poświęcać bólowi?

- Trzeba wypróbować, na ile wystarcza twoich sił, i być uważnym zgodnie z tym. Zwłaszcza jeśli mowa jest o człowieku starszym. Niezbędna tu jest uwaga, ponieważ jeśli kontynuować pędzić starym samochodem z taką samą prędkością, z jaką on jeździł, kiedy był nowy, to on rozleci się na kawałki: koła polecą w jedną stronę, gaźnik w drugą… Kiedy bolały mi lędźwie, ja nie mogłem modlić się z czotkami stojąc. Zobaczywszy, że stan troszkę poprawił się, spróbowałem wstać: stojąc pomodliłem się z czotkami i uczyniłem pokłony do ziemi. Lędźwie zabolały znów. Ja trochę przysiadłem. Potem powiedziałem sobie: „A no, spróbuj jeszcze raz”. Powtórzyło się to samo. Lędźwie znów zabolały. Potem ja już powstrzymywałem się od stania na nogach i pokłonów, ale moje myśli były spokojne.

- Geronda, jeśli ja wiem, że mój ból nie wywołuje na organizm żadnych innych skutków ubocznych, to on mnie nie niepokoi. Jednak on niepokoi, jeśli wiem, że przez ból objawia się poważna choroba.

- Patrz, na przykład, chore lędźwie mogą nie mieć dla organizmu poważnych następstw, jednak ten ból skuwa, „paraliżuje” człowieka, i on nie może poruszyć się. A oto bóle innego rodzaju ciało znosić może.

- Geronda, ból rozgorycza (rozdrażnia, doprowadza do zatwardziałości, zaciętości) człowieka?

- Jeśli człowiek nie odnosi się do bólu duchowo, to on może go rozgoryczyć. Jednak, odnosząc się do niego duchowo, on ma spokój i pociesza się boskim pocieszeniem. Potem choroba staje się świętem, triumfem. Człowiek raduje się, ponieważ on będzie zaliczony do grona wyznawców i męczenników. Święci męczennicy zapominali o bólu, ponieważ ich miłość do Chrystusa była silniejsza, niż ich ból i neutralizowała go.

- A czy człowiek, który doznaje bólu i nie odnosi się do niego duchowo, nie oczyszcza się?

- Człowiek świecki oczyszcza się, ale mnich – nie.

Współudział w cudzym bólu

Kiedy człowiek ubolewa z powodu bliźniego, to w pewien sposób doprowadza Boga do wzruszenia, czułości. Bóg raduje się, ponieważ taki człowiek swoją miłością pokazuje, że jest on w pokrewieństwie z Bogiem, i to daje mu boskie pocieszenie. (Gdyby to boskie pocieszenie było), to człowiek nie mógłby wytrzymać bólu za swego bliźniego.

- Geronda, jak można odczuć cudzy ból?

- Jeśli ty też doznajesz bólu, to myślisz o bólu innego człowieka, stajesz na jego miejsce i większy ból odczuwasz nie z powodu siebie, a za niego. Czyli twój własny ból pomaga tobie zrozumieć ból innych. A kiedy ty przyjmujesz swój własny ból z radością, to pocieszasz i tych, którzy cierpią. Ale, oczywiście, jedna sprawa – to po prostu dowiedzieć się, że ktoś zachorował, a druga sprawa – zachorować samemu. Wtedy ty rozumiesz chorego. Wcześniej, słysząc słowo „chemioterapia”, ja myślałem, że to „chemoterapia” (Od greckiego słowa „sok”. – Uwaga tłumacza ros.), czyli ja myślałem, że chorym na raka jako lekarstwo dają soki, naturalny pokarm. Skąd miałem wiedzieć, czym jest „chemioterapia”? Jednak teraz ja zrozumiałem, co to za męka.

- Geronda, a co jest trudniejsze do zniesienia – chemioterapia czy radioterapia (napromieniowanie)?

- Trudniejsze? Jedno nie jest łatwiejsze od drugiego – i napromieniowanie i chemioterapia… I najgorsze jest to, że wszystkie te procedury odbierają apetyt. Tobie trzeba dobrze się odżywiać, ale ty nic nie możesz jeść. A lekarze nalegają „Ty musisz dobrze jeść”. Trzeba to trzeba, ale jak będziesz jeść, jeśli wszystkie te chemioterapie i napromieniowania odbierają apetyt i przekształcają ciebie w trupa! Kiedy ja przechodziłem radioterapię, to, pomimo tego że cały płonąłem, całkiem nie mogłem pić wody. Nawet woda wywoływała we mnie wstręt. Od niej zaczynały się u mnie wymioty [57].

- Geronda, gdybyście się zgodzili na operację trochę wcześniej…

- Co tam „wcześniej”! Ja o to aby mi wyzdrowieć, nie modlę się, ponieważ, chorując na raka, cierpię z tymi, którzy doświadczają cierpienia. Ja lepiej rozumiem tych, który cierpią ból, i współuczestniczę w ich bólu. Ale, oprócz tego, choroba jest duchowo pożyteczna i mnie samemu. Ja proszę tylko o to żeby być w stanie dbać o siebie samodzielnie i pomagać innym. Jednak niech będzie tak, jak chce Bóg.

Jeśli u ciebie jest choroba i ona ciebie nie zajmuje (to znaczy ty nie zwracasz na nią uwagi), to ty, jeśli można tak się wyrazić, masz prawo prosić Boga, aby On poprawił stan zdrowia innych ludzi. Ale i ten człowiek, któremu nic nie boli, niech choć trochę pocierpi za tych, którzy doświadczają bólu. Jak mówili farasioci: „Ja poniosę twoją sakwę”, to znaczy ja wezmę na siebie twój ból, twoją mękę, twoją biedę.

- Geronda, a jak oni brali to na siebie?

- Miłością. Jeśli człowiek z miłością mówi komuś: „Ja wezmę twój ból”, to on go bierze. Jednak jeśli on go weźmie, to potem niezbędna jest wielka cierpliwość, dużo męstwa, dużo sił, dlatego aby go ponieść. Niektórzy ludzie przychodzą i mówią mi: „Geronda, ja chcę wziąć na siebie twój ból”. Niektórzy mówią to rzeczywiście z męstwa, jednak niektórzy tchórze sami nie wiedzą, co bełkoczą. Sami oni z powodu pierwszej drobnostki biegną do lekarza i bardzo szybko wpadają w rozpacz. Nie mogą znieść swego własnego małego bólu, a jeszcze mówią, że wezmą na siebie mój ból! Lepiej by było, gdyby oni cierpieli swój własny ból, z radością przyjmowali te boleści i smutki, które Bóg im dopuszcza, i nie prosili, jakoby z miłości, wziąć na siebie cudzą chorobę. Przecież jeśli Bóg nagle spełni ich prośbę, ale oni sami do tego czasu już zapomną, o co Go prosili, i zaczną narzekać, to, być może, oni nawet obwinią Boga w tym, co z nimi się wydarzyło.

Pielęgnowanie chorego

Wczoraj wieczorem, idąc do świątyni na czuwanie, ja zobaczyłem w jednym kąciku ojca z maluchem na wózeczku inwalidzkim. Podszedłem do nich, objąłem malucha i pocałowałem go. „Czy ty wiesz o tym, że jesteś Aniołem?” – zapytałem go. A jego ojcu powiedział: „Dla ciebie wielki zaszczyt pielęgnować Anioła. Raduj się, ponieważ wy obaj pójdziecie do Raju”. Ich twarze zajaśniały z radości, ponieważ odczuli oni boskie pocieszenie.

Ci, którzy z miłością i cierpliwością pielęgnują chorych, kaleków i temu podobnych, swoją ofiarą ścierają swoje grzechy. Jeśli zaś u nich grzechów nie ma, to oni uświęcają się. Pewnego razu jedna kobieta opowiadała mi o cudownych wydarzeniach ze swego życia. Ja zdziwiłem się, ponieważ te stany, o których ona opowiadała, my spotykamy w żywotach świętych, a ona była zwykłą, prostą kobietą. Ale kiedy ona opowiedziała mi o tym, jak przeżyła większą część swego życia, zrozumiałem, że całe jej życie było jedną ciągłą wielką ofiarą. Jeszcze jako dziewczyna zaczęła opiekować się chorymi, ponieważ w domu jej rodziców żyli dziadek i babcia, którzy byli chorzy. Kiedy wyszła ona za mąż, to razem z nimi mieszkała teściowa i teść, którzy też byli chorzy. Potem zachorował jej mąż. On leżał przykuty do łóżka, i ona pielęgnowała go. Czyli całe swoje życie ta kobieta spędziła, pielęgnując chorych. Wszystkie te lata ona bardzo chciała czytać duchowe książki, chodzić do cerkwi na całonocne czuwania, ale nie maiła na to czasu. Jednak, ponieważ miała usprawiedliwienie, Bóg dął jej całą Swoją Łaskę, zebraną razem.

- Geronda, wiecie, niektórzy ludzie, gdy zachorują, zaczynają mocno wydziwiać.

- Tak, to rzeczywiście się zdarza. Ale i zdrowi powinni choć trochę usprawiedliwiać niepokój, narzekanie, gderanie czy wydziwianie chorych, ponieważ dla nich jest to naturalne. Zwłaszcza, jeśli sam człowiek na nic nie choruje, on nie może zrozumieć chorego. On sam nigdy nie odczuwał bólu, i dlatego jego serce jest trochę zatwardziałe.

Ci, którzy pielęgnują chorych, przykutych do łóżka, powinni być bardzo uważni i starać się nie doprowadzać tego, kim się opiekują, do narzekania. Oni mogą pielęgnować ich wiele lat, jednak jeśli w końcu choćby raz doprowadzą go do narzekania, to stracą wszystko. Jeśli dusza człowieka opuszcza ten świat z narzekaniem, to ci, którzy byli przyczyną narzekania, ciężko grzeszą. Potem zły będzie męczyć ich, jakoby „udelikatniając, czyszcząc” ich sumienie (przypominaniem o tym, że oni doprowadzili człowieka do narzekania i on umarł).

- Geronda, kiedy pielęgnujesz chorego, to twoje siły zabiera nie tylko zmęczenie, ale i przeżywanie, ponieważ widzisz, jak bliski człowiek powolutku wygasa.

- Popatrz, kiedy zaczyna chorować jeden członek rodziny, cała rodzina doznaje z jego powodu bólu. A jeśli chorym – jest ojciec i on nie może pracować, to cała rodzina i cierpi, i jest w wymuszonych potrzebach. Wszyscy oni niepokoją się, myślą o tym, przeżyje czy nie przeżyje ich ojciec. On męczy się sam, męczą się i jego bliscy. On wygasa, wygasają i ci, którzy są przy nim. A na matkę wtedy zwala się większy ciężar. Ona musi troszczyć się o dzieci, musi chodzić do szpitala, aby pielęgnować chorego. Ja chcę powiedzieć, że, kiedy człowiek zachoruje na ciężką chorobę, nie tylko on sam cierpi, wybija się z sił i chce umrzeć, ale i bliscy, którzy pielęgnują go, upadają duchem, męczą się i wybijają się z sił. I im bliższa jest więź ludzi miedzy sobą, im bardziej oni się kochają, tym bardziej dopuszcza Bóg to, że pod koniec choroby i sam chory, i ci, którzy go pielęgnują, doświadczają większego cierpienia, większego bólu. Oni dochodzą do tego, że mówią: „Niech Bóg zabierze go, żeby on odpoczął”, ale i sami oni po jego śmierci też odpoczną. Popatrzcie, przecież kiedy w jakiejś bardzo zgodnej rodzinie rodzice umierają nagle, bez wcześniejszej choroby, i ani sami rodzice, ani ich dzieci nie doświadczają cierpień, pielęgnując ich, to ból straty, ból rozłąki z rodzicami dla dzieci jest bardzo wielki.

- Geronda, a na ile może stan duszy człowieka wpływać na jego zdrowie cielesne?

- Jeśli człowiek jest w dobrym stanie duszy, to łagodzi ból ciała. Jeśli on jest w złym stanie duszy, to ten zły stan pogarsza jego (cielesne) zdrowie. Weźmy, na przykład, chorego na raka, z leczenia którego zrezygnowali lekarze. Wierząc w Boga i okazawszy się w radosnym duchowym nastroju, on może przeżyć długi czas. A w przeciwnym wypadku, z powodu rozstroju on może wygasnąć w ciągu kilku dni. Czasem, z medycznego punktu widzenia, człowiek może okazać się zdrowym, analizy i badania mogą być dobre, ale jeśli on ma w sobie to, co kaleczy jego duszę, to w rzeczywistości on jest niezdrowy. Przecież większość chorób zaczyna się od rozstroju. U wszystkich ludzi jest jakiś chory punkt. Jednego człowieka rozstrój „uderzy” po żołądku, drugiego – po głowie.

Najlepsze lekarstwo w chorobie – to ta duchowa radość, którą Boża Łaska roztacza w duszy. Duchowa radość ma w sobie największą moc uzdrawiającą od wszystkich chorób. Ona – to leczący rany boski balsam, podczas gdy rozstrój te rany podrażnia.

Cierpienia chorego i zaufanie Bogu

- Geronda, czy słusznie postępuje człowiek, który ciężko zachorował i postanowił całkowicie powierzyć siebie Bogu?

- Jeśli on nie ma zobowiązań (wobec innych), niech postępuje on jak chce. Jednak jeśli ma zobowiązania wobec innych, to już od innych zależy, czy powinien on zwracać się o pomoc do lekarzy czy powierzyć siebie w ręce Boże. Ja przecież też poszedłem do lekarza nie z własnej woli… Gdybym ja nie poszedł na to, jak powiedział lekarz, „proste zbadanie”, to guz zablokował by jelito całkowicie. Ja mógłbym pić jedynie trochę płynu, i potem wszystko by się skończyło… Widzicie jak: pojechałem na „proste zbadanie”, a wkręciłem się w taki bałagan… To na tomografię, to do kardiologa; poziom białka we krwi to obniża się, to podwyższa się. Rżną, zaszywają, stawiają łaty… A co w ostatecznym końcu z tego wyszło? Sprawa idzie do tego, że ja zostanę tu na zawsze…

My zwykle mówimy: „Najpierw chorzy powinni postarać się otrzymać pomoc po ludzku, a dopiero tam, gdzie oni nie mogą otrzymać ludzkiej pomocy, im pomoże Bóg”. Ale nie należy zapominać i o tym, że, otrzymując pomoc po ludzku, ludzie, cierpiący na ciężką chorobę, doświadczają wielkich cierpień. Oni zmuszeni są przejść przez prawdziwe męczeństwo. Im trzeba przeżyć mnóstwo badań, operacji, transplantacji narządów, chemioterapii, napromieniowań. Im przedziurawiają ręce, aby podłączyć kroplówkę, u nieszczęsnych pękają żyły, karmią ich przez rurkę, przez nos, oni nie mogą zasnąć… I wszystko to dla tego, aby zrobić to, co może być zrobione po człowieczemu. Ty rozumiesz? Sprawa nie jest załatwiana w posty sposób. Na przykład, w ranie zgromadziła się ropa, i dlatego aby oczyścić ją z tej ropy, trzeba ranę rozciąć – potem wszystko kończy się dobrze? Nie, tu człowieka wkręcają do najprawdziwszej karuzeli. Dlatego my nie powinniśmy mówić: „Wszystko w porządku, ten chory trafił w ręce dobrych lekarzy” – i uspokajać siebie tym. Nie, my powinniśmy mieć na uwadze następujące: dla tego aby chory otrzymał pomoc lekarzy, on powinien przejść przez najprawdziwsze wypróbowania, cierpienia. My powinniśmy modlić się z bólem o to, aby Chrystus dał mu cierpliwość i oświecił lekarzy, ponieważ lekarze – zwłaszcza jeśli nie ma u nich pokory – mogą popełniać błędy.

Popatrz, przecież kiedy rozwala się dom, to właściciel nie może w nim zostać. Dokładnie tak samo i właściciel ciała, dusza, nie może pozostawać w swoim domu – w ciele, jeśli ono rozpada się. A teraz starają się utrzymać właściciela w jego domu przy pomocy żelaza, stali, przy pomocy witamin A, B, C… To znaczy chorym starają się pomóc przy pomocy nauki. Ale nie wszyscy chorzy otrzymują pomoc. I od takiej pomocy prosto-po prostu przedłużane jest ich życie z bólem albo, lepiej powiedzieć, przedłużany jest ich ból. Przecież samej tylko nauki nie wystarcza. Niezbędna jest jeszcze wiara i modlitwa. Czasem nawet tu, w monasterze, ja widzę, jak siostry, które w świecie były lekarzami, chcą bardziej pomóc choremu przez medyczną naukę, niż zaufaniem Bogu i modlitwą. Jednak serdeczna modlitwa uczyni te siostry posiadaczkami najwyższego medycznego dyplomu, ponieważ, zdobywszy ją, one zostawią nadzieję na ludzką naukę. Jeśli w człowieku będzie wypielęgnowana miłość z bólem o wszystkich ludziach ogólnie, to zaczynają działać boskie siły. Aby tylko w duszy była głęboka pokora, żeby człowiek nie wywyższył się, ni popadł w arogancję i nie obraził Boga, uważając, że te siły są jego własne.

My nie powinniśmy zapominać o tym, że Chrystus może uzdrowić nawet te choroby, które nieuleczalne są przez lekarzy, ale dla interwencji Chrystusa powinien być poważny powód, a modlący się za chorego powinien być bardzo wierzącym i bardzo oddanym Chrystusowi.

- Geronda, to znaczy jeśli ludzie cierpią, im nie trzeba prosić o pomoc medyczną?

- A przecież ja nie to mam na myśli, bracie ty mój! Ja nie mówię, na przykład, że nie trzeba choremu dawać tlenu i niech on udusi się. Ja chcę podkreślić to, jak cierpi chory, otrzymując ludzką pomoc, i to, że powinniśmy modlić się do Chrystusa, aby On pomógł chorym i oni nie męczyli się. Jeśli choroba jest ciężka, to prośmy Chrystusa, aby On samą tylko Swoją łaską zabrał tę chorobę. Przecież jeśli Chrystus ciut-ciut pogłaska chorych po ręce, to wszystkie ich choroby znikną i oni wyzdrowieją! Potem nie potrzebne są ani lekarstwa, ani trucizny. A jeśli On łaskawie pogłaska człowieka po twarzy, to jeszcze lepiej. A już jeśli On go jeszcze i obejmie, to serce człowiecze mięknie. Rozumiecie to? Jednak konieczna jest wielka wiara. Jeśli u samego chorego nie ma wiary, to on nie zdrowieje.

Chore dzieci

- Geronda, to chore dziecko, które przynosili dziś jego rodzice, bardzo cierpi.

-To nic, powolutku jego choroba ustąpi. Ale u niego na całe życie zostanie wrażliwość, i ono będzie pamiętać swoją chorobę. Ta wrażliwość będzie pomagać mu duchowo.

- Geronda, dzieci, chore na białaczkę, też bardzo cierpią.

- Takim dzieciom bardzo pomaga Boskie Priczaszczenije. Wiele dzieci zostało uzdrowionych od swojej choroby poprzez Boskie Priczaszczenije. Czytając sto czterdziesty piąty psalm, w którym my prosimy Boga o powstrzymanie krwotoku u tych, którzy na niego cierpią [58], módlmy się o to, aby Bóg pomógł dzieciom, cierpiącym na białaczkę, a także o to, aby w szpitalach było wystarczająco krwi dla dzieci, cierpiących na talasemię [59]. Te dzieci męczą się bardziej, niż niemowlęta, które zamordował Herod (Patrz Mt.2:16). Cierpiąc w chorobach, maleńkie dzieci mają czystą nagrodę, ponieważ nie ma u nich grzechów. Ileż maluchów my zobaczymy w innym życiu razem z męczeńskim, anielskim zastępem zamordowanych betlejemskich niemowląt! Dwumiesięcznym niemowlętom robią operacje, zastrzyki, podłączają kroplówki! Gdzie tam znajdziesz żyłę w takiej malutkiej rączce! I oto je kłują, kłują… Dziecko ma guz mózgu, i je napromieniowują, maleńka główka leży między grubaśnymi przewodami elektrycznymi… Nawet dorosły nie może czegoś takiego wytrzymać, a cóż tu mówić o maleństwach!

- Geronda, te dzieci w ostatecznym wyniku zdrowieją czy umierają?

- E, wiele, oczywiście, umiera, ale i ich rodzice – jak oni zostawią ich bez pomocy medycznej?

- Geronda, a czy jest sens w tym, że pediatrzy starają się ratować życie przedwcześnie urodzonych dzieci?

- Lekarze powinni robić wszystko, możliwe i jednocześnie modlić się za te dzieci. „Boże mój, – powinni mówić lekarze, – jeśli to dziecko przeżyje i całe życie będzie cierpieć, proszę Ciebie, weź je do Siebie”. Jednak, jednocześnie oni powinni zatroszczyć się o to, aby dzieci przyjmowały Święty Chrzest. Wtedy te dzieci będą witać swoich lekarzy w Raju z zapalonymi świecami.

A kiedy dzieci są już w takim wieku, kiedy mogą coś zrozumieć, lekarz powinien być bardzo uważny, aby nie ranić ich, informując o diagnozie. Jednemu ośmioletniemu dziecku lekarz powiedział: „Ty oślepniesz”. Jego ojciec przyszedł do mnie z tym dzieckiem i wprost przy nim opowiadał: „My woziliśmy go za granicę na badania. Nam powiedzieli, że on oślepnie”. Przecież tu nawet zdrowego dzieciaka, jeśli ono usłyszy coś takiego, rozstrojenie może uderzyć w bolesne miejsce. Co już mówić o dziecku chorym!

Aby chory wyzdrowiał, trzeba iść na jakąś ofia

Jeśli my prosimy o coś Boga i przy tym sami nic nie ofiarowujemy, to nasza prośba jest niewiele warta. Jeśli ja siedzę złożywszy ręce i mówię: „Boże mój, proszę Ciebie, uzdrów takiego-to chorego”, a sam przy tym nie idę na żadną ofiarę, to tak jakbym ja po prostu wypowiadał dobre słowa (– rzucał je na wiatr). Jeśli zaś jest u mnie miłość, jeśli jest u mnie ofiara, to Chrystus, zobaczywszy je, spełni moją prośbę – oczywiście, jeśli to pójdzie na pożytek innemu. Dlatego, kiedy ludzie proszą was pomodlić się za chorego, mówcie im, aby oni sami też się modlili albo, przynajmniej, starali się uwolnić się od swoich ułomności, niedostatków.

Do mnie przychodzą niektórzy ludzie i proszą: „Uzdrów mnie, ja słyszałem, że ty możesz mi pomóc”. Jednak ci ludzie chcą otrzymać pomoc, nie przykładając żadnych wysiłków. Na przykład, ty mówisz człowiekowi: „Nie jedz słodyczy, dokonaj tej ofiary, aby Bóg tobie pomógł”. A oni tobie odpowiadają: „Dlaczego? Czyż Bóg nie może pomóc mi bez tej ofiarny?” Tacy ludzie nie mogą ofiarować czegoś nawet dla samych siebie. Gdzież więc oni poświęcą się dla drugiego! Ale są i tacy, którzy nie jedzą słodyczy, żeby Chrystus pomógł cierpiącym na cukrzycę, albo nie śpią, żeby Chrystus dał trochę snu tym, którzy cierpią na bezsenność. Postępując tak, człowiek wstępuje w pokrewieństwo z Bogiem. I wtedy Bóg podaje ludziom Swoją Łaskę.

Kiedy człowiek mówi mi, że on nie może pomodlić się za kogoś ze swoich chorych krewnych, ja radzę mu pójść ze względu na tego chorego na ofiarę, ofiarować coś, co przynosi szkodę jego własnemu zdrowiu.

Pewnego razu do mnie do celi przyjechał jeden człowiek z Niemiec. U niego była córka, która stopniowo stawała się sparaliżowana. Lekarze zrezygnowali z leczenia dziewczynki. Nieszczęsny ojciec był w całkowitej rozpaczy. „Uczyń i ty jakąś ofiarę ze względu na zdrowie swego dziecka, – poradziłem mu. Pokłonów ty czynić nie możesz, modlić się ty też nie możesz. Dobrze, nieważne. A powiedz: ile papierosów ty dziennie spalasz?” – „Cztery i pół paczki”, – odpowiedział on. „Spalaj więc jedną paczkę, – powiedziałem mu, – a pieniądze, które wydawałbyś na pozostałe trzy i pół paczek, dawaj w jałmużnę jakiemuś biedakowi”. – „Ojcze, powiedział on mi, – niech moje dziecko wyzdrowieje, i ja rzucę palenie całkiem”. – „Nie, – mówię, – kiedy ono wyzdrowieje, to już nie będzie miało wartości. Ty powinieneś żucic palenie teraz. Żuć palenie. Czyż ty nie kochasz swego dziecka?” – „Ja nie kocham swego dziecka?! A ja ze względu na nie rzucę się w dół z piątego piętra”, – odpowiedział on mi. „Ja nie mówię tobie, abyś się rzucił w dół z piątego piętra, ja mówię, abyś rzucił palenie. Jeśli ty dokonasz niemądrego postępku i rzucisz się w dół z piątego piętra, to ty zostawisz swoje dziecko bez opieki i sam stracisz swoją duszę. Ja radzę tobie zrobić coś łatwiejszego: rzucić palenie. Rzuć już teraz!” Ale on za nic nie chciał rzucić palenia, a w ostatecznym efekcie odszedł ode mnie we łzach! No jak można pomóc takiemu człowiekowi? A oto ci, którzy ciebie słuchają, otrzymują pomoc.

Innym razem przyszedł człowiek, zasapany od pieszej podróży. Ja zrozumiałem, że on dużo pali, i powiedziałem mu: „Dziwaku-człowieku, dlaczego tak dużo palisz? Przecież ty zachorujesz”. Trochę odsapnąwszy, on powiedział: „Moja żona jest bardzo chora, i ona może umrzeć. Proszę ciebie, pomódl się, aby wydarzył się cud. Lekarze w bezsilności opuścili ręce”. – „A czy kochasz ty swoją żonę?” – zapytałem go. „Kocham”. – „Więc dlaczego ty sam nie chcesz jej pomóc? Ona sama uczyniła, to co mogła, lekarze też zrobili wszystko możliwe. Ty teraz przyszedłeś tu i prosisz, mnie, abym ja też zrobił to, co ja mogę: czyli żebym pomodlił się o to, aby pomógł jej Bóg. Jednak co zrobiłeś ty sam, dla tego aby twoja żona otrzymała pomoc?” – „A co mogę zrobić ja, Geronda?” – zdziwił się on. „Jeśli, – powiedziałem mu, – ty rzucisz palenie, to twoja żona wyzdrowieje”. Ja pomyślałem o tym, że jeśli Bóg zobaczy, że wyzdrowienie duchowo nie pomoże jego żonie, to, rzuciwszy palenie, ten człowiek, w skrajnej mierze, sam uwolni się od tego zła, które przynosi palenie. Minął miesiąc, i on radosny przyszedł, aby mi podziękować. „Geronda, – powiedział on mi, – ja rzuciłem palenie i moja żona wyzdrowiała”. Po jakimś czasie on znów przyszedł do mnie, był bardzo roztrzęsiony i opowiedział o tym, że powoli znów zaczął popalać i jego żona znów ciężko zachorowała. „No, – powiedziałem mu, – teraz lekarstwo ty znasz sam. Rzucaj palenie”.

Modlitwa za chorych

- Geronda, przyszli ludzie, którzy proszą Was pomodlić się za chore dziecko. I jeszcze oni pytają, czy wyzdrowieje ono. Co im odpowiedzieć?

- Odpowiedzcie im tak: „Starec będzie modlić się. Chrystus kocha to dziecko i uczyni wszystko, co pójdzie mu na pożytek. Jeśli On zobaczy, że, wydoroślawszy, dziecko stanie się lepsze, to On usłyszy modlitwę Starca. Jednak jeśli Chrystus zobaczy, że, zostawszy dorosłym, dziecko nie będzie przebywać w dobrym duchowym stanie, to On zabierze je do Siebie teraz. On uczyni to dlatego, że On je kocha” – „Proś, – mówi On, – i Ja dam tobie (proszone)” (Patrz Mt.7:7; Mk.11:24; Łk.11:10 i J.16:24). Ale Bóg da mi proszone w tym przypadku, jeśli ja sam oddałem siebie Bogu. W przeciwnym razie dlaczego On będzie dawać mi życie? Dlatego, abym ja od Niego odszedł? Jeśli ja modlę się za chorego, to raduję się wtedy, kiedy on zdrowieje, i wtedy, kiedy on umiera.

- Geronda, a modląc się o własne zdrowie, my postępujemy prawidłowo?

- Lepiej będzie, jeśli zaczniemy prosić Boga o uwolnienie od naszych namiętności. To znaczy najpierw będziemy poszukiwać i prosić Carstwa Bożego. Prosząc Boga o uzdrowienie nas z chorób, my trwonimy nasze niebiańskie dziedzictwo. Jednak jeśli nie wytrzymujemy tych cierpień, które sprawia choroba, to prośmy Boga o uzdrowienie nas, i On postąpi zgodnie (z tym, co nam pożyteczniejsze).

- Geronda, czy pomogą choremu nasze modlitwy, jeśli on sam prosi Boga o coś innego?

- Jeśli chory prosi Boga, aby wyzdrowiał tylko on sam, nie modląc się o to, aby otrzymali uzdrowienie i inni chorzy, to on postępuje nieprawidłowo. Oto ty, siostro, kiedy byłaś w świecie, pracowałaś w szpitalu. Co ty robiłaś, kiedy chory nie mógł czynić modlitwy Jezusowej?

- Ja sama ją czyniłam, Geronda.

- Ty, oczywiście, postępowałaś dobrze, ale i sam chory też powinien był się modlić.

- On też modlił się, On mówił: „Przenajświętsza Bogarodzico, Władczyni moja, zbaw nas”. Ale, Geronda, czy cierpienie bólu – to nie modlitwa?

- Oto zuch! Tak, oczywiście, to też modlitwa! Jeśli człowiek prosi was pomodlić się o nim, ponieważ na taki to dzień wyznaczona mu operacja, to zaczynajcie modlić się od razu, gdy tylko on was o to poprosi. Nie oczekujcie tego dnia i godziny, kiedy powiozą go do sali operacyjnej, aby w tym czasie zacząć się modlić. I na nabożeństwach, kiedy duchowny wygłasza: „O w niemocach leżących”, z bólem śpiewajcie „Hospodi, pomiłuj” (Panie zmiłuj się). Jeśli wy nabieracie więcej powietrza i pod kamerton zaczynacie huczeć „u-u-u”, żeby zaśpiewać „Hospodi, pomiłuj” bardziej melodyjnie, to wasz umysł też będzie bujać się w tym „u-u-u…” i wszelkich bzdurach, podczas gdy nieszczęśni chorzy, cierpiący i męczący się, będą oczekiwać od was trochę pomocy! Przecież chorzy cierpią z bólu. Ty nie masz bólu. Więc módl się za nich, aby oni otrzymali pomoc. Jeśli ty nie wzdychasz z bólu i nie jęczysz, turlając się po szpitalnym łóżku, to westchnij, przynajmniej, w modlitwie za chorych. Jeśli zdrowi nie będą choć trochę modlić się za chorych, to bardzo szybko Chrystus powie im: „Wy byliście zdrowi i nie modliliście się za tych, kto cierpiał? „Nie znam was…” (Patrz Mt.25:12)”.

Jeśli my nie modlimy się za chorego, to choroba będzie rozwijać się naturalnie. Podczas gdy, jeśli my za niego modlimy się, ona może zmienić swój naturalny bieg. Dlatego zawsze módlcie się za chorych.

Rozdział trzeci. O tym, że fizyczne kalectwo – to błogosławieństwo Boże

Właściwa postawa wobec kalectwa fizycznego

- Geronda, czy może kalectwo doprowadzić człowieka do kompleksu niepełnowartościowości?

- Ach, jakież to głupoty!

- Jednak, Geronda, z inwalidami czasem dzieje się właśnie to.

- Dzieje się, ponieważ oni postrzegają, sytuują siebie nieprawidłowo. Zrozumiawszy, że kalectwo – to błogosławieństwo od Boga, ludzie sytuują siebie prawidłowo i z kompleksu niepełnowartościowości uwalniają się. Kiedy cielesne kalectwo ma maluch, który nie otrzymał duchowej pomocy, żeby radować się z tego kalectwa, to ma on łagodzące okoliczności, jeśli on cierpi z powodu niepełnowartościowości. Ale, jeśli dziecko rośnie, a uczucie niepełnowartościowości zostaje przy nim, to znaczy, że ono nie pojęło najgłębszego sensu życia. U pewnej dziewięcioletniej dziewczynki pojawił się guz w oku, i lekarze usunęli jej guz. Dzieci w szkole znęcały się nad nieszczęsną dziewczynką, i ona cierpiała. Jej ojciec przyszedł do mnie do celi i opowiedział o tym, co się stało. „Geronda, – powiedział mi, – ja pomyślałem, że jeśli będę kupować jej wszystko, o co ona mnie prosi, to pomogę jej, ponieważ ona będzie radować się i zapominać o smutku z powodu swego kalectwa. Pomyśleć to ja pomyślałem, ale jak ja mogę to zrobić? Przecież u mnie jeszcze pięcioro dzieci, które zazdroszczą jej, ponieważ one nic jeszcze nie rozumieją”. – „I cóż ty takiego mówisz? – odpowiedziałem mu. – Pocieszenie, o którym ty opowiadasz – to fałszywe pocieszenie. Problemu ono nie rozwiąże. Jeśli teraz ty będziesz kupować jej każdą sukienkę, o którą ona ciebie poprosi, to upłynie jeszcze kilka lat i ona poprosi kupić jej „Mercedesa”. Skąd ty weźmiesz tyle pieniędzy? A potem ona usłyszy, że u niektórych na ranczo stoją własne samoloty, i będzie żądać, żeby kupić jej samolot. Co ty wtedy zrobisz? Postaraj się lepiej pomóc swemu dziecku radować się, że ma ono tylko jedno oko. Niech myśli, że jest ona męczennicą. Wielu świętym męczennikom wykłuwali oczy, obcinali uszy, nos, i świat śmiał się z nich. Jednak święci, cierpiąc z bólu i ludzkich naśmieszek, nie poddawali się i nieugięcie cierpieli męki. Jeśli dziewczynka zrozumie to i będzie odnosić się do swego kalectwa, wysławiając Boga, to Bóg umieści ją w zastępie wyznawców. Pomyśl: Bóg urządził tak, że dziecku usunęli oko w ten sposób, że mu nie bolało, i potem On jeszcze umieści je w gronie wyznawców! Według ciebie, to drobiazgi? Przecież u dziewczynki nie ma grzechów, aby ona odpłacała za nie swoim kalectwem. I od tego kalectwa ona będzie miała czystą nagrodę”. Nieszczęsny ojciec podziękował mi i odszedł w dobrym nastroju ducha. I on rzeczywiście pomógł swojej córce zrozumieć, że jej kalectwo było błogosławieństwem od Boga. On pomógł jej wysławiać Boga. Tak dziewczynka wyrosła bez odchyleń, dostała się na filologiczny wydział uniwersytetu, ukończyła studia, teraz pracuje jako nauczycielka i raduje się bardziej, niż inne dziewczęta – u których jest wszystko, ale które przy tym męczą się, ponieważ one nie zrozumiały najgłębszego sensu życia.

Jeśli ludzie nie zrozumieją najgłębszego sensu życia, to oni męczą się nawet od tych błogosławieństw i sprzyjających możliwości, które Bóg daje im dla ich zbawienia. A oto ten, kto sytuuje siebie prawidłowo, raduje się ze wszystkiego. Jest on kulawy? A on z tego się raduje! On nie bardzo mądry? A on z tego się raduje! Goły jak sokoły? I z tego się raduje.

Oczywiście, ja rozumiem, jakich trudności doświadczają inwalidzi, i bardzo modę się za nich, zwłaszcza za dziewczęta. Przecież dla młodzieńca inwalidztwo, kalectwo nie są tak ciężkie. Jednak dziewczyna, która chce wyjść za mąż, kalectwo przeżywa ciężko.

A jak męczą się ślepi! Nieszczęśnicy nie mogą sami siebie obsługiwać. Jeśli oni idą, to potykają się i padają… W swoich modlitwach ja proszę Boga dać ślepym, przynajmniej, trochę światła, żeby oni mogli choć jakoś obsługiwać siebie w swoich potrzebach.

- Oto i ja, Geronda, rozstrajam się z powodu tego, że nie mogę przeczytać choćby jednego rozdziału Ewangelii, ponieważ bardzo słabo widzę. A Wy mówiliście nam, że jeśli człowiek każdego dnia czyta po rozdziale Ewangelii, to on uświęca się.

- Dlaczego ty z tego powodu rozstrajasz się? Po twojemu, jeśli ty przeczytasz nie rozdział, a tylko kilka wierszy z Ewangelii albo tylko jedno słowo z Niej, albo po prostu czcigodnie pocałujesz tę świętą księgę, to ty nie uświęcisz się? Ale, oprócz tego, przecież ty nie wczoraj przyszłaś do Chrystusa. Dlaczego więc ty nie rozmyślasz o tym, co przeczytałaś i usłyszałaś do dnia dzisiejszego? Najważniejsze – prawidłowo siebie ustawić. Powiedz sobie tak: „Teraz Bóg che, abym ja była w takim stanie. Kilka lat temu On chciał, żebym była w innym stanie”. Pewien czcigodny pobożny adwokat, zestarzawszy się stracił wzrok. Pewnego razu on mi powiedział: „Pomódl się święty starcze, o to, żebym ja mógł choć trochę czytać i o to, abym mógł rozpoznawać kochanych ludzi”. – „Kochanych ludzi, – odpowiedziałem mu, – ty możesz rozpoznawać po głosie. A co dotyczy czytania… przecież czytałeś tyle lat! Teraz czyń Jezusową modlitwę. Najprawdopodobniej, teraz Bóg chce od ciebie właśnie tego”. Po tej rozmowie nieszczęsny zaczął odczuwać radość większą, niż wtedy, kiedy mógł on widzieć.

Niebiańska nagroda za kalectwo

Jeśli, mając kalectwo, my cierpimy i nie narzekamy, to otrzymujemy wielką nagrodę. Ponieważ wszyscy kalecy ludzie odkładają sobie jakieś (duchowe) oszczędności. Na przykład, w niebiańskiej kasie oszczędności dla człowieka głuchego otwarte jest konto za to ucho, na które on nie słyszy, dla ślepego – za ślepe oko, dla kulawego – za kulejącą nogę. To wielka rzecz! Jeśli ci ludzie dokonują jeszcze choć niewielkiego trudu ascetycznego przeciwko namiętnościom duszy, to oni będą nagrodzeni i koronami od Boga. Popatrz – przecież inwalidzi wojenni otrzymują szczególną emeryturę i, oprócz tego, nagradzają ich orderami.

Jeśli człowiek ma piękno, dziarskość, zdrowie i przy tym nie trudzi się ascetycznie, nie stara się odciąć swoich ułomności, to Bóg powie mu: „W życiu ziemskim ty rozkoszowałeś się danymi tobie dobrami: dziarskością i temu podobnym! Cóż więc jeszcze ja jestem tobie winien? Nic”. A oto człowiek, mający kalectwo: czy urodził się on z nim, czy odziedziczył je od rodziców czy nabył później, powinien radować się, ponieważ w życiu innym on otrzyma nagrodę. Zwłaszcza w tym przypadku, jeśli on nie jest winny w swoim kalectwie. W tym przypadku on będzie mieć nagrodę czystą, bez „potrąceń” i „powstrzymań”. Przecież jeśli człowiek całe życie nie może, na przykład, wyciągnąć nogi, nie może usiąść, nie może uczynić pokłonu i temu podobne, to jest to niemałe (wypróbowanie). W innym życiu Bóg powie takiemu człowiekowi: „Chodź tu, dziecko Moje, i już na wieczność siądź na ten tron”. Dlatego ja mówię, że tysiąc razy byłoby mi lepiej urodzić się upośledzonym umysłowo, ślepym czy głuchym, ponieważ w tym przypadku oczekiwała by mnie nagroda od Boga.

Jeśli ludzie kalecy nie narzekają, ale pokornie wysławiają Boga i żyją z Nim, to w Raju oni zajmą najlepsze miejsce. Bóg umieści ich razem z wyznawcami i męczennikami, którzy ze względu na Chrystusową miłość oddali swoje ręce i nogi, i teraz w Raju oni z szacunkiem całują ręce i nogi Chrystusa.

- Geronda, a jeśli, na przykład, człowiek cierpi na głuchotę i przy tym jęczy, narzeka, skarży się na swoją dolę?

- Maleńkie dzieci też jęczą. Do wielu rzeczy Bóg nie przywiązuje wagi. Popatrzcie, przecież dobrzy rodzice, jednakowo kochają wszystkie swoje dzieci, szczególną opieką otaczają dzieci słabe czy kalekie. Podobnie i Bóg, nasz dobry Ojciec, postępuje ze Swymi cieleśnie czy duchowo słabymi dziećmi, aby tylko one miały dobre usposobienie i dawały Mu prawo interweniować w ich życie.

Umysłowo upośledzone dzieci

Jak zaś męczą się nieszczęsne matki, mające umysłowo upośledzone dzieci. Te dzieci stale urządzają hałaśliwe sceny, wszystko brudzą, bałaganią… Prawdziwe męczeństwo! Ja znałem matkę, której dziecko było umysłowo upośledzone. Ono już wyrosło, stało się zdrowym chłopcem, i ona nie może z nim poradzić, ponieważ on urządza coś niewyobrażalnego!.. Nieczystościami on wysmarowuje ściany, meble, prześcieradła… Matka zaprowadza w domu porządek, czyści i myje, ustawia wszystko na miejsca, a on przewraca wszystko do góry dnem i brudzi w nieczystościach. Nieszczęsna kobieta chowa przed nim środki czystości, a on znajduje je i wypija! Całe szafki rzuca z balkonu na dół. Dzięki Miłosierdziu Bożemu on do tej pory nikogo jeszcze nie zabił. I przecież trwa to nie dzień, nie dwa. Trwa to całe łata.

- Geronda, a czy może człowiek umysłowo upośledzony mieć pokorę i dobroć?

Jakże nie może! Oto weźmy choćby tego umysłowo upośledzonego malucha, którego często przywożą tu do monasteru jego rodzice. Jaki rozumny człowiek ma dobroć, która jest u niego? Jak on się modli, jak też on czyni pokłony! Kiedy cierpiąc na przepuklinę, ja nie mogłem robić pokłonów, rodzice powiedzieli mu: „Batiuszka zachorował, nie może robić pokłonów”. – „Ja za niego je zrobię!” – powiedział maluch i zaczął czynić za mnie pokłony! I on nadal robił za mnie te pokłony, oblewając się potem. Ileż u niego było luboczestija, ile wielkoduszności! Któregoś razu jedno z sąsiedzkich dzieci go pobiło, a on, w odpowiedzi na pobicie, wyciągnął do niego rękę i powiedział: „Bądź zdrów”. Widzisz jak? Kto z ludzi „rozumnych” tak postępuje, nawet jeśli czyta Ewangelię i całą masę duchowych książek? Kilka dni temu przyszła tu cała rodzina tego chłopczyka, dla tego aby on spotkał się ze mną. Kiedy oni przyjechali, on usiadł przy mnie, a jego maleńka siostrzyczka trochę dalej. Zobaczywszy, że siostra siedzi daleko ode mnie, on powiedział jej: „Chodź usiądź obok batiuszki” – i posadził ją na swoje miejsce. Ten dzieciak doprowadził mnie do wzruszenia, i dałem mu jako błogosławieństwo wielki emaliowany krzyż, który przywieźli mi z Jerozolimy. Wziąwszy krzyż w ręce, on powiedział: „Babcia, babcia!” – i pokazał, jak on położy ten krzyż na mogiłę swojej babci! Wyobrażacie! Ten maluch nic nie chce dla siebie, on chce wszystko dla innych! On i sam pójdzie do Raju „bez egzaminów”, ale i rodziców swoich też przyprowadzi do Raju.

Jak ja chciałbym być na jego miejscu! I niech niczego bym nie rozumiał, i niech nie mógłbym mówić! Bóg dał mi wszystkie dobra, ale, pomimo tego, ja te dobra niewdzięcznie roztrwoniłem. W innym życiu w porównaniu z tym maleństwem nawet teologowie odejdą na dalszy plan. Myśl mówi mi, że na Niebie święci teologowie nie będą w lepszym położeniu odnośnie poznania Boga, niż takie dzieci. I być może, takim dzieciom, Sprawiedliwy Bóg da i coś więcej, ponieważ w życiu ziemskim one były wielu pozbawione.

Choroby duszy

- Geronda, jeśli człowiek wpada w melancholię, co on powinien robić, aby ją pokonać?

- Niezbędne jest boskie pocieszenie.

- A jak otrzymać to pocieszenie?

- Człowiek powinien „uczepić się” za Chrystusa, i Chrystus mu to pocieszenie da. Przecież często luboczestije przeplata się z egoizmem. Większość schizofreników – to ludzie o wrażliwej duszy. Z nimi dzieje się błahe zdarzenie, albo oni nie mogą pokonać jakiejś trudności i bardzo cierpią. Inny może zabić człowieka i zachowywać się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Podczas gdy człowiek wrażliwy, przypadkiem nastąpiwszy na łapkę kociakowi, cierpi i nie może zasnąć ze zdenerwowania. No a jeśli on nie może zasnąć dwie-trzy noce, to potem, oczywiście, pobiegnie do lekarza.

- Geronda, psycholodzy mówią, że człowiek z chorobą duszy otrzyma pomoc, jeśli usunąć przyczynę (jego choroby).

- Tak, ale tylko jeśli taka przyczyna istnieje. Przecież czasem ludzie zaplątują się w myślach, które mogą wyprowadzić ich z rozumu nawet w tych przypadkach, kiedy to co się dzieje jest naturalne i, jeśli można tak się wyrazić, uzasadnione. „Być może, mam dziedziczną chorobę duszy? Być może, jestem chory?” – dręczą się tacy ludzie. Ja znałem młodzieńca, który, kiedy uczył się, czytał po jedenaście godzin dziennie. On otrzymał stypendium i pomagał swojej rodzinie, ponieważ jego ojciec był chory. Pod koniec nauki on wybił się z sił, ponieważ był człowiekiem, wrażliwym, delikatnym. Ciągle bolała mu głowa, i on obronił pracę dyplomową z ogromnym trudem. Potem zaczęły męczyć go myśli, jakoby cierpi na dziedziczną chorobę duszy. A jaka tam jeszcze dziedziczność? Tu nawet, jeśli człowiek wprost czyta po jedenaście godzin na dobę, to doprowadzi go do wyczerpania sił. A co już mówić, jeśli człowiek uczy się, pomaga rodzicom, i przy tym jeszcze ma wrażliwą duszę!..

- Geronda, pewne dziecko, po tym jak jego ojciec skończył życie samobójstwem, zaczęło wpadać w melancholię, przygnębienie. Być może to dziedziczne?

- Możliwe, dziecko otrzymało uraz duszy. Nie można powiedzieć jednoznacznie, że przyczyna jest tu w dziedziczności. Oprócz tego, my nie wiemy, w jakim stanie był jego ojciec, co stało się przyczyną samobójstwa. Oczywiście, jeśli ojciec – człowiek zamknięty, to dziecku niezbędna jest pomoc. Przecież jeśli dziecko też będzie zamknięte i przy tym będzie miało myśli o tym, że ma złą dziedziczność, to ono może rzeczywiście zachorować.

Bóg zawsze dopuszcza człowiekowi przejść przez wypróbowania, które są według jego sił. Ale oprócz ciężaru wypróbowań dołącza do nich ciężar ludzkich naśmieszek (szyderstwa), tak że dusza ugina się od tego dodatkowego ciężaru i zaczyna narzekać. Swoimi drwinami ludzie jeszcze bardziej wyprowadzają szaleńców z rozumu. Przecież na początku odstąpienie od rozumu można ograniczyć do pewnych ram. W dawnych czasach szpitali psychiatrycznych nie było, i jeśli człowiek wychodził z rozumu, zamykali go w pokoju na żelazne zasuwy. Pamiętam jedną zwariowaną kobietę, miała na imię Pieristiera. Trzymali ją zamkniętą w domu. Dzieci rzucały w okna kamieniami, szydziły z niej. Nieszczęsna dochodziła do wściekłości, grzmiała zasuwami, krzyczała i wyrzucała z domu wszystko, co trafiło pod rękę. Jednak w innym życiu ty zobaczysz, że Pieristiera będzie wyżej od wielu „mądrych” i „rozumnych” kobiet.

Pamiętam jeszcze jeden przypadek. W pewnej rodzinie starsza córka była trochę upośledzona umysłowo. Ale było w niej bardzo wiele dobroci. Miała czterdzieści lat, ale zachowywała się tak, jakby miała pięć. Jakież pokusy urządzali jej i dorośli i dzieci! Pewnego razu rodzice zostawili ją przygotowywać jedzenie, a sami poszli pracować w pole. Brat tej panienki powinien był przyjść z pola, przywieźć kukurydzę i zabrać gotowy obiad w pole, aby zjedli i rodzice, i robotnicy. Nieszczęsna narwała w ogrodzie kabaczków, bakłażanów, fasoli i przygotowała się wszystko to gotować, a jej młodsza siostra – nie dziewczyna, a istna pokusa – wzięła za ucho osła, podprowadziła go do zebranych warzyw, i osioł wszystko zjadł. Nieszczęsna nic nikomu nie powiedziała i znów poszła do ogrodu po warzywa. Póki ona znów ich rwała, przyjechał z pola brat, a ona dopiero stawiała pokarm na ogień. Brat rozładował muły i, zobaczywszy, że jedzenie nie jest jeszcze gotowe, zaczął ją bić! Jakież cierpienie przypadało codziennie na jej dolę! Jej nieszczęsna matka prosiła Boga, żeby najpierw umarła córka, a potem ona, ponieważ ona myślała, że nie będzie komu opiekować się córką. I rzeczywiście, najpierw umarła córka, a potem matka.

Ale cokolwiek by nie mówić, ci, którzy mają umysłowe upośledzenie, są w lepszej sytuacji, niż inni. Od takich ludzi nie może być żadnych wymagań, i dlatego oni przechodzą do innego życia bez egzaminów.

Prawidłowa postawa rodziców wobec kalectwa swoich dzieci

Są takie matki, które, dowiedziawszy się w czasie ciąży, że dziecko urodzi się kalekie albo umysłowo upośledzone, popełniają aborcję i zabijają swoje dziecko. One nie myślą, że to dziecko też ma duszę. Wielu ojców przychodzi i mówią mi: „Moje dziecko będzie niepełnosprawne? Dlaczego Bóg tak daje? Ja nie mogę tego znieść”. Jakąż bezwstydność wobec Boga niesie w sobie taka postawa, jaki upór, jaki egoizm! Tacy ludzie, jeśli Bóg im pomoże, staną się jeszcze gorsi. Pewnego razu do mnie do celi razem z ojcem przyszedł student, który przez pomysły uszkodził sobie rozsądek. Tego młodzieńca leczyli elektrowstrząsami. Nieszczęsny u siebie w domu cierpiał wielkie skrępowania. On wyróżniał się czcigodnością i pobożnością. Czyniąc pokłony do ziemi, on uderzał głową o ziemię. „Być może, Bóg zlituje się nad ziemią, – mówił on, – i zlituje się nade mną, który ją uderzyłem”. Czyli on myślał o tym, że Bóg, zlitowawszy się nad ziemią, która doznała bólu od jego uderzenia, zlituje się i nad nim! To wywarło na mnie wielkie wrażenie! Siebie ten młodzieniec uważał za niegodnego. Kiedy robiło się mu gorzej, on przyjeżdżał na Świętą Górę. Ja doprowadzałem do porządku jego pomysły, jeden-dwa miesiące on żył mniej-więcej dobrze, i potem wszystko zaczynało się od początku. Jego ojciec nie chciał, aby ich znajomi widzieli jego dziecko, ponieważ to raniło jego ambicję, samolubstwo. On cierpiał z powodu swego własnego egoizmu. „Mój syn kompromituje mnie w oczach ludzi”, – oświadczał on mi. Usłyszawszy to, syn powiedział mu: „Słuchaj, lepiej pogódź się, spokorniej! Oto ja – psychopata i zachowuję się naturalnie! Ty co, chcesz wcisnąć mnie w ciasne ramki przyzwoitości? Wiedz, że twoje dziecko jest psychopatą, i zachowuje się naturalnie. Ty co, jeden tylko masz dziecko psychopatę?” – „Tak to jest! – pomyślałem. – Któż wiec z nich dwóch jest pozbawiony rozumu?”

Widzicie, do czego często doprowadza egoizm? Ojciec może nawet zapragnąć śmierci swego dziecka! Kiedy ja żyłem w świecie, to znałem jedno umysłowo upośledzone dziecko. Rodzice, idąc w gości, nie brali go z sobą, aby nie wstydzić się z jego powodu! I ze mnie się śmiali, dlatego że ja rozmawiałem z tym dzieckiem. Jednak to dziecko zajmowało w moim sercu miejsce lepsze, niż ci, którzy z niego się wyśmiewali.

Rozdział czwarty. O duchowych zakonach (prawach)

Jak działają duchowe zakony

- Geronda, jakie zakony nazywane są duchowymi?

- Ja ci wyjaśnię. Podobnie jak istnieją zakony przyrody, tak i w życiu duchowym istnieją zakony duchowe. Przypuśćmy, człowiek rzuca do góry ciężki przedmiot. Im z większą siłą i im wyżej on go podrzuci, tym z większą siłą przedmiot spadnie na dół i rozbije się. To naturalny zakon przyrody. A w życiu duchowym, im wyżej człowiek wznosi się od swojej dumy, tym silniejszy będzie jego duchowy upadek, i odpowiednio z wysokością swojej dumy on rozbije się (duchowo). Przecież dumny wznosi się do góry do pewnej granicy, a potem pada i cierpi całkowita klęskę. „Wywyższający się będzie poniżony” (Łk.18:14; Mt.23:12). To zakon duchowy.

Jednak między zakonami naturalnymi a duchowymi jest znaczna różnica. Naturalne zakony „bezlitosne” i człowiek nie może ich zmienić. A oto zakony duchowe „litościwe”, i człowiek zmienić je może. Ponieważ (w przypadku z duchowymi zakonami) on ma zajęcie ze swoim Twórcą i Stwórcą – z Wszechmiłosiernym Bogiem. To znaczy szybko uświadomiwszy sobie, jak „wysoko” on wzleciał od swojej dumy, człowiek powie: „Boże mój, ja nie mam nic swego, i ja jeszcze jestem dumny?! Wybacz mi!” – i od razu troskliwe ręce Boga podchwytują tego człowieka i czule opuszczają go na dół, tak że jego upadek pozostaje niezauważonym. W ten sposób człowiek nie kruszy się od upadku, ponieważ poprzedziła je serdeczna skrucha i wewnętrzne pokajanie.

To samo dzieje się i w przypadku ewangelicznego zakonu: „Wszyscy bowiem którzy wzięli nóż od noża zginą” (Porównaj Mt.26:52). To znaczy jeśli ja uderzę kogoś mieczem, to zgodnie z duchowym zakonem ja powinienem odpłacić za to tym, że mieczem uderzą mnie samego. Jednak jeśli ja uświadomię sobie swój grzech, jeśli mnie „bije mieczem” własne sumienie i ja proszę Boga o wybaczenie, to duchowe zakony przestają działać, i ja, jak uzdrawiający balsam, przyjmę od Boga Jego miłość.

To znaczy w głębi sądów Bożych – a Jego sądy to bezdenność – my widzimy, że Bóg „zmienia się” wtedy, kiedy zmieniają się ludzie. Jeśli nieposłuszne dziecko dojdzie do rozumu, kaja się i męczy je sumienie, to ojciec z miłością pieści i pociesza je. Człowiek może zmienić decyzję Boga! To nie żarty. Ty popełniasz zło? Bóg daje ci po karku, mówisz „zgrzeszyłem” – On daje dobie Swoje błogosławieństwa.

Szlachetne dzieci Boga

Niektórzy ludzie pokajali się w swoim grzechu, i Bóg im wybaczył. Duchowe zakony przestały działać, ale, pomimo tego, ludzie swego grzechu nie zapominają. Oni nalegająco proszą Boga aby zostali ukarani za swój grzech w tym życiu – aby za niego odpłacić. I ponieważ oni na to nalegają, Dobry Bóg spełnia ich luboczestne prośby. Jednak w Swojej Niebiańskiej kasie oszczędnościowej, w Raju przechowuje im nagrodę i te duchowe procenty, które w niej nagromadzają się. Tacy ludzie – wdzięczne dzieci Boga, Jego najbardziej luboczestne dzieci.

W książce „Łąka duchowa” [60] opowiedziane jest o Abbie Pimienie, który był pasterzem. Pewnego razu odwiedził go człowiek i porosił, żeby Abba przyjął go na nocleg w swojej celi. Nie mając specjalnego miejsca dla gości, Abba umieścił gościa tam, gdzie on spędzał noc, a sam poszedł nocować do jednej z pieczar. Rano, kiedy on wracał do celi, gość zapytał go: Jak ty spędziłeś noc, Abba, czy nie zmarzłeś ty?” – „Nie, – odpowiedział Abba Pimien, – ja spędziłem noc dobrze. Ja wlazłem do jednej pieczary i zobaczyłem w niej śpiącego lwa. Ja też położyłem się i oparłem się plecami do o jego grzywę. Od lwiego oddechu w pieczarze było gorąco, jak w piecu, i ja nie zmarzłem”. – „Ty nie wystraszyłeś się, że lew ciebie zje?” – „Nie, – odpowiedział Abba, – nie wystraszyłem się, ale wiedz, że mnie pożrą dzikie bestie”. – „Skąd ty to wiesz?” – „W świecie ja byłem pastuchem, – odpowiedział Abba. – Pewnego razu pasłem swoje stado, i moje psy rozszarpały jednego człowieka, który przechodził obok. Ja mogłem uratować tego człowieka, ale przejawiłem obojętność. Od tego czasu ja ciągle proszę Boga, aby mnie pożarły dzikie bestie. I ja wierzę, że Bóg okaże mi tę łaskę”. Rzeczywiście, tego Abbę pożarły bestie. Jednak w życiu innym tacy ludzie będą znajdować się w najbardziej wybranym miejscu.

- Geronda, w komentarzach do pewnej patrystycznej książki ja czytałam, że kiedy człowiek popełni grzech, on powinien ponieść karę, dlatego aby odpłacić za uczynione przez niego zło.

- Nie, to nie tak. Jeśli człowiek kaja się, to on nie jest karany: Chrystus okazuje mu miłosierdzie. Wobec komentarzy patrystycznych książek trzeba być bardzo uważnym, ponieważ jakiś „komentator” może być niezłym człowiekiem, ale jego wyjaśnienia mogą być nieprawidłowe. Jeśli ty nie masz pewności, że autor komentarzy wyjaśnia wszystko prawidłowo, to lepiej czytać tylko patrystyczny tekst. Pewien człowiek powiedział mi, że Proroka Izajasza przepiłowali drewnianą piłą [61], dlatego że on powinien być przepiłowany za grzechy ludzi. Podczas gdy w rzeczywistości Prorok sam prosił Boga, żeby go przepiłowali za grzechy ludzi, i ta wielka miłość Proroka do ludzi Skłoniła Boga do spełnienia prośby. Ale ile razy przeciągnęli piłą po ciele Proroka, tyle koron i dał mu Bóg. Dla tego, aby rozumieć pewne sprawy, koniecznie trzeba mieć określone przesłanki, coś wiedzieć. Oto Abba Pimien, o którym opowiadałem, mógłby zrozumieć Proroka Izajasza, choć wydarzyło się z nimi nie to samo, ponieważ w przypadku Proroka Izajasza istniała ofiara za ludzi.

- Geronda, a w naszych czasach spotyka się podobne przypadki?

- Tak, oczywiście. Pamiętam jeden przypadek, który wydarzył się, kiedy żyłem w monasterze Fiłofiej. Pewien człowiek spalił w piecu Turka, który zarżnął jego ojca. Potem on pokajał się, przyszedł na Świętą Górę, został mnichem i z gorliwością wziął się za wypełnianie mnisich trudów ascetycznych. Jednak dniami i nocami on prosił Boga, aby Ten dopuścił mu spłonąć. Pewnego razu w monasterze wybuchł pożar. Ja w tym czasie byłem zarządcą spiżarni. Napełniłem wodą wiadra, inne pojemniki, i wszyscy pobiegliśmy gasić pożar. A kiedy zgasiliśmy pożar, to znaleźliśmy tego mnicha spalonego. Ta scena do tej pory stoi u mnie przed oczyma… Co też się stało? Mnich, o którym jest mowa, skończył wtedy osiemdziesiąt pięć lat. Opiekował się nim inny mnich, który miał siedemdziesiąt pięć lat. Tego dnia mnich, opiekujący się chorym, chciał choć troszkę złagodzić jego ból z powodu reumatyzmu, natarł jego nogi naftą i, owinąwszy, położył staruszka przy płonącym palenisku. Z kasztanowych polan wyskoczył płonący węgielek. On upadł na nogi owiniętego mnicha, one zapaliły się, on spalił się sam, i w monasterze pojawił się pożar. Ja bardzo rozstroiłem się tym co się wydarzyło i nie mogłem się uspokoić! Potem ojciec duchowy powiedział mi: „Nie rozstrajaj się. On sam prosił u Boga tego, żeby zgładzić swój grzech. To co się zdarzyło było darem Bożym”.

Duchowe zakony i miłość Boża

- Geronda, duchowe zakony zawsze działają natychmiast?

- Bywa różnie. Często pozostaje tylko dziwić się! Ktoś, wystarczy że trochę wpadnie w dumę, od razu cierpi pełne niepowodzenie, czyli duchowy zakon działa błyskawicznie. Na przykład, mniszka myje szyby i dochodzi do dumnej myśli o tym, że ona myje je lepiej, niż inna siostra. Natychmiast czymś się rozprasza (– nieudany ruch) – i szyby pękają. A w innych przypadkach duchowe zakony działają nie od razu.

- Geronda, a jeśli duchowe zakony działają od razu, co to znaczy?

- To dobry znak. W takich przypadkach człowiek powinien zrozumieć, że miłość Boga go okrywa, dlatego że on odpłaca (za każdy swój błąd) z osobna, a nie płaci za wszystko razem (później). Jednak, jeśli odnośnie do człowieka duchowe zakony nie działają, to jest niebezpiecznie. To pokazuje, że człowiek – jest dzieckiem, które oddaliło się od swego Ojca – Boga, że on nie żyje w Jego domu. Są ludzie, którzy stale zachowują się z dumą i z nimi nic się nie dzieje. To znaczy, że ich duma jest tak wielka, że przestała być człowieczą. Ona doszła do swego najwyższego stopnia – do biesowskiej dumy (pychy, hardości), do (szatańskiego) wywyższenia. Taki człowiek też pada, ale już z drugiej strony szczytu. Pada prosto do piekła. On pada lucyferskim upadkiem, ale ci, którzy są po tej stronie szczytu, jego upadku nie widzą. To znaczy ludzie, o których jest mowa, nie podlegają pod działanie duchowego zakonu w tym życiu, ale odnośnie do nich działa apostolskie powiedzenie: „Źli zaś ludzie i czarodzieje osiągną sukcesy ku gorszemu, ulegając pokusie sami i kusząc innych” (2Tm.3:13).

- Geronda, a czy może dzieło rąk ludzkich psuć się od tego, że zachwyca się nim ten, kto je stworzył?

- Tak, ponieważ zaczynają działać duchowe zakony. Bóg zabiera od kogoś Swoją Łaskę i człowiek psuje tę rzecz, dzieło sztuki czy temu podobne. Tak dzieje się dlatego, aby doszedł do czucia (opamiętania się) i zrozumienia ten, kto wpadł w dumę z powodu dzieł rąk swoich.

- Geronda, czyli jeśli ktoś psuje coś, zrobione przez innych, to znaczy, że zaczęły działać duchowe zakony?

- Tak, oczywiście.

- A czy nie może być czegoś takiego, że człowiek psuje coś przez nieuwagę czy nieumiejętność?

- Takie przypadki są rzadkie. Dlatego, na ile to możliwe, żyjcie pokornie. Myślcie o tym, że nie mamy nic swego. Wszystko, co posiadamy, dane jest nam przez Boga. Wszystko, co u nas jest – Boże. Nasze – tylko grzechy. Jeśli nie będziemy korzyć się, to duchowe zakony będą działać w stosunku do nas nieprzerwanie, do tej pory, dopóki nie zniszczy się nasz egoizm. I niech – niech Bóg urządza wszystko tak i spokarnia nas do tej pory, póki zastanie nas śmierć.

- Geronda, a czy może człowiek nie rozumieć tego, że odnośnie niego zaczęły działać duchowe zakony?

- Jeśli człowiek nie obserwuje siebie, to on nie rozumie nic i od niczego nie otrzymuje pomocy. Nic nie przynosi mu korzyści.

- Geronda, to znaczy duchowe zakony przestają działać tylko w tym przypadku, kiedy człowiek pokornieje?

- Tak, głównie, one przestają działać od pokory albo w tym przypadku, kiedy od człowieka nie ma czego wymagać. Ja podam tobie przykład. Pewna kobieta nieustannie biła swego męża, i on nikomu niczego nie mówił, ponieważ był nauczycielem i bał się stracić swoją reputację. Jednak w jego przypadku zaczęły działać duchowe zakony. Będąc maleńkim, on stracił ojca, i jego matka-wdowa za swoje maleńkie pobory starała się wyuczyć go, żeby został nauczycielem. A on zamiast wdzięczności bił ją. Cóż wycierpiała ta nieszczęsna matka! I oto, kiedy on wyrósł i ożenił się, Bóg dopuścił, że zaczęła bić go żona. Bóg dopuścił to dlatego, żeby on odpłacił za zwój grzech. Ale wiecie, co wydarzyło się potem? Ten człowiek umarł, i jego syn zaczął bić jego wdowę – swoją matkę. W ten sposób i ona odpłaciła za swój grzech. Potem ich syn też wyrósł i ożenił się. U dziewczyny, z którą on się ożenił, było nie wszystko w porządku z głową. Ona nie po prostu biła go, ale przy tym jeszcze i śpiewała „Chrystus Zmartwychwstał, śmiercią śmierć podeptawszy”! Widzicie, jak wszystko urządził Bóg żeby ten człowiek też odpłacił za swoje grzechy? Jednak na tym zakony swoje działanie zaprzestały, ponieważ z jego nieszczęsnej (zwariowanej) żony nie było czego wymagać.

- Geronda, a jeśli człowiek upada i ubolewa z tego powodu, to czy odpłaca on w podobny sposób za swoje duchowe długi?

On uświadamia sobie swój dług (Bogu) czy ubolewa egoistycznie? Jeśli on uświadamia swój dług, to płacić za swój upadek już nie będzie. Jednak jeśli on swego długu nie uświadamia sobie, to Bóg dopuści i odpłatę. Na przykład, chrześcijanin powinien dawać innym jałmużnę. Jeśli zatwardziały sercem człowiek jałmużny nie daje, ale gromadzi i gromadzi pieniądze, to wybierają się do niego rabusie, biją go, zabierają jego pieniądze i w ten sposób on odpłaca za swój błąd. Jeśli my mamy (duchowe) długi i nie odpłacamy za nie w tym życiu, to jest to bardzo zły znak. To znaczy – Bóg nas opuścił. A jeśli człowiek nie ponosi żadnych kar i tylko przyjmuje błogosławieństwa, to, widocznie, on uczynił coś dobrego i za to dobre Chrystus płaci mu w tym życiu – podwójnie i potrójnie. Jednak za swoje błędy taki człowiek nie odpłaca. I to też jest źle. Załóżmy, ja zrobiłem coś dobrego na dziesięć procent, a Chrystus wynagradza mnie za to na dwadzieścia procent, i ja nie mam ani smutków, ani rozstroju. Ale w tym przypadku ja nie odpłacam za swoje grzechy.

Jak mówi Święty Izaak Syryjczyk, nieszczęścia w tym życiu zmniejszają piekielną mękę [62]. Czyli w podobnym przypadku w odniesieniu do człowieka zaczynają działać duchowe zakony, znika jakaś część mąk piekielnych.

Część szósta. O śmierci i przyszłym życiu

„Po tym wszystkim, co Bóg uczynił dla nas, ludzi, będzie wielką niewdzięcznością, jeśli my trafimy do piekła i Go zmartwimy. Nie daj Boże trafić do piekła nie tylko człowiekowi, a nawet jakiemuś ptaszkowi”.

Rozdział pierwszy. O stosunku do śmierci

Pamięć o śmierci

- Geronda, o czym powinien myśleć człowiek w dniu swoich urodzin?

- On powinien myśleć o dniu swojej przyszłej śmierci i przygotowywać się do tej wielkiej podróży.

- Geronda, jeśli podczas wyjęcia z mogiły okaże się, że zwłoki zmarłego nie rozłożyły się, to przyczyną tego – jest grzech, w którym człowiek nie pokajał się?

- Nie, nie zawsze. Przyczyną mogą być te lekarstwa, które on przyjmował, albo skład gleby na cmentarzu. Ale jak by tam nie było, jeśli zmarły przy wyjęciu jego szczątków z mogiły okaże się nierozłożonym, to on odpłaca za część swoich grzechów. To dzieje się dlatego, że i po śmierci on staje się pośmiewiskiem dla innych.

- Geronda, śmierć – to najbardziej niewątpliwe zdarzenie, które spotka człowieka. Dlaczego więc my o niej zapominamy?

- Wiesz, wcześniej we wspólnotowych monasterach jednemu z mnichów dawali posłuszeństwo przypominać innym ojcom o śmierci. Kiedy inni bracia zajmowali się posłuszeństwami, ten mnich podchodził do nich i mówił każdemu: „Bracia, nas oczekuje śmierć”. Życie nasze owinięte jest śmiertelnym ciałem. Tę wielką tajemnicę nie jest łatwo zrozumieć tym ludziom, którzy składają się jedynie z ciała i dlatego nie chcą umierać, nie chcą nawet słyszeć o śmierci. Śmierć staje się dla tych ludzi podwójną śmiercią i podwójnym nieszczęściem. Ale, na szczęście, Dobry Bóg urządził wszystko tak, żeby, w skrajnej mierze, ludzie starsi otrzymywali pożytek od niektórych oznak nadchodzącej dla nich starości. Przecież starsi ludzie w naturalny sposób są bliżej śmierci, niż młodzi. U nich siwieją włosy, u nich już nie ta rześkość, siły stopniowo ich opuszczają, u nich zaczyna się ślinotok i w ten sposób oni pokornieją i bywają zmuszeni do mądrych pobożnych rozmyślań o próżności i marności tego świata. Nawet jeśli starsi ludzie chcą „pobrykać”, oni nie mogą tego zrobić, ponieważ wszystko co im się przytrafia, ich hamuje. Albo kiedy oni słyszą, że ktoś ze staruszków w takim wieku, jak oni albo nawet młodszy, umarł, oni też przypominają o śmierci. Wy widzieliście, jak we wsiach, kiedy dzwoni dzwon pogrzebowy, siedzący w kawiarni staruszkowie wstają, ocieniają siebie znakiem krzyża i pytają, kto umarł i kiedy on się urodził? „O – mówią oni, – ty tylko popatrz, nadeszła i nasza kolej! Wszyscy my opuścimy ten świat!” Oni rozumieją, że ich lata odeszły, że nić ich życia podeszła do końca i do nich zbliża się śmierć. Tak starsi ludzie stale myślą o śmierci. Spróbuj tylko powiedzieć małemu dziecku: „Pamiętaj o śmierci”. Ono odpowie tobie: „Tru-la-la” – i pobiegnie znów bawić się piłeczką. Przecież jeśli by Bóg pomógł małemu dziecku zrozumieć, że ono umrze, to nieszczęsne rozczarowałoby się życiem i doszłoby do całkowitej niezdatności do niczego, ponieważ nic by go nie pociągało. Dlatego Bóg, jako dobry Ojciec, urządza wszystko tak, aby dziecko nie rozumiało, czym jest śmierć i beztrosko i radośnie bawiło się piłeczką. Jednak im starsze staje się dziecko, tym stopniowo coraz bardziej ono rozumie, czym jest śmierć.

Popatrz, przecież i początkujący mnich, zwłaszcza jeśli jest on młody, nie może mieć pamięci o śmierci. On myśli, że przed nim lata życia, i sprawa śmierci go zajmuje. Pamiętacie, jak apostoł Piotr powiedział: „Zawołajcie młodzieńców, aby zabrali oni martwych Ananiasza i Safirę” (Patrz. Dz.5:6-10]? W monasterach zmarłych zazwyczaj grzebią młodzi mnisi. Starzy mnisi, pogrążeni w zamyśleniu, rzucają na ciało zmarłego trochę ziemi. Oni z szacunkiem i pobożnością rzucają garść ziemi tylko na ciało i nigdy na głowę zmarłego. Uczestnicząc w pogrzebach w jednym z monasterów, ja byłem świadkiem nieprzyjemnej sceny. Kiedy zmarłego grzebali i zasypywali ziemią, kapłan wypowiadał słowa: „Ziemią jesteś i do ziemi odejdziesz”. W tym czasie, jak wszyscy mnisi według obyczaju, z wielką czcigodnością i pokornie rzucali garść ziemi na ciało swego zmarłego brata, jeden młody mnich, podwinął swoją sutannę, schwycił łopatę i nie zwracając na nic uwagi, jak nakręcony, zaczął zasypywać zmarłego wszystkim, co znalazło się na jego łopacie: ziemią, kamieniami, drewienkami… On robił to dlatego, żeby pokazać jakim jest zuchem! Oto też wybrał godzinę, aby pokazać swoją siłę, swoją pracowitość! Inna sprawa, gdyby w monasterze sadzili drzewa albo zasypywali rów i on, przejawiając dobroć i ofiarność, powiedział by: „Inni mnisi – staruszkowie. Czego można od nich oczekiwać, jakiej pracy? Dajcie więc popracuję ja”. W tym przypadku on zmęczyłby się trochę więcej, ale odciążył by innych. A tu nawet jeśli widzisz martwe zwierzę, staje się go żal. Cóż więc można powiedzieć, jeśli widzisz, jak w mogile leży twój brat… A ty, jak koparka, z obojętnością zasypujesz go ziemią i kamieniami… Wszystko to pokazuje, że u tego młodego mnicha kompletnie nie było pamięci o śmierci.

Jeśli ty chcesz umrzeć, to nie umrzesz

- Geronda, jest postawiona ostateczna diagnoza. Wasz guz jest złośliwy. To rak w jednej z najgorszych postaci.

- Przynieś no mi jakąś chusteczkę, i ja puszczę się w pląs. Ja zatańczę taniec „Bądź zdrów, żegnaj ten nieszczęsny świecie!” Ja nie tańczyłem ani razu w życiu, ale teraz puszczę się w pląs z radości, że przybliża się śmierć.

- Geronda, lekarz powiedział, że najpierw Was będą wozić na napromieniowanie, aby osłabić obrzęk, a potem będą robić operację.

- Zrozumiałe. Najpierw będzie bombardować lotnictwo, a potem pójdą do ataku wojska! Ot co, lepiej więc ja (od razu) pójdę na górę i opowiem wam, co tam się dzieje!.. Niektórzy, nawet starsi ludzie, jeśli lekarz powie im „ty umrzesz” albo „jest nadzieja na pięćdziesiąt procent, że ty przeżyjesz”, rozstrajają się. Oni chcą żyć. Ale po co? Zadziwiająca sprawa! Jeśli chce żyć człowiek młody, to jeszcze nic takiego, ma to jakieś usprawiedliwienie. Ale jeśli stara się przeżyć staruszek, ja tego nie rozumiem. Rozumiem, jeśli on leczy się, aby być w stanie jakoś wytrzymać ból. To znaczy on nie chce, aby jego życie się przedłużało, ale chce tylko być w stanie choć trochę wytrzymywać ból i dbać o siebie, póki nie umrze. Takie leczenie ma sens.

- Geronda, my prosimy Boga o to, aby On przedłużył Wasze życie.

- Dlaczego? Czyż w psalmie nie jest napisane, że siedemdziesiąt lat – to czas naszego życia? (Ps.89:10)

- Jednak piewca psalmów dodaje: „Jeśli zaś masz siły osiemdziesiąt lat”…

- Tak, ale potem on mówi i o tym, że „…wielki ich trud i choroba” (Tamże). Tak że lepszy jest spokój w innym życiu!

- Geronda, a czy może człowiek z pokory odczuwać siebie duchowo nie gotowym do innego życia i chcieć pożyć jeszcze trochę, żeby się przygotować?

- To oczywiście jest dobre. Ale skąd taki człowiek wie: być może, jeśli on pożyje dłużej, to stanie się jeszcze gorszy?

- Geronda, a kiedy człowiek zaprzyjaźnia się, godzi się ze śmiercią?

- Kiedy? Jeśli w człowieku żyje Chrystus, to śmierć – jest dla niego radością. Jednak nie należy radować się z tego, że umrzesz, ponieważ zmęczyłeś się życiem. Kiedy człowiek raduje się ze śmierci – w dobrym sensie tego słowa, – to śmierć odchodzi od niego i przychodzi do jakiegoś tchórza! Jeśli ty chcesz umrzeć, ty nie umierasz. Człowiek żyjący wygodnie, pośpiewując, boi się śmierci, ponieważ świeckie życie przynosi mu przyjemność, i on nie chce umrzeć. Jeśli ktoś mówi takiemu człowiekowi o śmierci, to on odpowiada: ”Zastukaj trzy razy w pień!” A oto ten, kto cierpi, doświadcza bólu i temu podobne, uważa śmierć za wybawienie i mówi: „Jak szkoda, że jeszcze nie przyszła śmierć, aby mnie zabrać… Widocznie, ona spotkała na drodze jakąś przeszkodę”.

Śmierci pragną nieliczni. Większość ludzi chce zdążyć coś dokończyć, dokonać w tym życiu i dlatego nie chce umrzeć. Jednak Dobry Bóg urządza tak, że człowiek umiera, kiedy staje się dojrzały. Ale co by nie mówić człowiek duchowy, jest on młody czy stary, powinien radować się i z tego, że on żyje, radować się i z tego, że oczekuje go śmierć. Nie trzeba tylko dobijać się śmierci samemu, ponieważ będzie to samobójstwem.

Dla człowieka, który umarł dla świata i duchowo zmartwychwstał, w stosunku do śmierci nie ma trwogi, strachu czy niepokoju, ponieważ on oczekuje śmierci z radością. Dzieje się tak, ponieważ on pójdzie do Chrystusa i będzie radować się razem z Nim. Ale i będąc w tym życiu on też raduje się, ponieważ i w tym życiu on też żyje z Chrystusem i odczuwa część rajskiej radości, żyjąc jeszcze na ziemi. Taki człowiek pyta siebie o to, czy istnieje w Raju radość wyższa, niż ta, którą on przeżywa, żyjąc na ziemi. Ludzie, o których jest mowa, trudzą się ascetycznie z luboczestijem i samowyrzeczeniem. Mając przed oczyma śmierć i codziennie rozmyślając o niej, oni przygotowują się do niej bardziej duchowo, trudzą się w ascezie z wielką śmiałością i pokonują próżną krzątaninę.

Chorzy, leżący na łożu śmierci

- Geronda, nas poprosili pomodlić się za człowieka, który kilka dni wisiał na włosku od śmierci, ale jego dusza nie wychodziła.

- Dlaczego ona nie wychodziła. On spowiadał się?

- Nie, spowiadać się on nie chce. To znaczy, Geronda, męki człowieka w czasie wyjścia jego duszy mają przyczynę w jego grzeszności?

- Nie, to nie jest pewne. Również nie pewne jest i to, że jeśli dusza człowieka wychodzi z niego cicho i spokojnie, to on jest w dobrym stanie. Nawet jeśli ludzie cierpią i męczą się w ostatnich chwilach życia, to nie znaczy koniecznie, że mają oni dużo grzechów. Niektórzy ludzie z wielkiej pokory gorliwie proszą Boga, aby On dał im zły koniec – aby po śmierci zostać w zapomnieniu. Albo ktoś może mieć zły koniec, dla tego aby (duchowo) spłacić niewielki dług. Na przykład, przy życiu człowieka chwalili bardziej, niż on na to zasługiwał, dlatego Bóg dopuścił, aby w godzinę śmierci on zachowywała się jakoś dziwnie, dla tego aby upaść w oczach ludzi. W innych przypadkach Bóg dopuszcza niektórym cierpieć w godzinę śmierci, aby ci, którzy są obok, zrozumieli, jak ciężko jest duszy tam, w piekle, jeśli ona nie doprowadzi siebie do porządku tu. No a jeśli twoje (duchowe) dokumenty są w porządku (to znaczy jeśli ty jesteś w dobrym stanie duchowym), to ty przechodzisz z ziemskiego życia do wiecznego tak, że tangałaszki do ciebie nawet nie przybliżają się.

- Geronda, jeśli człowiek umiera albo ma poważną chorobę, to czy słusznym będzie powiedzieć mu prawdę?

- To zależy od tego, co to za człowiek. Czasem człowiek, chory na raka, pyta mnie: „Jak ty myślisz, Geronda, ja przeżyję czy umrę?” Jeśli mu powiesz, że on umrze, to on umrze natychmiast, na twoich oczach – z rozstroju. Jeśli nie powiedzieć mu o tym, to on pokrzepia się, odnosi się do swojej choroby bez strachu. „Dojrzawszy”, chory człowiek sam bierze na siebie swój krzyż i znajduje siły pokonywać wszystko, co zdarza się z nim potem. A to znaczy, on może przeżyć jeszcze kilka lat, pomóc swojej rodzinie, przygotować się do śmierci sam, a także dać możliwość przygotować do tego swoją rodzinę. Oczywiście, ja nie mówię takim ludziom, że oni przeżyją tysiąc lat albo że ich choroba – drobnostka, ale mówię im tak: „Po człowieczemu pomóc tobie trudno. Oczywiście, dla Boga nie ma nic niemożliwego, jednak postaraj się duchowo doprowadzić siebie do porządku”.

- Geronda, czasem bliscy ciężko chorego człowieka boją się udzielić mu Priczastija, aby on nie zaczął myśleć o tym, że umiera.

- Czyli co to znaczy, wychodzi, że człowiek powinien umrzeć bez Priczastija ze względu na to, aby on nie zrozumiał, że umiera, i nie rozstroił się? Niech bliscy takiego człowieka powiedzą mu: „Boskie Priczaszczenije – to lekarstwo. Ono tobie pomoże. Dobrze by ci było przyjąć Priczastije”. W ten sposób człowiek przyjmuje Priczastije, otrzymuje pomoc i jednocześnie przygotowuje się do innego życia.

- Geronda, czy trzeba dokonywać Tainstwo Soborowanija (Sakrament Namaszczenia chorych) nad ludźmi, odchodzącymi z tego życia?

- Nad tymi, kto nie może oddać Bogu swojej duszy, czytają „Obrzęd, będący na oddzielenie duszy od ciała”. Tainstwo Soborowanija dokonywane jest nad wszystkimi chorymi, a nie tylko nad tymi, kto jest przy ostatnim oddechu.

- Geronda, czy mają związek te słowa, które wypowiada człowiek będący przy ostatnim oddechu, z jego duchowym stanem?

- Nie wyciągajmy pochopnie wniosków. Ktoś w chwili, kiedy jego dusza wychodzi z ciała, może doznawać bólu, obciążenia, i jego twarz może mieć wyraz bólu, tak że otaczający myślą, że on jest w niedobrym stanie duchowym. Jednak wyrażenie bólu na twarzy różni się od wyrażenia złości i strachu. Zdarza się, że człowiek cierpi, męczy się od bólu, a otaczający go interpretują to tak, że on walczy z biesami, które przyszły, aby zabrać jego duszę!

- Geronda, czy przechodzi przez mytarstwa (wypróbowania) dusza, wychodząca z tego życia w duchowo uporządkowanym stanie.

- Jeśli na Niebo wznosi się dusza człowieka duchowo uporządkowanego, to tangałaszki nie mogą uczynić jej zła. A oto jeśli ona duchowo nieuporządkowana, to tangałaszki ją męczą. Czasem bywa i tak: Bóg dopuszcza duszy człowieka widzieć mytarstwa w tym czasie, kiedy ona wychodzi z ciała, żeby pomóc przez to nam, jeszcze żyjącym, abyśmy podjęli trud ascetyczny i odpłacili za swoje długi jeszcze w tym życiu. Pamiętacie Żywot błażennej (błogosławionej, szczęśliwej) Fieodory [63]? To znaczy Bóg dopuszcza, aby niektórzy ludzie widzieli mytarstwa, dlatego aby otrzymali pomoc i pokajali się inni. W Żywocie priepodobnego Jefrosina [64] czytamy o tym, że ihumen monasteru po pewnym widzeniu przebudził się z jabłkiem w ręce, dla tego aby zobaczyli to inni i otrzymali pomoc.

A czasem Bóg dopuszcza duszy umierającego człowieka rozmawiać z kimś, dlatego aby pokajał się albo sam umierający człowiek, albo ci, którzy go słyszą. Widzisz jak: u Boga jest wiele sposobów zbawić człowieka. W jednych przypadkach On pomaga człowiekowi przez Aniołów, w drugich – wypróbowaniami czy przeróżnymi znakami. Ja znałem kobietę, która barbarzyńsko, nieludzko traktowała męża i teściową. Ona biła ich oboje. Sama chodziła do sąsiadów, plotła językiem, a staruszkę teściową posyłała pracować w pole. Nieszczęsna staruszka codziennie dwie godziny szła pieszo na pole, ledwie wlokąc nogami, i pracowała w polu od rana do wieczora, nikomu nie skarżąc się. I oto pewnego razu, wróciwszy do domu ubita ze zmęczenia, ona upadła na podłogę i powiedziała swojej synowej: „Archanioł Michaił przyszedł zabrać moją duszę. Wytrzyj krew, córeczko”. – „Jaką krew?” – ze strachem zapytała synowa, ponieważ nie widziała żadnej krwi. „A oto przecież, córeczko, krew, cieknie krew! Wytrzyj, wytrzyj!” Synowa zaczęła rozglądać się i szukać krwi, a w tym czasie staruszka oddała Bogu duszę.

P tym wydarzeniu synowa wzięła się za rozum i zmieniła swoje życie. Z dzikiej bestii ona przemieniła się w jagniątko. To co ona widziała, jak jej teściowa umiera z tymi słowami i wierzyła w to, że Archanioł Michaił z jakoby obnażonym mieczem zabiera jej duszę, wydarzyło się według Opatrzności Bożej – dla tego aby ona wystraszyła się i pokajała się. To znaczy Bóg rozmawiał z nią w języku, który ona rozumiała, aby ona się opamiętała. Najprawdopodobniej, ta kobieta miała dobre usposobienie.

- Geronda, a jeśli umierający człowiek woła swoich zmarłych krewnych, co to znaczy?

- Często tak się dzieje dlatego, aby dać przykład innym, tym, którzy są przy umierającym. Ja znałem jedną bogatą panią, ona była świętą kobietą. Za mąż ona nie wyszła i żyła razem z siostrą, której oddała całe swoje bogactwo. Jej swojak, czyli mąż siostry, umarł po niej. Umierając on zaczął ją wołać: „Chodź tu Diespina, poprosimy jedno drugie o przebaczenie. Wybacz mi… jakże ja ciebie męczyłem, wybacz mi!” – „Gdzie ty widzisz Diespinę?” – pytali go otaczający. „A oto przecież ona, czyż wy nie widzicie, oto tam!” – odpowiedział on i oddał Bogu duszę.

- Geronda, a czy otrzymują ludzie przebaczenie, jeśli, umierając, oni proszą o przebaczenie tego, kto już umarł?

- Bóg dopuszcza to dlatego, aby oni otrzymali przebaczenie przynajmniej w ten sposób, ponieważ człowiek w godzinę swojej śmierci kaja się i czuje konieczność prosić o wybaczenie tych, kogo on skrzywdził.

Samobójstwo

- Geronda, niektórzy ludzie, napotykając w swoim życiu trudności, natychmiast zaczynają myśleć o tym, aby popełnić samobójstwo.

- Do sprawy wtrąca się egoizm. Większość ludzi popełniających samobójstwo, słucha diabła, który mówi im, że jeśli oni sami położą koniec swemu życiu, to uwolnią się od tej wewnętrznej męki, której doświadczają. Od egoizmu tacy ludzie zabijają siebie. Na przykład, jeśli człowiek popełnia kradzież, i potem ta kradzież jest odkryta i staje się jawna, to on mówi: „Koniec, teraz ja zepsułem swoją reputację”, i zamiast tego, aby, pokajawszy się, ukorzywszy się i wyspowiadawszy się, uwolnić swoją duszę od wiecznej męki, idzie i zabija siebie. Drugi popełnia samobójstwo z tego powodu, że jego dziecko jest sparaliżowane. „Jak że to tak: ja – i mam sparaliżowane dziecko?” – mówi taki człowiek i w pada w rozpacz. Ale jeśli odpowiedzialność za to, że jego dziecko jest sparaliżowane, leży na nim samym i on uznaje swoją winę, to niech on pokaja się. Jak można podnosić na siebie ręce i zostawiać swoje dziecko pod odkrytym niebem? Czyż po tym jego wina nie stanie się większa?

- Geronda, my często słyszymy, że człowiek skończył życie samobójstwem, dlatego że był chory duszą (psychicznie).

- Ludzie chorzy duszą, popełniwszy samobójstwo, mają łagodzące winę okoliczności, ponieważ ich rozum nie w porządku. Nawet zobaczywszy jak na niebie po prostu zbierają się chmury, taki człowiek już zaczyna odczuwać obciążenie duszy. Jeśli zaś do tego domiesza się jeszcze jakieś rozstrojenie, to chmury stają się spotęgowane. Jednak o ludziach, którzy kończą swoje życie samobójstwem, nie będąc chorymi duszą, Cerkiew nie modli się, tak samo, jak Ona nie modli się i za umarłych heretyków. Tych ludzi Cerkiew zostawia na sąd i na miłosierdzie Boże. Imion takich ludzi kapłan nie wspomina na proskomidii i nie wyjmuje za nich cząstki, ponieważ poprzez samobójstwo tacy ludzie odrzucają życie, gardzą nim. A przecież życie – to dar Boży. Ale kończąc życie samobójstwem, tacy ludzie jakby rzucają ten dar w oblicze Boga.

Ale my powinniśmy dużo modlić się za tych, którzy skończyli życie samobójstwem, aby Dobry Bóg zrobił coś i dla nich. Przecież my nie wiemy, dlaczego oni włożyli na siebie ręce, nie wiemy i tego, w jakim stanie oni byli w ostatniej chwili życia. Być może, w godzinę, kiedy ich dusza wychodziła z ciała, oni pokajali się, poprosili Boga o przebaczenie, i ich pokajanie było przyjęte. I, być może, ich duszę przyjął Anioł Pański.

Ja słyszałem historię o pewnej dziewczynce, która żyła na wsi i chodziła paść kózkę. Ona przywiązywała kózkę na łące, a sama bawiła się niedaleko. Pewnego razu, kiedy ona była rozbawiona, koza odwiązała się i uciekła. Dziewczynka zaczęła jej szukać, ale nie znalazła, i wróciła do domu bez kozy. Jej ojciec strasznie rozgniewał się, zbił ją i wygnał z domu. „Idź szukaj kozę! – powiedział on. – Jeśli ty jej nie znajdziesz, to lepiej tobie powiesić się”. Nieszczęsna dziewczynka poszła szukać kozy. Nadeszła noc, a ona jeszcze nie wróciła do domu. Rodzice zaniepokoili się, poszli szukać jej i znaleźli wiszącą na drzewie. Ona zrobiła na sznurze, do którego była przywiązana koza, pętlę i powiesiła się. Nieszczęsna dziewczynka miała luboczestije i zrozumiała słowa ojca dosłownie. Pochowali ją za ogrodzeniem cmentarza.

Oczywiście, Cerkiew postąpiła słusznie, pogrzebawszy ją za ogrodzeniem cmentarza. Cerkiew zrobiła to dlatego, aby przyhamować tych, którzy wkładają na siebie ręce z powodu błahostek. Ale i Chrystus postąpi słusznie, jeśli weźmie tę dziewczynkę do Raju.

Rozdział drugi. „…Abyście się nie smucili, jak inni, którzy nie mają nadziei” (1Tes.4:13)

Śmierć dzieci

- Geronda, pewna matka dziewięć lat temu straciła dziecko. Teraz ona prosi Was pomodlić się, aby ona zobaczyła je choćby we śnie i pocieszyła się.

- A ile lat miało dziecko? Ono było maleńkie? To ma znaczenie. Jeśli dziecko było maleńkie i jeśli matka jest w takim stanie, że kiedy ono zjawi się, ona nie straci pokoju duszy, to ono jej zjawi się. Przyczyna tego, że dziecko nie pojawia się, jest w niej samej.

- Geronda, a czy może dziecko zjawić się nie swojej matce, która o to prosi, a komuś jeszcze?

- Jakże nie może! Przecież Bóg urządza wszystko zgodnie (z naszym pożytkiem). Kiedy mi mówią o tym, że jakiś młodzieniec umarł, ja smucę się, ale smucę się po człowieczemu. Przecież, przeanalizowawszy sprawy głębiej, my zobaczymy, że, im doroślejszy staje się człowiek, tym więcej on musi walczyć i tym więcej gromadzi on grzechów. Zwłaszcza ludzie świata tego: im dłużej oni żyją, tym więcej – swoimi troskami, niesprawiedliwościami i temu podobnym – oni pogarszają swój stan, zamiast tego aby go polepszać. Dlatego człowiek, którego Bóg zabiera z tego życia w dzieciństwie czy młodości, więcej zyskuje, niż traci.

- Geronda, dlaczego Bóg dopuszcza, aby umierało tak wiele młodych?

- Nikt jeszcze nie podpisywał z Bogiem kontraktu o tym, kiedy on ma umrzeć. Bóg zabiera każdego człowieka w najodpowiedniejszym momencie jego życia, zabiera w szczególny, tylko dla niego sprzyjający sposób – tak, aby zbawić jego duszę. Jeśli Bóg widzi, że człowiek stanie się lepszy, On zostawia go żyć. Jednak, widząc, że człowiek stanie się gorszym, On zabiera go, aby go zbawić. A innych – tych, którzy prowadzą grzeszne życie, ale mają usposobienie uczynić dobro, On zabiera do Siebie zanim, oni zdążą to dobro uczynić. Bóg postępuje tak, ponieważ wie, że ci ludzie uczyniliby dobro, gdyby nadarzyła się im do tego sprzyjająca możliwość. To tak jakby Bóg mówił im: „Nie trudźcie się: wystarczy i tego dobrego usposobienia, które w was jest”. A kogoś jeszcze – bardzo dobrego, Bóg zabiera do siebie, ponieważ w Raju potrzebne są pąki kwiatów.

Oczywiście, rodzicom i krewnym zmarłego dziecka nie jest łatwo to wszystko zrozumieć. Popatrz: kiedy umiera maluch, Chrystus bierze go do Siebie jak małego Anioła, a jego rodzice płaczą i bija się w piersi, podczas gdy powinni oni się radować. Przecież skąd oni wiedzą, kim by on się stał, kiedy by dorósł? Czy byłby on w stanie zbawić się? Kiedy w 1924 roku my wyjeżdżaliśmy z Azji Mniejszej na statku, ja byłem dzieckiem. Na statku było pełno uchodźców. Ja leżałem na pokładzie, zawinięty przez matkę w pieluszki. Jeden marynarz przypadkowo na mnie nastąpił. Matka pomyślała, że ja umarłem, i zaczęła płakać. Pewna kobieta z naszej wsi rozwinęła pieluchy i przekonała się, że nic mi się nie stało. Ale gdybym ja wtedy umarł, to na pewno byłbym w Raju. A teraz mam już tyle lat, tyle trudzę się ascetycznie, ale w tym, czy znajdę się tam czy nie, mimo wszystko nie mam pewności.

Ale, oprócz tego, śmierć dzieci pomaga i ich rodzicom. Rodzice powinni wiedzieć, że od tego momentu, jak umiera u nich dziecko – u nich pojawia się modlitewnik (orędownik) w Raju. Kiedy rodzice umrą, ich dzieci z rypidami* przyjdą do drzwi Raju, aby powitać dusze ojca i matki. A to przecież nie mała sprawa! Oprócz tego, maleńkim dzieciom, które były wymęczone chorobami czy kalectwami, Chrystus powie: „Przyjdźcie do Raju i wybierzcie w nim najlepsze miejsce”. A dzieci odpowiedzą Chrystusowi tak: „Tu jest wspaniale, Chrystusie, ale my chcemy, żeby razem z nami była i nasz mamusia”, i Chrystus, usłyszawszy prośbę dzieci, znajdzie sposób, aby zbawić ich matkę.

Oczywiście, matki nie powinny rzucać się w drugą skrajność. Niektóre matki wierzą, że ich umarłe dziecko zostało świętym, i od tego wpadają w złudzenie. Jedna taka matka chciała dać mi coś z rzeczy swego zmarłego syna – jako błogosławieństwo, ponieważ wierzyła, że on został świętym. „Pobłogosławicie, – zapytała mnie ona, – dawać ludziom jego rzeczy jako błogosławieństwo?” – „Nie, – powiedziałem jej, – lepiej tego nie trzeba robić”. A druga matka w Wielki Czwartek przymocowała do stojącego pośrodku świątyni Ukrzyżowania fotografię swego dziecka, które zabili Niemcy. Ona mówiła: „I mój syn pocierpiał tak samo, jak Chrystus”. Kobiety, które zostawały w cerkwi na noc przed Ukrzyżowaniem, nie przeszkadzały jej, zostawiwszy ją w spokoju, żeby jej nie ranić. A co można było jej powiedzieć? Przecież jej dusza była poraniona, w traumie.

*Rypida – przedmiot wykorzystywany w liturgii cerkwi wschodnich rytu bizantyjskiego. Ma formę umieszczonego na długim drzewcu wachlarza, współcześnie zazwyczaj okrągłego, ozdobionego wizerunkami cherubinów i serafinów. Symbolizuje aniołów otaczających tron Boży i uczestniczących w nabożeństwie.

Pocieszenie cierpiącego

- Geronda, jakaż ogromna siła niezbędna jest ludziom dla tego, aby nie przestraszyć się nagłej śmierci!

- Jeśli ludzie pojęli najgłębszy sens życia, to oni znajdują siły prawidłowo odnieść się do śmierci. Przecież zrozumiawszy sens życia, oni odnoszą się do śmierci duchowo. Wiecie, ilu podrostków, rozbija się na motorowerach! Wiecie, ilu młodych ludzi ulega wypadkom na motocyklach! Młodzi podnoszą motocykle na tylne koło i w takiej pozycji bardzo łatwo im przewrócić się, uderzyć się głową o asfalt i rozbić sobie głowę. Oni jeszcze uważają za bohatera tego, kto podniesie swój motocykl wyżej od innych. ”Ja, – chwalą się tacy młodzieńcy, – zmusiłem swój motocykl jechać na tylnym kole, jak na tylnych łapkach, ale potem przewróciłem się”. Widzisz, czego uczy ich diabeł, pragnąc, żeby oni zmiażdżyli sobie głowy? Przecież jeśli by oni jechali normalnie, na dwóch kołach, to, nawet gdyby mieli wypadek, oni mogliby uderzyć się nie głową a czymś innym i przeżyć. Jednak jeśli Bóg dopuszcza diabłu robić zło czy też dopuszcza komuś być nieuważnym, to znaczy to, że z diabelskiego zła czy ludzkiej nieuwagi wyjdzie coś dobrego.

- Geronda, w takim razie dlaczego nasza Cerkiew modli się „i abyśmy byli uchronieni” od nagłej śmierci?

- To inna sprawa. Cerkiew prosi Boga, aby śmierć nie zastała nas nieprzygotowanymi.

- Geronda, jedna matka przychodzi tu i niepocieszenie ubolewa, ponieważ posłała swoje dziecko w jakiejś sprawie, a ono zostało na śmierć potrącone przez samochód.

- Zapytajcie ją: „Kierowca potrącił twoje dziecko ze złości? Nie. Ty posłałaś je w jakiejś sprawie żeby uderzył je samochód? Nie. Znaczy, powiedz wiec „Chwała Tobie, Boże”, ponieważ, gdyby samochód go nie zabił, ono mógłoby pójść krzywą drogą. A teraz Bóg zabrał je w najlepszym momencie. Teraz jest ono na Niebie i nie ryzykuje go stracić. Czego ty płaczesz? Czyż ty nie wiesz, że ty swoim płaczem męczysz swoje dziecko? Czego ty chcesz: żeby twoje dziecko męczyło się czy żeby ono radowało się? Postaraj się pomóc innym swoim dzieciom, które żyją w oddali od Boga. O nich powinnaś płakać, a nie o tym, które zostało zabite”. A oto i wczoraj przyszła tu pewna zapłakana matka. „Bóg zabrał mego jedynego syna”, – płakała ona, – i obwiniała za to Boga. „Jeśli ty jak należy pomyślisz o tym, co z tobą się stało, – powiedziałem jej, – to dojdziesz do wniosku, że Bóg uhonorował ciebie. On zabrał do Siebie maleńkiego Anioła, zabrał dziecko ochrzczone, nie dopuścił mu nabyć grzechów i starości. Bóg wziął do Siebie Anioła, a ty Go za to jeszcze i rugasz? Bardzo szybko ty odczujesz, jak twój umarły syn modli się za ciebie do Boga”. Potem ta kobieta opowiedziała mi o swoim życiu. Ona powiedziała, że kiedy była młoda, mogła mieć dużo dzieci, ale wtedy ona tego nie chciała.

Wiecie, ile matek modli się i prosi, żeby ich dzieci żyły z Bogiem! „Ja nie wiem, co Ty uczynisz, Boże mój, – mówią te kobiety, – ja chcę, żeby moje dziecko zbawiło się, żeby ono było z Tobą”. Jednak jeśli Bóg widzi, że dziecko zbije się z prawej drogi, że ono stacza się do zagłady i nie ma innego sposobu aby je zbawić, On bierze je do Siebie nieoczekiwaną śmiercią. Na przykład, On dopuszcza pijanemu kierowcy potrącić dziecko i w ten sposób zabiera je do Siebie. Gdyby dziecko miało możliwość stać się lepszym, to Bóg przeszkodziłby wydarzyć się nieszczęśliwemu wypadkowi. Potem chmiel wietrzeje z głowy i u tego, kto potrącił dziecko. Człowiek dochodzi do siebie i całe dalsze życie męczy go sumienie. „Ja popełniłem przestępstwo”, – mówi taki człowiek i stale prosi Boga, aby On mu przebaczył. W ten sposób ten człowiek też jest zbawiony. A matka poległego dziecka, męcząc się od bólu duszy, zaczyna żyć bardziej skupionym życiem, rozmyśla o śmierci i przygotowuje się do innego życia. Tak zbawia się i ona. Widzicie, jak Bóg za modlitwy matki urządza tak, aby zbawiały się ludzkie dusze? Jednak jeśli matki tego nie rozumieją, to one zaczynają obwiniać Boga! Czegoż tylko Bóg od nas nie słyszy!

Jeśli człowiek przestanie traktować sprawy po świecku, to jego dusza znajduje spokój. Przecież jak człowiek może zdobyć prawdziwe pocieszenie, jeśli on nie wierzy w Boga i w prawdziwe życie – w życie po śmierci, w życie wieczne? Kiedy byłem w monasterze Stomion (obok) w Konicy żyła wdowa, która ciągle chodziła na cmentarz i po kilka godzin szlochała tam histerycznie. Ona uderzała głową o grobową płytę i swoimi krzykami zakłócała spokój całej okolicy! Ona dawała na cmentarzu wyjście całemu swemu bólowi. Ludzie przychodzili tam, zabierali ją, a ona mimo wszystko wracała. Trwało to lata. Mąż tej kobiety był zabity przez Niemców, a jej córka kilka lat po śmierci ojca, ledwie skończyła dziewiętnaście lat, umarła z powodu choroby serca. Tak ta nieszczęsna kobieta została sama. Jeśli ktoś popatrzy na to co się z nią wydarzyło zewnętrznie, to powie: „Dlaczego Bóg dopuścił to?”. I sama kobieta, odnosząc się do tego co się stało z nią właśnie tak – zewnętrznie, nie mogła pocieszyć się. Pewnego razu, kiedy ja też przyszedłem na cmentarz, aby popatrzeć, co się dzieje, ona zaczęła mi mówić: „Dlaczego Bóg uczynił wszystko tak? Mój mąż zabity na wojnie. Miałam jedyną córkę. Bóg zabrał u mnie i ją…” Ona ciągle mówiła, i mówiła, i obwiniała Boga. Dawszy jej trochę wygadać się, powiedziałem: „Ja tobie też coś powiem. Męża twego ja znałem. On był bardzo dobrym człowiekiem. On zginął na wojnie za Ojczyznę, wypełniając swój święty obowiązek. Bóg nie potraktuje go niesprawiedliwie. Potem, po śmierci twego męża, bóg na kilka lat zostawił tobie córkę. Ona żyła z tobą, i ty miałaś jakieś pocieszenie. Jednak potem Bóg, widząc, że dziewczyna, być może, zbłądziłaby (w niedługim czasie) z właściwej drogi, zabrał ją w tym dobrym układzie, w jakim ona była. On uczynił to, aby ją zbawić”. Ta wdowa, choć mąż jej był bardzo spokojnym człowiekiem, sama była trochę świecką. Oczywiście, ja nie powiedziałem jej tego bezpośrednio, nie powiedziałem jej „ty byłaś świeckim człowiekiem”, ale zapytałem ją: „O czym myślisz teraz ty sama? Ty kochasz świat?” – „Ja nie chcę nikogo i niczego widzieć”, – odpowiedziała ona. „Oto widzisz, – powiedziałem jej, – świat umarł dla ciebie też. Ból pomaga tobie i nic światowego ciebie nie interesuje. W taki sposób, bardzo szybko wy wszyscy będziecie razem w Raju. Komu jeszcze Bóg okazał taki zaszczyt, jak tobie? Ty to rozumiesz?” Po tej rozmowie nieszczęsna przestała chodzić na cmentarz. Jak tylko – z cudzą pomocą – udało jej się uchwycić, pojąć najgłębszy sens życia, tak natychmiast też uspokoiła się.

- Geronda, ja słyszałam, że jeśli ktoś umiera zadaną mu śmiercią, to odpłaca za swoje grzechy, ponieważ jego grzechy bierze na siebie zabójca.

- U człowieka zabitego, jeśli można tak się wyrazić, są łagodzące winę okoliczności. On może powiedzieć Bogu tak: „Ja bym pokajał się, ale on mnie zabił”. W ten sposób, ciężar (jego grzechów) pada na zabójcę. Jednak niektórzy, u których brakuje zrozumienia w głowie, mówią: „Gdyby istniał Bóg, On nie pozwolił by dokonać się takiemu mnóstwu przestępstw. On karałby przestępców”. Tacy ludzie nie rozumieją, że Bóg zostawia przestępców żyć dlatego, aby w Dniu Sądu oni nie mieli czym usprawiedliwić się w tym, że oni nie pokajali się, pomimo tego, że On dał im na to lata. A tych, kogo przestępcy zabijają, Bóg też nie opuści.

Śmierć – rozłąka na niedługie lata

My powinniśmy zrozumieć, że w rzeczywistości człowiek nie umiera. Śmierć – to po prostu przesiedlenie z jednego życia do drugiego. To rozłąka na niedługi czas. Na przykład, jeśli człowiek wyjeżdża na rok za granicę, to jego rodzina rozstraja się, ponieważ oni rozłączają się na jeden rok, albo, jeśli on wyjeżdża na dziesięć lat, oni rozstrajają się z powodu tej dziesięcioletniej rozłąki. Podobnie ludzie powinni patrzeć i na tę rozłąkę z kochanymi ludźmi, którą przynosi śmierć. Na przykład, jeśli u starszych ludzi umiera ktoś bliski, to oni powinni powiedzieć: „Za jakieś piętnaście lat my znów spotkamy się”. Jeśli ludzie, u których umrze bliski, jeszcze są młodzi, to niech oni powiedzą: „My znów spotkamy się za pięćdziesiąt lat”. Oczywiście, człowiek doświadcza bólu z powodu śmierci bliskiego mu człowieka, jednak do śmierci trzeba odnosić się duchowo. Pamiętacie, co mówi apostoł Paweł? „Abyście nie ubolewali jak i inni nie mający nadziei” (1Tes.4:13). Na przykład, jak często widziałbym swego zmarłego krewnego, gdyby on pozostawał przy życiu? Raz w miesiącu? Więc trzeba pomyśleć o tym, że tam, w życiu wiecznym, będę widzieć go stale. Nasza trwoga usprawiedliwiona jest tylko w tym przypadku, jeśli człowiek, który umarł, żył źle (– nie po chrześcijańsku). Na przykład, jeśli był on człowiekiem okrutnym, to powinniśmy za nie go dużo modlić się – jeśli my go rzeczywiście kochamy i chcemy spotkać się z nim w innym życiu.

Rozdział trzeci. O życiu po śmierci

Osądzeni umarli

- Geronda, kiedy człowiek umiera, to on od razu rozumie, w jakim jest stanie?

- Tak, on dochodzi do siebie i zadaje sobie pytanie: „Cóż ja narobiłem?”. Ale – „fajda yok” [65] – to znaczy w tym, że on zadaje sobie takie pytanie, już on nie ma korzyści. Na przykład, pijany, zabiwszy swoją matkę, śmieje się, wyśpiewuje piosenki, ponieważ nie rozumie, co narobił. A kiedy wywietrzeje z głowy, on zaczyna płakać, szlochać, pytać siebie: „Cóż ja narobiłem?” To samo dzieje się i z tym, kto żyje grzesznie. Ci ludzie podobni są do pijanych. Oni nie rozumieją, co robią, nie odczuwają swojej winy. Jednak kiedy oni umierają, z ich głowy wietrzeje (ziemski) chmiel i oni dochodzą do siebie. U nich otwierają się oczy duszy, i oni uświadamiają sobie swoją winę, ponieważ dusza, wyszedłszy z ciała, porusza się, widzi, odczuwa wszystko z niepojętą szybkością.

Niektórzy zaniepokojeni są tym, kiedy będzie Drugie Przyjście. Jednak dla człowieka umierającego Drugie Przyjście, jeśli można tak wyrazić się, już następuje. Ponieważ człowiek sądzony jest według tego stanu, w jakim zastaje go śmierć.

- Geronda, a czego doświadczają teraz ci, którzy są w piekielnej męce?

- Ci ludzie są osądzeni. Są w więzieniu, oni doświadczają męki odpowiednio do tych grzechów, jakie popełnili w ziemskim życiu. Ci ludzie oczekują, ostatecznego sądu – nadchodzącego Sądu Chrystusowego. Ale wśród nich są skazańcy surowego i szczególnego reżimu, a są i osądzeni na łagodniejsze kary.

- A gdzie są teraz święci i rozsądny rozbójnik? (Patrz Łk.23:32-33 i 39-43)

- Święci i rozsądny rozbójnik są teraz w Raju, ale oni jeszcze nie przyjęli ostatecznej sławy, podobnie do tego jak i osądzeni w piekle jeszcze nie otrzymali ostatecznego potępienia. Bóg jeszcze tyle wieków temu powiedział: „Pokajajcie się, przybliżyło się Carstwo Niebiańskie” (Mt.3:2). Ale nie patrząc na to, On ciągle przedłuża i przedłuża czas, ponieważ oczekuje naszej poprawy [66]. Ale my, przedłużając przebywanie w naszych namiętnościach i grzechach, przejawiamy przez to niesprawiedliwość wobec świętych, ponieważ oni (z naszego powodu) nie mogą otrzymać ostatecznej sławy, którą przyjmą po nadchodzącym Strasznym Sądzie.

Modlitwa za zmarłych i nabożeństwa o pokój dusz

- Geronda, czy mogą modlić się umarli skazańcy?

- Oni opamiętują się i proszą o pomoc, jednak pomóc sobie już nie mogą. Ci, którzy są w piekle, chcieliby od Chrystusa tylko jednego: aby On dał im pięć minut ziemskiego życia, żeby pokajać się. My, żyjący na ziemi, mamy zapas czasu na pokajanie, podczas gdy nieszczęśni umarli już nie mogą sami poprawić swojej sytuacji, ale oczekują pomocy od nas. Dlatego my mamy obowiązek pomagać im swoją modlitwą.

Myśli mówią mi, że tylko dziesięć procent osądzonych zmarłych jest w stanie demonicznym, będąc w piekle, bluźnią Bogu, podobnie jak robią to demony. Te dusze nie tylko nie proszą o pomoc, ale i nie przyjmują jej. Bo i po co im pomoc? Co może uczynić dla nich Bóg? Wyobraźcie, że dziecko odchodzi z domu swego ojca, trwoni cały swój majątek i w dodatku do tego wszystkiego jeszcze i oczernia ojca najohydniejszymi słowami. E-e, czym więc może pomóc mu ojciec? Jednak inni osądzeni w piekle – ci, którzy mają trochę bogobojności, odczuwają swoją winę, kajają się cierpią za swoje grzechy. Oni wołają o pomoc i otrzymują istotną pomoc od modlitw wierzących. To znaczy teraz Bóg daje tym osądzonym ludziom sprzyjającą możliwość otrzymania pomocy do tej pory, póki nie nastąpi Drugie Przyjście. W życiu ziemskim przyjaciel cara może wstawić się przed nim, aby pomóc jakiemuś skazańcowi. Podobnie temu, jeśli człowiek jest „przyjacielem” Boga, to on może wstawić się swoją modlitwą przed Bogiem i wystarać się skazanym zmarłym o przeniesienie z jednego „więzienia” do drugiego – do lepszego, z jednej „celi” do drugiej, wygodniejszej. On nawet może wystarać się im o przeniesienie z „celi” do jakiegoś „pokoju” albo „mieszkania”.

Podobnie do tego jak, odwiedzając uwięzionych, przynosimy im napoje chłodzące i temu podobne i łagodzimy przez to ich cierpienia, tak samo łagodzimy cierpienia zmarłych modlitwami i jałmużnami, które czynimy za pokój ich dusz. Modlitwy żywych za zmarłych i nabożeństwa odprawiane za pokój ich dusz – to ostatnia możliwość otrzymania pomocy, którą daje zmarłym Bóg – przed Drugim Przyjściem. Po Ostatecznym Sądzie nie będzie już możliwości otrzymania przez nich pomocy.

Bóg chce pomóc zmarłym, ponieważ On ubolewa za nich, jednak On nie czyni tego, ponieważ jest u Niego szlachetność. On nie chce dać diabłu prawa powiedzieć: „Jakże Ty zbawiasz tego grzesznika, przecież on w ogóle się nie trudził?” Jednak, modląc się za zmarłych my dajemy Bogu „prawo” do interwencji. Trzeba powiedzieć i o tym, że do większej „czułości” Boga doprowadzają nasze modlitwy za zmarłych, niż za żywych.

Dlatego nasza Cerkiew i ustanowiła poświęcenie koliwa za pokój dusz, nabożeństwa za pokój dusz, panichidy. Nabożeństwa za pokój dusz – to najlepszy adwokat dusz zmarłych. Nabożeństwa o pokój dusz posiadają taka siłę, że mogą wyprowadzić duszę z piekła. I wy po każdej Boskiej Liturgii poświęcajcie koliwo za zmarłych. W pszenicy jest sens: „Sieje się w stanie ulegającym rozkładowi, powstaje w stanie niezniszczalności” (1Kor.15:42), – mówi Pismo Święte. W świecie niektórzy ludzie lenią się ugotować trochę pszenicy i zanieść do cerkwi i niosą do cerkwi rodzynki, ciastka, pierniki, aby kapłani przeczytali nad tym wszystkim modlitwę o pokój dusz zmarłych. A na Świętej Górze stareńcy mnisi na każdej Boskiej Liturgii poświęcają koliwo i za zmarłych i za czczonego danym dniu Świętego, dlatego aby mieć jego błogosławieństwo.

- Geronda, a ludzie, którzy niedawno zmarli, mają większą potrzebę w modlitwie?

- No a jakże! Kiedy człowiek tylko trafia do więzienia, czyż na początku nie jest mu szczególnie ciężko? Módlmy się za zmarłych, którzy nie prowadzili życia podobającego się Bogu, aby Bóg jakoś im pomógł. Zwłaszcza jeśli wiemy, że człowiek był twardy czy okrutny – dokładniej, jeśli on wydawał się okrutnym, ponieważ czasem my uważamy człowieka za okrutnego, a w rzeczywistości on nie jest taki. A jeśli taki człowiek jeszcze i żył grzesznie, to trzeba nam za niego dużo modlić się, dawać jego imię na wspomnienie podczas Boskiej Liturgii, zapisywać go na sorokousty (czterdziestodniowe wspomnienia) i dawać biedakom jałmużnę o zbawienie jego duszy, dlatego aby, usłyszawszy modlitwę biedaków: „Niech będzie błogosławiony proch jego”, Bóg skłonił się ku miłosierdziu i zmiłował się nad tym człowiekiem. W ten sposób, to, czego nie zrobił sam człowiek, zrobimy za niego my. A oto jeśli u człowieka była dobroć, nawet jeśli on i nie żył dobrze, – to od małej modlitwy on otrzyma wielki pożytek. To dzieje się dlatego, że on miał dobre usposobienie.

Ja znam przypadki, świadczące o pożytku, który zmarli otrzymują od modlitwy duchowych ludzi. Pewien człowiek przyszedł do mnie do celi i z płaczem powiedział: „Geronda, ja przestałem modlić się za pewnego zmarłego znajomego, i on zjawił mi się we śnie. „Ty, – powiedział on, – nie pomagałeś mi już dwadzieścia dni. Ty zapomniałeś o mnie i ja cierpię”. I rzeczywiście, ja zapomniałem o nim akurat dwadzieścia dni temu z powodu mnóstwa trosk, i w te dni nie modliłem się nawet za siebie”.

- Geronda, kiedy ktoś umiera i prosi nas pomodlić się za niego, to czy właściwe będzie odmawiać za niego jedną czotkę przez pierwsze czterdzieści dni po śmierci?

- Jeśli ty modlisz się za zmarłego z czotkami, to razem z nim módl się i za innych zmarłych. Dlaczego pociąg ma jechać tak daleko z jednym tylko pasażerem? Przecież on może wziąć i innych. Wiecie, ilu zmarłych potrzebuje modlitwy? Nieszczęśni proszą o pomoc, i nie mają oni nikogo, kto by za nich się pomodlił! Niektórzy ludzie bardzo często odprawiają panichidę za kogoś ze swoich zmarłych krewnych. Ale od tego nie otrzymuje pomocy nawet ten człowiek, za którego odprawiana jest modlitwa, ponieważ taka modlitwa nie bardzo miła jest Bogu. Skoro oni odprawili za tego zmarłego już tyle nabożeństw o pokój duszy, to niech jednocześnie modlą się i za innych zmarłych.

- Geronda, czasem ja zaczynam niepokoić się o zbawienie swego ojca, ponieważ on nie miał z Cerkwią żadnego związku.

- Ty do ostatniej chwili nie możesz wiedzieć tego, jaki będzie Sąd Boży. Kiedy ciebie to niepokoi? Każdą sobotę?

- Ja nie zwracałam na to uwagi. A dlaczego każdą sobotę?

- Ponieważ sobota – to dzień zmarłych, umarli mają do niego prawo.

- Geronda, a ci umarli, za których nie ma komu modlić się? Czy otrzymają oni pomoc od ludzi, którzy modlą się za zmarłych w ogóle – nie wymieniając konkretnych imion?

- Oczywiście, otrzymają. Ja, modląc się za wszystkich zmarłych, widzę we śnie i swoich rodziców, ponieważ oni radują się z modlitwy, którą ja dokonuję. Każdy raz, kiedy u mnie w Celi służona jest Boska Liturgia, ja odprawiam i ogólną litanię o pokój dusz wszystkich zmarłych, modlę się za zmarłych królów, biskupów i tak dalej. A na koniec mówię „i za tych których imion nie wspomniałem”. A jeśli czasem opuszczam modlitwę za zmarłych, to moi zmarli znajomi zjawiają się mi. Jeden mój krewny był zabity na wojnie, i ja nie zapisałem jego imienia dla wspomnienia na litanii za pokój dusz, ponieważ było ono zapisane do wspomnienia na proskomidii razem z innymi, którzy padli śmiercią bohaterską. I oto ja zobaczyłem tego człowieka w całej postaci stojącego przede mną podczas litanii za pokój dusz. I wy podawajcie dla wspomnienia na proskomidii nie tylko imiona chorych, ale i imiona zmarłych, ponieważ zmarli mają wielką potrzebę w modlitwach.

Najlepsze modlitewne wspomnienie zmarłych

Pożyteczniejszym, niż wszystkie niż wszelkie wspomnienia i nabożeństwa za pokój dusz, które możemy odprawiać za zmarłych, będzie nasze uważne życie, ta walka, którą prowadzimy ze względu na to, aby odciąć swoje wady i oczyścić duszę. Przecież rezultatem naszej wolności od rzeczy materialnych i od namiętności duszy będzie nie tylko to, że my sami odczujemy ulgę. Ulgę otrzymają i zmarli praojcowie całego naszego rodu. Zmarli doświadczają radości, jeśli ich potomkowie żyją z Bogiem, Jeśli my nie jesteśmy w dobrym duchowym stanie, to nasi zmarli rodzice, dziadkowie i pradziadkowie, wszyscy nasi przodkowie cierpią. „Popatrz no, jak żyje nasz potomek!” – mówią oni i rozstrajają się. Jednak, jeśli my jesteśmy w dobrym duchowym układzie, oni radują się, ponieważ byli współpracownikami Boga w naszych narodzinach i Bóg w pewien sposób zobowiązany jest im pomóc. To znaczy zmarłym dostarczy radości, jeśli my podejmiemy trud ascetyczny i postaramy się dziękować Bogu swoim życiem. Postępując tak, my spotkamy się z naszymi zmarłymi w Raju, i wszyscy razem będziemy żyć w życiu wiecznym.

Z tego wynika, że warto jest trudzić się i prowadzić walkę z naszym starym, ulegającym rozkładowi człowiekiem, aby stawszy się nowym, on już nie szkodził ani sobie, ani innym ludziom, ale pomagał i sobie, i innym – są oni żywi czy umarli.

Śmiałość prawych (sprawiedliwych) wobec Boga

- Geronda, w liście do mnichów nowicjuszy Wy piszecie: „Choć prawdziwi mnisi rozumieją, że to, co oni otrzymują w tym życiu, jest tylko częścią rajskiej radości i że w Raju ona będzie większa, ale przy tym z powodu wielkiej miłości do swego bliźniego chcą jeszcze pożyć na ziemi, aby pomóc ludziom modlitwą, dlatego aby w sprawy świata interweniował Bóg i świat otrzymał pomoc” [57].

- Czytaj: „Mnich chce pożyć na ziemi, dlatego żeby cierpieć razem z ludźmi i pomagać im modlitwą”.

- Geronda, a w innym życiu prawdziwy mnich też swoją modlitwą będzie pomagać ludziom?

- On będzie pomagać im swoją modlitwą i w innym życiu, ale wtedy on nie będzie cierpieć, podczas gdy teraz on im współcierpi. On nie żyje na ziemi śpiewająco, „ze szczęśliwymi oczyma i lśniącą twarzą”! Jednak, im większe cierpienie mnich doświadcza za swego bliźniego, tym większym boskim pocieszeniem mu wynagradza się, i ta nagroda w jakiś sposób powiadamia mnicha, że jego bliźni otrzymał pożytek. Ta rajska radość jest boską nagrodą za ból, który on doznaje za swego brata.

- Geronda, to znaczy święci, których my prosimy o pomoc, nie współcierpią razem z nami?

- Tak. bracie ty mój, – przecież tam nie ma bólu! Gdzież im cierpieć? W Raju? „Gdzie nie ma choroby, ani smutku, ani westchnień” (Z kondakionu o pokój duszy „So swiatymi upokoj… (ze świętymi daj im odpoczynek…)). Czyż nie tak mówi się o Raju? Oprócz tego, święci (doświadczalnie) wiedzą o tej boskiej nagrodzie, którą przyjmują ludzie, męczący się w tym życiu, i ta wiedza dostarcza im radość. Przecież inaczej i Sam Bóg, mając tyle miłości, tyle współczucia, jak mógłby znosić ten wielki ludzki ból? On może go znosić, ponieważ wie o tej boskiej nagrodzie, która oczekuje cierpiących ludzi. To znaczy, im bardziej męczą się ludzie tu, tym większą niebiańską nagrodę Bóg odkłada im na Niebie. A oto my tego wszystkiego nie widzimy i dlatego współczujemy i współcierpimy tym, którym jest boleśnie. Ale jeśli człowiek choćby niewiele widzi, co oczekuje cierpiących w innym życiu, i wie o tej boskiej nagrodzie, którą oni otrzymają, to jego cierpienie nie jest tak wielkie.

- Geronda, a jeśli my prosimy Boga aby pomógł zmarłemu, który nie potrzebuje tej pomocy? Wtedy nasza modlitwa czyniona jest ma próżno?

- Jakże ona może być czyniona na próżno? Kiedy my mówimy: „Upokoj raba Twojeho (wymieniamy imię)” (Daj odpoczynek niewolnikowi (słudze) Twemu), a ten człowiek w innym życiu jest blisko Boga, to on nie obraża się na nas. Przeciwnie: nasza modlitwa doprowadza go do wzruszenia. „Popatrz no, – mówi on, – ja jestem w Raju, blisko Boga, a oni przeżywają”. Tak nasza modlitwa działa na luboczsetije tego człowieka, i, modląc się o nas do Boga, on pomaga nam jeszcze więcej. Ale, poza tym, skąd ty wiesz, w jakim stanie jest ten czy inny zmarły? Oczywiście, przede wszystkim trzeba modlić się za tych, o kim ty wiesz, że swoim ziemskim życiem on zmartwił Boga. Dlatego trzeba modlić się za innych podobnych mu zmarłych, a potem – modlić się za wszystkich zmarłych w ogóle.

Nadchodzący Straszny Sąd

- Geronda, jak oczyszcza się dusza?

- Jeśli człowiek potrudzi się w zachowaniu i przestrzeganiu przykazań Bożych, jeśli on dokonuje pracę nad sobą, jeśli on oczyszcza się z namiętności, to jego umysł oświeca się. On wznosi się na wysokość postrzegania i przeżywania, i jego dusza staje się taką, jaką była dusza człowieka przed upadkiem pierwszych ludzi. W takim stanie człowiek będzie po wskrzeszeniu umarłych. Jednak, całkowicie oczyściwszy się z namiętności, człowiek może zobaczyć wskrzeszenie swojej duszy przed powszechnym zmartwychwstaniem. Jeśli to wydarzy się, to jego ciało będzie anielskim, bezcielesnym i nie będzie on się troszczyć o materialny pokarm.

- Geronda, a jak będzie odbywać się Straszny Sąd?

- Na Strasznym Sądzie w jednej chwili będzie odkryte, w jakim stanie jest każdy człowiek. Każdy sam pójdzie w to miejsce, którego jest godzien. Każdy, jak w telewizorze, będzie widzieć i swoją własną nieużyteczność i duchowy stan innego. Człowiek jak w lustro będzie patrzeć w swego bliźniego i, skłoniwszy głowę pójdzie na swoje miejsce. Na przykład, synowa w życiu ziemskim siedziała przed swoją teściową noga na nogę, a teściowa ze złamaną nogą troszczyła się o jej, synowej, syna – swego wnuka. Jeśli na Strasznym Sądzie ta synowa zobaczy, że Chrystus umieszcza jej teściową w Raju, a jej samej tam nie biorą, to ona nie będzie mogła w niczym sprzeciwić się i zapytać Chrystusa, dlaczego On to robi. Przecież ta ziemska scena będzie u niej przed oczyma. Ona będzie pamiętać, jak jej teściowa ze złamaną nogą opiekowała się wnukiem, i nie ośmieli się pójść do Raju. A i sama ona nie będzie mogła zmieścić się w Raju. A, na przykład, mnisi zobaczą te trudności, te wypróbowania, które przeżywali ludzie świeccy, zobaczą, jak oni je pokonywali. Jeśli mnisi żyli niewłaściwie, to oni, schyliwszy głowę, sami pójdą na to miejsce, które zasługują. Mniszki które nie zadowoliły Boga, zobaczą na Strasznym Sądzie matek-bohaterek, które nie składały mnisich ślubów, nie miały tych błogosławionych i sprzyjających możliwości, jakie mają mniszki, i, pomimo tego, podjęły ascetyczny trud i osiągnęły wysoki poziom stanu duchowego. Jak więc, widząc to wszystko, zawstydzą się mniszki z powodu małostkowości i nikczemności, którymi one zajmowały się i od których same też się męczyły! Oto tak, – mówią mi myśli, – odbędzie się Straszny Sąd. Czyli na Strasznym Sądzie Chrystus nie będzie mówić: „Chodź-no tu, co ty tam narobiłeś?” albo „Ty pójdziesz do piekła, a ty do Raju”. Nie: każdy człowiek porównując siebie z innymi, sam pójdzie na to miejsce, które on zasługuje.

Przyszłe życie

- Geronda, ja przyniosłam słodycze, abyście Wy poczęstowali siostry.

- Popatrz-no, jak one radują się! W innym życiu my będziemy mówić: „Z jakich zaś głupot myśmy się cieszyli! Jak też nas wtedy te głupstwa podniecały i niepokoiły!” A teraz, u-u-u, nasze serce wprost skacze od tych radości.

- Geronda, a jak nam zrozumieć (marność i próżność tych radości) już teraz?

- Jeśli wy zrozumiecie to teraz, to nie powiecie tak w życiu przyszłym. Co by nie mówić, ale ci, którzy żyją tam, na Niebie, żyją dobrze. Wiesz, jakim rękodziełem zajmują się na Niebie? Nieustannym wysławianiem Boga.

- Geronda, dlaczego martwe ciało nazywane jest „ostankami” „szczątkami”?

- Dlatego że ciało – to jest to, co zostaje na ziemi po człowieku, po jego śmierci. Podstawowy człowiek – to dusza – odchodzi na Niebo. Na nadchodzącym Sądzie Bóg wskrzesi i ciało człowieka, aby był on sądzony razem z nim, ponieważ człowiek razem z nim żył i grzeszył. W innym życiu wszyscy będą mieć jednakowe ciało – ciało duchowe, wszyscy będą jednakowego wzrostu: i maleńcy, i wysocy, wszyscy będą w jednakowym wieku: i młodzieńcy, i staruszkowie, i niemowlęta – ponieważ u wszystkich ludzi jest jednakowa dusza. To znaczy w innym życiu u wszystkich ludzi będzie jeden i ten sam anielski wiek.

- Geronda, a w przyszłym życiu ci, którzy będą przebywać w piekle, będą mogli widzieć tych, którzy będą w Raju?

- Wyobraź sobie, że nocą w pokoju pali się ogień. Ci, którzy stoją na ulicy, widzą tych, którzy są w tym jasnym pokoju. Tak samo i ci, którzy będą przebywać w piekle, będą widzieć tych, którzy będą przebywać w Raju. I to będzie dla nich jeszcze większą męką. I wyobraź znów: ci, którzy nocą przebywają w świetle, nie widzą tych, którzy stoją na zewnątrz w ciemności. Tak samo i przebywający w Raju, tych, którzy w są piekle, nie zobaczą. Przecież gdyby ci, którzy są w Raju, widzieli męczących się grzeszników, to im byłoby boleśnie, oni smuciliby się z powodu ich gorzkiej doli i nie mogliby rozkoszować się Rajem. Ale w Raju „Nie ma bólu…” Ci, którzy są w Raju, nie tylko nie będą widzieć tych, którzy są w piekle – oni nawet nie będą pamiętać, czy mieli brata, czy ojca, czy matkę, jeśli i ci nie będą w Raju razem z nimi. „W tym dniu zginą wszystkie myśli jego” (Ps.145:4), – mówi piewca psalmów. Przecież jeśli przebywający w Raju będą pamiętać o swoich męczących się w piekle krewnych, to jakiż to będzie dla nich wtedy Raj? I mało tego: ci którzy w Raju, będą myśleć o tym, że innych ludzi (poza tymi którzy są w Raju) nie ma. Oni również nie będą pamiętać i o tych grzechach, które popełnili w życiu ziemskim. Jeśli oni będą pamiętać o swoich grzechach, to od luboczestija (z czcigodności, pobożności) nie będą w stanie znieść myśli, że zasmucili Boga.

Trzeba powiedzieć i o tym, że ilość radości, której będzie doświadczać każdy człowiek w Raju, nie będzie jednakowa. U jednego będzie naparstek radości, u drugiego – kielich radości, u trzeciego – całe jezioro radości. Jednak każdy będzie odczuwać siebie napełnionym, i nikt nie będzie wiedzieć – ile radości, ile boskiej wesołości doświadcza drugi. Dobry Bóg urządził tak, ponieważ, gdyby jeden człowiek wiedział o tym, że drugi doświadcza większej radości, niż on, to Raj nie byłby Rajem, ponieważ wtedy w raju zaczęły by się (zawiści, podobne do ziemskich) „dlaczego on doświadcza większej radości, a ja mniejszej?”. Czyli każdy w Raju zobaczy chwałę Bożą odpowiednio do czystości oczu swojej duszy. Jednak ta ostrość duchowego widzenia (chwały Bożej) nie będzie ustalona przez Boga. Ona będzie zależeć od czystości każdego oddzielnego człowieka.

- A oto niektórzy, Geronda, nie wierzą w to, że istnieje piekło i Raj.

- Nie wierzą w to, że jest piekło i Raj? Ale jeśli nie ma Raju i piekła, to jak martwi mogą istnieć w niebycie? Przecież oni – dusze! Bóg jest nieśmiertelny (z natury), a człowiek nieśmiertelny z Łaski. Więc, i w piekle on też zostanie nieśmiertelnym. Oprócz tego, nawet w tym ziemskim życiu nasza dusza w jakimś stopniu przeżywa Raj albo piekło – zgodnie ze stanem, w którym się znajduje. Jeśli człowieka męczą wyrzuty sumienia, jeśli on odczuwa strach, zmieszanie, trwogę duszy, rozpacz czy też opętany jest przez nienawiść, zawiść i tym podobne, to on (jeszcze w ziemskim życiu) żyje w piekielnej męce. A oto jeśli w człowieku jest miłość, radość, pokój, pokora, łagodność, dobroć i temu podobne, to on (jeszcze w ziemskim życiu) żyje w Raju. Cała podstawa wszystkiego – to dusza. Przecież to ona odczuwa i radość i ból. Spróbuj-no podejdź do zmarłego i zacznij mówić mu najprzyjemniejsze dla niego rzeczy, na przykład: „Przyjechał twój brat z Ameryki”, albo coś podobnego. On nic nie zrozumie. Jeśli zaś ty rzucisz się na niego i połamiesz mu ręce i nogi, to on też niczego zrozumie. Z tego wynika to, że w człowieku odczuwa nic innego, jak dusza. Czyż to wszystko nie zmusza do myślenia tych ludzi, którzy wątpią w istnienie piekła i Raju? Albo przypuśćmy, że ty widzisz wspaniały przyjemny sen. Ty radujesz się, twoje serce rozkosznie bije, i ty nie chcesz, żeby ten sen skończył się. Ty budzisz się, i żałujesz, że się przebudziłeś. Albo też ty widzisz zły sen. Na przykład tobie śni się, że upadłeś i połamałeś sobie nogi, we śnie ty cierpisz płaczesz. Ze strachu przebudzasz się z mokrymi oczyma, widzisz, że z tobą nic się nie stało i radośnie wykrzykujesz: „Chwała Bogu, że to był tylko sen!” To znaczy uczestniczy w tym dusza. Widząc zły sen, człowiek cierpi bardziej, niż cierpiałby w rzeczywistości, podobnie jak chory nocą cierpi bardziej niż w dzień. Tak samo, kiedy człowiek umrze i pójdzie w piekielną mękę, dla niego będzie to bardziej bolesnym i smutnym (niż ten stan piekielnej męki, którą on, być może, przeżywał na ziemi). Wyobraźcie sobie, że człowiek wiecznie przeżywa koszmarny sen i wiecznie męczy się. Tu i przez kilka minut nie może wytrzymać złego snu. A wyobraź sobie – Boże zachowaj! – przebywać w smutku i boleści (wiecznie). Dlatego do piekła lepiej nie trafiać. Co wy na to powiecie?

- Geronda, my tyle czasu walczymy, żeby nie trafić do piekła. A co, według Was, my tam jednak trafimy?

- Jeśli nie będzie u nas rozumu, to trafimy. Ja oto czego nam pożyczę: jeśli już do Raju, to wszystkim, a jeśli już do piekła – to nikomu… Prawidłowo mówię czy nie? Będzie bardzo niewdzięcznym, jeśli po tym wszystkim, co Bóg uczynił dla nas, ludzi, my trafimy w piekielną mękę i zmartwimy Go. A uchroń Boże – aby nie tylko człowiek do piekła trafił, ale nawet i ptaszek.

Niech Dobry Bóg da nam dobre pokajanie, aby śmierć zastała nas w dobrym duchowym układzie i my znów wrócili do Jego Niebiańskiego Carstwa. Amiń.

 

Przypisy

[1] W prawosławnej teologii „ekonomią” nazywa się odchylenie w szczególnych przypadkach od ścisłego sensu Świętych Kanonów w ich praktycznym zastosowaniu. Cerkiew korzysta z ekonomii według wzorca niewypowiedzianej wyrozumiałości i miłości Bożej do człowieka, i celem stosowania tego – jest duchowy pożytek i zbawienie człowieka. (Dalej uwagi greckich wydawców dawane są bez zaznaczenia).

[2] Odpowiada jedenastej klasie rosyjskiej szkoły średniej.

[3] W 1966 roku Starec leżał w szpitalu, gdzie miał operację płuc, z powodu bronchiektazy (rozstrzenia oskrzeli).

[4] „Korony wkładane są na głowy nowożeńców, symbolizując zwycięstwo – to, że, nie poddawszy się porażce, oni przystępują do małżeńskiego łoża, to, że nie dali się oni pokonać rozkoszy”.

[5] Starec ma na myśli pracę ojca duchowego z małżonkami. Ta praca nazywana jest skuteczną w tym przypadku, kiedy mąż i żona mają jednego ojca duchowego, to znaczy ich „sęczki” i „guzki (szyszki)” ostrugiwane są jednym „hebelkiem”.

[6] Epir – region w zachodniej Grecji.

[7] Jatagan – wielki zakrzywiony turecki sztylet.

[8] Talasemia – dziedziczna niedokrwistość hemolityczna z zaburzeniem syntezy białek globiny, powszechna w krajach śródziemnomorskich. Choroba prowadzi do postępującej anemii, powiększenia wątroby i śledziony, żółtaczki itp.

[9] Konica – miasteczko w Zachodniej Grecji. Tam upłynęły dziecięce lata Starca. W 1958-1960 latach błażenny Starec Paisij trudził się ascetycznie w monasterze Stomion, położonym niedaleko od Konicy.

[10] W młodości Starec Paisij wyuczył się zawodu cieśli.

[11] W Grecji szczątki zmarłych po 3-4 latach po śmierci wyjmowane są z mogiły, obmywane i składane w specjalnych grobowcach. Jeśli ciało zmarłego nie rozłożyło się, to go znów zakopują do mogiły i wzmagają modlitwę o pokój duszy zmarłego.

[12] Wypowiedziane w 1990 roku – 4000 greckich drachm – około 12 dolarów USA.

[13] Makrijanis Ioannis (1797-1864) – generał dywizji, narodowy bohater Grecji. Jeden z najbardziej ofiarnych i bezinteresownych bojowników przeciwko Turkom podczas rewolucji greckiej (1821-1830) Autor „Wspomnień” z rewolucji i walk o wyzwolenie. Życie Ioannisa Makrijanisa jest wspaniałym przykładem ofiarnej chrześcijańskiej miłości do Boga, bliźniego i Ojczyzny.

[14] Poczęcie i narodziny Przenajświętszej Bogarodzicy było naturalne, a nie dziewicze. „Ona była Wszechczystą”, ponieważ, jak pisze Święty Jan Damasceński w swoim „Słowie na Narodzenie Przenajświętszej Władczyni naszej Bogarodzicy i Zawsze Dziewicy Marii”, ona była poczęta „cełomudrenno – rozważnie, cnotliwie, powściągliwie, rozsądnie)”. Ale i Sama Ona Swoim trudem ascetycznym pomnożyła otrzymaną od rodziców świętość, odrzucając „wszelką zbędną i szkodliwą dla duszy myśl do tego, zanim jej zakosztowała”.

[15] Od 1962 do 1964 roku Starec Paisij trudził się na Synaju w Askiterium Świętych Jepistimii i Hałaktiona. Na czym polegało wspominane cudowne wydarzenie, on nam nie powiedział.

[16] W jednym ze swoich listów Starec Paisij pisze odnośni małżeńskich relacji (stosunkach) następujące: „Ty pytasz mnie o małżeńskie relacje żonatych duchownych i świeckich. Święci Ojcowie nie dają dokładnych określeń o tym, jak powinny układać się te relacje. To znaczy, że małżeńskie relacje są tematem, który nie może być jednoznacznie określony, ponieważ wszyscy ludzie nie mogą żyć według jednego szablonu. Kwestię relacji małżeńskich Ojcowie zostawiają na rozważanie, luboczestije, duchową wrażliwość, i siłę każdego człowieka. Dla tego aby być bardziej zrozumiałym, przytoczę przykłady z życia ludzi trudzących się ascetycznie – żonatych duchownych i świeckich. Ci ludzie do tej pory żyją, i my się znamy. Wśród nich są tacy, którzy, stworzywszy rodzinę, weszli w związki małżeńskie i zrodzili jedno, dwoje czy troje dzieci, po czym żyją w dziewictwie. Drudzy raz w roku wstępują w kontakt małżeński dla zrodzenia dzieci, a cały pozostały czas żyją jak brat z siostrą. Trzeci powstrzymują się od stosunków małżeńskich podczas postów, a potem wstępują w małżeńskie kontakty. Czwartym nie udaje się wypełnić nawet tego. Są małżonkowie, mający kontakty w środku tygodnia, aby trzy dni przed Boskim Pryczaszczenijem i trzy dni po Nim być w czystości. Inni potykają się i na tym. Dlatego, ukazawszy się po Swoim Zmartwychwstaniu apostołom, Chrystus, dawszy im władzę odpuszczania grzechów, przede wszystkim powiedział im: „Jak posłał Mnie Ojciec, i Ja posyłam was… Przyjmijcie Ducha Świętego: Komu odpuścicie grzechy, odpuszczone im będą: i komu zatrzymacie, będą zatrzymane”. Cel w tym, aby każdy trudził się z rozsądkiem i luboczestijem, odpowiednio do swoich duchowych sił. Oczywiście, na początku przeszkadza młodość. Ale z upływem czasu ciało słabnie i duch może zająć panujące położenie. A kiedy to się dzieje, to nawet żonaci ludzie zaczynają kosztować coś małego z boskich rozkoszy. Oni naturalną drogą odchodzą od rozkoszy cielesnych, na które patrzą już jak na zupełnie nieistotne. Tak ludzie, żyjący w małżeństwie, w pewien sposób oczyszczają się i, wchodząc (wspinając się) po łatwej, łagodnie wznoszącej się, krętej ścieżce, przychodzą do Raju. Podczas gdy mnisi wznoszą się do Raju, idąc prosto – pionowo, wdrapując się po skałach. Ty powinieneś mieć na uwadze i to, że problem stosunków małżeńskich – to nie tylko twój problem i ty nie masz prawa regulować tego zagadnienia sam, ale, jak pisze apostoł Paweł: „za zgodą”. Ale i kiedy małżonkowie przystępują do tej (wstrzemięźliwości) „za zgodą”, też niezbędna jest uwaga. Silny małżonek powinien stawiać siebie na miejsce słabego. Często bywa tak: jedna połowa zgadza się powstrzymywać się, aby nie sprawić przykrości drugiej, ale wewnętrznie cierpi. Najczęściej zdarza się to z kobietami, które mają w pewnej mierze strach Boży, jednak u nich gra ciało i ulegają mu. Często z nierozsądności niektórzy bogobojni mężowie, słysząc od swoich żon słowa zgody, nierozsądnie powstrzymują się od stosunków małżeńskich na długo czas. A żony w tym przypadku cierpią i znajdują rozładowanie w załamaniach nerwowych i temu podobnym. Mężowie myślą, że ich żony osiągnęły sukces w cnotliwości, i chcą żyć bardziej czysto, wstępując w intymne stosunki w dłuższych odstępach czasu. A potem u żon zaczynają się pokusy i one chcą znaleźć kogoś innego. Kiedy zdarzają się upadki, one zaczynają męczyć się wyrzutami sumienia, a mężowie, widząc, że żony nie są przychylne (do stosunków małżeńskich), starają się żyć w jeszcze większej czystości. Oni myślą, że ich żony odniosły sukcesy duchowe i nie chcą stosunków cielesnych. Oczywiście, przyczyna tego wszystkiego w kobiecym egoizmie, który wytłumaczymy, i w zazdrości, jakiej doznaje kobieta, czując się niepełnowartościową. Widząc, że mąż chce żyć duchowym życiem, małżonka zaczyna łamać się, pragnąc go prześcignąć. Wybacz mi za to, że wszedłem do cudzego ogrodu, bo zajęcie mnicha – czotki, a nie podobne tematy. Ale, żeby nie sprawiać ci przykrości, musiałem napisać trochę o tym (o czym wiem z daleka), o tym, co męczy naszych braci i sióstr w świecie i daje wrogowi możliwość działania (przeciwko nim). Wielkie znaczenie ma to, czy podobni są małżonkowie do siebie w swoim usposobieniu, typie. Kiedy jedno z małżonków – człowiek łagodny, a drugie żywy, energiczny, to trzeba, aby silniejszy przynosił siebie w ofiarę słabemu. I stopniowo, przy pomocy silnego, stanie się mocnym i słaby. I wtedy, będąc silnymi, oboje powinni iść do przodu”.

[17] Wypowiedziane w listopadzie 1990 roku.

[18] W 1977 na zaproszenie Cerkwi Starec odwiedził Australię dla tego, żeby pomóc żyjącym tam prawosławnym Grekom.

[19] Patrz Swiatitiel Ioann Złotousty. O dziewictwie 17, PG 48, 546.

[20] W żywocie priepodobnego Arsienija Kapadockiego wspomina się o tym, że w przypadkach bezpłodności priepodobny błogosławił jakiś sznurek i dawał go bezpłodnej kobiecie, aby ona nim przepasała się i problem bezpłodności rozwiązywał się. Starec mówił, żebyśmy w podobnych przypadkach w postaci krzyża przykładali do relikwii Świętego Arsienija wstążkę i dawali ją bezpłodnej kobiecie, aby ona nosiła ją na sobie.

[21] O duchowych zakonach patrz w czwartym rozdziale piątej części tego tomu.

[22] Okupacja Grecji – latach 1941-1944 przez Niemców, Włochów i Bułgarię.

[23] Wypowiedziane w 1989 roku. Według oficjalnych danych w ciągu 2001 r., w Rosji wykonano 1 milion 900 tysięcy aborcji. W rzeczywistości ta liczba jest znacznie wyższa.

[24] Godziny (cs. „czasy”) – krótki porządek nabożeństwa, wchodzący w skład dobowego cyklu nabożeństw. Modlitewne godziny, czytane w określonym czasie, uświęcają te godziny, na jakie był rozdzielony dzień w Rzymską epokę. Pora czytania pierwszej godziny kanonicznej – około 6 godziny rano naszego czasu, trzeciej godziny kanonicznej – około 9 godziny rano, szóstej godziny – około południa i dziewiątej – około 3 godziny po południu.

[25] Moloch – semickie bożyszcze, o którym wspomina się w Starym Testamencie. Zwykle bożkowi Molocha przynoszono w ofierze maleńkie dzieci, które zabijano i spalano na żelaznych rusztach.

[26] Adana – miasto w Azji Mniejszej, na północno-wschodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego.

[27] Wymiana ludności między Grecją i Turcją w 1924 roku. Żyjący w Turcji Grecy przesiedlili się do Grecji, a żyjący w Grecji Turcy – do Turcji.

[28] Patrz Pałładij, biskup Helenopolis. Ławsaik czy opowieść o życiu świętych i błażennych ojców. Rozdział o Sierapionie. Fond Chrześcijańskie życie. Klin, 2001. str. 176-177.

[29] Afoniada – szkoła dla chłopców, położona na Świętej Górze Atos.

[30] Dzień wcześniej Starec „posadził” w świeżo zaoranej grządce kilka karmelków i czekoladek, na grządkę z góry położył gałązki bzu, żeby słodycze wyglądały jakby kwitły.

[31] Północny Epir – część Półwyspu Bałkańskiego, zasiedlona przez Greków. Od 1912 roku należy do terytorium Albanii.

[32] Według greckiej praktyki, jeśli życiu nowonarodzonego nieochrzczonego dziecka zagraża bezpośrednie niebezpieczeństwo, może być dokonany nad nim tak zwany powietrzny Chrzest. Każdy chrześcijanin (albo chrześcijanka) bierze dziecko na ręce i trzykrotnie czyni nim w powietrzu znak krzyża, wypowiadając słowa: „Chrzczony jest niewolnik (sługa) Boży (wymienia imię) w imię Ojca. Amiń. I Syna. Amiń. I Świętego Ducha. Amiń”. Jeśli dziecko umiera, to uważane jest za ochrzczone, jeśli ono zostaje przy życiu, to, według decyzji Synodu Greckiej Cerkwi, Sakrament Chrztu powtarzany jest nad nim w całości.

[33]Duchowny Sobór to wybieralny organ zarządzania idiorytmicznym (niewspólnotowym) monasterem.

[34] Jeden z dwudziestu monasterów Świętej Góry Atos. W opisywanym przez Starca czasie był jeszcze idiorytmicznym (niewspólnotowym).

[35] Wielki żyrandol albo wielokomorowy podświecznik w prawosławnej świątyni.

[36] W riasofornych postrzyżynach (w nowicjacie) Starec nosił imię Awierkij.

[37] Wypowiedziane w 1992 roku. Około jednego dolara USA.

[38] Arystoteles Onassis (1900-1975) – grecki multimilioner, największy „armator”, był jednym z najbogatszych ludzi świata.

[39] Wojna 1940 roku między Grecją i faszystowskimi Włochami.

[40] Ewros – rzeka w Północno-Wschodniej Grecji, na granicy z Turcją.

[41] Pamięć Swiatitiela Achiłlija Łarisijskiego (zmarł ok. 330 r.) obchodzona jest 15 maja.

[42] Rozumie się, oprócz zawodów, sprzecznych z tytułem chrześcijanina, których w naszych czasach pojawiło się wyjątkowo dużo – na przykład, bandyta, złodziej, szerzyciel niemoralności, lichwiarz, czarodziej, czyniący aborcje lekarz, fotomodel, błazen itp. Takie zawody nie tylko nie mogą być uświęcone, ale i wymagają wyleczenie przez pokajanie.

[43] Dikeos – w pustelniach świętogórskich mnich, wybierany albo mianowany na jeden rok do koordynowania życia między mieszkańcami Skitu (pustelni).

[44] Trzydziesty dziewiąty dzień po Wielkanocy, kiedy ostatni raz w świątyni śpiewa się „Christos Woskriesie” i inne paschalne pieśni.

[45] Czyli nic nie jedli i nie pili do godziny trzeciej po południu – dziewiątej godziny według czasu bizantyjskiego.

[46] Patrz. Dzieła priepodobnego ojca naszego Niła Synajskiego. M.2000. Str.130.

[47] Czyli powstrzymywali się od jedzenia i wody pięć dni.

[48] Pamięć priepodobnej Sinklitikiji obchodzona jest 5 stycznia. Patrz: Żywoty świętych w języku rosyjskim. Styczeń. M. 1904. Str. 189.

[49] Od 1988 roku Starec miał stały krwotok jelitowy.

[50] Półpasiec (opryszczka) – to wirusowa choroba, z wysypkami na skórze w postaci zgrupowanych pęcherzyków na podłożu rumieniowo-obrzękowym. Powoduje ona silny ból i różne powikłania w organizmie.

[51] Pojęcie „ułaskawienie” (umiłosiernirnie, przejednanie) Boga w prawosławnej teologii nie ma prawnego charakteru zachodniej teologii, ale wyraża wynikającą z miłości wobec człowieka karę Bożą grzeszącemu człowiekowi dla jego zbawienia.

[52] Hemodializa – dializa i ultrafiltracja krwi aparatem „sztuczna nerka”.

[53] W monasterze Esfigmien w latach 1953-1955.

[54] Bronchiektaza to rozszerzenie oskrzeli i oskrzelików spowodowane długotrwałym stanem zapalnym lub zablokowaniem małych oskrzeli.

[55] Tak nazywali priepodobnego Arsienija Kapadockiego mieszkańcy Faras.

[56] Patrz Księga Hioba.

[57] Wypowiedziane w czerwcu 1994 roku, na miesiąc przed śmiercią.

[58] Święty Arsienij Kapadocki czytał 145 psalm w podobnych przypadkach.

[59] Patrz uwaga 9.

[60] Patrz Błażennyj Ioann Mosch. Duchowa łąka. Siergijew Posad. 1915. Str. 197.

[61] Patrz Żywot świętego proroka Izajasza w książce: Żywoty świętych w rosyjskim języku. Miesiąc maj. M. 1907. Str. 287.

[62] W rosyjskim tłumaczeniu S.I. Sobolewskiego: „Karany tu za swoją hańbę kosztuje swojej gehenny”. Ojca naszego świętego Isaaka Syryjczyka. Słowa ascetyczne. M. 1993. Str. 365.

[63] Patrz Sąd za grobem albo mytarstwa priepodobnej Fieodory. Sankt Petersburg. 1995.

[64] Pamięć priepodobnego Jewfrosina obchodzona jest 11 września. Patrz Żywoty świętych w języku rosyjskim. Wrzesień. M., 1902. Str. 256-260.

[65] Tureckie wyrażenie, które znaczy „nie ma sensu”, „bezsensownie”.

[66] Mówiąc „naszego”, Starec miał na myśli całą ludzkość.

[67] Starec Paisij Swiatogorec. Listy. Swiato-Troickaja Siergijewa Ławra. 2001. Str. 44.

Tłumaczenie Eliasz Marczuk