Do strony głównej |


 LUDZIE CERKWI, KTÓRYCH ZNAŁEM

Archimandryta Grigorij (Zumis)

tłumaczenie Eliasz Marczuk


LUDZIE CERKWI, KTÓRYCH ZNAŁEM

Tym, którzy z żółtych brzegów Archipelagu wysłali mnie w góry Etolii i Eurytanii, na Świętą Górę i w przedgórza Wiertiska, z wdzięcznością poświęcam.

Przedmowa

Nie przyzwyczaiłem się wyjeżdżać ze swego monasteru, ponieważ dla mnie moja cela – to najlepsze miejsce odpoczynku. Jednak, obowiązki czasami zmuszają mnie to robić. Podczas jednego z tych rzadkich wyjazdów trafiłem do pewnej dużej wspólnoty monastycznej. Po tym jak bracia gościnnym przyjęli mnie, usiedliśmy w ich małym hoteliku i zaczęliśmy rozmawiać o naszych wędrówkach po niezmierzonym morzu życia monastycznego. Rozmawialiśmy o chorobie morskiej, sztormach, ciszy na morzu i różnych brzegach. Wysławiłem Boga za to, że w tej rozmowie, w której wcale nie było pustosłowia, bardziej brali udział młodzi mnisi niż w podeszłym wieku: rozmawialiśmy o trudnościach związanych z wewnętrznym człowiekiem, diabłem i światem, wszelkimi sposobami unikając osądzania. Przedmiotem dyskusji były nasze własne sukcesy i porażki. Pewien młody mnich wspomniał o współczesnym pateryku jednej z zagranicznych Prawosławnych Cerkwi, na co drugi, ze starszych w tej wspólnocie, z wielkim podekscytowaniem zauważył: „Gdybyśmy obeszli nasze greckie ziemie i lepiej dowiedzieli się o naszych matkach i babciach, ojcach i dziadkach, to sami moglibyśmy napisać wiele tomów o cudownych wydarzeniach i wspaniałych ludziach. Taki pateryk bardzo pomógłby światu, zwłaszcza jeśli czytać go z duchem uczniostwa (czując się uczniem) i z pokorą”.

Mnich ten stał się dla mnie wieczornym wojownikiem, przebijającym włócznią moje cierpiące serce [rzymski żołnierz, który wieczorem Wielkiego Piątku przebił kopią serce już zmarłego Zbawiciela]. Na szczęście od dzieciństwa lubiłem uczyć się od ludzi, którzy wiedzą nie ze słyszenia o cierpieniu i ucisku, a także od tych, którzy poświęcili swoje życie służbie naszej Świętej Cerkwi. Ja słuchałem, patrzyłem i zapisywałem wszystko w moim sercu niezmywalnym atramentem; wszystko to zmieszane było ze łzami i krwią, i dlatego w mojej małej główce pozostawało jako święty skarb. Nigdy nie pytałem, czy to, co słyszałem, było prawdą, ponieważ sami opowiadający za każdym razem dodawali: „Wszystko to tak było, synku”.

Wychwalam Pana i Jego Najświętszą Matkę za to, że moje życie mnisie, które zawsze dzieliłem ze swymi braćmi było pełne prób. Wszystkiego uczyliśmy się z własnego doświadczenia, i dlatego jako kierownik nie czuję się winny. Musieliśmy mieszkać nad brzegiem morza, na równinie i w górach, a teraz u podnóża góry Athos. Jednak światło moich oczu już gaśnie [Ps. 37:10] i chcę zapisać swoje wspomnienia. Wybaczcie mi, jeśli ta książka okaże się męcząca, ale jeśli przyniesie wam choć jakąkolwiek korzyść, to pomódlcie się za mnie.

 

SZKICE ŻYCIA SZERMIERZY*

*Słowo „szermierz”, z cs „podwiżnik” będzie miało tu znaczenie: szermierz cnót chrześcijańskich, asceta. Podwiżnik – ten który wziął na siebie i niesie podwig (trud, wysiłek)

Ewterpia ze Smyrny, kandiłozapalająca*

*Kandiło – wielki podświecznik w cerkwi lub dowolne źródło światła

Ewterpia była kobietą średniego wzrostu, zahartowana pracą i trudnościami życia uchodźców. Śmierć opalała ją dwukrotnie: najpierw bardzo wcześnie straciła męża, a potem jedyne dziecko. Wszyscy nazywali ją Ewterpia-kandiłozapalająca (słowa „ponomar” (zakrystian) i „cerkiewna” w naszych okolicach nie były znane). Taki przydomek otrzymała od swojego głównego zajęcia – zapalania w cerkwi łampad, chociaż spoczywały na niej wszystkie inne obowiązki świątynne: od czytania i śpiewania na chórze i sprzątania, po obmywanie kości nieboszczyków przy ich przenoszeniu z grobu do kostnicy[1].

Z tą służebnicą Chrystusową dobrze się znałem. Ona odegrała ważną rolę w cerkiewnym wychowaniu mojej dziecięcej duszy i była dla mnie godna podziwu z wielu powodów: miała odważną duszę, nie wiedziała, czym jest strach, brak odwagi i lenistwo. Praktycznie cały swój czas spędzała w cerkiewnej riznicy (pomieszczeniu do przechowywania szat liturgicznych i utensyliów), która przylegała do cmentarza; tam ją można był znaleźć w ciągu całego dnia, a często i nocą.

Ona miała „spletnik”, jak u nas na wyspie nazywane są krosna, na których tkała tkaninę z sierści i chodniki, których sprzedaż dawała jej środki do życia. Oprócz tego, robiła cerkiewne świece, a ścinki gałęzi winorośli zwęglała i tłukła w brązowym moździerzu, żeby zrobić proszek węglowy do kadzenia. Zapalała niegasnące łampady, w południe dwanaście razy uderzała w dzwon i zawsze była gotowa pomóc każdemu, kto wchodził do świątyni i szukał porady albo dobrego słowa.

Na wszystkie nabożeństwa przychodziła pierwsza. Czytała i śpiewała tak poprawnie i pięknie, jakby specjalnie do tego się uczyła. To, jak ona śpiewała pieśni Liturgii uprzednio poświęconych Darów „Da isprawitsia molitwa moja” i „Nynie siły niebiesnyje”, na zawsze pozostało w moim sercu. Ona śpiewała i przysługiwała spokojnie, nie wiercąc się, jakby była Aniołem. Antidor (resztę z prosfory eucharystycznej) kroiła z taką bogobojnością, jakby sama była kapłanem i służyła proskomidię (wstępną część Liturgii).

Do jakiej by kaplicy nie wybierał się nasz duchowny służyć Liturgię, ona zawsze mu towarzyszyła. To był przepiękny widok: duchowny na jednym osiołku, a Ewterpia na drugim na tle porannej zorzy jadą po ścieżce do którejś z niezliczonych cerkiewek wyspy. Do Ewterpii ojciec Konstantin odnosił się jak do mamy, i uważał ją za najlepszą pomocnicę ze względu na skromność i dobry charakter.Taki współpracownik dla kapłana jest wielką rzadkością. Zawsze oszczędna w słowach, ona nigdy nie poniżała się do zwykłej żeńskiej gadaniny i pustosłowia. Nigdy nie ulegała oczernianiu, co często zdarza się służącym w świątyni. Ewterpia była bardzo taktowna i często podtrzymywała kapłana w trudnych chwilach: „Batiuszka, Bóg wszystko wie i Sam za nami się ujmie”.

Podczas każdego przeniesienia kości zmarłych ona sama je obmywała. Podczas mycia czaszki wydawało się, jakby ona z nią rozmawiała. Jej stosunek do zmarłego był tak bezpośredni, że wydawało się, że śmierć ich nie rozdzieliła. My baliśmy się przejść obok cmentarza, ale dla niej był on jak ogród, w którym odpoczywała.

Na osobności ona codziennie czytała po trzy kafizmy z Psałterza, jak to robią w monasterach. Opowiedziałem to moim mnichom, ale wydało im się to czymś nadmiernym. Pewnego razu podczas naszej podróży na moją rodzimą wyspę przechodziliśmy koło jej domu. Miała wtedy już ponad sto lat. Był ranek.

- Czy nadal wykonujesz swoją regułę? – zapytałem ją.

I ona pokazała mi kafizmę dnia, którą w tym czasie czytała.

Ona bardzo lubiła dzieci i nie była taką dziwną staruchą, której przeszkadzają dziecięce krzyki i gry. Kiedy od naszych gier i zabaw na cerkiewnym podwórzu stawało się zbyt głośno, to ona, jakby była naszą babcią, umiała bardzo szybko nas uspokoić. Myślę, że była ona nauczycielką pobożności jak dla dzieci, tak i dla dorosłych.

Nigdy nie zapomnę ogromnej składanej drabiny, którą na swoich ramionach przenosiła po cerkwi, żeby poprawić albo rozpalić liczne łampady (w tym czasie tam jeszcze nie było oświetlenia elektrycznego).

Nie sądzę, że Bóg da naszej wsi jeszcze jedną taką służebnicę z tego powodu, że my należycie nie ceniliśmy jej jak Jego daru.

Niech spoczywa ona wiecznie w Cerkwi pierworodnych! [Hbr12:23]

1. W Grecji, zarówno w monasterach, jak i w świecie, po upływie trzech lat po pogrzebie zwyczajowo wykopuje się kości zmarłych z grobu i po ich umyciu umieszcza się je w specjalnym pomieszczeniu – kostnicy.

 

Wujek Janis Papzołgu, gramatyk[1]

On, jak i Ewterpia, był rodem ze sławnej Smyrny, tego wspaniałego grodu na brzegu Morza Egejskiego, twierdzy hellenizmu w lata mrocznego niewolnictwa[2]. Wujek Janis był wysokiego wzrostu i dość przystojny, pomimo swojego czcigodnego wieku oraz przeżytych strat i trudności. Dość wcześnie stracił wszystkie zęby, a bieda nie pozwalała mu wstawiać sztucznych. Zachowało się w nim wiele cech jego chwalebnego pochodzenia: był kurtuazyjny, przyjazny, wesoły i uprzejmy, jak przystało wykształconej osobie ze Smyrny. Studiował w znakomitej Gospel School of Smyrna, trochę znał muzykę, ale najlepiej znał się na ustawach nabożeństw. Nie został wyświęcony na kapłana, ponieważ miał na to jakieś kanoniczne przeszkody. Uważał, że przestrzeganie kanonów cerkiewnych jest niezbędnym warunkiem zbawienia. „Kanony dla Cerkwi – jak kręgosłup dla ciała” – często mi powtarzał.

Przez wiele lat był on skromnym, niedostrzegalnym kanonistą w naszej cerkwi. Swoją znajomością kanonów okazywał wielką pomoc ojcu Konstantinu w prawidłowym dokonaniu skomplikowanych świątecznych nabożeństw: obrzędu (rytu) podwyższenia Krzyża, wielkiego poświęcenia wody, Pochwał Wielkiej Soboty paschalnego całonocnego czuwania i krestnych chodów (procesji). Mogę pochwalić się tym, że w naszej maleńkiej wiosce dzięki wujkowi Janisowi nabożeństwa służono jak w katedralnym soborze Smyrny.

Wujek Janis myślał nawet o tym, żeby kolor szat kapłańskich odpowiadał treści świąt. Ale oczywiście, nasz biedny batiuszka nie zawsze miał szaty w odpowiednim kolorze.

Póki kanonistą u nas był wujek Janis, nabożeństwa zawsze odbywały się tradycyjnie i święta były uroczyste, ponieważ unikał on europejskich wpływów, których na naszej wyspie było dużo. I wszystko to w czasie, gdy nie wydano ani Dyptyków, ani corocznych instrukcji liturgicznych. On czytał Psałterz bezbłędnie i chociaż nie miał melodycznego głosu, śpiewał poprawnie, i to było w tej epoce, kiedy analfabetyzm był powszechny dla wszystkich społeczności wyspiarskich. I jeśli na sąsiedniej wyspie chórzysta śpiewał: „Anhilskij sabor udiwisia, zria Cibie…”, – to u nas i śpiew, i czytanie dzięki wujkowi Janisowi było poprawne.

Nigdy nie zapomnę o tym uwielbieniu, które rozprzestrzeniało się na wszystkich obecnych w cerkwi, kiedy on czytał Szestopsałmije. On cały i sercem i duszą, oddawał się czytaniu tych świętych psalmów i robił to ze skruchą, boleścią, smutkiem. Na osobności on, podobnie jak Ewterpia, czytał po trzy kafizmy codziennie, jak to jest przyjęte w monasterach.

Wielu zadawało mi pytanie: „Dlaczego więc ci ludzie nie zostali mnichami?” Myślę, dlatego, że oni całkowicie poświęcili się parafialnej służbie i liturgiczne życie parafii przepełniało sensem i ich własne życie. Oni uważali, że Sam Bóg wyznaczył ich do tej służby, że On postawił ich czuwać aby płonęły łampady w cerkwi i podtrzymywać niemilknący Psałterz w codziennym nabożeństwie. Parafia była dla nich wszystkim. Jeśli by oni ją stracili, to, prawdopodobnie, nie byliby w stanie żyć. Tak jak oni przeżyli zamknięcie i zniszczenie cerkwi w ich utraconej ojczyźnie, to tę gorycz oni starali się przezwyciężyć stałą służbą na parafii. Nie byli to ludzie z wykształceniem podstawowym lub średnim, które było u nas zupełnie nieznane, ale ludzie, którzy otrzymywali wykształcenie dzięki stałemu uczestniczeniu w nabożeństwach i czytaniu żywotów świętych. Kazania w tamtych czasach były rzadkością, ale Psałterz ciągle głosił o kulcie Świętej Trójcy, mrok z serc wypędzało światło niegasnących łampad, a kadzenie wypełniało aromatem serca, skalane smrodem grzechu. Wciąż jesteśmy wdzięczni tym wielce cierpiącym ludziom, którzy swoim śpiewem i czytaniem dawali naszym sercom poczucie święta na każde Boże Narodzenie i Wielkanoc.

1. Gramatykiem w tym czasie Grecy nazywali osobą, która otrzymała przynajmniej trochę wykształcenia, była w stanie czytać i pisać. Często tym słowem nazywano nauczycieli klas początkowych.

2. Odnosi się to do długich wieków panowania tureckiego w Azji Mniejszej po upadku Konstantynopola w 1453 r.

 

Ksanfa z Prosa, nauczycielka pobożności

- Babciu, dokąd to ty tak się wystroiłaś?

- Ja idę, dziecko moje, do pani Ksanfy, żeby posłuchać słowa Bożego. Dusza bez słowa Bożego staje się jak zaschnięta ziemia, na której nie rośnie trawa, i jak martwe morze, w którym nie ma ryb.

Z trudem krocząc, postukując kijkiem, schodziła ona po kamiennych schodach i powolutku szła do domu Ksanfy.

Pani Ksanfa była tak chora, że jej nikt nigdy nie widział idącej drogą, poza tymi przypadkami, kiedy szła do cerkwi. Całymi dniami czytała ona cerkiewne książki i czasopisma. Ta kobieta w pełni odpowiadał słowom Dawida: „Będę wnikać w Zakon Twój i dniem, i nocą”. Obok niej mógł żyć tylko ten, kto chciał słuchać słowa Bożego. Ona nigdy nie mówiła o swoich własnych sprawach, a jedynie o tym, co przeczytała. Kiedy byś nie przyszedł, zawsze mówiła ci coś nowego. Nie była staruchą, której gadanina męczy, która ciągle mówi o tym samym. Jej rady były rozsądne i słyszałeś od niej dokładnie to, czego szukałeś, jakby miała wyższe wykształcenie. Nic dziwnego, że sąsiedzi nazywali ją świętą, i nie z ironią, jak to robili wobec innych, a w dosłownym sensie.

Ona zmarła, patrząc na ikonę Oblubieńca Chrystusa i mówiąc: „Komnatę Twoją widzę...”, – a na koniec dodała: „Panie, przyjmij ducha mego”, – po czym zamknęła oczy, żeby otworzyć je znów w niegasnącym świetle Carstwa Bożego. Wszyscy z jej otoczenia rozpaczali: „Straciliśmy naszą nauczycielkę, naszą pocieszycielkę”

Niech będzie wieczna pamięć o niej!

 

Leni z Egiptu

Lenio urodziła się i wyrosła w Aleksandrii, w słynnym egipskim mieście, w rodzinie Greków, ale na naszej wyspie do imienia zwykle dodaje się miejsce pochodzenia, żeby nie mylić ludzi o jednakowych imionach (na przykład, Janis Sielskij, który urodził się na tej samej wyspie, ale w siole Aetokiefałos). Chodzenie do świątyń greckiej Aleksandrii dało jej prawdziwe chrześcijańskie wychowanie, ona miała cudowną duszę i delikatne zachowanie się. Była piękna, jak arabskie dziewczęta Egiptu, i arystokratyczna, jak sługa faraona.

Miała szczęście spotkać wujka Antonija, który był najlepszym z mieszkańców naszej wyspy. On pracował w jednej z aleksandryjskich piekarń. Pewnego razu, poszedłszy po chleb, Lenio zapoznała się tym urodzonym na Paros człowiekiem. Ona szybko do niego się przywiązała, ale trudno jej było pogodzić się z koniecznością pozostawienia ze względu na niego swego wielkiego miasta i spędzić całe życie na jakimś tam Parosie – bezpłodnej wyspie Morza Egejskiego. Aby ją tam zwabić, Antonij opowiadał jej o sadach i drzewach pomarańczowych, które jakoby rosły w jego posiadłości, która dostała się mu w spadku po ojcu. W końcu ona zgodziła się wyjść za mąż za Antonija i przeprowadziła się z nim na Paros. Tak Lenio porzuciła swoje przepiękne rodzinne miasto, żeby nigdy już tam nie wrócić. Wyspa okazała się wcale nie tak cudowna, jak ona się spodziewała. Kiedy wujek Antonij przywiózł ją do miejscowości Stawros, gdzie znajdował się jego dom i gospodarstwo, to Lenio zaczęła szukać sadów i parków, o których jej opowiadał.

- Gdzież, mężulku, twoje cytrynowe i pomarańczowe drzewa?! Przecież tu same krzaki i kolce! Gdzie sady?! Tu nie ma nawet wody do picia!

Jednak pomimo trudności, biedy i nędzy, była wierną żoną Antonija i kochającą matką dzieci, które Bóg im dał. Jej głęboka wiara dawała jej siły płynąć po morzu życia bez przygnębienia i narzekania. Ona zawsze sławiła Boga i codziennie modliła się do Świętego Krzyża [1], którego świątynia znajdowała się prawie na jej podwórku.

Dwie osoby, które często bywały w tych miejscach, widziały, jak każdego południa Lenio wybiegała ze swego domu z kaceją[2] w ręku i kadziła powietrze tak szybko, że wydawało się, jakby ona frunęła. Doszedłszy do jakiegoś rozwalonego budynku, ona zatrzymywała się, czyniła pokłon i wracała z powrotem. Dziadek Damaskin, często widząc to, raz odważył się i zapytał ją:

- Dlaczego ty kadzisz w biegu i kłaniasz się tym ruinom?

- A ty co, naprawdę nie widzisz, czemu ja kadzę i czemu się kłaniam?

- Nie, droga pani Lenio, nic nie widzę; widzę tylko to, że ty wydajesz się szaloną.

- Drogi mój Damaskinie, ja kadzę świętemu Gieorgijowi. Każdego południa on przychodzi do mnie do domu, ja kładę do kacei ładan (kadzidło) i odprowadzam go do tego miejsca, gdzie ty mnie widzisz, i tam on znika. Być może, ty wiesz, co to za budowla była?

- Starzy ludzie mówili, Lenio, że to była cerkiew świętego Gieorgija. Myślę, twoje widzenie jest prawdziwe. Chciałbym i ja go zobaczyć, ale moje grzechy nie pozwalają mi widzieć cudów Bożych.

1. Koniecznie należy wyjaśnić, że wszystkie modlitewne zwrócenia się do Świętego Krzyża, powszechne w nabożeństwie prawosławnym, są retoryczną metodą pośredniego zwrócenia się do Chrystusa, który został na nim ukrzyżowany. Samo drzewo krzyża nie jest oczywiście osobą i wychwalając je, naprawdę chwalimy Chrystusa. Taki odbiór, nie właściwy dla kultur słowiańskich, był bardzo rozpowszechniony w antycznych czasach, znajdujemy go i w Piśmie Świętym. Na przykład, kobieta, pragnąca rozsławić Chrystusa, nazwała szczęśliwym łono, które Go wynosiło, pierś, którą On się odżywiał (Łk.11:27).

2. Kaceja – to kadzielnica z rączką, a nie na łańcuszkach. Wśród chrześcijan Grecji rozpowszechniony był zwyczaj samym codziennie kadzić w swoich domach.

Ciocia Mina, zajmująca się mnichami bardziej, niż własnymi bydlętami

Kiedy piszesz o swoich bliskich, pióro staje się cięższe niż łopata i łom, dlatego że z powodu miłości do nich serce zaczyna bić szybciej. Byłoby jednak niesprawiedliwie nie pisać o cioci Minie, o tej, która tak wiele uczyniła dla naszego bractwa, która całą swoją siłę poświęciła monasterowi i swoją ukochaną córkę Annę poświęciła służbie mnichom.

Jakobina Malatsta urodził się w latach 90. XIX wieku we wsi Nusa na Parosie w rodzinie Michaiła Frnko i jego żony Stamaty, pochodzącej z Krety. Ojciec kapitana Michaiła, który nazywał się Francisk i od którego ten nauczył się pobożności, pochodził z Enosu, grodu na brzegu Hellesponta niedaleko od Konstantynopola, tej wielkiej ostoi Prawosławia, a Garufalij, jego matka, pochodziła ze znanego małoazjatyckiego miasta Aywalik, choć i urodziła się na Parosie. Michaił dobrze znał porządek świąt i zwłaszcza dni, w które nie można było pracować, jak również daty postów i niepostnych tygodni. Jego śmierć zbiegła się z datą, w którą święci męczennicy Sewastyjscy uratowali jego dzieci i okręt od pewnej zagłady.

Babcia Stamata, którą współcześni nazywali świętą Stamatą, wyrosła we wsi Kamres na Parosie, naprzeciwko monasteru Łongowarda, i była wychowana słowami i przykładem priepodobnych[1] starców. To co przyjęła zachowała aż do śmierci. Rano w dniu jej śmierci córka zapytała ją:

- Chcesz, mamo, ja przyniosę ci mleka?

A ta pyta w odpowiedzi:

- Córeńko, a jaki dziś dzień?

Ta odpowiada:

- Piątek.

A babcia jej:

- A jeszcze i Uspienski post. Wiesz, córeńko, takiego grzechu ja całe swoje życie nie popełniłam. Zagotuj lepiej kawy.

O godzinie czwartej po południ ona odeszła do Pana, tak i ani razu nie naruszywszy postu.

Pani Jakobina, której imię w wymowie sąsiadów przemieniło się w Minę, była wychowana przez pobożnych rodziców i, co było naturalne, kierowała się swoimi świętymi rodzinnymi tradycjami. Również jej mąż, Manolis Małatestas, pochodził z religijnej rodziny: jego bracia do samej śmierci służyli monasterowi Łongowarda w jego posiadłości na wyspie Siros. W ten sposób, pani Mina była „obładowana” świętymi tradycjami i od rodziców, i od swego męża.

Ona żyła życiem Cerkwi, i dlatego jej domowa cerkiew zawsze była żywa. Kiedy się z nią zapoznałem, miała około sześćdziesięciu lat; rankami czytał jutrznię, a wieczorami powieczerze, i ponad czterdzieści lat modliła się według czotek (odpowiednik różańca). Czytała Akafist[2], lubiła śpiewać molebne kanony Bogarodzicy i świętym, robiła to z taką uwagą, jakby miała zdać z tego sprawę Samemu Bogu. Ona przy każdej możliwości chodziła do cerkwi i żyła po mnisiemu. Na Parosie jej ojcem duchowym był Fiłofiej Zervakos, a w Atenach – nieboszczyk ojciec Ijeronim, żyjący na zajeździe monasteru Simonopietra. Jak i cały ród Franko, ona przedkładała stary styl, ale bez skrajności. Na przykład, kiedy była z nami w nowostylnych monasterach Mirtii i Prusa, to bez jakiegokolwiek strachu o swoje zbawienie żyła ze wszystkimi według nowego stylu.

Ona niechętnie wychodziła z swojego domu i nie zbliżała się do cudzych drzwi, co dla kobiety było wyczynem. Ona, podobnie jak jej matka, wyglądała jak zakonnica. Bardzo lubiła mnisie życie i podziwiała je, ale z powodu mojej nieuwagi tak i nie została postrzyżona w stan mnisi, którego bardzo pragnęła. Była dobrą nowicjuszką z bezgranicznym oddaniem. Nic nie potrzebowała, oprócz mego pozwolenia aby nam służyć. Z jej ust nie było słychać „chcę”, i, co jeszcze ważniejsze, nie posiadała zwykłej kobiecej filozofii: „Ja słyszałam, mnie powiedzieli, ja widziałam, ja sobie wyobraziłam i oto, opowiadam”. Jej można było zaufać i podzielić się swoją biedą. Nie wtrącała się w cudze sprawy i we wszystkim okazywała posłuszeństwo – podstawowy obowiązek mnicha, cnotę, podobającą się Chrystusowi.

W te lata pokorna mniszka służyła zrzędliwemu i porywczemu starszemu mnichowi, który często wypędzał ją z niewielkiego monasteru Życionośnego Źródła. W takich przypadkach przychodziła ona do ciotki, która ani jednym słowem nie potępiając mnicha przyjmowała ją, pomogła nieść krzyż i, dopóki mnich nie wezwał jej z powrotem do monasteru, pouczała słowem ewangelii: „Nie mów nic złego o starcu, ponieważ on służy boskiemu ołtarzowi ofiarnemu i nosi klucz do raju zarówno dla mnie, jak i dla ciebie”.

Trzy wielkie krzyże musiałem przyjąć na początku mojej mnisiej drogi, których ciężar mógł przewrócić całe moje życie i wpłynąć na moich braci. Ciocia stała obok nas, jak niezłomna wieża, pomagała nam nieugięcie podążać mnisią drogą.

Pierwszym poważnym i do tej pory nie kończącym się wypróbowaniem była cukrzyca – przeklęta choroba, która nawet teraz nie pozwala żyć nie tylko mi, ale także tym, którzy mnie otaczają. Ciocia stała się dla mnie matką, a nawet więcej niż matką. Kiedy moja matka umierała, to dosłownie przewidując moje przyszłe trudności, poprosiła ciocię, aby mnie doglądała. Ciocia Mina wspierała mnie nie tylko moralnie, mówiąc rzeczy, w które sama, być może i nie wierzyła (że cukrzyca może okazać się pożyteczna dla niektórych ludzi), ale i materialnie podtrzymywała mnie, ubogiego mnicha. Jedzenie zawsze przygotowywała ona. Jak pilna gospodyni domowa (jaką ona i była), wszystko przygotowywała bardzo starannie, żeby dostarczyć mi przyjemności. Gospodarstwo jej było tak wielkie, że ona dosłownie zawalała stół różnymi pokarmami. Cała jej służba była przesiąknięta nieskończoną miłością i taktem, tak że dla wszystkich była jednocześnie i mamą, i godną szacunku gospodynią. Była bardzo ofiarną osobą. Żyjąc u nas w monasterze, oczekiwała południa, kiedy mieliśmy trochę czasu na odpoczynek, i w tajemnicy wychodziła na pola zbierać dla mnie zioła[3], żebym nie karcił jej za to, że wbrew zakazowi lekarzy, pochyla się.

Drugim wypróbowaniem stało się moje oddalenie ze świętej wyspy Patmos – miejsca mego postrzyżenia i ziemi moich ojców. Surowość i grubiaństwo zakonnic, moich sióstr w Chrystusie, poddały moją duszę strasznej próbie: doznałem okrutnego prześladowania od tych, kogo uważałem za wzór mnisiego życia. Gdzie miałem zatrzymać się ja, ubogi i młody mnich, razem z moimi braćmi? Wszędzie tylko pogarda. Na wyspie widziałem tylko plecy ludzi, którzy odwrócili się od nas, ani jednej twarzy. W krótkim czasie stałem się obcy dla wszystkich, nikt nie chciał mnie znać, z wyjątkiem samego diabła, który kontynuował wojnę przeciwko mnie. Ihumen Fieodorit, jakoby pragnąc nam pomóc pozostać na wyspie, poruszył temat o nas na duchownym zebraniu monasteru. Szef zebrania wstał ze swego miejsca z ogłoszeniem, że jeśli ten jeszcze raz zacznie mówić o tym, to on opuści zgromadzenie (później sprawiedliwy Sędzia odpłacił mu za to). Tak, zewsząd wyganiani, przyszliśmy do cioci Miny. Swój dom ona uczyniła naszym, żebyśmy nie znaleźli się na ulicy. Dość długo żyliśmy i przejeżdżaliśmy na jej koszt. Ona nie dała nam wpaść w rozpacz i inne śmiercionośne skrajności.

Trzecim wypróbowaniem było prześladowanie, nałożone na nas przez Fieoklita, metropolitę Etoloakarnanii. Schronieniem dla nas znów stała się ciocia Mina. Ona zawsze była dla nas pocieszeniem w prześladowaniach, a jej dobre słowo – lekarstwem dla duszy. Ona nikogo nie osądzała, nie szukała winnych, radziła trzymać się świętej cierpliwości i przebaczenia jak największych cnót, którymi wyróżniali się święci.

Ona podążała za nami do Prusa i pozostawała obok nawet w najsurowsze zimy. Dla nas w letnie miesiące wyrzekała się swego ukochanego Parosa, żeby pomagać w przyjmowaniu licznych pielgrzymów. Dla wielu mnichów była ona pomocnicą w trudach. Przyjmowała u siebie młodzieńców i dziewczyny, którzy mieli trudności z rodzicami z powodu pragnienia przyjąć stan mnisi. Nigdy nie była bezczynna, jej ręce zawsze były czymś zajęte, żeby pomóc cierpiącemu z powodu obojętności władz monasteru.

Na koniec, już w monasterze, zaczęła się jej ostatnia ciężka próba: choroba, która poraziła system krwioobiegu, od której ona zaczynała stopniowo gasnąć. Przed śmiercią wyspowiadała się z całego swego życia, priczastiłaś i po kilku dniach odeszła do wieczności.

Niech będzie ona zawsze błogosławiona (szczęśliwa) w przybytkach świętych!

1. Priepodobnyj – dosł. bardzo podobny do Boga, sprawiedliwy. Nazwa określa świętość człowieka, który trwając w dziewictwie, w odosobnieniu od doczesnego świata, prowadząc surowe życie mnisie, osiągnął świętość.

2. Do niedawna Grecy używali tylko jednego akafistu – Bogarodzicy (z refrenem „Radujsia Niewiesto nieniewiestnaja”), na wzór którego napisane są wszystkie inne akafisty. Wielu czyta go codziennie i często zna na pamięć.

3. W Grecji niektóre gatunki ziół są używane do jedzenia.

 

Pandazis z Tesalii, prawdziwy lekarz

Zawsze staram się podążać śladami mojego starca, zarówno niewidzialnymi, jak i widzialnymi. On miał swego lekarza – Pandazisa Wanakarisa, i on też stał się moim lekarzem przy moich licznych dolegliwościach, i dla moich nowicjuszy. On był pierwszym człowiekiem, który objaśnił mi różnicę między leczeniem i uzdrowieniem: „Uzdrowienie daje tylko Bóg, a my, lekarze, z pomocą też Jego sił tylko leczymy, i to nie zawsze prawidłowo”.

Urodził się w 1900 roku (i był rówieśnikiem mojej mamy, dlatego pamiętam rok jego urodzenia) na równinie Tesalskiej i zawsze był dumny ze swojego chłopskiego pochodzenia. W Wolos skończył gimnazjum. Jego ojcem duchowym w latach młodzieńczych był hierokiriks[1] Iosif, o którym on potem z wdzięcznością wspominał: „Ja wiele zawdzięczam temu człowiekowi: on pomógł mi przejść przez młode lata „suchymi stopami”[2]”.

Medycynę studiował na uniwersytecie w Atenach. Następnie był członkiem jedynej greckiej organizacji duchowej tamtych czasów – bractwa „Zoi”. On mówił: „Ja skończyłem jednocześnie dwa uniwersytety: jeden – fakultet medyczny, a drugi – szkołę „Zoi”. Ani razu nie żałowałem że tam wstąpiłem, ale, przeciwnie, chwalę się tym, jak niczym innym. Tam poznałem ludzi wybitnych pod względem wiedzy i moralności. Obcowałem z nadzwyczajnymi ludźmi, których serca były pełne zdecydowania i miłości do Chrystusa. Asceci zwykle żyli w pustelniach, ale i w tym miejscu było wielu mądrych i rozumnych mężów. Pożytek, który oni przynieśli Cerkwi, jest znacznie większy od błędów których się dopuścili. Ich słowa pamiętam całkiem dokładnie i do tego dnia korzystam z nich jak ze zbawiennych wypowiedzi”.

Miał on fantastyczną pamięć, która zachowała się aż do głębokiej starości, i której przyczynę on widział w czystości swego życia. Rzeczywiście, moralna czystość zachowuje umysł czysty, jak kryształowa czasza.

Człowiekiem, o którym zawsze miał żywe wspomnienia, był Ojciec Jewsiewij. Pandazis mówił o nim: „Jego łagodność była lekiem dla duszy. Kiedy on odprawiał liturgię, to było to żywym obcowaniem ze świętymi. Pod koniec swego życia on dla młodych duchownych bractwa odsłużył jedną „pokazową” liturgię, jak powiedzielibyśmy dzisiaj. Ta długa liturgia minęła jednym tchem i od tamtej pory nigdy nie ustaje wewnątrz mnie. Słowo jego było delikatne, a charakter niezmąconym, bez względu na to, o jak tragicznych wydarzeniach by mu mówiono. Kiedy udzielał rady, wydawało się, że rozporządza tobą nie ojciec Jewsiewij, a Sam Bóg. Kiedy zrezygnował z funkcji przewodniczącego bractwa, a ojciec Sierafim zajął jego miejsce, to podczas posiłku usiadł na drugim miejscu i zaczął przekonywać ojca Sierafima do pobłogosławienia pokarmów. Ojciec Sierafim odmawiał, ale starec nalegał: „Tak trzeba czynić nie ze względu na poważanie czy ze szlachetności, ale ze względu na porządek, który powinniśmy podtrzymywać (przestrzegać)””.

Silna osobowość ojca Sierafima i jego organizatorskie zdolności zostawiły głęboki ślad w sercu Pandazisa, chociaż on i ucierpiał z powodu jego pośpiesznej decyzji, o czym powiedziane będzie niżej.

Pomimo tego że Pandazis żył wśród sławnych ludzi i obcował z nimi, on nigdy nie mądrzył się. Duch uczniostwa pozostał u niego do samej śmierci. Nawet mnie, wtedy jeszcze młodzieńca, on słuchał z taką uwagą, że czasem się wstydziłem. Pewnego razu, kiedy jedliśmy obiad w jego domu, on wspominał o przeszłości i dużo i dobrze rozmawialiśmy o miłości Bożej, Który najróżniejszymi sposobami stara się uratować nas od grzechu. Wtedy powiedziałem, że bywają grzechy, których człowiek nie czuje i dlatego nie zdaje sobie sprawy. Mogą to być przejawy okrucieństwa, ukrytego egoizmu, pewności siebie, przechwałek, które przybliżają nas do stanu ewangelicznego faryzeusza („ja nie jestem taki, jak inni”)[Łk.18:9-14]. W takich przypadkach Bóg dopuszcza wypróbowania, żeby doprowadzić nas do uświadomienia sobie tych grzechów i przyjąć nas, już oczyszczonych, do Swego Carstwa. Ale Pandazis w żaden sposób nie mógł tego przyjąć:

„Każdy z nas widzi swoje pasje (okropności) – mówił on – oprócz tych przypadków, kiedy sami przed sobą je ukrywamy”.

W tej rozbieżności i zakończył się nasz obiad. Ja poszedłem do siebie, a on do szpitala, żeby zbadać chorego. Wychodząc z sali (a korytarz był pełen noszy, poza tym, w tym szpitalu nie było szerokich korytarzy) i próbując przeskoczyć od poręczy do poręczy, niechcący przewrócił doniczkę na głowę pielęgniarza, który przewoził wózek piętro niżej, i pozostawił go nieprzytomnego. Spalając się ze wstydu wyszedł na zewnątrz, usiadł na schodach szpitala i gorzko zapłakał. On zaczął myśleć: „Dzisiaj w południe chwaliłem się tym, że nigdy nie pozwalałem sobie wykonać albo proponować aborcji. Chwaliłem się tym, że stałem obok chorego do końca. Oto i odpowiedź na dzisiejszą rozmowę. Ach, ojcze, jak bardzo miałeś rację! I wtedy powiedział do siebie: „Nie, pójdę i przyznam się do swego błędu, do swojej nieostrożności”.

- Jestem lekarzem. To ja strąciłem doniczkę. Jak chłopak? Oprzytomniał?

- Tak.

On podszedł do niego.

- Synku, wybacz mi. To ja niechcący strąciłem doniczkę.

Potem on mówił do mnie: Tak, drogi mój ojcze, ta doniczka doprowadziła mnie do pokory. I bardzo drogo zapłaciłem za nią i duchowymi cierpieniami, i pieniędzmi”.

Jego specjalizacja (był ginekologiem) dla osoby oddanej Bogu była równie niebezpieczna jak chodzenie po linie. Na nieszczęście, z powodu pewnego nieporozumienia został wydalony z bractwa. Surowy ojciec Sierafim nie zechciał nic słuchać i, bez rozpoznania, postanowił go wykluczyć. Po upływie roku błąd ujawnił się. Ojciec Sierafim prosił o wybaczenie, błagał go wrócić, ale było już za późno.

Pandazis opowiadał: „Znalazłem się na ulicy bez niczego. Otworzyłem szpital na ulicy Wieranzeru, ale nikt z chorych nie chciał mieć do czynienia z przeklętym lekarzem. Pierwsze, o czym pomyślałem, było pójść do monasteru. Ale widziałem, że nie starcza mi na to sił. W dodatku, nikogo tam nie znałem. Zapoznano mnie z pewna dziewczyną, i w tym zobaczyłem znak Boży do wstąpienia w związek małżeński. Dobry Bóg podarował nam troje dzieci. Dołożyłem wszelkich starań, aby zapewnić im dobre wychowanie fizyczne i duchowe, a przede wszystkim – Chrystusa. Osiągnąłem to, Bóg wie. Kiedy u nas z żoną przestały rodzić się dzieci, wezwałem stolarza i on z naszego łóżka zrobił dwa. Od tego czasu śpimy osobno. „Żono – powiedziałem jej – twoje łono nie może już rodzić dzieci. Pozwól mu teraz pozostawać w spokoju, wypełniając swoją drugą funkcję”. Dzieciom mówiłem: „Moje umiłowane dzieci, nierząd nie jest cielesną koniecznością, to tylko pożądanie. A cielesnej konieczności Stwórca dał wyjście w małżeństwie””.

Tu on przerwał i, skrzyżowawszy ręce, patrzył na niebo…

W Atenach stał się znanym lekarzem rodzinnym. Chorych do swego szpitala zawsze przyjmował z radością i powitaniami. Pytał ich o ich rodziny, a następnie rozmawiał z nimi o Bogu, a jego słowa były piękne, ponieważ mówił z własnego doświadczenia. W szafie na książki za jego plecami patrystycznych książek było więcej, niż książek medycznych. Jeśli nie rozumiał czegoś z przeczytanego, to nie krępował się pytać. Zawsze mówił o złym wpływie grzechu na ciało człowieka.

Jako medyk był on badaczem. Siedział obok chorych, odnosząc się do nich bardzo poważnie i z miłością. Jeśli musiał zakomunikować im coś nieprzyjemnego, to robił to tak taktownie, że nawet najcięższa choroba wydawała się igraszką. „Pan Bóg nas odwiedził”, – mówił. Dodawał odwagi choremu i zawsze kończył leczenie słowami: „Oto, ty wyzdrowiałeś. Uważaj, więcej nie grzesz”[J.5:14]. Swoje recepty pisał tak pięknym pismem, że farmaceuci w aptekach oprawiali je w ramki. Odprowadzał chorych do wyjścia, sam sprowadzał windę, wprowadzał ich do niej i towarzyszył im, jakby byli jego dziećmi. Uprzejmość Pandazisa w odniesieniu do chorych w jego szpitalu zostanie, prawdopodobnie, niedoścignioną w historii medycyny.

Pewnego razu wezwano go do pewnej staruszki. Była umierająca. Dotknął jej chłodnych nóg.

- Mario, trochę cierpliwości, i ty pójdziesz na Niebo.

Maria, mniszka z zamężnych, otworzyła swoje oczy, w których była radość, popatrzyła na lekarza i spokojnie odeszła…

Chorych on lubił i nigdy nie śpieszył się odchodzić od nich. Jeśli miał wątpliwości z powodu tego, co widział, to mógł godzinami siedzieć przy łóżku, póki nie upewnił się w diagnozie. Obok mnie on przesiedział jakoś trzy godziny.

Zapytałem go, czy nie zalecał on, według swojej specjalności, komukolwiek aborcji.

- Nigdy, nigdy! W trudnych ciążach zarówno ja, jak i kobieta w ciąży po wielu modlitwach znajdowaliśmy wyjście, i przy tym nigdy nie było żadnych niepowodzeń.

Praktykującym lekarzem on był do osiemdziesięciu, a może i do osiemdziesięciu pięciu lat, zawsze pozostając rześkim i odnosząc się do chorych z miłością. Kiedy chciał powiedzieć choremu o śmierci, to opowiadał mu o tym, co oczekuje duszę za grobem. Nawet jego sposób mówienia przypominał Boską Liturgię. Odnosił się do chorego jak do krewnego, żeby ten z radością przyjął przejście od ziemi do nieba.

Pandazis był średniego wzrostu. Wstrzemięźliwością w jedzeniu on zachowywał swoje ciało świeżym i pełnym rześkości, a jego głos do samego końca był tak silny, że od niego, obrazowo mówiąc, przerażało się piekło i oddawało martwych[Mt.27:50-52].

Kiedy on zostawił zajęcia medycyną, powiedziałem mu:

- Czym ty teraz się zajmiesz?

- Teraz, kiedy mam gospodarczą piłę benzynową, ty pytasz, czym się zajmę?

Każdej niedzieli staruszek Pandazis wraz z kardiologiem Pieridisem chodzili do hospicjum, gdzie pomagali służyć Liturgię: Pandazis przysługiwał, a Pieridis śpiewał. Potem, niosąc przed sobą świecę, on razem z duchownym obchodził sale, żeby poprzez Święte Dary udzielić umierającym Chrystusa.

U Pandazisa miłość do Chrystusa była głęboka i silna, a pamięć o jego bogobojności na zawsze pozostała w moim sercu. Widziałem jego przejawy w najróżniejszych okolicznościach. Kiedy on podchodził do priczastija, to cały był jak ogień, jak pożar, cały płonął pragnieniem połączyć się z Chrystusem. On tak otwierał swoje usta, jakby chciał przyjąć w siebie wszystko: i Chrystusa, i łżycę (łyżeczkę eucharystyczną) i świętą Czaszę i rękę kapłana! To jak on brał płat [3], pozostawiało w sercu głębokie uczucie jego świadomości swojej niegodności i grzeszności: „Do Boga się przybliżam, Boga przyjmuję, Chrystus w moim sercu, obym się nie opalił! Ubóstw mnie, jak Sm wiesz, Panie”.

Inny przypadek: kiedy w 1978 roku przygotowywaliśmy się do święta Paschy, to zakwaterowaliśmy go w celi biskupa.

- Ojcze, a kogo wy tu zwykle kwaterujecie?

- Biskupa, kiedy przyjeżdża.

- Wy chcecie, żebym ja się położył na pościeli biskupa? Wykluczone! Ja, nie jestem godzien nieba i ziemi, przyszedłem do monasteru po błogosławieństwo, a nie po przekleństwo.

W końcu zamieniliśmy pościel, żeby ułożyć lekarza, który usunął z sobie wszelkie ślady racjonalizmu, zasadzonego przez naukę w ludzkim sercu.

W pewną Wielka Sobotę otrzymaliśmy prawdziwą przyjemność od tego, jak on czytał Dzieje Apostołów. On dał nam dobrą lekcję tego, jak należy czytać tę świętą księgę. Jego maniera czytania poraziła nas w samo serce, tak że odświętowaliśmy Paschę jeszcze zanim ona nastąpiła. Mieliśmy uczucie, jak przed czytaniem Ewangelii: wiemy, kiedy ono się zacznie, ale nie wiemy, kiedy się zakończy. Tak i Boska Liturgia: wiemy, o której się ona zaczyna, ale nie wiemy, o której się zakończy. Tak bywa i ze wszystkim, co dotyczy naszego zbawienia. Nawet samą doskonałość priepodobny Ioann Lestwicznik (Klimak) nazywa nie mającym końca. Muzułmanie nie chcieli wcześniej drukować Koranu w drukarni, woleli kopiować go ręcznie (dlatego drukarstwo do Turcji przyszło tak późno). Tak i ja, od tamtej pory jak usłyszałem czytanie lekarza, boję się usłyszeć czytanie Ewangelii ustami człowieka z obojętnym sercem i nie umiejącego czytać.

Z noszących sutannę on nigdy nie brał pieniędzy, uważając za świętokradztwo bogacić się na pracownikach dobrej nowiny.

- Nawet kiedy przychodzi do mnie na badanie jakaś duchowna osoba i dotykam do jego ciała, to uważam to dla siebie za wielkie błogosławieństwo. „Jeśli tylko dotknę do odzieży Jego, zbawię się”[Mt.9:21].

Oto już całe stulecie on głośno woła do nas: „Chrystus jest życiem i światłością światu!” Wcześniej on mówił o tym w swoim szpitalu, a teraz nawet z mogiły.

1. Hierokiriks (kapłan) – kapłan posiadający dar elokwencji (krasomówstwa), który otrzymał od swojego biskupa posłuszeństwo, by głosić kazania na nabożeństwach w różnych parafiach jego diecezji.

2. Cytat z irmosu pierwszej pieśni niedzielnego kanonu 4-go głosu: „Przez otchłań Morza Czerwonego przeszedł, nie zamoczywszy stóp, starożytny Izrael…”

3. W praktyce niektórych Cerkwi Lokalnych kapłan, wynosząc Święte Dary, ręką którą trzyma Czaszę, trzyma także brzeg płata do wycierania ust, a ludzie, podchodzący do priczastija, sami biorą drugi brzeg i, przyjąwszy Dary, wycierają sobie usta i ostrożnie przekazują go kolejnemu przyjmującemu Dary.

Stawruła z Attały na wyspie Eubea

Stawruła wyróżniała się głębokim szacunkiem we wszystkim, co dotyczyło Cerkwi, a także cierpliwością i pracowitością. Jej ojciec był świętym człowiekiem. Za to, że jego syn służył w armii, rozbójnicy utopili go w Morzu Egejskim, przywiązawszy do szyi wielki kamień. Po kilku dniach znaleziono jego ciało, stojące w morzu podobnie jak ciało świętego Kosmy Etolijskiego. Stawruła miała pięcioro dzieci. Ona nigdy nie siadała jeść chleb, jeśli wcześniej dobrze nie popracowała. „Ojciec mój”, „Fieoktist mój” – tak zwracała się do wszystkich. W jej ustach zawsze było to ujmujące „mój”[1] chociaż jej mąż, człowiek surowy i gderliwy, nieczęsto był dla niej radością.

Czasem telefonowała do nas.

- Czym się pani zajmuje, pani Stawruło?

- Staram się wykonywać obowiązki synowej, żeby teść na mnie nie gniewał się i nie było niezgody w rodzinie.

Czasem jej brat chciał urazić ją, ale ona odpowiadała mu słowami świętych.

- Oto, siostro, wyuczył się twój syn gramoty, ale co z niego wyszło? Jakiś tam mniszek. Choć, być może, on już został archijerejem?

- Tak, braciszku, mój syn okazał się godnym stanu zakonnego.

To, że jej syn został mnichem, było dla pani Stawruły przedmiotem dumy, i ona stale tym się chwaliła: „Mój syn – jest mnichem na Świętej Górze!”

Pewnego razu, kiedy byliśmy z nią sami, ona wyznała: „W nocy często budzę się i pytam siebie: „Jak żyje się moim dzieciom? Ja to dziś wieczorem jadłam, a oni jak?””

W ciągu wielu lat ona bezpłatnie przygotowywała dla monasteru kaszę, a w Wielki Post przynosiła jeszcze i suszone figi. I teraz my, mnisi, od czasu do czasu czerpiemy siły ze wspomnień o tej pokornej matce.

Ona była rozsądna i jednocześnie nieśmiała, jak mała dziewczynka. Jakoś nocą ona i jej małżonek przyszli na zajazd naszego monasteru w Tessalonikach i woleli całą noc pozostawać przy bramie, aby tylko nas nie niepokoić.

Życie na wsi połączone z ciężką pracą uświęca człowieka. Wieś często dawała naszemu monasterowi ludzi o wiele bardziej przyjemnych, niż ci, wychowani w mieszkaniach i uniwersyteckich audytoriach wielkich miast, i dlatego ja z całego serca mogę zawołać: „Raduj się, pustynio, radujcie się, lasy i góry, zbocza i szczyty, bo wspaniali są wasi wychowankowie!”

1. W języku nowogreckim zaimek „mój” jest często używany do wyrażania miłości do tego, o kim (o czym), mówimy, na przykład: „Chrystus mój”, „Bogarodzica moja” itp.

 

Wałaszka[1] z sioła Panajja w regionie Kataru[2]

Była matką ośmiorga dzieci, miała piękną figurę, a twarz tak jasną i czystą jak górskie źródła jej ojczyzny. Jej mąż był kaleką rannym na przeklętej wojnie [3]. Ona była zmuszona ciężko pracować siekaczem i motyką, orać parą wołów i żąć sierpem, żeby wykarmić swoją liczną rodzinę. Kiedy się zestarzała i od przeżytych trudności zachorowała na Parkinsona, to często recytował mi taki dwuwiersz:

Nie mogę więcej patrzeć
na ten siekacz i motykę!

Była matką, którą dzieci wyjątkowo kochały. Pamiętam, jak krzyczał jej syn, kiedy choroba doprowadziła ją do grobu: „Mamusiu, mamusiu, otwórz oczy!”

Ta matka, nigdy nie ucząca się w szkole, podczas moich odwiedzin jej sioła najpierw pytała mnie: „Ojcze, wszystkie twoje dzieci są w porządku? Daj to Boże!”

A potem pytała o swego ulubionego Afanasija, i przy tym jej przepiękne oczy pokrywały się łzami.

- Ja dobrze ty to mi mówisz, pani Wangielj![4]

- Ojcze, serce matki zawsze boli za swoje dzieci. Kiedy jeszcze posługiwałam się swoimi nogami, to zostawiałam w cerkwi jajko za świecę, którą brałam. A teraz, kiedy mam grosz, żeby zostawić w świątyni, pozbawiona jestem nóg. One już nie pomagają mi chodzić do cerkwi, a przecież było to moją jedyną radością.

- Ale przecież ty wałaszka, jakże więc rozumiałaś Liturgię i Ewangelię?[5]

- Bóg oświecał.

Swoim dzieciom nie miała co zostawić w spadku, oprócz modlitwy i dobrego przykładu pracowitości i gorliwości. I wszyscy oni do tej pory zachowują swój spadek nienaruszonym.

W siole Panajja, położonym na granicy Tesalii i Epiru, ludzie byli piękni, radośni, wysocy i dzielni. Taką też była i pani Wangielijo, wspomnienie o której daje teraz słodycz mojej duszy.

- Ja, ojcze, wolę sama znosić cierpienia, aby tylko nie cierpiał inny.

1. Wołochowie – naród żyjący w północno-zachodniej Grecji i mówiący jednym z dialektów języka rumuńskiego. Wołosi mieszkający w Grecji również władają językiem nowogreckim.

2. Obszar położony w najwyższych miejscach pasma górskiego Pindos, który rozciąga się na całą Grecję, od Albanii po Przesmyk Koryncki.

3. Mowa o wojnie domowej w Grecji w połowie lat czterdziestych.

4. Zdrobnienie od Ewangieła (imię żeńskie powszechne na Bałkanach).

5. W Grecji nabożeństwa służone są w języku starogreckim, mało zrozumiałym dla prostych greków, tym bardziej dla wałachów.

 

Anna z Patry

Anna pochodziła z Azji Mniejszej. Zawsze w czarnych ubraniach, nie z własnej woli przez całe życie dźwigała ciężki krzyż uchodźców. Od najmłodszych lat została uczennicą zmarłego ojca Gierwasija. Batiuszka zobaczył w niej żyzną glebę i zasiał w jej duszy wszystkie dobre nasiona, jakie miał. Ona owdowiała w pierwsze lata swego małżeństwa, miała jedno dziecko i stale pracowała, aby je wychować. Starała się powstrzymywać swoje macierzyńskie uczucia, pomimo tego, że dziecko było jedynakiem i starała się nauczyć je bardziej służyć Chrystusowi, niż dogadzać ludziom. Do tej kobiety było zupełnie stosowane powiedzenie: „Nic nie mam, ale wszystko posiadam”[2Kor.6:10].

Dziś ona chodzi prosić o jałmużnę do domówi i rodzin, i to tak, że otwierają się przed nią drzwi najbardziej zachłannego i skąpego człowieka i on daje jej wszystko, o co tylko ona poprosi (nie dla siebie, oczywiście, a dla Bożych biedaków), a jutro ona, jak szybki okręcik (takie miała przezwisko), z rozrzutnością rzymskiej patrycjuszki rozdawała zebraną odzież, pokarm, naczynia, lekarstwa i obuwie.

Anna rozdawała wszystko, bo pokładała nadzieje na cnotę miłosierdzia. Od tej pory jak usłyszała słowa Złotoustego: „Carstwo Niebiańskie należy do miłosiernych”, – ona jakby straciła głowę. Drogi Patry i okolicznych osiedli często widziały ją obładowaną wszelkim dobrem dla biedaków. Nasz monaster Dochiar, który był bardzo biedny w pierwsze lata po swoim przekształceniu w kinowię[1], często otrzymywał przesyłki od Anny. One przypominały mi, jak staruszki w moim siole rajcowały jesienią o tym, co przynieśli im ich dzierżawcy: „Przyszedł dzierżawca i przyniósł mi tyle-to worków pszenicy, tyle-to dzbanów wina i oleju, tyle-to gomółek sera”.

Codziennie ona chodziła na Liturgię do cerkwi świętego Łukasza. Posty i modlitwy zawsze towarzyszyły jej, jak kwiaty wiośnie. Teraz, zostawszy mniszką w monasterze Bogarodzicy Miłującej w Pipicy, otrzymuje wynagrodzenie za wszystko, co wcześniej dała nam.

1. Cenobia, monaster wspólnego zamieszkania.

 

Fotika

Fotika pochodzi z macedońskiego regionu Sierry. Wyszła za mąż za Ioakima, człowieka prawego pod każdym względem, któremu sutanna pasowałaby bardziej, niż krawat, który on zakładał we wszystkie świąteczne dni. On robił to żeby zachować przyzwoitość, której go nauczyli rodzice. Ci dobrzy mieszkańcy Azji Mniejszej uważali, że ubranie, wkładane podczas świąt, powinno odpowiadać wielkości dnia. Tak, kiedy oni w swoim domu przyjmowali jakiegoś gościa, to ubierali się w elegancką odzież, żeby wyrazić mu tym szczególny szacunek. Jeśli byli niezadowoleni z gościa, to pojawiali się w zwykłym ubraniu. Jedynie w tych przypadkach, kiedy uważali przybysza za niepoważnego i niegodziwego człowieka, tej zasady nie przestrzegali. Od nich często można było usłyszeć: „On sam siebie nie szanuje, jak on może liczyć na szacunek od innych?”

Tu właściwym będzie przypomnieć sobie historię, która wydarzyła się z szermierzem ascezy Ammonem i jeparchą[1] Aleksandrii. Do jeparcha doszedł słuch o ascecie i on wyjechał z miasta, żeby go odwiedzić. Ale pustynnik, unikając ludzkiej sławy, kompletnie nie chciał tego spotkania. On wziął kawałek chleba, usiadł przed celą i zaczął żuć go swymi bezzębnymi ustami. Całe jego ubrania były usypane okruszkami. Zobaczywszy go, jeparcha zapytał: „To co, ten sam Ammon?” Takie widowisko go rozczarowało. „Czyż dla tego, żeby zobaczyć tego bezzębnego staruszka, pokonałem taką drogę?” – i, obrażony odjechał z powrotem.

Wschodni człowiek, przyjmując gościa, robił to z otwartym sercem, był pełny radości i posyłał Panu dziękczynne modlitwy. Tak on robił i witając gościa, i odprowadzając. Nigdy w tym kraju nie można było zobaczyć chłodnego powitania, zwykłego dla współczesnego zachodniego człowieka, witającego gości z opuszczonymi rękami. Nie ma nic chłodniejszego od tego. Kiedy widzisz, jak oni wchodzą do cerkwi z opuszczonymi rękami, to mimowolni zaczynasz myśleć o ich ubóstwie, o tym, że ci ludzie nie mają co dać Bogu, oprócz swego ciała i kości. Przeciwnie, otwarte ramiona ukazują bezgraniczną miłość, z jaką Pan przyjmuje nas rozłożywszy ręce na Krzyżu. Ten chłód obecnego bezowocnego (jałowego) czasu dosięgnął teraz i naszego kraju i rozpowszechnił się zwłaszcza wśród tych, którzy żyją „igrając” i wydają się innym wielkimi. Ale wróćmy do błogosławionej Fotiki.

Kiedy przyszła do niej starość, zachorowała na nieuleczalną chorobę. Położono ją w szpitalu Fieagienio, w sali na osiem łóżek. W przeciwległej małej sali leżał nieżyjący obecnie ihumen jednego z atoskich monasterów. Za każdym razem, gdy otwierały się drzwi jego sali, emanował stamtąd silny aromat. Czcigodna Fotika mówiła: „Pewnie, usługujący ihumenowi okadził w sali, a dzięki temu radujemy się z cerkiewnej łaski i my, tyle miesięcy nie doznający aromatu w szpitalu”. Od czasu do czasu ten mnich odwiedzał chore kobiety w jej sali, witał je i życzył szybszego wyzdrowienia. Pewnego razu Fotika zapytała go:

- Ojcze, ile razy dziennie wy kadzicie, tak że i do nas dochodzi aromat kadzidła? Ja, grzeszna, kadzę w domu trzy razy dziennie, ale nigdy jeszcze u mnie nie było tak dobrego kadzidła.

- My nie kadzimy, szanowna pani. Aromaty w szpitalach są zakazane, dlatego że mogą pojawić się problemy, jeśli okaże się, że ktoś ma na nie alergię. A skąd dochodzi aromat, który Pani odczuwa, Bóg wie.

Później Fotika mówiła swemu mężowi: „Uwierz mi, drogi mój Ioakimie, dla mnie ten aromat za każdym razem był takim pocieszeniem! Ale ihumen umarł, i od tej pory u nas już nie ma tego pocieszenia od Boga. Ioakimie, panie mój, nigdy nie trać szacunku do ludzi, odzianych w sutannę. Każdy, kto ją nosi, jest obleczony chwałą i czcią od Pana naszego, obleczony w światłość Chrystusa i aromat Świętego Ducha. Ja nie wiem, kim był ten ihumen i jakie było jego życie, ale jedno tylko wiem: nawet od jego niewidocznej obecności dochodził do nas aromat”.

1. Jeparcha jest przedstawicielem cesarza bizantyjskiego w głównym mieście prowincji.

 

Nasze eksoklisije

Nie wiem, czy w jakimkolwiek innym kraju chrześcijańskim jest tyle eksoklisij, co w Grecji. Eksoklisijami nazywane są nieduże cerkiewki, zbudowane poza miastami i siołami. Dla mieszkańców wsi cerkiewki te były pocieszeniem i oznaką ich pełnego czci stosunku do Boga. W nich były źródła uzdrawiającej wody, były ikony, które płakały, mówiły, czyniły cuda. Te maleńkie świątynie były schronieniem dla ludzi umęczonych nadmiernym wysiłkiem, były ich szpitalami, ostojami w cierpieniach i trudnościach ich gorzkiego życia. Zwykle były wznoszone po jakimś śnie, widzeniu albo według obietnicy. Budowali je na własny koszt biedni pracowici ludzie, najczęściej też własnymi rękoma. Architektem była ich głęboka pobożność, dlatego i wychodziły one tak piękne i miłe dla oczu. Każdy węgieł, każda ściana układane były z miłością, a ludzie, opiekujący się tymi cerkiewkami, zapalający w nich łampady i upiększający je w ciągu całego roku, byli wspaniali, czcigodni i życzliwi.

Staruszek Argiris ze wsi Ajoneri, co obok miasteczka Kozany, opowiadał, że w eksoklisii świętego Afanasija jest źródło świętej wody, od którego zdarza się mnóstwo cudów. Tak, pewien młodzieniec, który jeszcze jako chłopiec razem z matką rozpalał tam łampady przed ikoną świętego Afanasija, udał się do Ameryki w poszukiwaniu lepszego życia. Tam odjęło mu nogi, i lekarze niczym nie mogli mu pomóc. Pewnej nocy widzi on we śnie archijereja z siwą brodą.

- Synku, ty poznajesz mnie? jestem święty Afanasij z Ajoneri. Przyjeżdżaj do mnie, ja ciebie wyleczę.

I rzeczywiście, młodzieniec wrócił do Grecji i poprosił odsłużyć Liturgię w eksoklisii świętego Afanasija, po zakończeniu której on zostawił swoje szczudła przed jego ikoną i od tej pory chodzi bez problemu.

Ten sam Argiris opowiadał: „Pewnego razu wybrałem się zapalić łampady świętemu. Kiedy na swoim osiołku podjechałem do drzwi i zacząłem szukać kluczy, to zrozumiałem, że zapomniałem ich. Drzwi w cerkwi ciężkie, drewniane, na kutych zawiasach. Co miałem robić? Pójść z powrotem do wsi i wrócić nie było łatwo. Póki poszedłem zawiesić dzban z olejem na gwoździu w cerkiewnej ścianie, usłyszałem zgrzyt: drzwi otworzyły się same! Kiedy się pomodliłem i skończyłem inne zajęcia, ze względu na które przyszedłem, drzwi w ten sam sposób same się zamknęły, i ja udałem się do domu z odnowioną wiarą, która zapaliła się od łampady świętego Afanasija i od tej pory nigdy nie gaśnie”.

Podczas tej wizyty w świątyni świętego Afanasija nie było ani psalmisty, ani kapłana, ani kaznodziei, ale to, co się wydarzyło, podbudowało duszę Argirisa, wzmocniło jego wiarę zrodziło w nim głęboką bogobojność (uwielbienie).

Podczas wojny 40-go roku walczył on na froncie i został nagrodzony przez króla Pawła. Na tej wojnie on stracił stopę. Kiedy wszystko ucichło, zaczęli namawiać go, aby poddał się komisji lekarskiej dla załatwienia renty, na co człowiek Boży odpowiedział: „Jeśli ja będę brać za to pieniądze, to stracę to, co zyskałem. Na wojnie, dzieci, ja widziałem Bogarodzicę, zostałem uratowany od nieuniknionej śmierci, nie straciłem obecności ducha, nie przestraszyłem się. Oto moje nagrody”.

Z tego, co człowiek robi ze względu na Boga, nie przepada nic. Człowiekowi przynosi pożytek nie tyle wykształcenie, ile pobożność, nie przemieniająca się w świętoszkowatość (obłudę). I łampada, i świeca, i ładan (kadzidło), i prosfora, i artos[1] stają się niebiańską manną, która karmi jego duszę. Niech będą one w każdym prawosławnym domu! Amiń.

1. Patrz http://www.parafia.sidcom.pl/parafia/azy/chleb.html

 

Ludzie, którzy potrudzili się dla Cerkwi bez wykształcenia i dyplomów

Ilia szewc

Starec Amfiłochij[1] zawsze zachęcał nas do trudów misjonarskich: „Nasi sąsiedzi-Turcy w swojej większości – oddzieleni od nas bracia. Nie powinniśmy zostawić ich ginąć w islamie. Niech mamy i mnisią schimę, i kapłaństwo, ale jednocześnie powinniśmy uczyć się różnych zawodów: stawać się murarzami, cieślami, rymarzami, krawcami, szewcami, zegarmistrzami – i udawać się do Azji Mniejszej, jakby w poszukiwaniu zarobku. Zajmując się swoim rzemiosłem, będziemy mogli rozmawiać z biednymi klientami o wierze ich ojców. Może się to wydawać trudne, a nawet niemożliwe, ale jeśli nie włożymy w to wysiłku, inni skorzystają z tej okazji, chcąc odwrócić ludzi od wiary. Uwierzcie, że w małym ukrywa się wielkie, podczas gdy z wielkich przedsięwzięć często nic nie wychodzi. Nie zapominajcie, że niewielka czasza wina, którą Odyseusz ugościł Cyklopa, doprowadziła tego do ślepoty”.

Rzeczywiście, kobieta jehowa, sprzedająca jajka na bazarze, uczy kupujących wiary swojej sekty. Pełniący służbę w hotelu proponuje klientom kawę i zaczyna rozmowę z nimi o wierze baptystów. Zresztą, ja i na własnym doświadczeniu przekonałem się o tym, że słowa starca były prawdą, a nie utopią. Miało to miejsce w Akademii Platona[rejon w Atenach], w pobliżu której znajdował się nasz akademik. W każdą niedzielę i w święta pan Ilia jako pierwszy przychodził do cerkwi, podczas nabożeństwa nigdy nie siadał, a jego twarz wyrażała duchową skruchę. Zobaczywszy go, pomyślałem: „Kim on jest? Przysługujący, starosta cerkiewny czy po prostu czcigodny człowiek?”

W święto przeniesienia szczątków wielkomęczennika Gieorgija (3 listopada) ojciec Gieorgij, który otrzymał wykształcenie i będący absolwentem Rizariona[2], mówił kazanie. W pewnym momencie on nieopatrznie powiedział, że krew świętego Gieorgija oczyszcza nas od grzechów. Tu podniósł się Ilia: „Ona nie uratował i jego samego. Krew jednego tylko Jezusa Chrystusa oczyszcza nas od wszelkiego grzechu”(1J.1:7). Wtedy pomyślałem: „Niczego sobie! I to przy tym, że pan Ilia jest prostym parafianinem, a nie duchownym”. Wtedy zacząłem się nim interesować.

Okazało się, że był szewcem i pracował w pobliżu. Miał mały zakładzik, w którym naprawiał stare buty. W tym czasie było to bardzo potrzebne zajęcie w biednych regionach, których mieszkańcy nie mieli możliwości kupić nowych butów. Patrzyłem na biednych, którzy stale chodzili do zakładu Ilii jak do współczesnego supermarketu. A późnym wieczorem przy stole, przy którym Ilia siedział w białym fartuchu i naprawiał buty, zbierało się pięć-sześć osób, by posłuchać jego czytania. „Tak – powiedziałem sobie – trzeba będzie jakoś wieczorem złapać pantofle do naprawy i posłuchać ich rozmów”. Okazało się, że ten stary teolog czytał Dobrotolubije (Filokalia) i wyjaśniał je swoim pobożnym klientom. Następnego dnia, po otrzymaniu swoich butów, pogratulowałem szewcowi posiadania takich przyjaciół.

- Ponieważ duchowieństwo nie dzieli się z nami swoimi skarbami, to my, świeccy, musimy porywać ich swymi nieczystymi rękami.

Zapytałem miejscowych mieszkańców:

- Kim jest dla was pan Ilia?

Oni mi odpowiedzieli:

- On dla nas jak ojciec duchowy. Kiedy mamy życiowe trudności, to idziemy do niego.

Nic nie wiem o jego śmierci, ale on pewnie odświętuje Paschę w Carstwie Niebieskim, bo on należy do takich właśnie ludzi, jak powiedział o tym Sam Pan Bóg.

1. Starec Amfiłochij, w świecie Afanasij Markis (1889–1970), był duchowym nauczycielem autora tej książki. Urodził się i został mnichem na wyspie Patmos, gdzi później został ihumenem monasteru św. Ioanna Teologa. Ojciec Amfiłochij został założycielem kilku obecnie działających monasterów, jak na Patmosie, tak i w innych miejscach Grecji. Jak wspomina biskup Kałlist (Uer), „wyróżniającymi cechami jego charakteru były łagodność, humor, ciepły stosunek do ludzi i odczucie spokojnej, prawie uroczystej radości. Jego uśmiech był pełen miłości, ale całkiem pozbawiony sentymentalności. Życie w Chrystusie, jak on to rozumiał, było nie ciężkim jarzmem, bagażem, niesionym z posępnym posłuszeństwem, ale osobistym obcowaniem z Bogiem, przepełnionym serdecznym zapałem. Był przeciwny jakiemukolwiek duchowemu przymusowi i surowości”.

2. Szkoła w Atenach, założona na początku XIX w. przez kupców Gieorgija i Minosa Rizarisami.

 

Ilia, mistrz od wyrobu łóżek

W Albanii około 1920 roku było prawo, które wydałoby się głupie dla każdego, kto usłyszałby je w wolnym świecie, ale dla tych, którzy je przyjęli, ono wydawało się mądrym. To prawo głosiło: „Każdy kto nosi czapkę, może wejść na statek pasażerski i swobodnie opuścić kraj[1]. Tak, pan Ilia jakoś zdobył czapkę, włożył ją, wszedł na statek i, wolny od albańskiej władzy, dopłynął do Pireusu[2].

Pan Ilia był pracowitym i gospodarczym człowiekiem. On nie trwonił swoich skromnych dochodów, uważając, że lepiej mieć własny interes, niż pracować na kogoś.

Znalazłszy się w nowym dla siebie mieście, przede wszystkim zaczął szukać cerkwi, żeby zapoznać się tam z duchownym, u którego można by było wziąć błogosławieństwo na swoje przyszłe zajęcie. Po pewnym czasie zapoznał się z ojcem Ignatijem Koliopułosem, który zawsze był gotów udzielić mu dobrej rady.

Ilia, który nigdzie się nie uczył umiał czytać. Jego ulubionymi książkami był Nowy Testament i „Przeznaczenia człowieka” ojca Jewsiewija Matfopułosa. Rozumieć Pismo Święte pomagały mu kazania, których słuchał od kaznodziei bractwa „Zoi”. On był mądrym człowiekiem, wszystko dobrze rozumiał i, posiadając wspaniałą pamięć, pamiętał je do głębokiej starości i swobodnie z nich korzystał, kiedy sam zaczął uczyć. On miał stałe pragnienie trudzić się w winnicy Pańskiej. Śpieszył do zbłądzonych, żeby nawrócić ich na drogę życia i przyuczyć do spowiedzi, którą uważał za początek wszelkiego dobra. Misjonarskimi trudami służył on Panu i w Atenach, i w Muzaki, i w Trikałach. Według błogosławieństwa metropolity Dionisija Ilia dużo pomagał jego eparchii. Metropolita bardzo szanował tego męża ze względu na metodę, którą on stosował a rozmowach z młodzieżą. Jego skromne mieszkanie codziennie bywało miejscem duchowego odpoczynku dla mnóstwa ludzi.

Po tym jak metropolita Wołosa Ilia opowiedział mi o nim, ja podczas swojej pierwszej podróży do miasta Trikała przede wszystkim chciałem zapoznać się z nim. Rzeczywiście, zobaczyłem, jak mnóstwo wiejskiej młodzieży wchodziło i wychodziło od niego. Trzymając w rękach książkę „Przeznaczenie człowieka”, on z okularami na nosie czytał i wyjaśniał im słowa ojca Jewsiewija. Nie myślę, że sam ojciec Jewsiewij znał swoją książkę lepiej, niż pan Ilia. Zwykle on wyróżniał w niej niektóre miejsca i wyjaśniał je.

- Co innego „analizować”, a co innego „czytać”. Co innego „kapłan”, co innego „duchowny”. Nam niezbędni są kapłani. Co innego „kaznodzieja”, co innego „ojciec duchowy”[3].

Swoimi duchowymi rozmowami on wielu zachęcił do przyjęcia stanu duchownego. Kiedy on widział, że człowiek jest powołany do stanu duchownego, to już nie zostawiał go: z całym zapałem starał się ukierunkować go i rozpalić w nim ogień miłości do świętego ołtarza. W swoim wyniosłym nauczaniu pokazywał młodzieńcowi, że stan duchowny nie jest zawodem, ale największym z darów, zesłanych przez Boga człowiekowi: służenie świętym i zbawiennym Sakramentom przez całe życie człowieka: od jego narodzin aż do śmierci, i nawet po śmierci.

Statut bractwa „Zoi” wywarł na jego życie większy wpływ, niż na członków samego bractwa. O nim on dowiedział się bezpośrednio od założycieli bractwa i został przeniknięty nim jak regułą duchowego życia dla człowieka, żyjącego w świecie, który poświęcił siebie Bogu. Tak więc, ciało jego zawsze było czyste, chociaż nie korzystał on z kremów i perfum, odzież – zawsze prosta i schludna, włosy rozczesane z przedziałkiem, wąsy niewielkie, twarz zawsze czysto wygolona. Wszystko to było podstawą zewnętrznej przyzwoitości i koniecznie powinno być przestrzegane. (Pewna miła staruszka, która mieszkała na końcu ulicy Hippocratesa obok domu bractwa „Zoi”, opowiadała mi: „Nigdy nie widziałem, żeby ktoś z bractwa nie był dokładnie ogolony; wydawało się, że oni golą się całe noce na okrągło”.) Jego pokój był ubogo urządzony, ale zawsze była w nim czystość i porządek. Przestrzegał też innych zasad, znacznie ważniejszych niż te właśnie wspomniane. Tak, on nigdy nie podróżował w niedzielę, żeby nie przepuścić Liturgii, nie korzystał z aparatu fotograficznego i nie lubił się fotografować. Zjadał wszystko, co było na talerzu i nie zostawiał na stole kawałków chleba. W odstępach między posiłkami nie przegryzał i nigdy nie jadł idąc. Jadał niezwykle akuratnie i cicho. Milczenie przy stole było dla niego nienaruszalną zasadą. Nie spotykał się z kobietami na ulicy i zawsze uważał na to, dokąd patrzą jego oczy, nie pozwalając im patrzeć byle gdzie.

Później wszystko to było głupio zinterpretowane przez niektórych „miłośników wolności”, ale ja uważam, że to było zbawienne dla ludzi, trwających w trudach dziewictwa wśród metropolii. Jeśli według słów priepodobnego Jefrema Syryjczyka, „sam tylko wizerunek świeckiego człowieka wywołuje u mnicha zmieszanie podczas modlitwy”, to o ileż bardziej słuszne jest to spostrzeżenie w odniesieniu do namiętnego oglądania kobiet.

On nigdy nie uciekał się do kłamstwa i nikogo nie osądzał. Wystarczającym mu było powiedzieć: „Ja znam tego człowieka”. Żyjąc według takich duchowych zasad, on nigdy nie był powodem do narzekań i nikomu nie był w zgorszenie. Naturalne, że wejście do jego pokoju było zamknięte dla wszystkich. Możliwe, że on nigdy nie rozmawiał o wierze z kobietami. Często mówił: „Jeśli ty nie nosisz epitrachelionu, to nie ucz kobiet”.

Z pomocą Boga jego marzenie się spełniło: w końcu udało mu się otworzyć własny sklep przy ulicy Eola. Na parterze znajdował się warsztat, w którym robione były żelazne łóżka, a na piętrze – pomieszczenie mieszkalne. Kiedy zdarzyło się mu chodzić po ulicach, to widział mnóstwo biednych dzieci z prowincji, które musiały pracować w ateńskich karczmach i które nocami spały w bramach obejmując butelkę. Postanowił, że jeśli zabierze dzieci z karczm, da im pracę w swoim warsztacie, a w górnym pomieszczeniu urządzi im niewielki wspólny pokoik, to będzie to dla nich znacznie lepsze. Dzięki takiemu „polowaniu” możemy nazwać go szpiegiem Bożym. On wziął na to błogosławieństwo u swego ojca duchowego i stworzył pierwsze w Grecji schronisko. Sukces tego niewielkiego schroniska zainspirował bractwo „Zoi”, a później i organizację „Apostoliki Diakonia”[4] urządzić studenckie pensjonaty. Pan Ilia otworzył nową drogę do tego, żeby biedna młodzież mogła otrzymać wykształcenie i wytrwać bez uszczerbku wśród trudności życia, zwłaszcza w trudne lata strat, kiedy gruźlica kosiła ludzi, jak sierpem. Ilia lubił wykształcenie, chociaż sam go nigdy nie otrzymał, i nie chciał, żeby dzieci pozostawały niewykształcone. W czasie okupacji Grecji przez niemieckie wojska w 1941-1944 latach on jednego chłopaka posadził do worka z kukurydzą, wziął go na plecy i przeprawił z Tessalońskiego miasteczka Kardicy do Aten aby uczył się teologii. Potem ten młodzieniec został mnichem z imieniem Siewastian i został metropolitą w mieście Konica.

Zresztą, i sam Ilia był nauczycielem pobożności, nie na uniwersytecie, ale w codziennym życiu. On, posiadał prawdziwie cerkiewny obraz myśli, wielu natchnął do zostania mnichami i duchownymi. Jestem przekonany, że Bóg wynagrodzi go za trudy, dlatego że hierarchowie nigdy go nie nagradzali. On zawsze pozostawał biednym, skromnym i niedostrzegalnym. W swoich ostatnich latach został mnichem w atoskim monasterze Simonopietra, gdzie postrzygł go ihumen Emilian i, w ten sposób, on stał się godnym poświęcić siebie Chrystusowi, przyjąwszy mnisie postrzyżyny.

W tym człowieku zadziwiały mnie dwie rzeczy, które zobaczyłem, kiedy był nowicjuszem w Mirtijskim monasterze w Etołoakarnanii w pierwszych latach mego ihumeństwa. Pierwsza – to, że on widział ludzi bardzo głęboko i mógł znaleźć podejście do człowieka, który zbił się z drogi zbawienia, a druga – to, że on dokonywał słusznych osądów (opinii) o ludziach i przedmiotach. Pewnego razu zapytałem go:

- Co wzbudziło w tobie tak głęboki szacunek do ojca Jewsiewija Matfopulosa?

- Pierwszy powód do tego w tym, że on z nikogo nie brał pieniędzy. Nigdzie nie można znaleźć pokwitowania z jego podpisem odbioru pieniędzy za jego pracę. On żył za pieniądze, którymi pomagał mu rodzony brat. Drugi powód – to jego cierpliwość bez narzekań, którą on wykazał, kiedy wydalono go ze składu Świętego Synodu Greckiej Cerkwi. Ojciec Jewsiewij żył nie w monasterze, ale, tym nie mniej, był prawdziwym mnichem: on osiągnął w swoim życiu poziom świętych w jedzeniu, i w spaniu, i w służeniu Liturgii, i w kazaniu. Niech on i nie osiągnął doskonałości w pozostałym, ale nic w tym dziwnego: jednemu człowiekowi trudno być doskonałym we wszystkim.

Jedynym minusem pana Ilii była jego drażliwość, ale myślę, że dzięki niej on będzie godnym łaski od Boga, ponieważ bardzo kajał się z powodu swoich ataków gniewu, jak opowiadał mi o tym ojciec Arsienij Kumbujjas, jeden z tych, którzy żyli w jego schronisku: „Pewnego razu składaliśmy łóżko, i ja popełniłem gdzieś błąd. On tak mocno na mnie nakrzyczał, jakby chciał zabić mnie krzykiem. Ja też się zdenerwowałem, ale kiedy poszedłem na górę do pokoju, szybko doszedłem do rozsądku: przyznałem się do błędu i postanowiłem wrócić do pracy. Schodząc po schodach zobaczyłem, że on klęczy i gorzko płacze. Poczułem się takim nikczemnikiem, że dotychczas, po upływy wielu lat, wspominam o tym z bólem. Ojcze, jeśli ktoś, popełniając błąd, kaja się, to nie jest to błędem. Pokajanie – to taka gąbka, która zmywa z duszy wszystkie plamy”.

Daj Boże, abyśmy wszyscy, udający z siebie ekspertów duchowego życia, zawsze korzystali z tej gąbki!

1. W tym czasie w Albanii czapki nosili głównie marynarze; były one dla nich rodzajem paszportu, umożliwiającego swobodny wyjazd z kraju.

2. Przedmieście Aten, teraz połączone z miastem. Główny port Grecji.

3. W Grecji wykłaszać kazania i spowiadać mają prawo nie wszyscy duchowni, a tylko ci, którzy są do tego powołani przez biskupa.

4. Pełna nazwa: „Apostoliki Diakonia tis Ekklisias tis Ełłados” (Apostolska służba Greckiej Cerkwi) – organizacja przy Świętym Synodzie Cerkwi Greckiej, zajmująca się wydawnictwem i dobroczynnością.

 

Fieofiłakt z Tessalonik, kupiec z bazaru

Wszystkim ludziom podoba się dobroć, talenty i wybitne zdolności; nawet bandyci mają jakieś wyższe ideały. Ale są ludzie, którzy przez lata walczą, ale nie dostępują zaszczytu nawet najmniejszej nagrody, nawet goździka w kieszonce marynarki (mowa jest, oczywiście, nie o tych kwiatach, które z czasem więdną). Można usłyszeć jak oni potajemnie narzekają: „jak długo, Panie, Ty zostawiasz mnie bez Swojej łaski? Jak długo w mojej duszy jest suchość i bezpłodność? Jak długo będę męczyć się głodem i pragnieniem? Popatrz na mnie, bezowocnego, i zmiłuj się nade mną!” Rzeczywiście, wielkie jest cierpienie takiej duszy: człowiek codziennie obsiewa ją nasionami Pisma Świętego, dzieł świętych ojców i żywotami świętych, a wyrastają jedynie chwasty. Pewnego razu jeden mnich, umierając, poprosił, żeby na jego pogrzebie było wiele kwiatów. „Za mego życia pozbawiony byłem kwiatów cnoty – mówił on – dajcie wiec po śmierci uradować się choćby materialnymi kwiatami”. Wtedy pomyślałem, jak fałszywe i śmieszne staje się ozdabianie zmarłych płatkami róż, jeśli w ich życiu nie było niewidzialnych kwiatów – dobroci (cnót).

Ale spotkać można ludzi, którzy, podobnie jak Dawid, błagają Boga, aby powstrzymał potok Swojej łaski, którego nie są w stanie wytrzymać. Są to ludzie obdarowani przez Niego od samego urodzenia. Być może są to ci, którzy mają po dziesięć talentów i dzięki pomocy łaski Bożej i własnej gorliwości bardzo szybko wydają obfity owoc cnót. Jednym z takich ludzi był Fieofiłakt Moliwdadis.

Pochodził on z Azji Mniejszej, obecnie utraconej ojczyzny wielu Greków, i mieszkał ze swoją matką i siostrami. Prawdziwie zwarta rodzina, w której wszyscy się kochali, a dzieci traktowały matkę z głębokim szacunkiem. Biblijny matriarchat[1]. Łączy ich żywa wiara i przestrzeganie tradycji. Święta Ewangelia i dzieła ojców były w ich domu wszędzie: na stole, na szafce nocnej w kieszeni marynarki. Wszystko to uświęcało ich drogę. Kogo byś z rodziny Moliwdadisów nie spotkał, w ich słowach zawsze dźwięczały odgłosy nauki ewangelicznej.

Fieofiłakt był średniego wzrostu i chudy, jak trzcina, oczyszczona z liści; jego sucha, śniada twarz zdradziła w nim człowieka powściągliwego, ascetycznego życia. Zapach smażonego mięsa na rynku cały dzień drażnił jego nos, ale nie żołądek. Jego wielkie oczy patrzyły na ciebie z pokorą, jakbyś był jego panem, a on – twoim niewolnikiem. Był bardzo inteligentny i bystry, był pełen zapału i gotowości oddać przysługę. Nigdy nie widziałem, żeby był zmęczony lub leniwy: zawsze był rześki; miał duchowy ustrój atosskich mnichów, którzy odpowiadają na każde polecenie starca: „Jak sobie życzysz, ojcze”.

Ale najważniejszym w nim był wielki rozsądek i głębokie milczenie. On przyjmował zamówienia od każdej celi, od każdego monasteru. Niektórzy klienci byli dla niego ciężarem, ale nikogo nie osądzał. Fieofiłakt – mogiła. Kiedy on, aby nikt nie uległ pokusie, musiał ukrywać czyjeś zamówienia, starannie je pakował i na pytanie „Co tam jest?” odpowiadał: „A, wiesz, nie pamiętam”. Ten Fieofiłakt nie pamiętał, który miał w głowie cały katalog towarów!

On ze swoim ręcznym wózkiem niepostrzeżenie przeciskał się wśród kłótliwych, czepliwych, lubieżnych, niewierzących, fałszywych ludzi. W tym wózku on przewoził zamówienia dla Świętej Góry. Fieofiłakt uważał wszystkich wokół siebie za swoich dobrych przyjaciół i braci. Jego potulny błagalny głos łagodził nieznośność jarmarcznego nastroju i poskramiał bestie targu. Oto cud cudów: owca wśród wilków, nie po prostu stojąca, ale pasąca je i pracująca dla Świętej Góry! Wspaniały był jego targ z ludźmi, których handel uczynił swoimi niewolnikami: on jedynie obiektywnie ustalał jakość i cenę towarów. Anioł wśród biesów handlu! Podczas gdy jego usta mówiły, opuszczonymi oczami przyglądał się towarom. I po co to wszystko? – Dla spokoju ojców, którym jego wysiłki pozwalały nie opuszczać Świętej Góry. Swój maleńki sklepik on nazywał przedstawicielstwem jakiegoś dostawcy ryżu, ale ryżu ja w nim nigdy nie widziałem, w nim były jedynie zamówienia świętogórskich mnichów. Nie wiem, jak uważni byliśmy wtedy wobec niego i czy pamiętamy go dobrze teraz, ale ze względu na nas on często walczył z burzami, i nie w oceanach, ale w miejscach o wiele bardziej niebezpiecznych: pośród szalejącej otchłani świata.

Na pytania „A po co to potrzebne mnichom?”, „A co mnisi będą z tym robić?” on odpowiadał: „Dawaj-no, bracie, zmienimy temat”.

A jak uprzejmie składał zamówienia przez telefon!

„Ty przywieziesz to, mój złoty? Bądź zdrów, drogi mój!”

Świeżość jego mowy za każdym razem łagodziła zaschniętą duszę kupca, który cały czas żył pośród kłamstw i chłodnej rywalizacji. Jego uczciwość dla niektórych ludzi stała się nie do zniesienia, ale on sam nigdy od nikogo nie odgradzał się, i jego drzwi były dla wszystkich otwarte.

- Dawajcie i robotę naszą robić, i o Chrystusie głosić. Teraz Jego brzemię dla wielu jest nie do zniesienia, ale innym razem ono może być dla nich niezbędne, i lekkie.

On nigdy o nikim nie mówił źle i dlatego nie krępując się mógł patrzeć w oczy każdemu. Jego powierzchowność pokazywała w nim nie przebiegłego dyplomatę, ale człowieka mądrego i myślącego, znającego swoją robotę. Nigdy nie sądziłem, że przy jego duchowej wytrzymałości i fizycznej mocy ktoś mógłby go zastąpić. On oblewał się potem, kiedy przewoził przeróżne rzeczy, ale dusza jego była niestrudzona, i zawsze był gotów od razu przystąpić do nowego przewożenia. Wiele razy dzieliliśmy z nim stół w naszym hotelu, i przy tym on był tak nieśmiały, że zastanawiałem się, jak taka wrodzona arystokracja pozostała nietknięta na rynku. Pomyślałem sobie: „Jak wiele pałaców stało się krótkotrwałymi epizodami w tym życiu, i jak wiele chałup – sławą społeczeństwa!”

Po tym jak oddalił się od okrucieństw handlowego życia i od swego ulubionego służenia Świętej Górze, został postrzyżony na mnicha przez ojca Siemiona Krajopulosa w monasterze Panorama. Przeżył po tym niedługo, spoczął w Panu i został pochowany na Świętej Górze. Za każdym razem, przychodząc do jego szczątków, mówię sobie: „I z bazaru wychodzą wielcy święci”. Jego obraz myśli i postępowanie wiele mnie nauczyło. Niech odpoczywa on ze wszystkimi świętymi!

Żyłem wśród mnichów od dzieciństwa. Od Fieofiłakta nauczyłem się życzliwości, a także umiejętności nawiązywać służbowe relacje z handlarzami i z uśmiechem zawierać z nimi transakcje. Przed sidłami świata Fieofiłakta ochroniła głęboka wiara, udział w Sakramentach i brak chciwości. Jeśliby on brał z mnichów pieniądze za swoją pracę, to stałby się bardzo bogatym, ale był biedniejszy od ostatniego żebraka. Jest dla nas wspaniałym przykładem tego, jak można jednocześnie zarabiać i służyć. Praca ma ziemską zapłatę, a służba – niebiańską, i to stukrotnie większą, jeśli dokonywana jest naszymi własnymi trudami. I Fieofiłakt z pewnością otrzymał tam nagrodę wiernego i mądrego sługi[2]. Amiń.

1. Odnosi się to do pierwotnej matriarchalnej struktury rodziny opisanej w Księdze Rodzaju: „Opuści mężczyzna ojca swego i matkę swoją i przyłączy się do żony swojej” (Rdz.2:24). Godne uwagi, że nie niewiasta odchodzi od rodziców do męża, a mąż do niewiasty.

2. Łk.12:42–44

cdn

Bóg wynagradza swoich niedostrzegalnych sług


Do strony głównej