Do strony głównej


Na podstawie książki: "Grzech i Pokajanie ostatnich czasów" Archimandryta Łazar (Abaszidze), tłumaczenie Eliasz Marczuk


Grzech i pokajanie ostatnich czasów

Pokajanie jest sakramentem, w którym spowiadający się ze swoich grzechów, przy widocznym okazaniu przebaczenia od kapłana, niewidzialnie zostaje uwolniony od grzechów przez Samego Pana Jezusa Chrystusa.

Prawosławny katechizm

…Pokajajcie się odwróćcie się od wszystkich przestępstw waszych… Odrzućcie od siebie wszystkie grzechy wasze, którymi zgrzeszyliście, stwórzcie sobie nowe serce i nowego ducha…

(Ez. 18:30-31)

Kierujemy tu mowę naszą do tych, którzy żyją duchowym życiem i aktywnie poszukują sukcesów w nim, na wszelkie możliwe sposoby unikając śmiertelnych grzechów. Dla tych zaś, którzy nie prowadzą surowego życia, a jak się trafi, nie niepokojąc się, jeśli nawet śmiertelnym grzechem ubliżą Bogu, potrzebne jest inne słowo. Oni powinni głęboko ubolewać i gorzko płakać, zawsze surowo omawiać (osądzać) swoje sumienie, i nie litując się nad sobą spowiadać się ze wszystkich swoich grzechów, i przez zaniedbanie nie powinni pozbawiać siebie żadnych środków, niezbędnych do ich wyleczenia i zbawienia.

 

Rozdział I. Sakrament pokajania

Pan Jezus Chrystus powiedział, zwracając się do uczniów Swoich: Zaprawdę powiadam wam: co zwiążecie na ziemi, to będzie związane na niebie; i co rozwiążecie na ziemi, to będzie rozwiązane na niebie (Mt.18:18). I w innym miejscu Zbawiciel, tchnąwszy, powiedział apostołom: przyjmijcie Ducha Świętego. Komu przebaczycie grzechy, temu będą przebaczone; na kim zatrzymacie, na tym pozostaną (J.20:22-23). Apostołowie zaś, spełniając wolę Pana, przekazali tę władzę swoim następcom – pasterzom Cerkwi Chrystusowej, i do dnia dzisiejszego każdy wierzący prawosławnie i wyznający szczerze przed prawosławnym duchownym swoje grzechy może otrzymać przez jego modlitwę rozgrzeszenie, przebaczenie, pełne odpuszczenie ich.

Na tym właśnie i polega istota sakramentu pokajania. Aby ten sakrament się dokonał, konieczne jest: ze strony kajającego się – szczere pokajanie, żałowanie za swoje grzechy, pragnienie porzucenia grzechów, nie powtarzania ich; wiara w to, że sakrament pokajania ma siłę oczyścić i zmyć według modlitwy kapłana szczerze wyznane grzechy; konieczne jest również, aby spowiedź przyjmował prawosławny kapłan – sługa prawdziwej Chrystusowej Cerkwi, która jako jedyna tylko zachowuje pełnię łaski, darowanej nam przez Boga.

Choć w sakramencie chrztu chrześcijanin i o trzymuje przebaczenie wszystkich swoich grzechów, ale w dalszym życiu w nieustannej walce z grzechem nie obejdzie się bez chwilowych porażek, upadków, odstępstw – pod wpływem zewnętrznych pokus i własnych namiętności. Dlatego to i potrzebuje każdy wierzący częstego, według możliwości, wyspowiadania się ze swoich grzechów. Ale co szczególnie powinno skłaniać nas do pokajania? Jakiego rodzaju myśli i rozważania przywołują wierzącego szybciej pośpieszyć do tego świętego sakramentu? To te duchowe męki, ból, cierpienia, które wywoływane są w duszy przez wszelki grzech i wszelki upadek; jak chory ząb czasem swoim dokuczliwym bólem pozbawia człowieka możliwości spokojnego wykonywania swoich zajęć, ale całego go wyczerpuje i udręcza, pozbawia snu i spokoju, tak i drzazga grzechu w duszy całe życie człowieka zaciemnia, pozbawia go duchowej radości, spokoju, dobrego nastroju. Często grzech popełniony w umyśle nie jest pamiętany, nawet ledwie uświadamiany jako grzech, a dusza czujnie pamięta, odczuwa w sobie jego jad, dręczy się, cierpi, choruje, i cały człowiek przepełnia się jakimś smutkiem, niepokojem, przygnębieniem. Nagromadzone grzechy i upadki, nie zdjęte z sumienia (nie tylko ciężkie, ale i drobne), obciążają je tak, że człowiek zaczyna odczuwać jakiś niezwykły strach, ciągle zaczyna się mu wydawać, że z nim za chwilę powinno wydarzyć się coś złego, to nagle wpada w jakieś nerwowe porywy, rozdrażnienia, odczuwa częsty niepokój, nie ma wewnętrznej twardości, jakby nie był w stanie panować nad sobą itp. Często on sam nie rozumie przyczyn wszystkiego co się dzieje, a ona w tym, że na sumieniu człowieka – niewyspowiadane grzechy. Według łaski Bożej te smutne odczucia właśnie przypominają nam o nich, abyśmy, obciążeni takim nieszczęsnym stanem swojej duszy, uświadomili sobie konieczność wyrwania z niej wszystkiego jadu, to znaczy zwrócili się do świętego sakramentu pokajania i tym uwolnili się od tych wszystkich mąk, które oczekują po Strasznym Sądzie Bożym każdego grzesznika, który nie oczyścił się tu, w tym życiu. To, że grzech już przed Strasznym Sądem tak męczy, pali, dręczy człowieka, samo za siebie mówi, że cechą grzechu jest męczyć, targać, gryźć, palić, dręczyć, roztapiać (niszczyć) duszę; i tam, gdzie znajdą się grzesznicy ze swymi grzechami po końcu świata, ta właściwość grzechu rozszerzy się i zwielokrotni nieskończenie; tak że to męczenie teraz, tu, na ziemi, – to tylko łagodne uprzedzenie, pouczenie, przypominanie duszy o wiecznych mękach grzeszników.

Ważnym i pożytecznym jest pamiętać o takiej rzeczy: kiedy dusza chrześcijanina odejdzie od ciała, to pierwsze dwa dni ona znajduje się w pobliżu tych miejsc, gdzie człowiek żył, ale trzeciego dnia, już w towarzystwie Anioła-stróża, odprowadzana jest z ziemi na niebo, aby pokłonić się Samemu Panu i na wstępny osobisty sąd nad nią, po to aby duszy wyznaczone było miejsce do powszechnego zmartwychwstania i Strasznego Sądu – już ostatecznego nad całym światem. Właśnie wtedy, trzeciego dnia po odłączeniu od ciała, dla duszy następuje bardzo straszny i decydujący moment: w czasie wznoszenia się duszy na niebo przystępują do niej złe duchy – biesy – ze swoimi książętami na czele, których obszarem jest przestrzeń powietrzna, i zaczynają przedstawiać Aniołowi, towarzyszącemu duszy chrześcijanina, swoje prawa do posiadania jego duszy, one zaczynają wykrzykiwać wszelkiego rodzaju oskarżenia – przypominać wszystkie grzechy, popełnione przez człowieka, wspominać przy tym liczne tak dokładne szczegóły, które ledwie zauważał czyniący je w czasie ziemskiego życia, przeróżne przekroczenia, nawet po prostu kuszące słowa, powiedziane kiedyś przez zmarłego mimochodem. I wszystko to, okazuje się, starannie było zapisane u złych naszych wrogów i zachowane na ostatni dzień, aby całą tą masą haniebnych postępków zmącić duszę, pozbawić ją jakiejkolwiek nadziei na zbawienie. Wszystko, co zostało uczynione staje się wtedy ważnym, każda drobnostka staje wtedy w poprzek drogi biednej duszy, pragnącej szybciej wyrwać się, przeskoczyć mimo tych nikczemnych oskarżycieli. Biesy czynią to ze swojej zawiści, ponieważ same nie mogą i nie chcą pokajać się i strasznie złoszczą się, kiedy widzą, jak synowie człowieczy przez pokajanie wznoszą się na niebo i unikają piekła, przygotowanego złym duchom i ich sługom, oto one z zadowoleniem wszelkimi prawdami i nieprawdami chcą zatrzymać duszę. Są tak bezczelne, że nie tylko wszystko przypominają do najdrobniejszego szczegółu, ale nawet wyraźnie kłamią, zniesławiają, choć i wiedzą, że tego zniesławienia Sprawiedliwy Sędzia nie weźmie pod uwagę, jednak, pragnąc choćby po prostu zmącić (zaniepokoić) duszę rozpaczą, i dlatego mówią to, czego nie było. Ale rzecz w tym, że tych grzechów, z których człowiek wyspowiadał się za życia w sakramencie pokajania i zostały odpuszczone przez kapłana, te biesy nie mogą nawet sobie przypomnieć, w ich czarnych listach zapisy tych grzechów w chwili ich wyznania na spowiedzi całkowicie znikają: nikt i nigdy nie przypomni duszy o grzechu, popełnionym w tym życiu, ale oczyszczonym w sakramencie pokajania, – taka jest siła tego sakramentu!

Bardzo pożytecznym jest przed spowiedzią przeczytać szczegółowy żywot priepodobnej Fieodory Carogradzkiej (pamięć 30 grudnia według starego stylu). Ona przyjęła stan mnisi i przechodziła swój trud pod kierownictwem priepodobnego Wasilija Nowego (pamięć 26 marca). Zmarła w 940 roku. Uczeń św. Wasilija, Grigorij, po śmierci Fieodory z błaganiem prosił starca aby odkrył mu pozagrobowy los staricy. I oto według świętych modlitw świętego ojca jego uczeń miał cudowne widzenie: on rozmawiał z priepodobną Fieodorą, i ona opowiedziała Grigorijowi o tym, co działo się z nią w chwili śmierci i potem, kiedy dusza jej przechodziła straszne wypróbowania. Ona szczegółowo opisała, jak czepiały się jej złe duchy, jak analizowały wszystkie strony jej życia na ziemi, jak nawet dzielą się wrogowie na grupy, z których każda specjalizuje się w określonym rodzaju grzechu – czy jak je się nazywa, mytarstwa (komory, punkty celne). Tak więc, na każdym mytarstwie duszę spotykają biesy, które w tym życiu kuszą ludzi określonym grzechem: na przykład, na mytarstwie nierządu – te duchy, które kusiły ludzi do grzechu nierządu, na mytarstwie osądzania i oszczerstwa – które uwodziły człowieka tym grzechem. Według rodzaju grzechu biesy mają też swój wygląd, tj. czym obrzydliwszy grzech, tym są wstrętniejsze i bezczelniejsze. I do jakiego mytarstwa dusza jest bliższa i bardziej spokrewniona według uczynków swoich, tam też napadają na nią z większym rozwścieczeniem. I jeśli dusza nie znajdzie czym przykryć te obwinienia, to jest zrzucana wprost do piekła i tam zamknięta aż do powszechnego zmartwychwstania.

Pamiętając to wszystko i bez wątpliwości wierząc w tę naukę o przechodzeniu duszy przez mytarstwa, tak jak przyjęła to cała nasza święta Cerkiew, i o tych strasznych dręczeniach można znaleźć bardzo dużo odniesień u świętych ojców, również i w Piśmie Świętym, na przykład, w Psałterzu często św. prorok Dawid mówi w imieniu duszy, przechodzącej tę drogę wśród cienia, osłony śmiertelnej, modlącej się do Pana o wybawienie od wrogów swoich, – na przykład w psalmie 26-ym (27): Nie wydaj mnie w duszy, tym którzy dręczą mnie: ponieważ powstali przeciwko mnie świadczący nieprawdę, i nakłamali nieprawdziwości sobie; i wiele innych podobnych miejsc w Piśmie Świętym i u ojców Cerkwi przypomina o tym, jak strasznie i trwożnie będzie nam w czasie przechodzenia przez te mytarstwa. Dlatego tak pożytecznym jest wcześniej, póki jeszcze dany jest nam czas, przygotować się do godziny śmierci, uważnie rozpatrzyć wszystkie nasze grzechy, kierując się, być może, właśnie tymi punktami, według których, jak wskazała matka Fieodora, złe duchy obciążają (clą) duszę (dokładniej patrz wykład o mytarstwach w załączniku do artykułu). Tak więc, zabierzmy zawczasu od złych demonów wszystko, co w ich łapach może posłużyć jako narzędzie dręczenia i męczenia nas!

Praktycznie sakrament pokajania dokonywany jest tak: najpierw kapłan modli się z chcącymi wyspowiadać się, następnie już pojedynczo podchodzą do anałoja (pulpitu), na którym leży św. Ewangelia i krzyż, czynią pokłon do ołtarza lub do krzyża i Ewangelii, potem stają przed anałojem, skłoniwszy głowę, czy też na kolana (ale to nieobowiązkowe), po czym kapłan czyta krótkie pouczenia (napomnienie), apel do kajającego się, w którym krótko, ale głęboko, treściwie przypomina się o sensie spowiedzi, o odpowiedzialności spowiadającego się, o tym, że stoi on przed Samym Panem i kapłan – jest jedynie świadkiem sakramentalnej, tajemniczej rozmowy z Bogiem. Oto ten apel w tłumaczeniu: „Dziecko moje, Chrystus niewidzialnie stoi przed tobą, przyjmując spowiedź twoją. Nie wstydź się, nie bój się i nie ukrywaj czegokolwiek przede mną, ale powiedz wszystko, czym zgrzeszyłeś, nie niepokojąc się, i przyjmiesz odpuszczenie grzechów od Pana naszego Jezusa Chrystusa. Oto i ikona Jego przed nami: ja zaś jestem tylko świadkiem, i wszystko, co powiesz mi, zaświadczę przed Nim. Jeśli zaś ukryjesz cokolwiek przede mną, grzech twój zwielokrotni się. Zrozum więc, że skoro już przyszedłeś do lecznicy, to nie wyjdź z niej nieuleczonym”. Następnie spowiadający się powinien przeczytać (odmówić) Symbol Wiary i tym zaświadczyć swoje prawosławne wyznanie. Ale teraz najczęściej Symbol Wiary odmawiany jest wspólnie przez wszystkich przygotowujących się do spowiedzi, zanim zaczną pojedynczo podchodzić do kapłana.

Czasem, jeśli człowiek sam nie może zacząć wyznawać swoich grzechów, kapłan zadaje pytania. Przy czym, pierwsze pytania, jak są ułożone w trebniku1, – pytania o wiarę, o prawosławne wyznanie, o wierności świętej Prawosławnej Cerkwi. Bez wiary w świętość dogmatów i tradycji Cerkwi czy przy jakichkolwiek wątpliwościach w nie, a także z pragnieniem trzymania się tej czy innej heretyckiej nauki lub odstępstwa – cała dalsza spowiedź traci sens. Dlatego pierwsze pytania są mniej więcej tej treści: „Powiedz mi, dziecko, czy wierzysz ty we wszystko to, co Cerkiew Prawosławna przekazała i czego nauczyła, i czy nie wątpisz, w jakąkolwiek jej tradycję (naukę)?”

„Czy nie byłeś ty heretykiem lub odstępcą, nie trzymałeś się z nimi, uczęszczając na ich zgromadzenia, słuchając ich nauk lub czytając ich książki?”

Tak więc, przede wszystkim trzeba, aby kajający się twardo i zdecydowanie wyznał w swoim sercu prawosławną wiarę i pokajał się w swoich wątpliwościach, wahaniach, odchyleniach od jej czystości. Szczególnie ważne jest zdecydowanie i szczerze pokajać się w tych wszystkich nieprawosławnych naukach i wierzeniach, w których miał udział czy zaufanie zanim nawrócił się do pokajania. Dopiero po tym możliwa jest dalsza spowiedź.

Przytoczymy opisy najbardziej rozpowszechnionych duchowych chorób, grzechów, złych nawyków, namiętności z pewnymi wyjaśnieniami ich, aby przygotowujący się do spowiedzi, mógł, czytając to pouczenie, jak najgłębiej rozpatrzyć siebie, dokładniej znaleźć wyrażenia, nazwy swoich chorób. Korzystne jest przy tym ułożyć sobie przybliżony plan – jakie grzechy wyznać, żeby nie zapomnieć potem na spowiedzi; ale trzeba będzie nie po prostu przeczytać z kartki o swoich wrzodach, a z poczuciem winy i pokajania odkryć je przed Bogiem, wyjmować je ze swojej duszy, jak jakieś wstrętne gady, i z uczuciem obrzydzenia pozbywać się ich (porównaj tę listę grzechów z tymi listami, które będą trzymać złe duchy na mytarstwach, i zauważ: im dokładniej ty sam potępisz, zdemaskujesz siebie, tym mniej stron znajdzie się w tych pismach demonów). Przy tym, oczywiście, każdemu wyciągnięciu takiej obrzydliwości i wyprowadzeniu jej na światło będzie towarzyszyć też pewne uczucie wstydu, i pewien lęk, będą następować też różne walki w duszy. Ale czyż nie tak czuje się człowiek, przychodzący do lekarza z jakąś obrzydliwą chorobą: i wstyd, i nieśmiałość, lęk, strach przed bólem, ale pragnienie zdrowia pokonuje wszystko?! Tym bardziej pragnienie duchowych dóbr powinno dodawać odwagi. I tu – im większa walka, im większy wstyd, brak odwagi, strach przeszkadzają wyspowiadać się, tym ważniejsze i bardziej konieczne jest bez względu na wszystko pokonać je, przecież te uczucia same już są duchowymi skazami i dowodzą tylko, że namiętności i grzechy mocno czepiają się i sprzeciwiają się, nie chcąc być wyjawionymi, bo być wyjawionym – jest już dla nich prawie całkowitą porażką, a dla duszy początkiem uzdrowienia, ale tym większa ulga i radość dla duszy po tym, jak wstydliwy, haniebny grzech zostanie zdemaskowany, wyjęty ze swego gniazda. Tak więc duchowa walka z grzechem nie morze przebiegać bez trudu i bólu. My tak zżywamy się z grzesznymi nawykami i myślami, że rozstać się z nimi – jest tym samym, co odciąć od żywego ciała rękę czy wyciągnąć oko z oczodołu. Ale ważne jest aby wyciągnąć wszystko całkowicie, w całości wyssać jad z rany, pragnąc tylko jednego – oczyścić duszę, nie bojąc się bólu i smrodu, wszystko obalić, rzucić przed Panem, całą brzydotę duszy swojej przed Miłosiernym Lekarzem dusz i ciał. I wiedz stanowczo: i Sam Pan, i sługa Jego – spowiadający ciebie ijerej (kapłan) bez względu na to jak obrzydliwy byłby twój wewnętrzny grzeszny świat, tylko radują się, kiedy ty zdecydowanie się go wyrzekasz, w duszy kapłana tylko radość z powodu kajającego się. Nie pozwalaj sobie myśleć o tym, że kapłan może stracić do ciebie przychylność albo zacznie tobą gardzić, – nie! Tak nie bywa – każdy kapłan po szczerej spowiedzi staje się jeszcze bardziej przychylny do spowiadającego się, znacznie bliżej i troskliwiej zaczyna odnosić się do niego. Wiedz o tym!

1. Trebnik – Euchologion – prawosławna księga liturgiczna przeznaczona dla kapłanów i diakonów, zawierająca porządek liturgii, sakramentów i poświęceń lub tylko sakramentów i poświęceń; odpowiednik Rytuału Rzymskiego.

 

Rozdział II. O grzechach

Grzech jest tym naruszeniem chrześcijańskiego zakonu (prawa) moralnego, to nieposłuszeństwo wierzącego słowu Bożemu.

Pojęcie grzechu – jest religijne, dotyczy ono tylko osób, przyjmującym prawo chrześcijańskie, wyznających wiarę w Boga i mocą tego znajdujących się w „schronisku cerkiewnym”. Kto zaś jest poza Cerkwią, ten nie jest nawet w stanie uświadomić sobie w pełni swojej grzeszności, zobaczyć całego swego upadku, przerazić się całą głębią swego zarażenia śmiertelną chorobą, odczuć całego swego oddalenia od Boga, od prawdy.

Dlatego najpierw należy pokajać się za grzechy przeciwko Bogu i Jego Cerkwi. Takich grzechów jest mnóstwo, są one połączone w nieprzerwaną sieć różnych stanów duchowych, jak prostych i oczywistych, tak i ukrytych, na pierwszy rzut oka niewinnych, a w rzeczywistości najbardziej niebezpiecznych dla duszy. Można je podzielić ogólnie tak:

    1. mała wiara;
    2. zabobonność;
    3. bluźnierstwo i bożenie się;
    4. zaniedbanie modlitwy, lekceważenie cerkiewnej służby;
    5. zbłądzenie.

 

Mała wiara

To grzech najbardziej rozpowszechniony; czasem mała wiara przeradza się zupełną niewiarę, chociaż często osoba cierpiąca z powodu tego grzechu nadal przychodzi na nabożeństwa, ucieka się do spowiedzi. W takim stanie mało wierzący nie przeczy świadomie istnieniu Boga, jednak wątpi w Jego wszechmoc, miłosierdzie czy Opatrzność. Swoimi postępkami, przywiązaniami, całym układem swego życia on zaprzecza wierze, którą wyznaje słowami. Taki człowiek nigdy nie wgłębia się nawet w najprostsze dogmatyczne sprawy, bojąc się utracić te naiwne wyobrażenia o chrześcijaństwie, często nieprawdziwe i prymitywne, które on kiedyś-tam przyswoił. Przekształcając Prawosławie w narodową, domową tradycję, zespół zewnętrznych obrzędów, gestów czy sprowadzając je do rozkoszowania się pięknym śpiewem chóru, migotaniem świec, czyli do zewnętrznego przyjemnego piękna, małowierni tracą najważniejsze w Cerkwi – Pana naszego Jezusa Chrystusa. U małowiernego religijność ściśle związana jest z emocjami estetycznymi, namiętnościowymi, sentymentalnymi: on łatwo zżywa się z egoizmem, samochwalstwem (umiłowaniem próżnej chwały), zmysłowością. Ludzie tego typu szukają pochwał i dobrej opinii o nich ojca duchowego. Tacy ludzie często na spowiedzi narzekają na innych, chcą zademonstrować swoją „prawość”. Oni łatwo przechodzą od mdliście-pozornej „pobożności” do nerwowości i gniewu na bliźniego.

Tacy „sprawiedliwi”, którzy nie widzą za sobą żadnych grzechów, często okazują do innych bezduszność, są samolubni i obłudni; żyją tylko dla siebie, uważając powstrzymanie się od grzechów za wystarczające dla zbawienia. Ogólnie rzecz biorąc, religijne samozadowolenie i samouspokojenie – to główne oznaki oddalenia od Boga i Cerkwi.

 

Zabobonność (wiara w przesądy)

Często do środowiska wierzących przenikają i rozprzestrzeniają się w nim wszelkie możliwe przesądy, wiara w znaki, wróżby, przepowiadanie, przeróżne heretyckie wyobrażenia o sakramentach i obrzędach. Podobne przesądy są sprzeczne z nauką Prawosławnej Cerkwi i służą zdeprawowaniu duszy i wygaśnięciu wiary.

W naszych czasach szczególnie rozpowszechniona jest taka zgubna nauka, jak teozofia (najbardziej znany jej kierunek – antropozofia). Na twarzach ludzi długi czas zajmujących się tak zwanymi naukami okultystycznymi, wtajemniczonych w „tajemniczą naukę duchową”, pozostaje ciężki odcisk – znak niewyspowiadanego grzechu, a w duszach – chorobliwie zniekształcone satanistyczną racjonalistyczną pychą mniemanie o chrześcijaństwie jak o jednym z niższych stopni poznania prawdy. Zagłuszając dziecięco szczerą wiarę w ojcowską miłość Boga, nadzieję na zmartwychwstanie i życie wieczne, teozofia głosi naukę o karmie, przesiedleniu duszy, pozacerkiewny, a więc nie posiadający łaski ascetyzm. Oprócz bezpośredniej szkody dla duchowego zdrowia, zajmowanie się teozofią, okultyzmem, spirytualizmem są ciężkim grzechem jeszcze i dlatego, że są próbą bezczelnie zajrzeć w zamknięte drzwi, przeniknąć w tajemnicę bytu niecerkiewną ścieżką, okrężną drogą. Koniecznie trzeba wyspowiadać się z takiego rodzaju skłonności, zainteresowania, jeśli miałeś z nimi jakikolwiek związek, jeśli chcesz wstąpić na cerkiewną drogę i przystąpić do sakramentu pokajania.

 

Bluźnierstwo i bożenie się;

Te grzechy często współistnieją z cerkiewnością i szczerą wiarą. Tu, w pierwszej kolejności, odnosi się bluźniercze narzekanie na Boga za Jego niemiłosierny jakoby stosunek do człowieka, za cierpienia, które wydają się nadmierne i niezasłużone. Czasami sprawa dochodzi nawet do bluźnierstwa na Boga, na cerkiewne świętości, sakramenty; często przejawia się to w opowiadaniu lekceważących, czy wprost obraźliwych historii z życia duchownych i mnichów, w prześmiewczo-ironicznym cytowaniu poszczególnych wypowiedzi z Pisma Świętego czy z modlitw.

Szczególnie rozpowszechniony jest zwyczaj bożenia się i próżnego wspominania imienia Bożego czy Przenajświętszej Bogarodzicy. Bardzo trudno jest pozbyć się przyzwyczajenia używania tych świętych imion w codziennych rozmowach jako wtrąceń, używanych dla nadania wypowiedzi większej emocjonalności, wyrazistości: „Bóg z nim”, „Ach, ty, Panie!”, „Wszystko u nas – nie ku chwale Bożej” itp. wyrażenia. Jeszcze gorzej jest wymawiać imię Boże w żartach, i już całkiem straszny grzech popełnia ten, kto używa świętych słów w gniewie, podczas kłótni, czyli wraz z przekleństwami i obelgami. Bluźni i ten, kto grozi gniewem Pańskim swoim nieprzyjaciołom albo też w modlitwie prosi Boga o ukaranie innej osoby. Wielki grzech popełniają rodzice, w gniewie przeklinający swoje dzieci i grożące im karą niebiańską. Przywoływanie nieczystej siły (czertychanie – przeklinanie z przywoływaniem czarta) w gniewie czy w prostej rozmowie też jest grzechem. Używanie jakichkolwiek przekleństw też jest bluźnierstwem i ciężkim grzechem. Trzeba bardzo zdecydowanie walczyć z tą chorobą, inaczej nie może być mowy o duchowym zdrowiu.

 

Lekceważenie cerkiewnej służby

Ten grzech najczęściej objawia się w niechęci do uczestniczenia w sakramencie eucharystii, to znaczy kiedy człowiek na długi czas pozbawia siebie priczastija (przyjęcia, uczynienia siebie częścią) Ciała i Krwi Pana przy braku jakichkolwiek okoliczności, uniemożliwiających to; ponadto jest to ogólnie brak cerkiewnej dyscypliny, nielubienie nabożeństw (służby Bogu). Często usprawiedliwiane to jest zapracowaniem, sprawami życiowymi, oddaleniem świątyni, długim czasem trwania nabożeństwa, niezrozumiałością cerkiewnych służb, języka. Ten grzech wyraża się również w nieznajomości podstawowych modlitw, Symbolu Wiary, modlitw początkowych, w niezrozumieniu sensu sprawowanych sakramentów, i najważniejsze – w braku zainteresowania do poznania tego.

 

Zaniedbanie modlitwy

Jest to szczególny przypadek niecerkiewności, powszechny grzech. Mówiąc o tej najważniejszej stronie życia duchowego, spowiadający się powinien powiedzieć na spowiedzi, jak on się modli, jakie są owoce jego modlitwy, czy modlitwa przynosi mu duchową pociechę czy też odbiera on to jako nieprzyjemny obowiązek, którego stara się pod wszelkim pretekstem uniknąć; czy korzysta z prawosławnego modlitewnika czy zna modlitwy na pamięć, czy czyta on Ewangelię. Każdy wierzący człowiek powinien codziennie w modlitwach wspominać swoich bliskich, żywych – o zdrowie i zmarłych – o pokój duszy, powinien modlić się „za nienawidzących i krzywdzących”, za tych, wobec których ma uczucie nieprzyjaźni, kto, być może, niesprawiedliwie skrzywdził go. Trzeba też często uczestniczyć na nabożeństwach, bywać w świątyni w niedziele i wielkie święta, koniecznie przestrzegać ustanowione przez Cerkiew posty – nie tylko w sensie powstrzymywania się od jedzenia, ale i w sensie moralnym. Powinien pogodzić się z tymi, z kim się kłócił, dawać jałmużnę, odpuszczać długi, powinien oddalać od siebie wszystko próżne i skoncentrować się na wiecznym.

Gorąca modlitwa odróżnia szczerze wierzącego od „letnich”. Trzeba starać się nie odmawiać modlitewnej reguły, nie wystać nabożeństwa, ale zdobyć dar modlitwy u Pana, polubić modlitwę, oczekiwać z niecierpliwością na godzinę modlitwy. Wierzący powinien dążyć wejść w modlitewny żywioł, nauczyć się kochać i rozumieć muzykę cerkiewnych pieśni, ich niezrównane piękno i głębię, barwność i mistyczną obrazowość symboli liturgicznych. Dar modlitwy – to też umiejętność panowania nad sobą, swoją uwagą, powtarzać słowa modlitwy nie tylko ustami i językiem, ale i całym sercem i wszystkimi myślami uczestniczyć w modlitewnym działaniu. Koniecznie trzeba przywyknąć do modlitwy Jezusowej: „Hospodi, Iisusie Christie, Synie Bożij, pomiłuj mia hriesznaho” (Panie, Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznym), i tę modlitwę wypowiadać wewnętrznie zawsze i wszędzie, zwłaszcza w trudnych chwilach, przy nasilających się walkach duchowych, podczas pokus, smutków.

Tak więc, bracie, rozpatrz uważnie, w czym z wymienionych tu koniecznych zasad, porządków, obowiązków chrześcijańskich ty grzeszysz przeciwko wierze naszej, przeciwko świętym postanowieniom cerkiewnym, i nie zapomnij pokajać się w tym!

 

Duchowe zbłądzenie (uwiedzenie, urzeczenie, pokusa)

Wszystkie wymienione grzechy w podstawie swojej mają niedostatek wiary, religijności, cerkiewności. Ten zaś grzech polega na fałszywym (błędnym) poczuciu nadmiaru osobistych darów duchowych. Ten grzech jest szczególnie rozpowszechniony w środowisku monastycznym, wśród osób duchowo rozwiniętych, o podwyższonej wrażliwości duchowej, prowadzących życie ascetyczne. Człowiek, przebywający w stanie urzeczenia, uważa że jest godny i osiągnął szczególne owoce duchowej doskonałości, za potwierdzenie czego służą mu wszelkiego rodzaju „znaki”, czyli widzenia senne, głosy, wizje na jawie. Taki człowiek może być bardzo obdarzony mistycznie, ale przy braku cerkiewnej kultury i wykształcenia teologicznego, a głównie – z powodu braku dobrego, surowego ojca duchowego i przy obecności środowiska, skłonnego łatwowiernie przyjmować jego opowieści jako objawienia, taki człowiek szybko hoduje w sobie dumną opinię, fałszywe, zbłądzone pojęcie o swoim duchowym stanie. Ten stan zaczyna się zwykle od przyjęcia tajemniczego snu, pełnego jakiegoś zamętu, za mistyczne objawienie czy proroctwo. Na kolejnym etapie już na jawie pojawiają się świetliste wizje, w których on rozpoznaje Anioła, czy jakiegoś świętego, czy nawet Bogarodzicę i Samego Zbawiciela. Oni przekazują najbardziej niewiarygodne, nieprawdopodobne objawienia, często zupełnie bezsensowne.

Zaś według nauki świętych ojców nie należy zwracać uwagi na sny, tym bardziej opowiadać je, a także skrajnie nieufnie odnosić się do różnego rodzaju wizji i znaków – raczej pośpieszyć się z wyznaniem wszelkich takich wizji ojcu duchowemu, uważnie obserwować serce – czy nie pojawiło się tam harde uczucie, oparte na myśli o swojej wyjątkowości, duchowości i przede wszystkim bać się tego wrzodu w duszy, od którego to i zaczyna się stan zbłądzenia.

 

Pycha i samochwalstwo (umiłowanie próżnej sławy)

To są najgłębsze, najbardziej rozpowszechnione i najbardziej zgubne choroby, od których to zaczyna się całe zło w człowieku. Pycha jest matką wszystkich namiętności i grzechów, nic tak nie oddala człowieka od Boga, jak pycha. Tu też obok stoją i wszystkie podobne jej choroby: samolubstwo, arogancja, wyniosłość, zarozumiałość, egoizm, obłuda itp. Pycha nie zawsze jest wyraźnie widoczna, ale jej obecność zawsze można znaleźć w wielu postępkach, uważny ku sobie człowiek może łatwo dostrzec ją w sobie, ale nie zawsze może słowami opisać swoją pychę i zmierzyć jej głębię. Za to samochwalstwo, jako najbliższy sługus pychy, zawsze bywa widoczne, jawne. To bardzo podstępna namiętność, ono, jak złodziej czy jak uparty celnik, stara się z każdej cnoty, w ogóle z każdego czynu człowieka wyrwać swój podatek na pożytek pychy, na chwałę samozadowolonego „ja”; czy dobry uczynek czyni człowiek, czy zły, ładny czy brzydki – samochwalstwo wypatruje, czy można wyciągnąć z tego coś chełpliwego, nasycającego chore samolubstwo, i odwrotnie: przed wykonaniem jakiegoś uczynku, człowiek zawsze rozważa w sobie – czy warto to robić, ze względu na co; tu właśnie wciska się umiłowanie próżnej sławy ze swoimi zgubnymi propozycjami, podstępnie wypaczając dobre chęci i podmieniając pobożne motywy na udawane, fałszywe – w celu wysławienia swojej osobowości. Zaczął człowiek wykonywać dobry uczynek ze względu na Pana, a umiłowanie próżnej sławy szepcze: „Tak, działaj, – bardzo dobry uczynek, i później będą o tobie tak dobrze mówić…”, i człowiek nabiera zapału, i pojawiają się wyjątkowe siły, i nie zauważa on jak przyjął tę podstępną myśl, i trudzi się już dla swojej sławy, a nie na chwałę Bożą. Dlatego to tak często Zbawiciel nasz i uczył o tej namiętności – i modlić się nie na widoku, nie na pokaz ludziom, i jałmużnę dawać potajemnie, i wszelki uczynek czynić przed Bogiem, a nie przed ludźmi. I tak różnorodne jest działanie wszystkich knowań tej namiętności, że prawie nie można ich wszystkich zauważyć, i, jak piszą ojcowie, tylko usuniesz jedną pobudkę do próżnej sławy, ona znajduje ją i w przeciwstawnym działaniu, jak łuski cebuli, zdejmiesz jedną – a tam druga taka sama. Ta namiętność jest czepliwa i trudna do wyleczenia, i z nią trzeba najmocniej walczyć, ponieważ ona niszczy wszystkie trudy człowieka. Często zewnętrznie całe życie chrześcijanina może być najbardziej wzorcowe, najgorliwsze, a wewnątrz może być całkowicie zjedzone przez tego robaka, założone na fałszywym fundamencie (na piasku), – i ogromna, wspaniała budowla może runąć przy lekkim wiaterku.

I zauważ, bracie, w naszych czasach ta namiętność bardzo mocno rozprzestrzeniła się wśród chrześcijan pod postacią fałszywej pobożności, fałszywej gorliwości, dogadzania ludziom i obłudy. Więc, patrz uważnie na serce swoje i tego rodzaju przegrzeszenia odkrywaj na spowiedzi, abyś nie zamienił sławy Bożej na sławę człowieczą.

 

Dogadzanie człowiekowi (lizusostwo, pochlebstwo)

Również subtelnie (zręcznie) oddalająca od prawdziwego służenia Bogu namiętność! Przez Pana przykazane jest nam kochać bliźniego jak samego siebie, jednak można kochać bliźniego, służyć mu usilnie, ale nie ze względu na Boga. Cała rzecz w tym, jaki nastrój leży u podstawy tej miłości. Jak można odróżnić jedną miłość od drugiej? Miłość chrześcijańska zwykle nie rozpala się od razu w sercu. Kiedy człowiek zacznie żyć po chrześcijańsku, wszystkie jego uczucia wymagają przymusu, walki, długiego leczenia, zanim zaczną one podporządkowywać się choć trochę chrześcijańskim prawom. Na początku i ofiarować siebie, każdą odrobinkę swego „ja”, dla dobra bliźniego jest niezwykle trudno. Częstym przypominaniem sobie ewangelicznych przykazań, groźbą kary niemiłosiernej, strachem odpowiedzialności za swoje grzechy itd. trzeba na początku przekonywać i zmuszać siebie choćby do zewnętrznego wypełnienia przykazania o miłości do bliźniego, póki przez długie doświadczenie walki serce zmięknie i zacznie kochać samo (oczywiście, dzięki łasce Bożej, osiągniętej trudem i samoprzymuszeniem). Tu zawsze na pierwszym miejscu jest Pan, Jego przykład ofiarnej miłości do rodzaju ludzkiego, i przejawy takiej miłości zawsze są bardzo powściągliwe, pożyteczne dla duszy, przynoszące owoce.

Zaś miłość dogadzająca człowiekowi zawsze ma w swojej podstawie jakąś namiętność: albo to cielesna przyjemność, albo rodzinna, albo sympatia, albo szacunek do człowieka ze względu na jego wysoką pozycję w społeczeństwie, to znaczy na czele stoi pragnienie dogodzić człowiekowi ze względu na to, że w danej chwili wyróżniamy go jakoś w porównaniu z innymi i chcemy mieć jego przyjemną opinię o sobie. Tak więc, te różne myśli bywają ledwie uchwytne, ale to one jednak są wewnętrznym bodźcem do tego, że nagle pojawia się chęć usłużyć człowiekowi, zaspokoić go, sprawić mu czymś radość. Najczęściej w takich przypadkach, jeśli jest jakakolwiek przeszkoda ze strony przykazań chrześcijańskich, to łatwo ją naruszają, i „ze względu na miłość” często poważnie narusza się postanowienie Cerkwi i znieważa się Samego Pana. Przy dogadzaniu człowiekowi stawiamy bliźniego przed Bogiem i służymy mu dla własnej korzyści, opierając się na swojej nieczystej człowieczej dobroci, często całkowicie zapominamy na ten czas o Bogu. Ale najgorsze jest to, że my sami w tym czasie myślimy i innym dajemy zrozumieć, że robimy to zgodnie z przykazaniami, według swego chrześcijańskiego miłosierdzia.

 

Gniewliwość, drażliwość

Przejaw tej namiętności wielu usprawiedliwia przyczynami fizjologicznymi, tak zwaną nerwowością, na skutek cierpień i udręk, które ich spotkały, napięciem współczesnego życia, trudnym charakterem krewnych i bliskich. Choć po części te przyczyny i istnieją, jednak nie mogą służyć jako usprawiedliwienie tego, z reguły, głęboko zakorzenionego przyzwyczajenia wyładowywania swego rozdrażnienia, złości, złego nastroju na bliskich. Drażliwość, wybuchowość, grubiaństwo, przede wszystkim, burzą życie rodzinne, prowadząc do kłótni, zwykle z powodu drobiazgu, wywołując wzajemną nienawiść, urazę, chęć zemsty, zatwardzają serca ogólnie dobrych i kochających się ludzi. A jak szkodliwie i zgubnie działa przejaw gniewu na młode dusze, niszcząc w nich daną przez Boga czułość i miłość do rodziców! Możemy i powinniśmy gniewać się tylko na własne grzechy i niedostatki. Nił Synajski radzi być potulnym wobec ludzi, ale nieprzyjacielem naszego wroga, ponieważ na tym właśnie polega naturalne użycie gniewu, aby wrogo przeciwstawić się dawnemu wężowi. I jeszcze: kto żywi urazę na demona, ten nie chowa urazy do ludzi.

Nawet sprzeczać się trzeba bez zawziętości i gniewu, ponieważ rozdrażnienie natychmiast przechodzi na drugiego. Przyczyną gniewu często bywa wyniosłość, pycha, chęć pokazania swojej władzy nad innym, zdemaskować jego ułomności, zapominając o swoich grzechach. Przed spowiedzią trzeba przypomnieć sobie: czy nie żywisz ty, bracie, złości do swego bliźniego i czy pogodziłeś się z nim w swoim sercu? Po obrazie, jaką wyrządziłeś komuś, czy poprawiłeś się, czy nie zostało u drugiego na sercu smutku i żalu? Przypomnij i pokajaj się, w czym zgrzeszyłeś, i jeśli to możliwe przed spowiedzią pogódź się, poproś o wybaczenie tego, komu sprawiłeś nieprzyjemność, a za swoich krzywdzicieli pomódl się, z całego serca życząc im wszystkiego dobrego.

Często tam, gdzie ludzie długo mieszkają razem, zwłaszcza w ciasnych (trudnych) warunkach, diabeł wprowadza między nimi kłótnię, wzajemną nienawiść – zaczyna się ciągłe rozdrażnienie, osądzanie, nawet wstręt, wrogość. To robota złej namiętności: zaczyna się wydawać, że bliźni prowadzi się całkiem niemożliwie, jego działania wydają się skrajnie odrażające, wyzywające, nieprzyzwoite. Jest to znane biesowskie kuszenie. Znajdując w duszy człowieka jedną łatwo drażliwą strunkę, diabeł kieruje do niej swoje pobrzękiwania, oszczerstwami i kłamstwem podżegając do gniewu, póki nie rozbuja wszystkich strun duszy tak, że ta z gotowością zaczyna reagować na każdą gniewną myśl. Tak biesy znalazłszy sobie przełaz do duszy, wkrótce już przeciskają do niej górę różnych nienawistnych wobec brata uczuć i łatwo doprowadzają człowieka niemal do szaleństwa (opętania), to znaczy do zaciekłej nienawiści do bliźniego. Dlatego ważne jest, aby od samego początku uważnie obserwować nieprzyjazne myśli, drobne rozdrażnienia, wybuchy gniewu – i natychmiast przecinać je, wyznawać na spowiedzi, jeśli jest możliwość, aby często i wyraźnie wyjawiać takie myśli duchownemu, który słowem, radą może łatwo pomoc odciąć podobne myśli i nie pozwolić chorobie dalej się rozwijać. Ale skrajnie niekorzystnym jest pragnąć rozłączyć się z tym, wobec kogo pojawia się takie rozzłoszczenie. Tego to właśnie i szuka diabeł. Trzeba wytrzymać do końca, znając prawdziwe źródła tego zła. Kiedy zaś człowiek, rozpalany biesem złośliwości, oburza się na bliźniego i jego samego uważa za winnego, a nie diabła i swoją namiętność, to jest on podobny, według słowa ojców Cerkwi, do głupiego psa, w którego rzucają kamieniami, i on rzuca się, szczekając, na nie, gryzie je, a tego, kto rzuca, nie zauważa. Tak więc, ta namiętność jest również teraz bardzo rozwinięta, dla wyleczenia jej wymaga się wiele uwagi, walki, częstego spowiadania się, pokory wobec bliźnich, samoupokorzenia się, wielu modlitw z pokłonami za siebie i za tych, przeciwko komu trwa walka. Prawdziwi chrześcijanie, ci, którzy całą duszą pragnęli posłużyć Panu swemu i poszukiwali doskonałego oczyszczenia serca, często świadomie poszukiwali sobie albo przewodnika (nauczyciela) albo brata z trudnym, surowym czy nawet drażliwym charakterem, aby, żyjąc obok niego, stale upokarzać się i przez to szybciej nauczyć się łagodności i niezłośliwości. Takich przykładów dość dużo spotykamy w żywotach świętych.

 

Grzech osądzania

Osądzając cudze niedostatki (rzeczywiste czy pozorne), człowiek uważa się za lepszego, czystszego, pobożniejszego, uczciwszego czy mądrzejszego od innych. Kto ma serce czyste, ten wszystkich ludzi uważa za czystych, a u kogo serce skalane namiętnościami, ten nikogo nie uważa za czystego, pomyśli, że wszyscy podobni są do niego. Nasz osąd nigdy nie bywa bezstronnym, bo najczęściej oparty jest na przypadkowym wrażeniu lub dokonywany jest pod wpływem osobistej urazy, rozdrażnienia, gniewu, przypadkowego nastroju.

Prawosławny chrześcijanin, bezwarunkowo, może i powinien protestować przeciwko nieprawdzie, niesprawiedliwości, bronić pokrzywdzonych. Ale przywracać prawdę powołany jest tylko ten, kto jest godny, kto zasłużył prawo bronić ją, kto sam jest w stanie z uległością wysłuchać prawdę o sobie i z pokorą pokajać się we własnych grzechach. Osądzanie jawne lub ledwo zauważalne – jest prawie najczęstszym grzechem, który najtrudniej jest wyznać, ponieważ jak drobny pył rozsiany jest on po całym naszym życiu, po całym naszym działaniu, ale ten pył jest niezwykle szkodliwy. Jedno słowo osądzenia, jedna myśl wyrzutu – często (jak wiemy z przykładów życia świętych ojców) całkowicie odbierała łaskę Bożą nawet gorliwym ascetom. Jedno małe osądzenie może całkowicie pozbawić chrześcijanina nagrody za liczne, długie trudy, w jednej chwili zostawić duszę na czysto ograbioną, ogołoconą, przygnębioną, nawet jeśli tylko co radowała się ona i weseliła duchową radością. W Świętej Ewangelii z ust Samego Pana często słyszymy ostrzeżenia odnośnie osądzania bliźniego: Nie sądźcie, abyście sądzeni nie byli… jakim sądem sądzicie, takim będziecie sądzeni… przebacz nam winy nasze, jak i my odpuszczamy winowajcom naszym. W Pańskiej modlitwie Otcze nasz my wprost wypowiadamy na siebie ciężki wyrok, jeśli, wypowiedziawszy ją, zaczynamy procesować się z bliźnim i nie wybaczamy mu jakichkolwiek grzechów (przewinień).

Jeśli zaś nikogo nie osądzać, zawsze odwracać oczy o grzechów bliźniego i starać się zobaczyć swoje grzechy, siebie ganić i stawiać niżej brata swego, to ta droga będzie najkrótszą do Carstwa Niebieskiego, – najłatwiejszą i najradośniejszą. Przeżyj choć dzień tak, i zauważysz w sobie, jak natychmiast przybliżysz się do Boga. Jeśli nikogo nie osądzisz, to przy wielu innych grzechach możesz być ułaskawiony na sądzie, a przy osądzeniu i przy godnym, surowym we wszystkim i zacnym życiu znajdzie się u ciebie wiele grzechów, za które będziesz sądzony z całą surowością. Dlatego to tak właśnie bali się ojcowie nasi tego grzechu, tak chronili każde uczucie swoje, słowo, myśl, starali się nawet lekkim wyrzutem, kiwnięciem głowy nie okazać osądzenia, ani oskarżającym spojrzeniem, ani westchnieniem. Jeśli zaś natrętnie najdą osądzające myśli od demonów, to nie pozwól im zaszczepić się w sercu, a jeśli i przylepiają się do serca, to chociaż strzeż się je wypowiedzieć. Jeśli przemilczysz, to już łatwo będziesz mógł wygonić tę namiętność z serca, a powiedziałeś – ciężko zgrzeszyłeś!

 

Przygnębienie

Grzech przygnębienia pochodzi od nadmiernego zajęcia sobą, swoimi przeżyciami, niepowodzeniami, i jako efekt tego – wygasanie miłości do innych, obojętność wobec czyichś cierpień, nieumiejętność cieszenia się czyimiś radościami, zradza się zawiść. Podstawa i korzeń naszego duchowego życia i siły – to miłość do Chrystusa, i trzeba ją w sobie pielęgnować i wychowywać, wpatrywać się w Jego obraz, rozjaśniać i pogłębiać go w sobie, żyć myślą o Nim, a nie o swoich drobnych próżnych sukcesach i porażkach, oddawać Jemu swoje serce – to właśnie jest życie chrześcijanina. I wtedy w sercu naszym zapanuje cisza i pokój, o czym mówi św. Izaak Syryjczyk: „Pogódź się z sobą, i pogodzą się z tobą niebo i ziemia”.

Często u ludzi którzy ciężko zgrzeszyli czy słabych, którzy nie potrafią śmiało podjąć walki ze swymi namiętnościami, bywają wątpliwości co do możliwości wybaczenia im, możliwości poprawienia się, towarzyszą temu oznaki przygnębienia, rozpaczy (również ciężkiego grzechu niewiary). Ale przecież nie zdrowi potrzebują lekarza, ale chorzy, pójdźcie, nauczcie się, co znaczy: miłosierdzia chcę, a nie ofiary? Bo Ja przyszedłem przywołać nie sprawiedliwych, ale grzeszników do pokajania (Mt.9:12-13). Beznadziejna sytuacja niektórych spowiadających się, pozorna beznadziejność ich sytuacji polega na tym, że ludzie stoją poza Cerkwią, zbawienie ich – to wejść do Cerkwi, do wspólnoty miłości z braćmi w wierze.

 

Gadatliwość (próżna gadanina)

Grzech próżnej gadaniny jest bardzo powszechny. Jest to grzech pustego nieduchownego korzystania z Boskiego daru słowa. Obejmuje to też plotki, przekazywanie pogłosek. Często ludzie spędzają czas na pustych, bezpożytecznych rozmowach, których treść natychmiast zostaje zapomniana. Pan zaś powiedział: za każde próżne słowo, które ludzie wypowiedzą, odpowiedzą oni w dniu sądu: bo przez słowa swoje będziesz usprawiedliwiony, i przez słowa swoje zostaniesz osądzony (Mt. 12:36-37).

Grzech próżnej gadaniny nigdy nie kończy się zwykłą stratą czasu, ale pozostawia duszę człowieka splugawioną, ponieważ wszelka gadatliwość niesie w sobie albo osadzania, albo drwinę, albo zadowolenie z samochwalstwa i próżnej sławy, albo ożywia namiętne wspomnienia itd. Wystarczy tylko ledwie-ledwie otworzyć usta do próżnej rozmowy, i już jakieś wredne, szkodliwe słowo wyskakuje, za nim następne. Dlatego to konieczna jest uwaga, zwięzłość w rozmowach, niewielosłowność. Przecież czasem nawet jedno nieprzemyślane słowo może pozbawić człowieka łaski Bożej, zdobytej długimi trudami (patrz o osądzaniu).

 

Kłamstwo

Tu też mogą być zaliczone: niespełnienie danych obietnic, plotki, zmyślanie i przesadzanie w próżnych rozmowach, oszczerstwa, narzucanie bliźniemu swoich domysłów jako stanowczej wiedzy, śmiałe rozstrzyganie o trudno pojętych sprawach, udzielanie bliźniemu przekonywujących rad przy nieposiadaniu dostatecznego doświadczenia i duchowości. Ten grzech tak głęboko wszedł w świadomość współczesnego człowieka, tak głęboko zakorzenił się w duszach, że ludzie nawet nie myślą o tym, że wszelkie formy nieprawdy, nieszczerości, obłudy, przesady, przechwałek są przejawem ciężkiego grzechu, służeniem szatanowi – ojcu kłamstwa. Według słów Apostoła Ioanna, do Niebiańskiego Jeruzalem nie wejdzie… nikt oddany obrzydliwości i kłamstwu (Ap.21:27).

Kłamstwo może objawiać się całkowicie bezwstydnie, otwarcie w całej swojej satanistycznej obrzydliwości, stając się w takich przypadkach drugą naturą człowieka, stałą maską, przyrośniętą do jego twarzy. On tak przyzwyczaja się kłamać, że nie może wyrażać swoich myśli inaczej, jak tylko ubierając je w jawnie nieodpowiadające im słowa, tym samym nie wyjaśniając, zaciemniając prawdę. Kłamstwo niepostrzeżenie wkrada się do duszy człowieka od dzieciństwa: często, nie chcąc kogoś widzieć, prosimy bliskich aby powiedzieli przychodzącemu, że nie ma nas w domu; zamiast szczerego odmówienia udziału w jakiejś nieprzyjemnej dla nas sprawie, udajemy chorych, zajętych innymi sprawami. Takie „życiowe” kłamstwo, pozornie niewinne przesady, żarty, oparte na oszustwie, stopniowo demoralizują człowieka, pozwalając mu później dla własnej wygody iść na układy z sumieniem. Koniecznie trzeba wykorzeniać kłamstwo w najbardziej zdecydowany sposób; pamiętaj, że jak od diabła nie może być nic, oprócz zła i pohybla dla duszy, tak i od kłamstwa – jego dzieciska – nie może nastąpić nic, oprócz niszczącego, szatańskiego, antychrześcijańskiego ducha zła. Nie istnieje „zbawienne kłamstwo” czy „usprawiedliwione”, same te związki wyrazowe są bluźniercze, bo zbawia i usprawiedliwia nas tylko Prawda, Pan nasz Jezus Chrystus!

 

Złodziejstwo

Przykazanie „nie kradnij” niektórzy rozumieją zbyt konkretnie, jako zakaz jawnego złodziejstwa, grabieży itp. Jednak kradzieżą jest wszelkie bezprawne przywłaszczanie cudzej własności, zarówno prywatnej, jak i publicznej. Za kradzież (złodziejstwo) należy uważać niezwrócenie długów pieniężnych czy rzeczy pożyczonych; do tego też grzechu należy pasożytnictwo (bumelanctwo), żebractwo bez skrajnej konieczności, przy możliwości samodzielnego zarabiania na przeżycie. Jeśli człowiek, wykorzystując nieszczęście innych, odbiera im jakiekolwiek dobro, więcej, niż należy, to popełnia on grzech lichwiarstwa. Dotyczy to również odsprzedaży rzeczy i produktów po zawyżonych cenach (spekulacja), przejazd bez biletu w środkach transportu i temu podobne grzechy – to też naruszenie przykazania „nie kradnij”.

Jeśli kajający się ma grzech, związany z wyrządzeniem komukolwiek uszczerbku materialnego, to pożądane jest, żeby w miarę możliwości wynagrodził swój dług, zwrócił ukradzioną rzecz albo jej wartość niezależnie od dawności popełnionego czynu. To będzie najlepsza forma epitemii.

 

Miłość do pieniędzy (chciwość)

Pod tą nazwą rozumie się wszelkie zamiłowanie, uzależnienie i słabość do rzeczy, pieniędzy, do wszelkiego rodzaju dóbr materialnych, przejawiające się jak w formie rozrzutności, tak i w przeciwstawnym jej – skąpstwie. Drugorzędny, na pierwszy rzut oka, ten grzech jest nadzwyczaj niebezpieczny – w nim jednoczesne odrzucenie wiary w Boga, miłości do ludzi i pasja do niższych uczuć. Ta namiętność zradza złość, okamienienie serca, wielką pracowitość, staranie, zawiść. Przezwyciężenie chciwości jest również częściowym przezwyciężeniem i tych grzechów. Ze słów Samego Zbawiciela wiemy, że bogatemu trudno jest wejść do Carstwa Niebieskiego. Chrystus uczy: Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje podkopują i kradną; ale gromadźcie sobie skarby na niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie podkopują i nie kradną; bo gdzie skarb wasz, tam będzie i serce wasze (Mt.6:19-21).

Temu grzechowi bliskich jest wiele namiętności: namiętność pięknego ubierania się, zwłaszcza posiadanie rzadkich rzeczy, „ze smakiem” dobierać sobie każdą rzecz, tworzyć sobie piękne modne umeblowanie i wyposażenie w domu, stąd też skrupulatna troska o porządek w rzeczach, o ich przechowywanie, strach utracić cokolwiek, strach przed złodziejami, rabunkiem, rozdrażnienie na tych, którzy dotykają albo proszą o rzeczy, rywalizacja z innymi w pozyskiwaniu rzeczy, zawiść, osądzanie, niemiłosierdzie, pogarda wobec ubogich; człowiek zaczyna poświęcać wiele uwagi zewnętrznemu wyglądowi swemu i otaczających, tu powstaje stosunek do bliźniego „według ubrania”, szacunek rośnie albo upada w zależności od materialnego dobrobytu bliźniego, a stąd i niesprawiedliwość, dogadzanie człowiekowi (schlebianie, przypodobanie się), wstręt czy obrzydzenie. Apostoł namiętność umiłowania do bogactwa nazywa bałwochwalstwem. Kto zaczyna służyć ulegającej rozkładowi materii ten staje się jej niewolnikiem, czcicielem, kłania się zniszczalnemu – stworzeniu – i opuszcza Stwórcę.

 

Łakomstwo (obżarstwo, lubieżność)

Różni ludzie potrzebują różnych ilości pokarmu dla podtrzymania swoich sił fizycznych – zależy to od wieku, budowy ciała, stanu zdrowia, od ciężkości wykonywanej pracy. W samum pokarmie nie ma żadnego grzechu, ponieważ jest to dar Boży. Grzech zaś polega na traktowaniu go jako upragnionego celu, w oddawaniu mu czci, wielbieniu, w przyjemnym i zmysłowym z namiętnością przeżywaniu doznań smakowych, rozmowach na ten temat, w dążeniu do wydawania jak najwięcej pieniędzy na nowe, jeszcze bardziej wyrafinowane, produkty.

Chrześcijanin powinien zawsze powstrzymywać siebie od wszelkiego nadmiaru (przesady), starać się czynić wszystko w miarę konieczności i pożyteczności, a wszystko nadmierne, przynoszące duszy szkodę, – odcinać. Kiedy zachowany jest umiar w jedzeniu, to ono wzmacnia człowieka i daje siły do trudów na chwałę Bożą, dla zajęć i fizycznych i duchowych, dla dokonywania modlitwy, klękania itd. pozbawienie zaś siebie niezbędnej ilości pokarmu, czyli nierozsądny post, jak również przesady (nadmiar) odejmują siły, pozbawiają człowieka możliwości zachowywać sprawny, pożyteczny dla duszy rytm swego życia. Rozkoszowanie się smakowymi walorami pokarmu bardzo szkodzi zajęciom duchowym, przytępia smak do wszystkiego duchowego, rozwija pożądliwość (lubieżność, namiętność do przyjemności), pragnienie nowych zmysłowych doznań, w duszy osiedla się uczucie niezadowolenie z „szarego” życia, to jest człowiek zaczyna oczekiwać i wyszukiwać czegoś jaśniejszego, bardziej wrażliwego dla zmysłów, – już nie tylko w jedzeniu, ale i w innych odlotowych gałęziach swojej zmysłowości. Dlatego od łakomstwa niedaleko i do rozpalenia nierządności, w człowieku wszystko jest połączone – i od jednej namiętności niedaleko do następnych. Tak więc, łakomstwo zradza naruszenia postu, a to już oddala człowieka od Cerkwi, od Boga. Łakomczuch nie jest w stanie walczyć z wieloma innymi namiętnościami, podczas gdy post – jest bronią przeciwko wielu namiętnościom.

Grzechem jest również zapominanie o modlitwie przed jedzeniem, zwłaszcza z powodu niecierpliwego pragnienia aby szybciej zacząć jeść. Bardzo szkodliwe jest jedzenie z nudów, przygnębienia, z braku zajęcia.

 

Pijaństwo

Ciężka namiętność stojąca obok obżarstwa, – pijaństwo. Ileż nieszczęścia przynosi ta namiętność, każdy wie. O tym, jak zgubnie działa pijaństwo na zdrowie, na psychikę, na relacje z bliskimi, – o tym wiele wszędzie mówią i wierzący i niewierzący. Bieda w tym, że pijącemu człowiekowi trudno jest unikać okazji do wypicia i trzymać się jak najdalej od alkoholu, ponieważ w społeczeństwie bez picia nie odbędzie się żadne wydarzenie, ani małe ani wielkie, ani radosne ani smutne. Przy tym wielu uważa za swój obowiązek uważnie doglądać bliźniego, aby pił, ponieważ boją się: a co jeśli ten nie będzie miał „nastroju”. Tak bywa teraz i wśród ludzi wierzących, tym bardziej dla każdego chrześcijanina wino – substancja szczególna, jak chleb i olej, uświęcone tym, że używane jest podczas nabożeństw: czyste czerwone wino i specjalnie upieczony chleb – prosfory służą do sprawowania świętego sakramentu Eucharystii. Dlatego też na świętach chrześcijan zawsze bywa wino, i wypić niewiele po to, aby poprawić, ożywić świąteczny nastrój, nie grzech, ale w naszych czasach ludzie tak stali się słabi, tak nieumiarkowani we wszystkim, że przy świątecznym stole prawie zawsze ktoś się upija. Jeśli wcześniej regulamin w monasterach pozwalał mnichom wypić podczas posiłku do dwóch kieliszków wina, to trzeba mieć na uwadze, że ludzie wtedy byli znacznie silniejsi i wstrzemięźliwsi i wino nie wywierało na nich takiego działania. W naszych czasach trzeba być bardzo ostrożnym, i jeśli człowiek zna swoją słabość do alkoholu, to powinien zawczasu zawsze nastrajać się w odpowiedni sposób – albo w ogóle nie dotykać wina, albo też przestrzegać dokładnej miary. Teraz często piją wino w poście, ale jest to jawne naruszenie, ponieważ wyraźnie napisane jest w cerkiewnych typikonach: kiedy post bywa otwarty winem? w przypadku jakiegoś święta.

Pamiętaj, bracie, następujące: choć wino na początku i wydaje się najpiękniejszą rzeczą, przyjemną, ale biesy bardzo lubią łapać słabych ludzi na tę przynętę – często i jeden kieliszek pozbawia czujności, ostrożności, i diabeł już szykuje sieć grzechu, w którą łatwo wpada ten, kto choć trochę zapomniał się i się rozluźnił. Jakich tylko szalonych postępków nie czynią ludzie w stanie nietrzeźwości, czasem po prostu wściekają się, są opętani, popadają w całkowitą zależność od złych duchów, „tańczą pod ich dudkę”, dochodzą do samobójstwa. Pan mówi w Piśmie Świętym, że pijacy nie będą zbawieni. Pijak szuka w alkoholu radości, wesołości, chce zapomnieć, uciec od smutków tego świata, ale przecież ta siła w winie – weselić i rozgrzewać serce – to tylko słabe napomknienie, słaby obraz, porównanie z tą radością, duchową wesołością, którym już raduje się i weseli się każdy prawdziwie wierzący i wypełniający przykazania Chrystusowe. Łaska Boża, której źródłem jest nauka ewangeliczna, napełniająca każdego, kto uważnie słucha słowa Bożego i żyje nim, – oto wino weselące i upajające, i wprowadzające do Carstwa Niebieskiego!

 

Zabójstwo

Za najstraszniejszy grzech we wszystkich czasach uważano złamanie szóstego przykazania – zabójstwo, pozbawienie innego człowieka największego daru Bożego – życia. Takim samym strasznym grzechem jest samobójstwo i zabójstwo w łonie – aborcja.

Bardzo bliscy zabójstwa są ci, którzy w złości na bliźniego dopuszczają się rękoczynu, zadają uderzenia, rany, okaleczenia. Winni są w tym grzechu rodzice, okrutnie traktujący swoje dzieci, bijący je mocno za najmniejsze przewinienie, a nawet bez jakiegokolwiek powodu. Nierzadko wpadają w ten grzech rękoczynu ci, którzy nadużywają alkoholu. Stało się powszechnym wśród młodzieży bić się, często do poważnych obrażeń, omal nie zabijać się nawzajem bez powodu, po to tylko, aby wykazać swoje „męstwo”, stanąć w obronie swego „ja”. Ale czy to męstwo? Z reguły tacy „bohaterowie” po prostu nie potrafią stłumić w sobie namiętności i działają w porywie gniewu, nienawiści, pod wpływem wybuchu szatańskiej złości; my zaś, chrześcijanie, wiemy, że prawdziwe męstwo objawia się w twardym, cierpliwym, wytrwałym przeciwstawianiu się namiętnościom, nieuleganiu im. Kto jest bardziej mężny? Ci, którzy, słabi fizycznie, milczący, pokorni chrześcijanie: młodzieńcy, dziewczęta, małe dzieci, matki ze swymi niemowlętami – którzy bez oporu szli na męki w imię Chrystusa, dobrowolnie oddawali siebie na męczarnie, znosili znęcanie się nad sobą; czy też ci „mężczyźni”, którzy za jedno obraźliwe słowo gotowi są bliźniemu wypuścić kiszki z brzucha, byle co – sięgają po nóż? Ciekawe – jak postąpiliby tacy ludzie, gdyby poprowadzono ich na męki, żądając wyrzeczenia się swojej wiary? Najprawdopodobniej albo od razu wyrzekliby się Chrystusa, albo zaczęliby przeklinać swoich oprawców, zgrzytać na nich zębami, starać się uderzyć kogoś z nich. A oto chrześcijanie zawsze modlili się nawet za swoich męczycieli i katów. Często teraz można słyszeć usprawiedliwienie, że, niby jak mówią, w życiu istnieją „wilcze” prawa i łagodność nie zawsze jest pożyteczna i możliwa. Ale jak takie myśli połączyć z chrześcijaństwem: do kogo więc wtedy skierowane są słowa Samego Pana: nauczcie się ode Mnie, jako potulny jestem i pokorny sercem, albo przykazanie – kto uderzy cię w prawy policzek twój, nadstaw mu i drugi?

Winni są w tym grzechu i ci, którzy podpuszczają (podżegają) do bójki, którzy skłócają (trują) ludzi plotkami, oszczerstwami, obmowami, rozgoryczają przyjaciół, bliskich ludzi skłócają między sobą, ci, którzy niezgodę wnoszą wśród otaczających ich. Niech wie taki, że on wprost wykonuje dzieło diabelskie, ponieważ i samo słowo „diabeł” znaczy „oszczerca”.

Nie okazanie w odpowiednim czasie pomocy choremu, umierającemu, obojętność wobec cudzych cierpień też należy rozpatrywać jako bierne zabójstwo. Szczególnie straszny jest taki stosunek do starych chorych rodziców ze strony dzieci. Dotyczy to również nieudzielania pomocy człowiekowi znajdującemu się w biedzie: bezdomnemu, głodnemu, tonącemu na waszych oczach, bitemu czy okradanemu, który ucierpiał z powodu pożaru czy powodzi. Ale zabijamy bliźniego nie tylko rękoma czy bronią, ale też i okrutnymi słowami, przekleństwami, szyderstwem, naśmiewaniem się z cudzej biedy. Św. apostoł Ioann mówi: Każdy nienawidzący brata swego, jest ludobójcą (1J.3:15). Każdy na sobie doświadczył, jak rani i zabija duszę złe, okrutne, raniące słowo.

Nie mniejszy grzech popełniają też ci, którzy pozbawiają dobrego imienia, niewinności młode dusze, deprawując ich fizycznie czy moralnie, popychając ich na drogę rozpusty i grzechu. Błogosławiony Augustyn mówi: „Nie myśl, że nie jesteś zabójcą, jeśli nastawiłeś bliźniego twego na grzech. Ty niszczysz duszę uwiedzionego i kradniesz u niego to, co należy do wieczności”. Zapraszać na pijackie zgromadzenie młodzieńca czy dziewczynę, upijać siłą niepijącego, podżegać do pomszczenia krzywd, kusić rozpustnymi widowiskami czy opowiadaniami, wyśmiewać się z czystych, cnotliwych, skromnych ludzi, nakłaniać do naruszenia postu, zajmować się stręczycielstwem, udostępniać swoje mieszkanie dla pijaństwa i rozpustnych, nieprzyzwoitych zgromadzeń – wszystko to jest współudziałem w moralnym zabójstwie bliźniego.

Zabijanie zwierząt bez potrzeby, męczenie ich – to też grzech: Prawy troszczy się i o życie bydła swego, zaś serce bezbożnych jest okrutne (Prz.12:10).

Oddając się bezmiernemu smutkowi, doprowadzając się do rozpaczy, też grzeszymy przeciwko temu samemu przykazaniu. Samobójstwo – największy grzech, bo życie jest darem Bożym, i tylko do Niego należy władza pozbawiania go nas. Za samobójców nie można nawet się modlić, Cerkiew nie wspomina ich imion i nie służy za nich nabożeństwa pogrzebowego, nie wolno ich grzebać na chrześcijańskim cmentarzu i stawiać krzyża na mogile. Przecież samobójca zrzucił swój krzyż, odmówił niesienia jego ciężaru, odrzucił wszelką nadzieję na miłosierdzie Boże, samym targnięciem się na swoje życie odrzucił całe umiłowanie człowieka i niewypowiedzianą miłosierną troskę o siebie Pana (a przecież, według słowa Samego Pana, nawet włos z głowy naszej nie spadnie bez wiedzy Bożej, tak On troszczy się o każdego człowieka!). Odmowa leczenia, celowe nieprzestrzeganie zaleceń lekarskich, świadome naniesienie uszczerbku swemu zdrowiu, nadużywanie alkoholu, palenie tytoniu, nadużycie (niewskazane użycie) leków, stosowanie narkotyków, w ogóle lekceważący stosunek do zdrowia swego ciała i duszy – wszystko to są różne rodzaje tego samego samobójstwa. Ciało – świątynia duszy, jak i cały człowiek – świątynia Boża, świątynia Ducha Świętego, i kto Bożą świątynię zniszczy, zniszczy go Bóg (1Kor.3:17), według słowa Pisma Świętego.

Według reguł soboru Ancyrskiego (313 r.) za zamierzone uśmiercenie płodu (aborcję) należy się odłączenie od pryczaszczenija (ekskomunika) na dziesięć lat. Św. Wasilij Wielki, mówiąc w jednym ze swoich kanonów (kanon 2) o umyślnie uśmiercających poczęty w łonie matki płód, nie dopuszcza różnicy między płodem w pełni ukształtowanym a tym, który nie osiągnął jeszcze ludzkiego wyglądu. On widzi w tym przestępstwie podwójny grzech: i dzieciobójstwo, i próbę samobójstwa, gdyż wymuszone uśmiercenie płodu zagraża też życiu samej matki. Św. Wasilij potępia takie matki za dzieciobójstwo, ale daje im połowę okresu epitemii, należącej się za zabójstwo. Dla kobiety, przyznającej swoją przynależność do Prawosławnej Cerkwi, sztuczne przerwanie ciąży jest kategorycznie niedopuszczalne i niewybaczalne nawet w tych przypadkach, kiedy ze względów zdrowotnych dalsze donaszanie płodu zagraża jej życiu. W tym skrajnie trudnym przypadku, kiedy, jak się wydaje, konieczny jest wybór, czyje życie cenić bardziej, matki czy dziecka, lekarze powinni postarać się zrobić wszystko możliwe i walczyć do końca, aby uratować życie obojga, a my musimy modlić się też o to i, w końcu, wszystko powierzyć Opatrzności Bożej, dobrej, miłującej i zbawiającej! My nie mamy prawa decydować, kogo ułaskawić a kogo skazać na śmierć. Główny błąd polega tu na tym, że dusza, zradzająca się do życia, wydaje się nam niedoskonałą (niedokończoną), prymitywną, jakby głęboko uśpioną i dlatego małowartościową, a dusza, która pożyła na tym świecie, ujrzała widoki, wypróbowała siebie w różnej burzliwej działalności, wydaje się bogatą, cenną, mającą wielkie znaczenie, ważność. W rzeczywistości zaś przed Bogiem wszystko może być inaczej. I to, oczekujące jeszcze dopiero swoich narodzin, wchodzące w ten świat dziecko jest pełnowartościowym człowiekiem, tak samo kochanym przez Boga i mającym nie mniejszą ważność, niż dorosły, który przeszedł już część drogi na etapie tego świata.

Kiedy matka, ryzykując swoim życiem, ratuje życie swemu dziecku, to na tym właśnie polega jej macierzyński obowiązek i bohaterstwo, do którego powinna być gotowa każda zamężna chrześcijanka, – jeśli taka ofiara będzie od niej wymagana. Macierzyństwo – to krzyż i często nielekki, ale, według słów Apostoła, kobieta zbawia się przez rodzenie dzieci, jeśli wytrwa w wierze i miłości i w świętości z czystością (1Tm.2:15).

Aborcja równoznaczna jest z morderstwem. U podstaw przyczyn doprowadzających do tego ciężkiego grzechu – brak zaufania do Boga, urządzającego życie każdego człowieka, przychodzącego na świat, a także lęk przed ziemskimi trudnościami czy lęk przed hańbą, pośmiewiskiem, kiedy poczęcie nastąpiło w efekcie nierządu czy cudzołóstwa. Ale w tym grzechu prawie zawsze mają współudział i mężczyźni – mężowie lub kochankowie. Mężowie, którzy zachęcają do aborcji albo też sami zmuszają do niej, winni są nie mniej, albo i bardziej niż ich żony. Mężczyźni, którzy lekkomyślnie wchodzą w bliskie związki z kobietami, okazują się winowajcami dokonywanych aborcji, a także, wpadając w nierząd i cudzołóstwa, stają się współuczestnikami dzieciobójstwa. I iluż takich lekkomyślnych „lubieżnych” mężczyzn, nie wiedząc o tym, nosi na swojej chrzcielnej szacie ślady krwi – swoich uśmierconych dzieci. Dlatego przed spowiedzią trzeba dokładnie przypomnieć sobie: czy nie było popełnione takie przestępstwo, czy, być może, były takie cudzołożne związki, które mogły zakończyć się aborcją, i na Strasznym sądzie nagle okaże się, że i w takim grzechu, jak zabójstwo, też masz udział.

 

Grzech rozpusty (cudzołóstwa)

Siódme przykazanie – nie cudzołóż! Grzech cudzołóstwa jest bardzo rozpowszechniony, zaraźliwy, głęboko razi duszę i ciało, dlatego jest najniebezpieczniejszy. Zmysłowość głęboko wniknęła w upadłą naturę człowieka i może przejawiać się w najróżniejszych i wyrafinowanych, wymyślnych formach.

Rozpusta (rozwiązłość) – nieuświęcone błogosławioną siłą sakramentu małżeństwa współżycie nieżonatego mężczyzny i niezamężnej kobiety czy złamanie cnotliwości (czystości) młodzieńców i panienek przed zawarciem małżeństwa. Cudzołóstwo – złamanie małżeńskiej wierności przez jednego z małżonków. Kazirodztwo – płciowy związek między bliskimi krewnymi. Nienaturalne związki płciowe – pederastia, lesbijstwo, zoofilia, samogwałt (masturbacja, onanizm). Obrzydliwość tych grzechów jest oczywista, jasna ich niedopuszczalność (karygodność): one prowadzą do duchowej śmierci jeszcze przed fizycznym zgonem człowieka.

Ku wielkiemu ubolewaniu, w naszych czasach, jak nigdy, świat zarażony jest rozpustą, duchem nierządu, wszędzie tworzona jest atmosfera, rozpalająca cielesne pożądanie. Szczególnie zgubnie działa dziś wpływ „kultury zachodniej”: wstrętne czasopisma, filmy, wstydliwe (niegodziwe) fotografie i obrazy, biesowska muzyka (sam początek rock-muzyki charakteryzuje się przede wszystkim zuchwałym buntem przeciwko wszelkim zakazom odnośnie związków płciowych, przeciwko wszelkim zakazom pouczeń, moralności – przeciwko zasadom religijnym, społecznym, rodzinnym), deprawujące romanse (powieści), wiersze itp. Ogólnie rzecz biorąc, na uzbrojeniu nienawidzących człowieka demonów rozpusty są teraz wszystkie rodzaje głęboko przenikających w dusze ludzi środków wpływu, zniewolenia, zniszczenia. Grzech rozpusty zaczyna się przed upadkiem ciałem – od oglądania kuszących widowisk, pochłonięcia wspomnieniami widzianego grzechu, cudzołożnych obrazów, kiedy człowiek nie odcina i nie wypędza z duszy zarazy grzechu, która tam się dostała.

Cudzołożne myśli, które pojawiły się na skutek takiego nieuważnego życia, zwłaszcza mocno ogarniają człowieka w samotności, szczególnie w nocy. Tu najlepszym lekarstwem są ćwiczenia ascetyczne: post w jedzeniu, niedopuszczalność leżenia w łóżku po przebudzeniu, regularne czytanie (odmawianie) porannej i wieczorowej reguły modlitewnej.

Początkiem czy częścią grzechu nierządności są kuszące, uwodzicielskie rozmowy, nieprzyzwoite historie, anegdoty, śpiewanie niemoralnych piosenek, pisanie nieprzyzwoitych, niecenzuralnych słów, używanie ich w rozmowach (przeklinanie). Wszystko to prowadzi do niemoralnego samozadowolenia, które jest tym bardziej niebezpieczne, że połączone jest ze wzmożoną pracą wyobraźni i nieodstępnie zaczyna prześladować nieszczęśnika, często zniewalając cały bieg jego myśli, uczuć, zmieniając go w niewolnika żałosnej namiętności, niskiej wady, ułomności. Dużo wysiłku i boleści trzeba znieść po to, aby wyleczyć duszę od tego szkodliwego, niezwykle czepliwego, natrętnego nawyku.

Choć wśród grzechów nierządu grzech masturbacji wydaje się najbardziej „nieszkodliwym”, to najtrudniej go wyleczyć, ponieważ, przyzwyczaiwszy się do niego, zawsze łatwo można zgrzeszyć – zwłaszcza nocą, leżąc w łóżku, czasem będąc skłanianym przez namiętność do dotykania swego ciał, łatwo można upaść. Trzeba tu zawsze zawczasu być zapobiegawczym – na czas odcinać myśli zmierzające do grzechu, do łóżka kłaść się w bieliźnie, zakrywającej większą część ciała, w żadnym wypadku nie być całkiem nagim, nie pozwalać sobie na dotykanie swego ciała, być ostrożnym w kąpieli, starać się nie patrzeć na swoje obnażone ciało, nie zapatrywać się w lustro. Koniecznie trzeba częściej odmawiać krótkie modlitwy wewnętrznie (w pamięci), czasem szeptem, prosić Pana o pomoc przeciwko temu grzechowi, wzywać imienia swego świętego (którego imię nosisz). Jeśli za nierząd, cudzołóstwo nakazane jest przez reguły Cerkwi odłączenie od sakramentu priczaszczenija na wiele lat czy miesięcy, z czytaniem kanonów, pokłonami, to za grzech masturbacji nakazywano odłączenie od sakramentu priczaszczenija na czterdzieści dni z suchym jedzeniem (czyli surowym postem – bez spożywania pokarmu gotowanego). Teraz zaś, ze względu na wyrozumiałość, tolerancyjność wobec skrajnej słabości wiernych, uwzględniając straszliwą nieokiełznaną atmosferę dzisiejszego świata, okres ten skracają i epitemię (pokutę) zwykle wyznaczają na około dwa-trzy tygodnie i nie z taką surowością. Bywa, że podczas snu przy nierządnych snach, albo bez nich, następuje nierządne rozpalenie, kończące się wypływem nasienia, tak zwane skalanie, zbezczeszczenie (jak jeszcze przyjęto nazywać – upadek). Za to nieprzyjemne zdarzenie też trzeba ponieść małą karę, wypełnić regułę, składając 50 pokłonów do ziemi z modlitwą: „Boże, zmiłuj się nade mną grzesznym i oczyść mnie jawnogrzesznego ze względu na święte imię Twoje”, również przeczytać modlitwę Wasilija Wielkiego od zbezczeszczenia (jest w modlitewnikach). W dzień po nocnym zbezczeszczeniu niewskazane jest dotykać św. ikon, świętości, spożywać prosfory, pić święconej wody. Zbezczeszczony w przeddzień św. Eucharystii nie przystępuje do priczaszczenija. Upadek we śnie trzeba wyznać kapłanowi.

Cudzołóstwo jest upadkiem niewolnego z niewolną, to znaczy męża mającego prawowitą żonę z żoną mającą swego męża, albo upadek wolnego z niewolną, czy odwrotnie.

Cudzołóstwo jest naruszeniem i skalaniem cudzego łoża i swego. Jeśli obie osoby niewolne, to oboje jednocześnie kalają cudze i swoje łoże, nie zachowując w swoim prawowitym małżeństwie wiary i miłości i łamiąc granice prawa, – dlatego i osądzany jest grzech cudzołóstwa bardziej, niż grzech nierządu.

Upadek takich jest wielkim i ciężkim grzechem, zawierającym nie tylko ciężar i nieczystość nierządu, ale też prawowite małżeństwo niszczący i kalający, dokuczający Stwórcy i Prawodawcy Bogu.

Cudzołożnik rozdziela to, co Bóg złączył, przecina na wpół jedno ciało i obraża tajemnicę małżeństwa. Dlatego grzech cudzołóstwa – jest dwa razy większym grzechem, niż nierząd, i wina pierwszego cięższa niż ostatniego. Bo nierząd kala tylko dwie wolne osoby – nierządnika i nierządnicę, cudzołóstwo zaś rozpościera się na cztery: dwie osoby ono kala, a dwóm czyni krzywdę, obrazę. Dlatego i epitemia cudzołożnikowi przez św. Wasilija Wielkiego przypisana taka: nierządnik podlega zakazowi na 7 lat, a cudzołożnik – na 15 lat (patrz Kormcza1, zasada 58 i 59). A św. Ioann Złotousty uważa cudzołóstwo za bardziej grzeszne niż rozbój: „Każdemu Bóg dał żonę i ustanowił prawo dla natury, ustanawiając zjednoczenie z jedną. Dlatego przestępstwo z inną jest rozbójnictwem i lichwiarstwem, a nawet przestępstwem okrutniejszym od wszelkiego rozbójnictwa, bo my nie tak bardzo cierpimy, kiedy zabierają nasze mienie, jak w tym przypadku, kiedy nadszarpywane jest małżeństwo” (w 1 Liście do Sol. 4:6). Cudzołóstwo w Starym Testamencie nie uzyskiwało ułaskawienia i przebaczenia i nie mogło zostać oczyszczone żadnymi ofiarami: nie wspomniano o tym w Księdze Lewit (Kapłańskiej), w której opisane jest, jakie ofiary trzeba przynosić za jakie grzechy. Za cudzołóstwo nie było wyznaczonej ofiary ani oczyszczenia, ale co? Kara śmierci, i w żaden inny sposób ten grzech nie był niszczony i oczyszczany u ludzi Bożych, jak tylko przez karę śmierci (Lew.20:10. Wtor.22:22. (Kpł.20:10. Pwt.22:22.)).

Cudzołóstwo, choćby nie było ujawnione, tym nie mniej towarzyszą mu nieprzerwane męczarnie sumienia: wewnętrzny robak nieustannie gryzie, piętnuje i doprowadza do rozpaczy. Jeśli zaś cudzołóstwo zostanie ujawnione, następuje za tym wielki wstyd, hańba, nieposkromiona wściekłość męża, którego łoże zbezczeszczono, gniew własnej żony grzesznika i należna według sprawiedliwego sądu kara.

Grzech cudzołóstwa zawsze we wszystkich narodach był surowo karany okrutnymi egzekucjami czy torturami. W Rzymie prawo nakazywało cudzołożnika i cudzołożnicę związywać razem i wrzucać do ognia. August Tyberiusz, Domicjan, Sewer, i Aureliusz ustanowili za cudzołóstwo następującą karę: zginać wierzchołki dwóch drzew, przywiązywać do nich winnego za nogi i puszczać, w ten sposób ciało grzesznika i grzesznicy rozrywane było na części. Inni rzymscy cesarze pozwalali bezkarnie mężowi zabić żonę i cudzołożnika z nią, jeśli zastanie ich razem grzeszących. W starożytnej Grecji było wydane prawo siekierą odrąbywać głowę mężowi i żonie, wziętym na miejscu cudzołóstwa. Saksończycy przekonywali cudzołożnicę, aby sama udusiła się sznurem, jej zwłoki spalali i wieszali cudzołożnika nad tym ogniskiem. Egipcjanie cudzołożnika bili żelazem, zadając mu tysiąc ran, a cudzołożnicy odcinali nos. Kumanowie, posadziwszy żonę nagą na osła, wozili ją po całym mieście i bili. Brazylijczycy takie żony albo zabijali, albo sprzedawali jako niewolnice. W innych miejscach obcinali żonom nos i uszy, a mężom – członki cudzołóstwa. Wiele innych surowych kar było dla cudzołożników w innych krajach.

Teraz zaś wśród chrześcijan takie grzechy są tak liczne, ale kary śmierci im nie przewidziano; w ogóle ten grzech jest teraz słabo karany, i tylko chyba Sam Sprawiedliwy Sędzia będzie skazywać na śmierć w przyszłym życiu. Dlaczego dzieją się dopadające nas zewsząd tak wielkie nieszczęścia? Za grzechy nasze rewanż Boży bije nas, a my nie chcemy uznać naszej winy i pokajać się.

Wszyscy będący w niecerkiewnym małżeństwie ciężko grzeszą, oni powinni obowiązkowo uświęcić swój związek przez sakrament małżeństwa, w jakim wieku by nie byli. Poza tym, i w małżeństwie należy zachować czystość. Nie oddawać się nieumiarkowanym cielesnym przyjemnościom, powstrzymywać się od współżycia podczas postów, w przeddzień niedziel i świątecznych dni.

Tak więc, przeglądając tę krótką listę grzechów, przypominaj sobie, co dotyczy twego życia; tu daleko nie wszystko opisano, co szkodzi duszy i gubi ją, zastanawiaj się, przemyśl i zaglądaj w siebie – wiele zapomnianego i grzesznego może wynurzyć się w pamięci. Zapisuj wszystko i śpiesz się wyspowiadać!

1. Kormcza – (sterująca) księga zawierająca postanowienia cerkiewne a także dotyczące Cerkwi, prawo cywilne.

 

Rozdział III. Rady przygotowującemu się do spowiedzi

W Piśmie Świętym powiedziano: Synu mój! Jeśli ty zabierasz się służyć Panu Bogu, to przygotuj duszę twoją na pokusy, ukierunkuj na lepsze serce twoje i bądź twardy, i nie wpadaj w zakłopotanie podczas odwiedzin, przylgnij do Niego i nie odstępuj, abyś wywyższony został w końcu (Syr.2:1-3).

Jak tylko zdecydujesz się pościć, kajać się, wyspowiadać się ze swoich grzechów, zaraz pojawi się mnóstwo przeszkód, wewnętrznych i zewnętrznych. Wrogowie rodzaju ludzkiego, dowiedziawszy się o twoich zamiarach, na wszelki możliwy sposób zaczną trwożyć ciebie z zewnątrz różnymi okolicznościami i od wewnątrz wątpliwościami, myślami, lękami. Ale wszystko zniknie, jak tylko okażesz stanowczość w swoim zamiarze.

Spowiadać się trzeba jak można częściej, odstępy między spowiedziami powinny być wypełnione duchową walką, wysiłkami, wzmacnianymi poprzednią spowiedzią, oczekiwaniem i przygotowaniem do następnej. Tak częste wyznawanie grzechów będzie chronić i utrzymywać w trzeźwości cały twój pobożny obraz życia. Łaska Boża, działająca w sakramentach pokajania i św. priczaszczenija, namacalnie czyni człowieka wrażliwym na swoje grzechy i słabości, on nie tak łatwo posuwa się do grzesznych uczynków i umacnia się w prawdach wiary. Cerkiew i wszystkie jej postanowienia stają się mu drogie, bliskie sercu.

Choć i pożądane jest mieć swego ojca duchowego, ale wcale nie jest to koniecznym warunkiem dla prawdziwego pokajania. Dla człowieka naprawdę cierpiącego z powodu swego grzechu, nie ma znaczenia, przed kim on go wyzna: byle jak można najprędzej pokajać się w nim i otrzymać odpuszczenie. Pokajanie powinno być dokonane swobodnie, w żaden sposób nie wymuszone.

Spowiedź – to nie rozmowa o swoich niedociągnięciach, wątpliwościach i nie opowieść spowiednikowi o swoim życiu. Spowiedź – to sakrament, a nie po prostu pobożny zwyczaj. Spowiedź – to gorące pokajanie serca, pragnienie oczyszczenia, które pochodzi od odczucia świętości, to drugi chrzest, i, w związku z tym, w pokajaniu umieramy dla grzechu i zmartwychwstajemy dla świętości. Skrucha, żałowanie za popełnione grzechy – pierwszy stopień świętości, a nieczułość – to przebywanie poza świętością, poza Bogiem.

Pierwszym uczynkiem przygotowującego się do spowiedzi powinno być wypróbowanie, poznanie serca. W tym celu trzeba kilka dni przygotowywać się: pościć, czytać duchową literaturę, więcej modlić się, czytać rady i pouczenia o sakramencie pokajania, przypomnieć i zapisać swoje grzechy. Zazwyczaj ludzie, niedoświadczeni w życiu duchowym, nie widzą ani mnóstwa swoich grzechów, ani ich ohydności. Oni mówią: „Nic szczególnego nie zrobiłem, mam tylko drobne grzechy, jak wszyscy, – nie ukradłem, nie zabijałem”. Tak wielu często zaczyna spowiadać się. A umiłowanie samego siebie? Nieznoszenie zarzutów? Czerstwość, znieczulica? Lizusostwo, słabość wiary, brak miłości do bliźniego? Małoduszność, duchowe lenistwo? Czyż to wszystko są nieważne grzechy? Czyż można twierdzić, że wystarczająco kochamy Boga, że wiara nasza jest aktywna i gorąca? Czy każdego człowieka kochamy tak, jak przykazał Zbawiciel? Czy osiągnęliśmy łagodność, brak gniewu, pokorę? Czym wytłumaczyć naszą obojętność na spowiedzi, naszą zarozumiałość, jak nie skamieniałą niewrażliwością, jak nie martwotą serca, śmiercią duszy? Dlaczego św. ojcowie i nauczyciele nasi, którzy zostawili nam pokajanne modlitwy, uważali siebie za największych grzeszników, a my jesteśmy przekonani, że u nas wszystko w porządku?! Im jaśniej światło Chrystusa oświetla serca tym wyraźniej uświadamia się wszystkie wady, wrzody i rany. I odwrotnie, ludzie, pogrążeni w ciemność grzechu, nic nie widzą swoim sercu, a jeśli i widzą, to nie przerażają się, bo nie mają z czym porównywać, ponieważ Chrystus zakryty jest dla zasłoną ich grzechów.

Orientując się w moralnym stanie swojej duszy, trzeba postarać się odróżnić główne grzechy od pochodnych, objawy od głębszych przyczyn. Na przykład, zauważamy – i jest to bardzo ważne – rozproszenie w modlitwie, brak uwagi podczas nabożeństwa; brak zainteresowania słuchaniem i czytaniem Pisma Świętego; ale czy nie wynikają te grzechy z małej wiary i słabej miłości do Boga?! Trzeba zauważyć w sobie samowolę, nieposłuszeństwo, samousprawiedliwienie, nieznoszenie zarzutów, nieustępliwość, upór; ale o wiele ważniejsze jest odkryć i zrozumieć ich związek z umiłowaniem siebie, dumą, pychą. Jeśli zauważamy w sobie dążenie bycia zawsze w towarzystwie, wśród ludzi, przejawiamy gadatliwość, szyderczość, obmawianie, jeśli zbytnio dbamy o swój wygląd i ubiór, to trzeba uważnie rozpatrzyć te namiętności, bo najczęściej tak objawia się nasze samochwalstwo, umiłowanie próżnej sławy i duma. Jeśli zbyt blisko przyjmujemy do serca życiowe niepowodzenia, ciężko znosimy rozłąkę, niepocieszenie smucimy się z powodu tych którzy odeszli, to czy nie ukrywa się w sile i głębi tych naszych szczerych uczuć niewiara w dobrą Opatrzność Bożą?

Jest jeszcze pomocniczy środek, prowadzący nas do poznania swoich grzechów: przed spowiedzią przypomnieć sobie to, o co zwykle oskarżają nas inni ludzie, żyjący obok nas, nasi bliscy – bardzo często ich oskarżenia, wyrzuty, ataki są słuszne i sprawiedliwe. Przed spowiedzią trzeba poprosić o przebaczenie wszystkich, wobec kogo uważasz się winnym, aby do sakramentu przystąpić z nieobciążonym sumieniem.

Przy takim badaniu serca trzeba uważać, aby nie popaść w nadmierne mniemanie i drobiazgową podejrzliwość wobec każdego ruchu serca; stanąwszy na tej drodze, można utracić odczuwanie tego co ważne i nieważne, zaplątać się w drobiazgach, w takich przypadkach trzeba na jakiś czas porzucić badanie swojej duszy i modlitwą i dobrymi uczynkami rozjaśnić (oczyścić) duszę.

Przygotowanie do spowiedzi – nie w tym, aby możliwie w pełni przypomnieć i nawet zapisać swoje grzechy, a w tym, aby osiągnąć ten stan skupienia, powagi i modlitwy, przy którym, jak przy świetle, nasze grzechy staną się wyraźnie widoczne. Duchownemu spowiadający się powinien przynieść nie listę grzechów, a uczucie pokajania, nie szczegółową opowieść o swoim życiu, a skruszone serce.

Znać swoje grzechy – to jeszcze nie znaczy kajać się w nich. Prawda, Pan przyjmuje wyznanie grzechów – szczere i sumienne, nawet jeśli nie towarzyszy mu silne uczycie pokajania, jeśli ten grzech – skamieniałą niewrażliwość – wyznajemy mężnie i otwarcie, bez obłudy. A jednak, skrucha serca, żal za swoje grzechy jest najważniejszym z tego, co możemy przynieść na spowiedź. Ale co robić, jeśli spopielone płomieniem grzechów nasze serce nie jest zraszane ożywiającymi wodami łez? Co jeśli „niemoc ducha i ciała bezsilność” są tak wielkie, że niezdolne są do szczerego pokajania? Mimo wszystko nie jest to powód, aby odkładać spowiedź w oczekiwaniu poczucia pokajania. Bóg może dotknąć naszego serca i podczas samej spowiedzi: wyspowiadanie się z własnej woli, nazwanie w słuch swoich grzechów może zmiękczyć nasze serce, wydelikatnić (wyczulić) duchowy wzrok, wyostrzyć uczucie pokajania. Najbardziej zaś ze wszystkiego pokonaniu naszej słabości służą modlitewne przygotowania do spowiedzi, post. Wycieńczając nasze ciało, post łamie zgubne dla duchowego życia nasze cielesne dobre samopoczucie i beztroskę (samozadowolenie). Jednak post sam w sobie tylko przygotowuje, rozmiękcza glebę naszego serca, które potem będzie mogło wchłonąć modlitwę, słowo Boże, żywoty świętych, dzieła św. ojców, a to, swoją drogą, spowoduje nasilenie walki ze swoją grzeszną naturą, zachęci do aktywnego czynienia dobra bliskim.

Nasza niewrażliwość na spowiedzi w większości zakorzeniona jest w baku u nas bojaźni Bożej. I właśnie tu powinny być skierowane wysiłki. Dlatego bardzo pożyteczne jest czytanie i rozmyślanie o śmierci, o Strasznym Sądzie, o żałosnym przebywaniu grzesznika w piekle, o przelotności tego życia i o nieskończonej wielkości wieczności.

Nie trzeba podczas spowiedzi oczekiwać na pytania, trzeba samemu postarać się, przecież spowiedź – to wysiłek i samoprzymuszenie. Mówić trzeba dokładnie, nie zaciemniając obskurności grzechu uogólnionymi wyrażeniami. Dość trudne, ale konieczne jest, podczas spowiedzi, unikać pokusy samousprawiedliwienia, zrezygnować z prób wyjaśnienia duchownemu „okoliczności łagodzących”, zrezygnować z odwoływania się na innych, którzy jakoby doprowadzili nas do grzechu. Wszystko to są oznaki miłości do siebie, braku głębokiego pokajania, trwającego pogrążenia w grzechu. Czasem powołują się na słabą pamięć, niepozwalającą niby przypomnieć sobie wszystkich grzechów. I rzeczywiście, często bywa, że my łatwo i szybko zapominamy swoje grzechy. Ale czy następuje to tylko z powodu słabej pamięci? Przecież, na przykład, przypadki, kiedy szczególnie boleśnie było zadraśnięte nasze samoumiłowanie, kiedy nas niezasłużenie skrzywdzono; czy przeciwnie, wszystko, co schlebia umiłowaniu próżnej sławy: powodzenia, dobre uczynki, pochwały, wdzięczności – pamiętamy długie lata. Wszystko to w naszym życiu na świecie, co wywołuje na nas silne wrażenie, wyraźnie i długo pamiętamy. Czy nie dlatego zapominamy nasze grzechy, że nie traktujemy ich poważnie.

Na spowiedzi często mówią: my już wyznawaliśmy pewne grzechy, ale dalej niepokoi nas strach z powodu jego ciężkości, że nie będzie on nam przebaczony, w żaden sposób nie możemy go zapomnieć. Więc co? Powtarzać go znów na spowiedzi czy nie? Na spowiedzi mów wszystko, co ciebie niepokoi, co cię boli, nie krępuj się jeszcze raz powiedzieć o swoich poprzednich grzechach. To jest dobre, to będzie świadczyć, że ciągle chodzisz z poczuciem swego potępienia i przezwyciężasz wszelki wstyd przed odkryciem wrzodów swoich grzechów.

Niektórzy boją się i jakby nie wierzą, że grzechy mogą być im wybaczone, i ten strach czasem przyjmuje chorobliwą formę. To uczucie strachu opiera się albo na niedostatku wiary, nadziei, miłości do miłosiernego Pana, albo też na częstym powtarzaniu grzechów. Staraj się nie grzeszyć, wtedy z Bożą pomocą zmniejszy się i niepokój o nieprzebaczeniu tobie przez Pana Boga. Nie waż się myśleć, że twoje grzechy są tak wielkie, że nie warto nawet się kajać. Kto przyjmuje nasze pokajanie? Kto leczy wrzody grzechów? Wszechmogący Bóg. Zauważ: Wszechmogący! Wszechmogący Lekarz! I jako Taki On i przebaczenie czyni możliwym dla wszystkich najcięższych grzechów.

Istnieją tak zwane grzechy niewyznane, z którymi wielu żyje przez wiele lat, a być może, i całe swoje życie. Cały czas jest chęć odkrycia ich duchownemu, ale zbyt wielki wstyd mówić o nich, i tak upływa rok za rokiem. A tymczasem one obciążają stale duszę i przygotowują jej potępienie. O, jak trzeba bać się grzechów w których nie pokajaliśmy się! Życie nasze, według apostoła, jest jak para (Jk.4:14) – dziś żyjemy, a jutro gotowe nasze odejście. Gdzie tam ukryjemy nasze grzechy? Trzeba wstydzić się grzechów, a nie pokajania. Pokajanie jest zwycięstwem nad samym sobą, jest zwycięskim trofeum, tak że ten kto się pokajał jest godnym wszelkiego szacunku i czci.

Oznaką dokonanego pełnego pokajania jest uczucie lekkości, czystości, niewytłumaczalnej radości, kiedy grzech wydaje się tak samo trudny, uciążliwy i niemożliwy, jak przedtem daleka była ta radość.

Pokajanie nie będzie pełne, jeśli, kajając się, człowiek nie utwierdzi się wewnętrznie w postanowieniu nie powracać do tego samego grzechu. Ale powie: „Jak można to obiecać, że nie powtórzę grzechu? Czyż nie poprawniej jest myśleć, że, najprawdopodobniej, grzech powtórzy się z powodu naszej słabości? Przecież i z doświadczenia każdy wie, że po pewnym czasie nieuchronnie powraca do tych samych grzechów, często z roku na rok nie zauważa się poprawy”. Ale w rzeczywistości nie jest tak! Nie bywa przypadku, aby przy szczerym pokajaniu i dobrym pragnieniu poprawić się z wiarą przyjęte Święte Priczastije nie spowodowało w duszy dobrych zmian. I trudno jest samemu orzekać o swoim stanie. Rosnące wymagania wobec siebie, surowość, wzmacniające się duchowe widzenie często sprawiają wrażenie tego, że grzechów pojawiło się więcej i one nasiliły się. Wierzący zaczyna myśleć, że stał się jeszcze bardziej grzeszny, że choroby nasilają się, ale w rzeczywistości wiele już się poprawiło, wiele zła odrzucone, ale na jego miejscu ujawniło się wcześniej niezauważalne, i walka musi być kontynuowana z nie mniejszą siłą.

Często Pan według szczególnej Opatrzności Swojej zamyka nam oczy na nasze sukcesy, aby zachować nas od próżnego samochwalstwa i pychy. Również i odwrotnie: abyśmy nie wpadli w przygnębienie i zdecydowali się podjąć walkę z grzechem, Pan nie od razu pozwala nam ujrzeć pełen obraz naszego upadku w grzechu, który jest niezwykle straszny, ale w miarę postępów otwiera nasze oczy. Grzech może długo pozostawać, ale częsta spowiedź, priczaszczenije Świętych Darów rozchwiały, rozszarpały i osłabiły jego korzenie. A i sama walka z grzechem, cierpienie z powodu grzechu – czyż to nie zysk?! „Nie bój się – choćbyś upadał każdego dnia i zbaczał z dróg Bożych, stój mężnie, i Anioł, strzegący ciebie, zaszczyci twoją cierpliwość”, – mówi św. Ioann Lestwiecznik.

I jeśli nawet nie ma tego uczucia ulgi, odrodzenia, trzeba mieć siły wrócić do spowiedzi, do końca uwolnić swoją duszę od nieczystości, mężnie wyciągnąć wszystkie wypaczenia, wszystkie brudy – bez przykrywania, bez upiększeń, oczyścić ją od czerni i brudu. Dążący do tego zawsze odniesie sukces!

Tylko nie przypisujmy sobie swoich sukcesów, nie liczmy na swoje siły, nie miejmy nadziei na swoje możliwości. Tym można zniweczyć wszystkie osiągnięcia.

„Tak, Panie, Carze, daruj mi widzieć moje grzechy…”; „Panie, daj mi myśl wyznania grzechów moich…”; „Rozproszony umysł mój skup, Pnie, i zlodowaciałe serce oczyść, jak Piotrowi, daj mi pokajanie, jak celnikowi – westchnienie i jak też nierządnicy – łzy”.

Amiń1

1. To pouczenie opracowane zostało na podstawie instrukcji kapłanom o sakramencie pokajania z „Nastolnej księgi dla duchownych”. Wyd. Moskiewski Patriarchat. 1979 i 1983 r. T. 3, załącznik „O spowiedzi”, str. 792-794. T. 4, rozdział 3, str. 242-286.)

 

Rozdział IV. Krótka analiza najbardziej rozpowszechnionych w naszych czasach grzesznych skłonności

Jako uzupełnienie poprzednich rad i pouczeń o sakramencie pokajania, wyraźnie, konieczne jest bardziej szczegółowe omówienie niektórych bardzo niebezpiecznych i szkodliwych dla duszy zjawisk, które rozprzestrzeniają się właśnie w naszych czasach i wielu gubią, choć, może, i nie wszyscy współcześni chrześcijanie wiedzą o tym, jak zgubne i niedopuszczalne są te skłonności, pasje. Niezwykle szeroko zaczął rozlewać się tak katastrofalny żywioł, jak zachodnia rock-kultura ze wszystkimi jej rozgałęzieniami i przejawami.

 

Pociąg do rock-muzyki

Skrajnie niszczący i zgubny jest wpływ na duszę chrześcijanina muzyki jazzowej, rockowej, punkowej, disco-muzyki itp., form i przejawów współczesnej popularnej muzycznej kultury, która nie ogranicza się tylko do dziedziny sztuki, ale zahacza wszystkich stron, wszystkich najdrobniejszych elementów życia współczesnej młodzieży. Ta kultura nieustannie zmienia się, jak kameleon, dostosowując się do wszystkich odcieni nastroju nowych pokoleń, zmienia nazwę swoich „nowych” stylów, nawet jakby czasem odrzuca wczorajsze i buntuje przeciwko samej sobie, aby przez to tylko ożywić zainteresowanie i smak do tego samego, istota zaś jej jest ciągle ta sama. Zjawisko to jest skrajnie obrzydliwe i obraźliwe dla każdego choć trochę pobożnego (czcigodnego) człowieka, tym bardziej nie do przyjęcia dla chrześcijanina. Samo pojawienie się rock-and-rolla postrzegane było na Zachodzie jako początek seksualnej rewolucji młodzieży. Cała droga, którą przeszła i idzie ta niszcząca „kultura”, kierując krótką drogą ogromne rzesze młodych ludzi do nieprzejrzystego zewnętrznego piekła, pokryta jest hańbą najnikczemniejszych, najstraszniejszych śmiertelnych grzechów: to wszelkie możliwe cudzołożne zboczenia, pełna „swoboda miłości”, to znaczy odrzucenie wszelkiego wstydu, całkowita rozwiązłość i rozpusta wszystkich najpodlejszych namiętności i pożądliwości, to narkomania, doprowadzająca, często do najokropniejszych skutków, to przypadki śmiertelne od nadmiernej dawki narkotyków, przypadki przemocy (gwałtów), samobójstwa itd., nie mówiąc już o najbardziej szalonych oszczerstwach, które spotykane są w pieśniach, w wyzywających oświadczeniach i ogłoszeniach gwiazd rocka i którymi przesiąknięta jest cała czarna filozofia tej „nowej kultury”. I przy tym wszystkim często wymawia się tu imię Pana Jezusa Chrystusa, często można zobaczyć przedstawienie krzyża i oblicza Pańskiego, ale to tylko jeszcze bardziej powinno ranić serce chrześcijanina, widząc taką kpinę nad świętością. W pieśniach spotyka się bluźniercze wyrażenia, czasem wyraźny satanizm. W celu całkowitego zdeprawowania świadomości młodzieży i rozprzestrzenienia diabelskiego wpływu w wielu audio-zapisach umieszczono tak zwane „podświadome przekazy”, czyli straszne słowa, wezwania, zaklęcia, które można wykryć podczas odsłuchiwania zapisu w odwrotnej kolejności. Badania wykazały, że podświadomość wyłapuje taką frazę, usłyszaną odwrotnie, i może rozszyfrować ją, nawet jeśli przekazana jest w języku, nieznanym słuchaczowi. Informacje, przekazywane w rock-and-rollu w podświadomy sposób, mają tego rodzaju treści:

wszelkie możliwe rodzaje zboczeń płciowych,
wezwanie do buntu przeciwko ustalonemu porządkowi,
pobudzenie do samobójstwa,
podjudzanie do przemocy, gwałtu i zabójstwa,
poświęcenie się szatanowi.

Aby wyraźniej pokazać cały diabelski, wprost z otchłani szatańskiej wychodzący duch tej „rock-religii”, przytoczymy kilka charakterystycznych faktów z niezliczonego ich mnóstwa, które same wszystko powiedzą:

Sam termin „rock-and-roll” został wymyślony przez pewnego dżokeja dyskoteki Clevelenda. To wyrażenie opisuje dwa ruchy ludzkiego ciała podczas zabaw seksualnych, wzięte jest z gwary amerykańskiego getto. Bit-muzyka. Bit – to nieprzerwane powtarzanie regularnych pulsacji połączonych ze skróconymi rytmami, które zapewniane są przez perkusistę i gitarę basową, co też charakteryzuje rytm rock-muzyki. Twardy rock (hard rock) – tu bit działa tak, że pobudza instynkty płciowe. Żrący (zjadliwy, ostry) rock – tutaj bit jest odbierany tak, że poprawia reakcję systemu nerwowego i mózgu na różne narkotyki halucynogenne. Zły rock – silnie pobudza instynkty, związane z przemocą (gwałtem), zabójstwem i buntem. Satanistyczny rock – początek tego kierunku założyli beatlesi, kiedy wydali w 1968 roku swój diabelski „Biały Album”. Po raz pierwszy pojawiły się działające na podświadomość informacje dla przekazania „ewangelii od szatana”. Pank rock – jego cel i filozofia zawiera się w tym, żeby doprowadzić odbiorców bezpośrednio do zbiorowej przemocy (gwałtu), systematycznej przestępczości, samobójstw. Pank – w pełni przyjmuje i włącza w siebie postępki przykładowo takiego rodzaju: na przykład, podczas koncertu zadać partnerowi krwawą ranę ostrzem żyletki, wszytej w dżinsy czy koszulę, i potem już rannego – zbić bransoletą, pokrytą kolcami.

Do tego doszedł rock-and-roll już w 1985 roku (słowem „pank” w Anglii pierwotnie nazywano prostytutki (homoseksualistów) obu płci. Późniejsze jego tłumaczenie – „łajdak, wyrzutek”).

Styl muzyki disco powstał w Nowym Jorku w 1973 roku w środowisku amerykańskich homoseksualistów. Artykuł w „Daily News” w 1978 roku tak analizuje fenomen disco: „Będąc odizolowani jeden od drugiego ogłuszającą muzyką, kąpiąc się w oślepiającym świetle, tańczący robią wszystko co przychodzi im do głowy, bez tego, aby popatrzeć na siebie z boku ani nawet nie zdając sobie z czegokolwiek sprawy, jakby każdy poruszał się przed lustrem, nieustannie krzycząc: „Ja! Ja! Ja!””

Warto zauważyć, że wszyscy wykonawcy rock-and-rolla są członkami satanistycznego „kościoła”, a większość rock-zespołów jest zarejestrowana jako członkowie tej czy innej religii lucyferskiej. Kiedy wydają oni płytę lub kiedy mają zaśpiewać nową piosenkę, proszą arcykapłanów czy arcykapłanki ich świątyni o zaczarowanie tych utworów, aby odniosły one sukces. Po zakończeniu rytuałów poświęcenia, kiedy na płytę zwołano ogromną liczbę demonów, powierzany jest im obowiązek wywoływać określone oddziaływanie na tych, którzy będą jej słuchać.

Alice Cooper jawnie ogłosił o tym, że wstąpił w zmowę z demonem i to przyniosło mu uznanie.

Mick Jagger z „Rolling Stones” był poświęcony szatanowi i wszystkim rytuałom czarnej magii. On sam osobiście nazywał siebie „wcieleniem Lucyfera”. Tytuły trzech z jego piosenek wyraźnie potwierdzają to: „Sympatia do diabła”, „Ich szatańskim mościom”, „Zaklęcia mego brata demona”.

Elton John objawił, że on nigdy nie skomponował i nie zaśpiewał ani jednej piosenki, która wcześniej nie byłaby napisana w języku magii (czarów).

John Lennon ogłosił podczas publicznego wykonania „Białego Albumu”: „Chrześcijaństwo przeminie. Ono skurczy się i zniknie. Ja mam rację, i moja racja będzie udowodniona. Teraz my jesteśmy bardziej popularni, niż Jezus Chrystus. Nie wiem, co odejdzie pierwsze – rock-and-roll czy chrześcijaństwo”.

W piosence zespołu „Bitelsi” pod tytułem „Rewolucja numer dziewięć” na płycie słychać nagranie słowa: „Numer dziewięć”, powtarzane dwanaście razy. Przesłuchiwanie tego miejsca w odwrotnym kierunku daje frazę: „Dostarcz mi seksualnej rozkoszy, martwy człowieku”.

W dobrze znanej wśród młodzieży piosence zespołu „Led Zeppelin” „Schody do nieba” słowa trzeciej zwrotki zawierają podświadomie działające przesłanie, przy odwrotnym odsłuchaniu wyraźnie słychać: „Ja powinienem żyć dla szatana”. Słowa „i jeszcze jest czas zmienić tę drogę, którą wy idziecie” przy odwrotnym odsłuchaniu dają „mój kochany szatanie, nikt inny nie utoruje mi drogi”.

W piosence „Kiedy do Arkansas dotarła elektryczność” zespołu „Black Oak Arkansas (Czarny dąb Arkansas)”, nagranej ze sceny, jedna z części reprezentuje zbiór bezsensownych słów i wycia całego zespołu. Przy odgrywaniu nagrania tego miejsca w odwrotnym kierunku wychodzi „szatan… szatan… szatan… on jest bogiem, on jest bogiem, on jest bogiem”, po czym słychać demoniczny śmiech.

Same opakowania płyt ozdobione są niezwykle szkodliwymi obrazkami: egzotycznymi i erotycznymi, satanistycznymi i sadystycznymi, rekomendacjami i symbolami, można tu zobaczyć odwrócone trójkąty (symbol diabła i piekielnej otchłani), piramidy, pentagramy, heksagramy (sześciokąty), magiczne kręgi i całą różnorodność czarodziejskich symboli, fallicznych, waginalnych (takich jak 666 albo odwrócone 999), sceny składania ofiar z ludzi, czarnych mszy, piekielnych przedstawień.

W 1981 r. 90% sprzedanych na całym świecie płyt stanowiły rock-dyski (130 milionów rocznie, nie licząc 100 milionów rock-albumów). Tak więc, ten fenomen niemal całkowicie dotknął wszystkich nastolatków na obu półkulach świata.

Jeszcze jeden szczegół: prawie wszystkim rock-koncertom towarzyszą liczne ofiary – z powodu ogromnego zgromadzenia szalejącego tłumu wielu bywa po prostu rozdeptanych albo uduszonych w ścisku, ginie od dużych dawek narkotyków. Na przykład, 650 młodych ludzi zginęło podczas jednego z koncertów w Los Angeles. Ponieważ lodówki kostnicy były już zapełnione, to ciała 650 ofiar rocka zostały rozmieszczone po obu stronach korytarzy, okropny zapach śmierci wypełnił budynek, ciała nie mogły być zidentyfikowane, ponieważ ci młodzi ludzie byli w większości z tych, którzy opuścili rodzinne domy. W uszy dziennikarki Judy Argazoni, która prowadziła reportaż z miejsca zdarzenia, szatan zaczął wszeptywać takie słowa: „Oto oni! Przyjrzyj się im uważnie, to moje trofea! Ta sala jest do zaprezentowania moich zdobyczy!”

A oto słowa z piosenki „Piekielne dzwony” zespołu hard-rockowej grupy „AS/DS”:

Ja jestem łomoczącym grzmotem,
Zalewającym deszczem,
Ja przychodzę, jak huragan,
Moje błyskawice rozbłyskują po całym niebie.
Ty jesteś jeszcze młody, ale umrzesz!
Ja nie będę brać jeńców,
Nie oszczędzę niczyjego życia,
I nikt mi się nie sprzeciwi!
Zdobyłem swoje dzwony,
I zabiorę ciebie do piekła!
Zdobędę ciebie!
Piekielne dzwony.
Tak! Piekielne dzwony!

Tak więc! Czyż nie nazywać tego całego piekielnego szumu, krzyków, wrzasków, wycia wypuszczonych na wolność namiętności, wypaczonych żądz, niekontrolowanych ruchów upadłej ludzkiej woli, czyż nie nazwać całego tego rock-pop-bit-hard-punk-koszmaru „piekielnym dzwonem”, który konwulsyjnie wzywa ze wszystkich końców ziemi swoich czcicieli na ten czarny sabat (taką nazwę wprost nosi jeden z zespołów satanistycznego rocka „Black Sabbath”), gdzie ludzie z biesami tańczą w nieprzytomnej gorączce ostatni taniec przed zachodem (końcem) tego ostatecznie oddającego się zagładzie świata? W pewnej średniowiecznej legendzie mówi się o fleciście z miasta Hameln, który z pomocą czarodziejskiej gry na flecie uratował miasto od szczurów, ale, nie otrzymawszy zapłaty, tą samą słodką muzyką uwiódł z miasta wszystkie dzieci i porwał je i zawlókł do szczelin skalnych, skąd one już nie wyszły.

Niedopuszczalne jest myśleć, że chrześcijaninowi można jednak czasem słuchać czegoś z takiej muzyki, wybierając bardziej czy mniej „nieszkodliwe”, i cieszyć tym swój słuch. Nie! Nie zbierają z tarniny winogron! Złe drzewo nie wydaje dobrych owoców! Drzewo, korzeniami swoimi pijące soki piekielnej otchłani, nie może wydawać nieszkodliwych owoców. Czy można chrześcijaninowi czasem dla rozrywki i dla odmiany poobcować z diabłem? Czy potańczyć po jedną muzykę z biesami?

Tak więc, nawet najbardziej „lekkie” pociągnięcie prawosławnego chrześcijanina przez rock-kulturę jest zdradą swojej wiary, jest jawnym znieważeniem swego Pana, oddaleniem się od Niego, jest zgubnym złudzeniem, obcowaniem z duchami ciemności, flirtowaniem z szatanem! Śpiesz się wyspowiadać taką skłonność i nie miej więcej z tym nic wspólnego!

(Wykorzystano artykuł katolickiego duchownego Jean-Paula Rojimbala (z ros. Жан-Поля Режимбаля) „Rock-and-roll”.)

 

Narkomania

W naszych strasznych czasach odkryła się jeszcze jedna szeroka droga do piekła – narkomania. O strasznych konsekwencjach tej choroby dla psychicznego, moralnego, fizycznego stanu człowieka nie trzeba tu przypominać, ponieważ wszyscy są dziś tego świadomi. Ale oto jak z chrześcijańskiego punktu widzenia można widzieć to zło?

Po pierwsze, narkomania bardzo bliska jest straszliwemu grzechu – samobójstwu. Ponadto, to zjawisko zła bardzo bliskie jest takich, jak czary, czarna magia, spirytyzm, czyli jest to kontakt z „tamtym światem”, duchami ciemności, poddanie się ich wpływom. Prawie wszystkie pokolenia czarowników stosowały podobne „zioła” dla osiągnięcia odpowiednich stanów „subtelności (wrażliwości)”, dla bardziej swobodniejszego kontaktu ze swoimi „bogami”, a w rzeczywistości – demonami. Sama wola człowieka do przyjęcia takiej substancji, pragnienie przeżycia silnego, niezwykłego, niepojętego stanu czy kontaktu przez to z nieznanym, tajemniczym światem – to już dobrowolne zaproszenie duchów ciemności do wykorzystania jego zmysłów i uczuć, zapanowania nad jego duszą, aby tylko było to czymś „ciekawiutkim”, przyjemnym, niezwykłym. My, chrześcijanie, wiemy, jak biesy zawsze pragną i starają się nas skusić, to znaczy zwabić słodkim kłamstwem swoim; każdemu niedoświadczonemu w duchowym życiu zaczynają proponować pod postacią apetycznych potraw nasycone śmiertelnym jadem owoce, każde dobre przedsięwzięcie nasze starają się skierować w stronę fałszywego dobra. Wszystkie swoje intrygi, knowania, sieci, pułapki złe duchy ubierają w najbarwniejsze i pociągające odzienie. Dlatego my, chrześcijanie, staramy się być bardzo nieufni do wszystkich „słodkich”, „przyjemnych”, „szczególnych” stanów swojej duszy, nie przyjmujemy bez starannego sprawdzenia żadnych „objawień”, „widzeń”, „oświeceń”, „zjawisk”, błogosławionych stanów” itp. niezwykłości. Nie dowierzamy i nagłym „silnym uczuciom” i w pokajaniu, i w modlitwie, i w przejawach nagłej gorącej gorliwości, ale uważamy, że we wszystkim tym możemy być oszukani przez diabła, dlatego bardzo chronimy się i jesteśmy ostrożni (przecież pomyłka może doprowadzić do najstraszniejszego, co tylko może być – zguby duszy naszej!). Mimo to często bywamy oczarowani i oszukani przez biesów. Co zaś dzieje się z tymi, którzy pragną i poszukują właśnie takich silnych, wyraźnych, najprzyjemniejszych doznań, nowych i nowych, bardziej niezwykłych przeżyć, widzeń, „objawień”, „ukazań się”? Taki człowiek szybko wpada pod całkowity wpływ złych duchów, staje się ich niewolnikiem – i ciałem i duszą. Te biesy będą go zabawiać do tej pory, póki człowiek całkiem nie pogrąży się w namiętności narkomanii, kiedy stanie się już jakby osobowością niesamodzielną, a żałosnym dodatkiem do narkotycznych substancji, kiedy w centrum jego życia będzie tylko jedno pragnienie – ponownie wejść w „królestwo”, które ujawnia się przez narkotyk. Taki człowiek zaczyna żyć w nieistniejącym świecie, składającym się z „różowej mgły”, ale potem demony pozbawiają nieszczęsnego i tej pociechy, zaś potrzeba przyjęcia „substancji” nasila się, dawki rosną, bez niej coraz trudniej żyć, a doznania tracą swój pierwszy „urok”, zanikają, i stopniowo z tego „różowego obłoku” coraz wyraźniej ukazuje się strasznie szczerząca się morda diabła. Wtedy zaczyna on ohydnie wyśmiewać się ze swojej ofiary, już nie schlebia i nie pieści jej, bezlitośnie depcze i zaczyna narzucać myśli o samobójstwie, przecież jego ostateczny cel – ostatecznie zdobyć duszę. Samobójstwo jest najukochańszym jadowitym pokarmem, który diabeł proponuje w końcu swoim wybrańcom.

Połączenie zaś narkotycznych eksperymentów nad swoją duszą z rock-muzyką (czy jej podobnymi formami współczesnych demonicznych kultów) daje pełny komplet ćwiczeń dla jak najszybszego osiągnięcia dna śmiertelnej przepaści. Oto tylko jeden przykład, jakich szczytów szaleństwa można osiągnąć, skorzystawszy z „przodujących, zaawansowanych” osiągnięć współczesnej „kultury” młodzieżowej: na Zachodzie zaczęto obserwować takie straszne wydarzenia – niektórzy młodzi ludzie ze środowiska hippisów, narkomani, doszedłszy do samej skrajności szaleństwa pod działaniem silnych substancji, wywołujących halucynacje, pragnący ciągle nowych bardziej i bardziej ostrych wrażeń i już nie znajdujący zadowolenia w „zwykłej” swojej „podróży w nirwanę”, popełniali samobójstwo, ale jak! Oni wspinali się na dachy ogromnych drapaczy chmur, tam wstrzykiwali sobie śmiertelną dawkę najsilniejszego narkotyku i od razu rzucali się z wysokości budynku na ziemię. Działanie preparatu zaczynało się podczas spadania, człowiek doznawał jakichś fantastycznych uczuć, śmierć od silnej dawki też dopadała go jeszcze w powietrzu – na ziemię padało już martwe ciało… Pojawiły się nawet rock-piosenki, w których wychwalane są podobne rodzaje „wyczynów” samozniszczenia, „najwyższy pilotaż (akrobacje)” podczas lotu do piekła…

Od czego zaś zaczyna się narkomania?

Dziś, kiedy prawie każdy młody człowiek od wczesnego dzieciństwa poznaje wiele ciężkich grzechów, ze wszystkich stron otoczony odstępstwem od Chrystusa, daleki od świętej Cerkwi, on nieuchronnie doświadcza ciężkiego wewnętrznego stanu: dusza jego jakby przygnieciona kamiennym blokiem – grzechami, w których się nie pokajał; nie ma dostatecznej wiary, chrześcijańskiej wiedzy, aby zwrócić się o pomoc do Pana, szukać w modlitwie, w sakramencie pokajania ulgi, uzdrowienia, uwolnienia od tego ciężaru. Ciągłe odczucie wewnętrznego „dyskomfortu” pobudza do poszukiwania lżejszego środka, który usunąłby ten ciężar, dał możliwość oderwać się od napięcia, duszących nici, ściskających duszę (działania grzechów, w których nie pokajaliśmy się), ukryć się od męczących, drapiących serce wyrzutów sumienia, znaleźć jakiś iluzoryczny (ułudny), fantastyczny świat, gdzie nie ma ani trosk, ani smutków.

My, chrześcijanie, wiemy na pewno, jakiego świata naprawdę pragnie dusza, i jest on całkiem realny, dużo bardziej realny od tego widzialnego świata. Jest to miejsce „jasne, zielone, spokojne, oddalone są od niego choroby, i smutki, i wzdychania” (tak mówi się o tym w modlitwie duchownego za zmarłych). Tym miejscem jest – Carstwo Niebieskie, które głosić przychodził właśnie na ziemię Pan nasz Jezus Chrystus i które odkryje się przy drugim Jego przyjściu, kiedy już przyjdzie On sądzić żywych i umarłych. To Carstwo –wieczne! I my, chrześcijanie, oczekujemy tego życia przyszłego wieku, przygotowujemy się do niego, i tylko o nie powinniśmy się troszczyć, ze względu na nie gotowi jesteśmy cierpieć tu – w tym czasowym, przemijającym życiu – i zmartwienia, i smutki, i wszelki „dyskomfort”. My wiemy, że wejście tam jest tylko dla tych, którzy przenieśli swoją duszę nieskalaną przez wszystkie rozpaczliwe ataki życia teraźniejszego cudzołożnego, mężnie, trzeźwo, rozsądnie, bez tchórzostwa i użalania się nad sobą, którzy szczerze odrzucali wszelki urok wroga, wszelkie podstępy biesowskie, wszelką możliwą ochroną chronili swoje serce, poszukiwali jedynej prawdy, Wiecznego, Prawdziwego Boga, nie przyjmowali za prawdę żałosnych podróbek, nie zamienili wiecznej błogości na polewkę z soczewicy (jak zamienił Ezaw swoje pierworództwo bratu swemu Jakubowi. – Gen., rozdz. 25).

A narkoman sprzedaje duszę swoją, wieczność – za „pałac powietrzny”, za „różowy obłok”. Trudno mu już wracać z tego fantastycznego świata, gdzie jest tak „spokojnie”, do świata tego, gdzie trwa nieustanna walka, bijatyka o życie, bitwa między niebem i piekłem. A on chce być z boku, jak dezerter, – podczas bitwy myśli ukryć się pod jakimkolwiek ukryciem zapomnieć się w głębokim śnie, nie widzieć, nie słyszeć co się dzieje. Ale nie, nie można uniknąć walki o swoją duszę, nie można uwolnić się od decydujących działań! Im szybciej ocknie się człowiek z tego odurzenia, im szybciej strząchnie z siebie tę hipnozę, czarodziejski urok, tym łatwiej mu nawrócić się ku prawdzie, do Pana swego.

Stan człowieka w tak głębokiej demonicznej niewoli podobny jest według ciemności swojej i oddalenia od Światła do stanu proroka Iony (Jonasza) w brzuchu potwora morskiego na dnie wodnej otchłani. Jakby i nie żywy człowiek i nie martwy – ciało jeszcze żywe, a dusza już „po tamtej stronie świata”, częściowo już wśród biesów w piekle. Prorok Jonasz wołał: Objęły mnie wody do duszy mojej, otchłań zamknęła mnie: morską trawą owinięta była głowa moja. Do podstaw gór zszedłem, ziemia swymi zaporami na wieki zagrodziła mnie; ale Ty, Panie Boże mój, wyprowadzisz duszę moja z piekła (Jon.2:6-7). Nieszczęśnik podobny jest do żałosnej muchy, oplatanej lepką pajęczyną, i pająk już biegnie do swojej zdobyczy, aby wyssać jej wnętrzności.

Jak tylko można najbardziej zdecydowanie trzeba przystępować do leczenia tej choroby!

 

Współczesna magia

Nie powinien być u ciebie… przepowiadasz, zgadywacz, wróżbita, znachor, czarodziej, wywołujący duchy, mag i pytający martwych. Albowiem obrzydliwy przed Panem każdy, czyniący to… (Pwt.18:10).

Mężczyzna czy kobieta, jeśli będą oni wywoływać zmarłych albo czarować, niech będą wydani na śmierć; kamieniami trzeba pobić ich, ich krew na nich (Kpł.20:27).

Tak surowo nakazał Pan Starotestamentowej Cerkwi odnosić się do czarnej magii, do czarów, spirytualizmu i podobnego zła, w Nowotestamentowej zaś Cerkwi postanowione przez Ducha Świętego:

„Zaklinacze zaś są, nawet jeśli dobroczynne biesy przywołują, nawet i w jakichś dobrych układach sprawy, ohydnymi zabójcami są wszyscy i pochlebcami i oszukańcami z własnej woli”, „Jeśli zaś ktoś chodzi do zaklinaczy (czarowników), i zaklina, czy wróży z gwiazd albo… (popełnia temu podobne grzechy) – niech sześć lat nie przyjmuje priczastija”, „Czarodziej, czyli mag i wróżbita… dwadzieścia lat nie przyjmie priczastija…”, „Mówi zaś święty Ioann Złotousty: jeśli nawet Świętej Trójcy imię wymawiane jest w tym, jeśli i świętych będą przywołania, jeśli i znak krzyża czyniony jest (przez tych czarowników. – uwaga autora), uciekać trzeba o takich i unikać” (z Zakonoprawielnika (Księgi przepisów cerkiewnych)).

W naszych czasach wszystkie te złe działania rozprzestrzeniły się niebywale (choć większość niegramotnych w życiu duchowym ludzi uważało je już za przeżytki dalekiej przeszłości i raczej bajeczne wymysły). Ale oto ci sami czarownicy, magowie, guślarze, zaklinacze, szeptuchy, wróżbici we współczesnych kostiumach przemieszczają się samolotami i pociągami z miasta do miasta, ze stolicy do stolicy, wszędzie przyjmowani z niesłychanymi honorami i szacunkiem, rozprzestrzeniają swoje zaklinania i czarodziejstwa na ogromne przestrzenie świata, wykorzystując telewizję, radiofonię, poprzez gazety i broszury, reklamowe prospekty, szerokim rozmachem „nielekkiej” ręki siejąc duchową śmierć, hipnotyzują dusze, zniewalają je w niewolę szatanowi, uzupełniają wojsko antychrysta, przygotowują mu armię. A ludzie stali się już tak ślepi duchowo; teraz wielkie mnóstwo naszych braci i sióstr według wiary przyjmuje tych sług szatana za swoich „dobroczyńców”. „uzdrowicieli”, „nauczycieli”. Dziesiątki milionów ludzi cyklicznie otwiera się na całkowicie nieznane im oddziaływania, o pochodzeniu i skutkach których nie mają nawet zielonego pojęcia. Ludzie poddają siebie najbardziej wyszukanym i dalekosiężnym psychologicznym i okultystycznym eksperymentom, wpływowi (oddziaływaniu) najniebezpieczniejszej siły duchowego, psychicznego świata.

Nazwy współczesnych okultystycznych, spirytualistycznych, mediumicznych doświadczeń są już inne, niż w przeszłości, sens zaś ich jest ten sam (ale, pewnie, bardziej podstępne złe duchy doskonalą się w źle, gromadząc doświadczenie niszczenia dusz), ale przykrywa się naukowymi określeniami, nic nie mówiącymi o ich związku z jakimikolwiek systemami religijnymi czy duchami. „Ekstrasens” „mediumizm”, „biopole”, „aktywne pole psychiczne”, „energia psychiczna”, „astral”, „odrodzenie charyzmatyczne”, „mikrokosmos”, „mikroteos” itp. słowa, i nie ma ani słowa o tych istotach, które i bez wszelkich długich poszukiwań i wysiłków biednego człowieka, i bez szczególnych nacisków jego umysłu gotowe są odmierzyć mu każdą ilość cudownych i niebywałych sztuczek, wymagając tylko jednego: zaufania i uwagi dla siebie i swoich sług i lekceważenia głosu św. Cerkwi. Według zgodnej opinii św. ojców, właśnie uwagą człowieka starają się zawładnąć biesy: to jedyne drzwi, przez które one mogą przeniknąć do duszy. Teraz zaś większość ludzi ma w swoim domu podstępnego zaklinacza (czarodzieja) – staje się nim telewizor, gdy transmitowany jest w nim seans telemagii. Nawet najbardziej powierzchowna uwaga do programu czyni człowieka ofiarą duchowej przemocy i duchowego rabunku.

Nic duchowego nie bywa bezosobowe: albo jest ono Boże, albo też szatańskie. Te duchowe zjawiska, które są od Boga, charakteryzują się całkowicie jasnymi i określonymi cechami: jest to nauczanie o pokajaniu, o prawdziwej wierze, o pokorze, o życiu wiecznym. Tam, gdzie tego wszystkiego nie ma, tam działa duch biesowski, jakimi by przeróżnymi nazwami on siebie nie przykrywał. Jeśli uzdrawiający siłą Bożą zawsze wymaga od swego pacjenta świadomej, prawdziwej wiary, wysiłków do życia według tej wiary, to wszyscy biesowscy „uzdrowiciele”, czy to zwykli wiejscy zaklinacze, indyjscy jogini i fakirzy, współcześni ekstasensi, „posiadacze silnego biopola” i nawet zielonoświątkowcy i inni sekciarze, przykrywający się nazwą chrześcijanina, mimo swoich różnorodności, zgodni są w jednym: ani jasnej świadomej wiary, ani wysiłków dla życia według tej wiary oni nie wymagają, a wymagają, aby człowiek zapomniawszy się, rozluźniwszy się, oddał siebie pod przewodnictwo temu duchowi, którym oni działają. Wyraźną, jasną wiarę uważają oni za przeżytek, godny tylko średniowiecza, ale nie czasów współczesnych. Oni uczą, że wierzyć można we wszystko co się chce, a żyć i uzdrawiać się koniecznie trzeba według ich recept. Ich duchowe metody w odróżnieniu od prawdziwych, chrześcijańskich, – to czysta technika, bezmyślne powtarzanie pewnych magicznych formuł, zaklęć, stosowanie określonych „zaczarowanych” substancji, „naładowanej biopolem” wody, wykorzystanie określonych pozycji ciała, innych czysto fizjologicznych ćwiczeń, z niezbędnym rozluźnieniem umysłu i woli i pełnym oddaniem siebie pod kierownictwo biesowskiego ducha.

Diabeł jest ojcem kłamstwa, i słudzy jego wpajają ludziom przede wszystkim całkowicie nieprawidłowy i fałszywy pogląd na siebie. Oni uczą o ukrytych ludzkich możliwościach, które jakoby są u ludzi i trzeba je tylko w sobie otworzyć. W rzeczywistości zaś – wszystkie duchowe możliwości i zdolności człowieka są nie czym innym, jak owocem działania tego czy innego ducha, żywego, osobowego, samodzielnego, bezcielesnego bytu, a człowiek zaś sam w sobie w swojej upadłej, uszkodzonej przez grzech naturze jest tak słaby i znikomy, że może tylko przyjmować albo odrzucać działanie tego czy innego ducha, wybierać, z jakim duchem chce być: z Bogiem czy z szatanem. I jeśli Zbawiciel wprost i wyraźnie mówi: beze Mnie nic nie możecie czynić, to biesy i ich sługusy twierdzą o wielkich duchowych możliwościach człowieka. W przeciwieństwie do chrześcijańskiej pokory, prawidłowego, samoupokarzającego spojrzenia człowieka na siebie, oni wpajają ludziom pychę i zarozumiałość, wiedząc, że to lepiej niż jakiekolwiek przekonania, nawet fałszywe cuda odciągnie człowieka od Boga, doprowadzi go do wiecznej zguby (śmierci).

Człowiek, zwracający się o pomoc do czarowników, traci zainteresowanie Pismem Świętym, zaczyna interesować się różnymi opowieściami o cudach i wizjach, dziejących się tam czy tu pod wpływem działania jakichś nowoobjawionych „cudotwórców”, pragnie czegoś podobnego również w swoim życiu, cała zaś nauka świętej Cerkwi staje się mu obca, nieprzyciągająca, uciążliwa, u takiego człowieka obumiera w sercu uczucie pokajania, on nie widzi swoich grzechów. Dalej dla wciągniętego w taką „mistyczną narkomanię” może zacząć się jeszcze gorsze: pojawienia się biesów, wszelkie odczuwania ich jawnej obecności, zmysłowe, cielesne cierpienie od nich, psychiczne i emocjonalne zaburzenia, najokropniejsze depresje i w końcu samobójstwa albo zbrodnie, popełnione pod wpływem sił demonicznych. Ale największe niebezpieczeństwo – wieczny pohybel duszy, jeśli człowiek nie porzuci kontaktów z duchem zła i nie pokaja się.

Choć czarownicy używają teraz chrześcijańskiej terminologii, nawet niektórzy biorą się leczyć tylko ochrzczonych, ale to tylko podstępy, „owcze skóry” na wilkach: gdzie nie ma głoszenia pokajania i nauczania o życiu wiecznym, tam też być nie może niczego cerkiewnego, niczego chrześcijańskiego, niczego Bożego. Same „modlitwy” czarowników wcale nie podobne są do cerkiewnych, ale przepełnione wszelką ciemnością, zagadkowością, mrokiem i wyraźną bezsensownością. Bóg jest światłem i nie ma w Nim żadnej ciemności (1J.1:5), gdzie wszelka ciemność, tam Boga nie ma!

Bywa, że ci czarownicy łagodzą choroby czy wykazują jakąś inną „wrażliwą pomoc”, ale dzieje się to zgodnie z przysłowiem: „głowę wyciągnęli – ogon ugrzązł”. Tylko jedno oni wyleczą, drugie zacznie chorować, człowiekowi staje się to lepiej, to gorzej – i on chodzi i chodzi do takich „uzdrowicieli”-gubicieli, ulegając silniejszemu wpływowi biesów. Z biesowskimi „lekarzami” nie należy nawet żartować i przejawiać ciekawości wobec nich, nie można „z ciekawości” chodzić do hipnotyzerów i oglądać w telewizji takich eksperymentów. Najmniejsza uwaga, nawet jeszcze bez życzliwości wobec jakiejkolwiek biesowskiej „kuchni”, może mieć dla nas fatalne, śmiertelne konsekwencje i w tym, i w przyszłym życiu. Sama taka „ciekawość” – to już ciężki grzech przeciwko chrześcijańskiej wierze i sumieniu, obraza Wszechmiłosiernego Ojca Niebieskiego, wzgardzenie i niewdzięczność do Niego.

(Opracowane według artykułów kapłana T. Ałfierowa „Ouzdrowieniu duszy ciała” (seria „Nie uczestniczcie w sprawach ciemności”. Wyd. 1 Sankt Petersburg 1990) i G. Sziewkunowa „Nie uczestniczcie w sprawach ciemności”, ŻMP.(Dziennik Moskiewskiego Patriarchatu) 1989. Nr 12.)

 

Wschodnie kulty

W naszych czasach szczególnie nasilił się jeszcze jeden zaciekły wróg chrześcijaństwa, który pragnie, gdyby mógł, przebić samo jego serce, wróg podstępny, schlebiający i odnoszący wielkie sukcesy w swoim złoczyństwie, – to hinduizm i inne wschodnie kulty. Jak nigdy rozprzestrzenia się wpływ wschodnich idei w niegdyś chrześcijańskich krajach, fala ich zalała zwłaszcza Amerykę, ale teraz tymi naukami zaraziła się młodzież prawie na całym świecie. Wśród współczesnego pokolenia niezwykle popularni są wschodni „mędrcy”, indyjscy guru, tybetańscy lamowie, japońscy nauczyciele zen-buddyzmu itp. nauczyciele wschodnich religii, którzy stają się już „miejscowymi” i w naszym kraju w ślad za Zachodem, dawno zniewolonym przez nich. W ostatnich czasach te wyraźnie wrogie chrześcijaństwu nauki zaczęły starannie ukrywać swoją wrogość, podmieniając terminologię, mówiąc o wspólnych celach wszystkich religii, wpajając wszystkim, że rozbieżności między wyznaniami są tylko zewnętrzne, zaś istota ich jedna, wszystkie one są prawdziwe i powinny wzbogacać się wzajemnie, a nie negować. Nauczyciele podobnego nurtu dążą usilnie wciągnąć w swój obłęd również chrześcijan na całym świecie, to właśnie na naszą wiarę porywają się oni przede wszystkim – do tego wybierają słabe strony współczesnych chrześcijan, wymyślają różne oszustwa i chytre zawiłości słów, aby skusić i uwieść nimi na ile to możliwe również wiernych. Krótko rozpatrzymy tu główne cechy rozpowszechnionych teraz nauk. Przy tym one każdego dnia mogą zmieniać terminy i niektóre formy rytuałów, zmieniać swój wygląd i kolor, jak kameleony, dostosowując się do ducha czasu, aby tylko uwieść większą liczbę dusz, – istota zaś i cel wszystkich tych „duchowych” sieci i pułapek zawsze jeden: odciągnąć człowieka od poznania Prawdziwego Boga, od pokajania, poprzez wszelkie kłamstwo osiągnąć czarujący „spokój” i niebłogosławioną „błogość”, uśpić i uspokoić sumienie bez wyspowiadania się z grzechów, odciągnąć od przeżywania, uświadomienia sobie swego upadłego stanu, ukryć prawdziwy chorobliwy stan duszy, stworzyć iluzję „duchowego” i fizycznego zdrowia, szczęścia, w rzeczywistości zaś pozostawiając człowieka w stanie skazania na wieczną śmierć. Wszystkie te nauki są duchową narkozą, znieczuleniem, które nie leczy, tylko odejmuje uczucie bólu (a przecież ból jest upomnieniem zranionego organizmu o jego chorobie, jego prośbą o pomoc medyczną, gdyby go nie było – choroba pozostawałaby niezauważalną i rozwijałaby się bez przeszkód).

Wschodnie religie wciskają choremu człowiekowi, że jest zdrowy, wzbudzają w nim wiarę w swoją doskonałość i boskość, podsycają pychę, poprzez działanie złych duchów szczodrze obdarzają go najbardziej wyszukanymi i najprzyjemniejszymi „duchowymi pocieszeniami”, „wizjami”, przeżywaniami „błogości”, „pokoju”, „spokoju” i „nieskończoności”. Wszystko to przyczynia się do szerokiego rozpowszechnienia tych wierzeń. Wstępujący na drogę podobnych religijnych doświadczeń wkrótce zaczyna odczuwać na sobie ich jawne działanie, widzi w sobie wiele zmian na „lepsze” – on, jak mu się wydaje, staje się spokojniejszy, bardziej wierzący w siebie, bardziej rześki, nawet radośniejszy, godzi się z bliźnimi itp., ale są to owoce głębokiego złudzenia, pałac ten wzniesiony jest na fałszywym fundamencie – na piasku pychy, samoupojenia (samozatrucia), pochlebstwa sobie, na ubóstwieniu samego siebie. Ale oszukany człowiek w żaden sposób nie zechce tego przyjąć, on widzi tylko to, że te ćwiczenia „działają” i działają „cudownie” – to znaczy, „są one dobre i prawdziwe”. Niestety, nasza prawosławna nauka o złudzeniach, szczegółowo i szeroko przedstawiona w pismach ojców świętych, tak mało jest teraz znana „chrześcijanom” i tak przez nich lekceważona. W środowisku zaś heretyków – katolickim, protestanckim, sekciarzy – o tym nauczaniu nawet się nie wspomina, i oni sami już od dawien-dawna stan złudzenia przyjmują za „czystą wodę” chrześcijaństwa. Nic dziwnego, że takie środowisko nie mogło dać godnego odporu inwazji wschodnich nauk, ale wiele z nich wchłonęło i spokrewniło ze sobą. Prawosławni zaś chrześcijanie w większości na razie jeszcze odczuwają i jasno zdają sobie sprawę ze zgubności i wrogości takiego mędrkowania, ale i u nas już wielu jest słabych wiarą i duchowym rozsądkiem, rozumowaniem, nie chroniących się przed tym złem.

1. Hinduizm

Ponętność hinduizmu gra wszystkimi odcieniami spektrum: tam jest wszystko kuszące dla każdego zmysłu, pociągające dla każdej słabości, ale głównie dla pychy. Współczesny hinduizm łatwo rozprawia się z tymi zagadnieniami i nieporozumieniami, które wywołują dziś u ludzi małej wiary takie dogmaty Prawosławia, jak grzech pierworodny, piekło, wieczne męki, których współcześni ludzie w żaden sposób nie mogą zmieścić w swoich „humanitarnych” umysłach. Hinduizm zaś daje „intelektualnie-zadawalające” alternatywy dla każdego chrześcijańskiego dogmatu: piekło, okazuje się, „jest tylko czasowym stanem, duszy, ściągniętym przez naszą własną „złą karmę” – przeszłymi czynami w tym czy „przeszłym” życiu – i, rozumie się, skończona przyczyna nie mogłaby mieć nieskończonych konsekwencji…”, pierworodny grzech przemienia się w „pierworodną boskość”, człowiek – w nieskończonego oglądacza snu widzącego kończące się sny”, problem mąk rozwiązywany jest jeszcze prościej: ból – to „maja”, czy przywidzenie, on w rzeczywistości nie istnieje itd.

Współcześni hinduiści starają się przekonywać, że nie ma żadnej realnej różnicy między hinduizmem i chrześcijaństwem, że nie ma między nimi żadnych rozbieżności i dobry chrześcijanin powinien stać się jeszcze lepszym chrześcijaninem, poznając i praktykując wedanty (mistyczny hinduizm). Próbują udowodnić, że Logos i krzyż w rzeczywistości pochodzą z Indii, a te idee, które właściwe są hinduizmowi: reinkarnacja, wędrówka dusz i samadhi (trans) – można znaleźć też w chrześcijańskich pismach pod warunkiem „poprawnej” interpretacji, że żadna różnica nie istnieje, wszystko jest „jednością”. Zarzucają chrześcijaństwu to, że ono zbyt ceni swoje dogmaty; że koniecznie trzeba uwolnić się od „zastygniętych dogmatów”, i wtedy te religie będą mogły wzajemnie się wzbogacić.

Niestety, nie wielu rozumie, że sam hinduizm jest również systemem dogmatów, tylko przeciwstawnych chrześcijaństwu, – wszystko co czczą chrześcijanie czy hinduiści, wynika z ich dogmatów. A hinduistyczne dogmaty – to bezpośrednie zaprzeczenie dogmatów chrześcijańskich, stąd wniosek: to, co chrześcijanie uważają za zło, hinduiści uważają za dobro, i odwrotnie: to, co hinduiści uważają za zło, chrześcijanie uważają za dobro. Najstraszniejszy grzech dla chrześcijanina jest najwyższym spełnieniem dobra dla hinduisty. Chrześcijanie zawsze uznawali pychę za główny grzech, źródło wszystkich pozostałych grzechów. Ojcem tego zła był Lucyfer: wstąpię na niebo, ja wyżej gwiazd Bożych wzniosę tron mój… wzniosę się na wysokość obłoków, będę podobny do Najwyższego (Iz.14:13-14). Na najniższym poziomie właśnie pycha zamienia godność człowieka w występek. A dla hinduisty ogólnie, dla adwaisty i wedantysty w szczególności, jedyny „grzech” – to niewiara w to, że ty sam i ludzkość jesteście właśnie Samym Bogiem. Jeden ze współczesnych kaznodziejów wedanty – Swami Wiwiekananda1 stwierdził: „Wy jeszcze nie rozumiecie Hindii! My, hindusi, w ostatecznym rachunku – czciciele człowieka. Nasz Bóg – to człowiek! Doktryna mukti (zbawienie) zawiera się w następującym: człowiek musi stać się boskim poprzez urzeczywistnienie boskiego…”

Tak więc, dogmaty hinduizmu i chrześcijaństwa, postawione twarzą w twarz, przeczą wzajemnie sobie we wszystkim, co dotyczy natury Boga, natury człowieka i sensu ludzkiej egzystencji.

Hinduizm – to nie tyle intelektualne poszukiwania, ile praktyczny system, i ta praktyka w bezpośrednim sensie słowa – czarna magia. Guru proponuje uczniowi sprawdzić filozofię na swoim własnym doświadczeniu, i ten widzi, że rytuały hinduizmu naprawdę działają (według szczodrego orędownictwa tej nauce duchów kłamstwa), uczeń może otrzymać moce (siddhis) – są to takie zdolności, jak czytanie myśli, siły uzdrawiania czy zabijania, materializowania przedmiotów, przepowiadania przyszłości itd. – pełen zestaw śmiertelnie niebezpiecznych psychicznych chwytów, i on z pewnością wpada w stan złudzenia, w którym przyjmuje diabelskie złudzenie za realność, przeżywa „duchowe doświadczenia” pełne bezgranicznej „błogości” i pokoju, nawiedzają go wizje „boskości” i „światła”. Przy tym uczeń bardzo rzadko pyta guru: skąd pochodzą jego przeżycia i kto wydaje mu je na kredyt – w postaci „mocy” i „wspaniałych stanów”, on nie wie najważniejszego, że będzie musiał zapłacić za to wszystko ceną swojej nieśmiertelnej duszy.

Mnóstwo „duchowych” ćwiczeń hinduizmu sprowadza się do niewielu praktycznych podstaw, jest to – bałwochwalstwo (czczenie posągu czy wizerunku „bóstwa” z różnymi ofiarami, kadzeniami i innymi rytuałami); „dźapa” lub powtarzanie sanskryckiej mantry, danej uczniowi podczas poświęcenia (tj. powtarzanie magicznej formuły-zaklinania); „pranajama” – ćwiczenia oddechowe w połączeniu z dźapą. Są i inne praktyczne ćwiczenia związane z tantrą, czy – kult „bogu” jako „matce” – żeńskiemu początkowi, mocy, energii, ewolucyjnemu i aktywnemu. One pełne są nieskrywanego zła i wystarczająco obrzydliwe. I tak, Swami Wiwekananda mówił: „Ja oddaję kult Straszliwej! Błędem jest wierzyć, że wszystkimi ludźmi porusza tylko pociąg do przyjemności. Tak samo wielu ma wrodzony pociąg do mąk. Czcijmy więc Straszliwość ze względu na nią samą. Niewielu odważyło się czcić śmierć, czy Kali. Czcijmy więc śmierć!” I oto jeszcze słowa Swamiego o bogini Kali: „Są jeszcze tacy, którzy śmieją się z istnienia Kali. Ale przecież dziś jest ona tu – w tłumie. Ludzie wychodzą z siebie ze strachu, i żołnierze powołani są do siania śmierci. Któż może twierdzić, że Bóg nie może objawiać siebie w formie zła, jak i w firmie dobra? Ale tylko hinduista ośmiela się czcić go jako zło!” On zaklinał swoją boginię: „Przyjdź, o Matko, przyjdź! bo imię twoje – Straszliwość!”, i jego religijnym ideałem było „połączyć się w jedno ze Straszliwością na zawsze!”2

I oto taka celowo ukierunkowana działalność zła praktykowana jest z twardym przekonaniem, że jest to – dobro!

Sens wedanty, ogłoszony przez Wiwekandę, zawiera się głównie, oto w czym: wszystkie religie są prawdziwe, ale wedanta jest najwyższą prawdą. Różnice ukrywają się jedynie w „poziomach prawdy”. Człowiek nie przechodzi od błędu do prawdy, a wznosi się od prawdy do prawdy, od prawdy niższej, do prawdy wyższej. „Dzisiejsza materia – duch przyszłości”, „dzisiejszy robak – jutrzejszy bóg”. Cała wedanta opiera się na tym, że człowiek jest bogiem. Tak więc zbawienie człowieka – dzieło rąk samego człowieka. Wiwekanda wyraził to tak: „Kto może przyjść z pomocą niemającemu końca? Nawet ręka, wyciągnięta do ciebie z ciemności, powinna, musi być twoją własną ręką”.

Współcześni hinduiści jakoby z jednakowym szacunkiem odnoszą się do wszystkich religii i pragną zjednoczyć się z każdą, „modląc się w meczecie z mahometaninem”, „klęcząc na kolanach przed krzyżem z chrześcijaninem”, oni uważają, że jakoby wszystkie religie od najniższego fetyszyzmu do najwyższego oddawania czci „absolutowi” – to tylko różne próby uświadomienia sobie „nieskończoności”, myślą, że oni „zbierają te kwiaty i, związawszy je razem nicią miłości”, tworzą z nich „cudowny bukiet kultu”, ale przy tym wszystkie religie okazują się tylko stopniami (fazami) do „najwyższej religii” – adwajta wedanta. Hinduiści szczególnie pogardliwie odnoszą się do chrześcijaństwa, które uważają za „niską prawdę” – dualistyczną (tak Wiwekanda w prywatnej rozmowie zauważył, że „tylko tchórz nadstawia bijącemu drugi policzek”).

Wedanta głosi pełną swobodę dla każdej duszy „bycia samym sobą” i odrzuca wszelką różnicę między świętym i świeckim.

Cel hinduizmu – stworzenie ogólnoświatowej (uniwersalnej) religii, cel, bardzo upragniony przez diabła, dający mu możliwość podstawić tej fałszywej religii fałszywego boga – antychrysta – i w jego osobie osiągnąć wreszcie oddawania czci sobie jako bogu całego świata. Taka ogólnoświatowa religia nie może uznawać „indywidualistycznych, sekciarskich” idei, ona nie chce mieć nic wspólnego z chrześcijaństwem. Ta „religia przyszłości” będzie pustoszącym pożarem, który pożre chrześcijaństwo. Jeśli chrześcijanin zgodzi się z twierdzeniem hinduistycznych kaznodziejów, że ich różnice z nami są tylko pozorne, a nie realne, wtedy hinduskie idee otrzymają swobodny dostęp do jego duszy; zaś deprawująca siła hinduizmu jest niezmierna – ona doprowadza do samego progu oddawania czci złu.

Biada tym, którzy zło nazywają dobrem, i dobro – złem, ciemność uważają za światło, i światło – za ciemność, gorzkie uważają za słodkie, i słodkie – za gorzkie! Biada tym, którzy mądrzy są we własnych oczach i rozumni przed samymi sobą! (Iz.5:20-21).

1. Wiwekanda – mnich-hinduista, pojawił się w Parlamencie Religii w Chicago w 1893 r., mając na celu nawrócenie zachodniego świata na hinduizm, konkretnie – na nauki wedanty (mistycznego hinduizmu).

2. Boginię Kali, jako jedno z najpopularniejszych bóstw hinduizmu, przedstawiają pośród nieokiełznanego przelewu krwi i cięcia, z naszyjnikiem z czaszek i odciętych głów, z groteskowo wysuniętym językiem, pragnącym jeszcze krwi; w hinduskich świątyniach zadowalają ją krwawymi ofiarami, zabijając kozły.

2. Joga

Indyjska joga – nauka, rekomendująca dość ascetyczny, podporządkowany dyscyplinie obraz życia, – polega na kontrolowaniu oddechu i na określonych fizycznych pozycjach, które doprowadzają do stanu relaksu, sprzyjającego medytacji, przy której zwykle stosowana jest mantra, czy kultowe wypowiedzi, pomagające się skoncentrować. Jednocześnie joga stawia cele duchowe(!), a nie tylko fizyczne, jak osiągnięcie zdrowia i urody ciała. Najczęściej tym, którzy przystępują w naszych czasach do takich zajęć, nic nie mówi się o nadprzyrodzonym, a jedynie o zdrowiu, o fizycznej i moralnej doskonałości. Co więcej, wszystkiemu mistycznemu i okultystycznemu zaprzecza się. Ale potem, po jakimś czasie, „zaawansowanym”, perspektywicznym i dającym nadzieję uczniom odkrywane jest ezoteryczne, tajne nauczanie. Ale i taki – „cielesny” – poziom ćwiczeń jogi kształtuje określone duchowe poglądy i przygotowuje człowieka do duchowych przeżyć, o których ten na razie nie domyśla się. Większość uczniów tej nauki tak i pozostaje na poziomie egzotycznych ćwiczeń, hinduskiego żargonu i świadomości swojej znaczności „w kosmosie”. W tym ostatnim punkcie skoncentrowane są właśnie prawdziwe ezoteryczne cele początkowej inicjacji: świadomość własnej znaczności – oto co wpajane jest człowiekowi razem, oczywiście, z nieodzowną troską o zdrowie, a także „miłością do ludzi”, któremu towarzyszy nauka o jakimś abstrakcyjnym i niejasnym „dobru” i „moralności”. Ale dla chrześcijanina „świadomość własnej znaczności” jest przejawem szatańskiej pychy, która spala i przemienia w nic wszelkie dobre przedsięwzięcia.

W ostatnich czasach coraz bardziej popularna staje się tak zwana „chrześcijańska joga” – próby wykorzystania technik (chwytów) jogi do „chrześcijańskiej” medytacji, uczynić człowieka „wyzwolonym, usatysfakcjonowanym”, biernym, „wrażliwym na duchowe idee i wrażenia”. Zajmujący się tym opisują „niezwykłe odczucia spokoju”, „wspaniałe samopoczucie”, „euforię” („błogość”), „odczucie pełnego zdrowia”, „zaspokojenie, wypełniające ciało i duszę i predysponujące do duchowego życia”, „lekkość”, „podwyższoną podatność i wrażliwość do otwarcia osobistych relacji między Bogiem i duszą”, rozkoszną modlitwę, ogarniającą całego człowieka”, „uczucie drżącego oczekiwania dotyku „Świętego Ducha””; „uczucie narastającego pragnienia sprawiedliwości, pobożności, wzrastania, zbliżania się do Boga” itp. Każdy, kto rozumie naturę złudzenia (duchowego zbłądzenia) zrozumie, że w tych opisanych uczuciach obecne jest właśnie zejście z właściwej drogi, zboczenie w stronę sekciarskich „chrześcijańskich” doświadczeń i nawet – pogańskich: to właśnie dążenie do „świętych i boskich” odczuć, ta właśnie otwartość i gotowość być „porwanym” przez jakiegoś ducha, te właśnie poszukiwania nie Boga, a „duchowych pocieszeń”, to właśnie samo upojenie, które przyjmowane jest za „stan łaski”, ta właśnie nieprawdopodobna lekkość, z którą człowiek staje się „wizjonerem (kontemplatorem)” czy „mistykiem”, te właśnie „mistyczne objawienia” i pseudo-duchowe stany – to ogólne oznaki tych, którzy wpadli w złudne mniemanie o sobie.

Zbici z drogi i pełni pychy, współcześni poszukiwacze duchowych prawd są najbardziej poddani złudzeniom. Ataki na nas wschodniego obskurantyzmu (biesowskiej ciemności) i jego sukcesy wiele zawdzięczają takiemu fałszywemu mistycyzmowi. I jak bardzo te fałszywe nauki kusicielskie są teraz dla młodych ludzi, zwłaszcza dla tych, którzy zażywali narkotyki i są zaznajomieni już z tego rodzaju doświadczeniami.

3. Zen-buddyzm

Bardzo podobny jest do techniki indyjskiej jogi, z której on ostatecznie się wywodzi. Jest tu również ta sama postawa, i technika oddychania, i powtarzanie kultowego imienia w połączeniu z innymi technikami (chwytami), swoistymi i właściwymi tylko dla zen. Cel tych technik jest dokładnie taki sam, jak i w jodze: wyłączyć racjonalne myślenie i osiągnąć stan spokojnej medytacji bez słów, przeniknąć w „centrum własnego bytu”, „pozbawione obrazów i dźwięków kontemplacje”, w „głębokie i piękne królestwo życia psychicznego”, w „głęboką wewnętrzną ciszę”. Osiągnięte w ten sposób odczucia przypominają w pewnym stopniu odczucia narkomana.

W naszych chorych czasach staje się możliwym i takie sprzeczne zjawisko, jak „chrześcijański zen”. Jego głosiciele mówią o odnowieniu chrześcijaństwa, oni przylepiają do swoich pouczeń nauki prawosławnych ojców-ascetów, mówią, że i oni również prowadzą do stanu „kontemplacyjnej ciszy i spokoju”, rekomendują chcącym powtarzanie modlitwy Jezusowej podczas zen-medytacji…

Jakież mnóstwo w dzisiejszym świecie wprowadzonych jest w zbłądzenie, szczerze uważających siebie za proroków, niosących współbraciom swoim dobro, niedomyślających się, że ciągną ich do psychicznej i duchowej zguby!

Ze wszystkich współczesnych wschodnich nauk zen, być może – jest najbardziej wyrafinowaną intelektualnie i duchowo-trzeźwą nauką: jego idee o współczuciu i o miłości do „kosmicznego Buddy”, być może, – są najwyższym religijnym ideałem, jaki może osiągnąć ludzki rozum, ale bez Chrystusa. Tragedia zen na tym właśnie polega, że nie ma w nim Chrystusa, co oznacza – nie ma zbawienia, i samo jego wyrafinowanie i trzeźwość uniemożliwiają zwolennikom tej nauki poszukiwać zbawienia w Chrystusie.

Zen faktycznie nie posiada teologicznego fundamentu, opiera się on na „doświadczeniu”, i w ten sposób wpada w to samo zbłądzenie, co i hinduizm: jeśli coś działa i przynosi „spokój” i „harmonię”, to znaczy jest ono prawdziwe i dobre! Zen odwołuje się do subtelnej pychy tych, którzy zakładają, że sami mogą się zbawić i dlatego nie potrzebują żadnego zbawiciela, poza samym sobą.

Ostatnio pojawiają się już nowe zen-buddyjskie monastery, w których bardzo poważnie i głęboko studiują tę religię. Nawet rozważanie „duchowych” zagadnień przez zen-mnichów zadziwiająco przypomina dyskusje między poważnymi prawosławnymi świeckimi i mnichami, ich poglądy wyglądają na przekonywująco szczere. Wydawałoby się, że taki zen-buddyzm może dać dziś prawie wszystko nowo nawróconemu religijnemu poszukiwaczowi naszych czasów, z wyjątkiem Chrystusa, Prawdziwego Boga i wiecznego zbawienia, które jedynie On jeden może darować.

Wracając do ostatecznego celu rozprzestrzenienia w nasze dni wschodnich kultów – stworzenia uniwersalnej religii, zen tu, jak widać, powinien odegrać niemałą rolę. Tak więc, niech będzie nam przestrogą: religia przyszłości będzie nie po prostu kultem czy sektą, ale potężnym i głębokim nurtem religijnym, który będzie absolutnie przekonywujący dla umysłu i serca współczesnego człowieka.

Można przytoczyć mnóstwo innych przykładów wschodnich kultów, każdy rok przynosi zewnętrzne przeróbki starych nauk, ale powiedzianego, myślimy, wystarczy, aby pojąć, że krysznaizm, przeróżne rodzaje medytacji, jogi, różne „światowe kulty samoświadomości” i wielkie mnóstwo ich odmian – wszystkie te ruchy i poszukiwania „duchowości” nie mają nic wspólnego z chrześcijańską tradycją, ale są produktem wschodnich pogańskich religii i współczesnego spirytualizmu. Prawosławnym chrześcijanom kategorycznie zabrania się kontaktu z nimi! Naruszenie tego zakazu jest skrajnie zgubne, ponieważ „duchowe” przeżywania i tajemnicze „przepiękne odczucia”, jakie dają te różne medytacje, – to wstąpienie w „kosmiczne duchowe obszary”, gdzie głębokie strony ludzkiej osobowości wstępują w kontakt z prawdziwymi duchowymi istotami – demonami, upadłymi duchami, które zawsze jak rój os, krążą wokół człowieka, szukając jego potknięcia. „Poświęcenie (wtajemniczenie)” w doświadczenia świata duchowego wciąga człowieka w coś niepodlegającego świadomej kontroli jego woli, człowiekowi już niezwykle trudno jest wyplątać się z sieci niechcianych przeżyć psychicznych.

4. Karate, kung-fu itp.

Taka „nowa religijna świadomość”, która jest bardziej niebezpieczna od wszystkich herezji przeszłości, staje się wrogiem chrześcijaństwa. Na początku „duchowe” doświadczenia wschodnich kultów są jakby dobre czy „neutralne”, ale potem przez ich nauczycieli dokonywane jest systematyczne przejście do eksperymentów dziwnych i przerażających, w końcu przybierających, bez wątpienia, charakter demoniczny. Nawet czysto fizyczna strona takich psychicznych nauk, jak joga, ukrywa w sobie niebezpieczeństwo, ponieważ predysponują one człowieka do psychicznych nastrojów i doświadczeń, co też jest pierwotnym celem ćwiczeń jogi, z których one się wywodzą; mniej więcej to samo można mówić i o takich obecnie bardzo rozpowszechnionych wschodnich szkołach, jak karate, kung-fu, judo itp., gdzie również pod przykrywką sportu, ćwiczeń dla rozwijania w sobie jakichś ukrytych możliwości – cielesnych i psychicznych – w rzeczywistości idzie poważna duchowa obróbka osobowości człowieka, wpływająca na same głębie jego duszy i serca. Te zajęcia są prawie bardziej niebezpieczne dla duszy, niż wcześniej wymienione nauki biesowskie. Oczywiście, i tu sam uczący się nie rozumie głębi sensu wszystkich tych egzotycznych działań słów, postaw, okrzyków, które towarzyszą wszystkim tym ćwiczeniom. Wielu ze współczesnych „chrześcijan” oburza się, kiedy duchowny zaczyna żądać od nich, aby kategorycznie porzucili takie zajęcia. Oni nie widzą nic niechrześcijańskiego w karate, kung-fu, jodze itd.: „Przecież to tylko starożytna mądrość, nauka starożytnych o udoskonalaniu naszych możliwości ciała i duszy…” Co odpowiadać na takie oświadczenia?!

My, chrześcijanie, znamy tylko jedną prawdziwą naukę o doskonałości, także naukę o naszym upadłym i rozstrojonym stanie, znamy też bardziej szczegółowe nauczanie o wszystkich stronach życia (i wewnętrznego i zewnętrznego) – jest to nauka Chrystusa, zawsze obficie i hojnie rozpowszechniana i głośno ogłaszana przez naszą świętą Cerkiew. I my, chrześcijanie, dobrze wiemy, jak złośliwie i nieustannie krąży wokół każdego człowieka diabeł, „jak lew, porykując” i „szukając kogo pożreć”; i wszelka „wielka” nauka, której towarzyszą „znaki”, przekazywane dary”, „nieludzkie możliwości”, w której nie jest głoszony Chrystus, jest potomstwem tego okrutnego złoczyńcy – diabła. Czego uczą wymienione „sportowe” zajęcia? Jest to jasne dla każdego, jeśli przestanie okłamywać siebie, – zabijać czy też okrutnie kaleczyć swego przeciwnika gołymi rękami! Tu znów zwykle zaczynają się kłócić, przekonują, że jest to „sztuka obrony”, że karacista czy kung-fuista nie zaatakuje pierwszy człowieka itp. Jednocześnie w zestaw ćwiczeń wchodzą rzeczy, które powinny wywoływać „lekkie” przerażenie u pokornego chrześcijanina, wychowanego na przykazaniach ewangelicznych i uczącego się tego, aby osiągnąć pokorę, łagodność, brak złości, miłość do wrogów, i tego, aby podstawić bijącemu pod uderzenie policzek: a, kung-fuista ćwiczy to, żeby, na przykład, błyskawicznie uderzyć przeciwnika i dwoma palcami ręki, przebiwszy jego klatkę piersiową, wyrwać z niej serce; przy „doskonałym rozwoju cielesnych możliwości” czynione jest to tak błyskawicznie, że zabita osoba pada martwa, nie zdążywszy uświadomić sobie, co się stało. Istnieją podobne techniki dla wyrywania u bliźniego wątroby i innych ważnych dla życia narządów. Przy tym uderzeniu zabójca musi najpierw skupić się na jakimś tajemniczym źródle energii czy sił „kimi” (znajduje się ono gdzieś w obrębie brzucha), która – według nauki niektórych szkół – i nadaje tak nadludzką siłę uderzeniu i przepływa podczas zadania go na przeciwnika (o pochodzeniu tego źródła nie mówi się nic). Przy uderzeniu karacista czy kung-fuista wydaje straszliwy okrzyk, dający niby możliwość skoncentrować te wewnętrzne siły (jeśli wsłuchać się w taki okrzyk i spróbować dopasować odpowiadający mu odcień nastroju, to najbardziej przypomina on wyrywający się na wolność skrzep skoncentrowanej nienawiści, która, jak jad żmii, przez długie treningi składana jest do jakiegoś woreczka pod sercem u takiego człowieka). Na takich lekcjach często uczniowi proponuje się robić coś przypominające wschodnie rytuały religijne, o których mówione było wcześniej: stawać na kolana i składać w tajemniczej pozie ręce, proponowane jest tu znów coś w rodzaju medytacji, wiele tajemniczego i niezrozumianego przez samych uczących się muszą oni wykonywać ze swoim ciałem i duszą.

Co zaś tak naprawdę dzieje się na tych zajęciach? Myślimy, że odbywa się tu wzywanie w siebie, w swoje ciało nieczystego ducha – biesa, mocą którego dokonuje się właśnie działanie skrajnie potężne i przekraczające ludzkie możliwości. Bieda w tym, że w naszych czasach ludzie mało zaznajomieni są z prawdziwą nauką o upadłych duchach i najwyraźniej nie przyjmują poważnie ani istnienia tych duchów, ani ich zdolności. Nam zaś, prawosławnym chrześcijanom, z najbardziej szczegółowego nauczania i wyjaśnienia naszych św. ojców Cerkwi dobrze znane jest nie tylko to, że złe duchy łatwo przychodzą na wszelkie wezwanie do nich, ale i to, że mają one zdolność przejawiania wielkiej siły fizycznej, mogą łatwo przenosić dowolne ciężary, czynić wielkie znaki i cuda. Wielu z nas również z życiowego doświadczenia wie, jaką moc czasami dają biesy tak zwanym „opętanym”, „bieszącym się” ludziom, w których zamieszkuje i zaczyna panować nad nimi zły duch, jak czasem wątłą z wyglądu kobietę, opanowaną przez biesa, nie może powstrzymać sześciu-siedmiu zdrowych mężczyzn (na przykład, podczas odczytywania (egzorcyzmu) w cerkwi) albo jak tacy ludzie rwą najmocniejsze powrozy i łańcuchy, którymi ich związano. Kiedy zaś zły duch opuszczał nieszczęśników, to byli oni fizycznie skrajnie słabi. Tak że złe duchy-biesy – z radością i łatwością rozszarpałyby cały rodzaj ludzki, jeśli by nie Miłosierny nasz Pan, Który nie dopuszcza tego. Kiedy zaś ludzie sami zaczynają szukać i przywoływać tę złą moc, to tu już i Bóg pozwala człowiekowi być oszukiwanym i uwodzonym przez wrogów naszego rodzaju.

Czy warto jeszcze mówić o podobnym złu i o tym, jak sprzeczne ono jest chrześcijańskim życiem?!

Tak więc, poważnie zastanowiwszy się nad tym, koniecznie trzeba pośpieszyć wyrzucić ze swego serca wszelkie sympatie do tego rodzaju „mądrości starożytnych”, odskoczyć od wszelkiej ciemności, całe swoje życie – i wewnętrzne i zewnętrzne – oczyścić od wszelkiego podobnego demonicznego wpływu, a bliskich ludzi ostrzegać przed podobnymi błędami. O udziale swoim w tych czy innych pogańskich kultach (nawet jeśli dawno było i minęło to hobby) obowiązkowo trzeba przynieść pokajanie – wyspowiadać się z tego grzechu!1

1. Przy redagowaniu częściowo wykorzystano książkę hieromnicha Sierafima Rouza „Prawosławie i religia przyszłości”. Kalifornia. 1982. Rozdz. 2-5.

 

Rozdział V. Mała wiara i niecerkiewność

Oprócz podobnych wymienionych odchyleń od reguł naszej wiary, teraz często daje się zauważyć coś innego, bardziej niepozorna, ale nie mniej odrażająca zdrada odnośnie prawosławnej wiary – to pogarda samego Prawosławia, samej matki naszej – Prawosławnej Cerkwi; to lekkomyślny, powierzchowny, lekceważący stosunek do dogmatów, obrzędów, reguł, przez nią ustalonych; to niecerkiewne, nieuporządkowane, bezładne, pozbawione błogosławieństwa i łaski Bożej życie, które mimo to ogłasza siebie „prawosławnym”, życie podwójne, kiedy człowiek czasami bywa „wierzącym”, w określonych momentach i określonych okolicznościach, a w swojej zaś codziennej działalności daleko nie podobny na chrześcijanina; to nieustraszone, beztroskie, „paniebraterskie” obcowanie z heretykami i bluźniercami naszych świętości, gorąca, aktywna przyjaźń ze światem tym cudzołożnym, ta serdeczna sympatia i życzliwość do fałszywych „cnót” tego świata, jego fałszywych pojęć, zrozumień i pochwalnych hymnów upadłego człowieczeństwa; jego lekkie, łatwe przyjęcie do serca oszczerstwa i bluźnierstwa na cerkiewne porządki i ustalenia, częste wątpliwości co do prawidłowości (słuszności) tej czy innej cerkiewnej reguły; to lekceważenie ustanowionych przez Cerkiew postanowień i obojętny stosunek do cerkiewnych świąt i wydarzeń; to ta oziębłość, o której mówi się w Apokalipsie: znam twoje uczynki; ty nie jesteś ani zimny, ani gorący; o, gdybyś był zimny, lub gorący! Ale, ponieważ jesteś letni, a nie gorący i nie zimny, to wyrzucę ciebie z ust Moich (Obj.3:15-16).

W środowisku naszych wierzących już od dawna dzieje się jakiś straszny proces wewnętrznego ochłodzenia ku Boskiemu, obumarcia i wyobcowania ku niebiańskiemu, proces odstępstwa, zdrady Prawosławia, tajemnego wyrzeczenia się Boga. Ale przy tym zewnętrzne wyznanie wiary jakby narasta, rozszerza się (upowszechnia się), głośno ogłasza o sobie. Jak wielu jest pragnących uczestniczyć w powierzchownej wierze, uczynić kilka ciekawskich kroków w przepiękny świat chrześcijaństwa i jak mało pragnących iść do końca tą drogą, drogą wąską i pełną zmartwień, porzucić całe swoje przeszłe życie, odrzucić jego „uroki”, powstać przeciwko swoim namiętnościom, swojej woli, wyrzec się siebie, nie odwracać się do pozostawionej z tyłu Sodomy. Najczęściej teraz ziarno wiary trafia na cienką warstwę gleby, leżącej na kamieniu nieczułości, czy pada pośród cierni, albo na drogę i zostaje wysuszone, zagłuszone albo wykradzione, podeptane. Teraz jeszcze bardziej niż w dawnych czasach potrzebny jest wielki trud, walka, mądrość i trzeźwość, aby wyhodować i zachować owoc wiary.

Już w ubiegłym wieku święci ojcowie zauważyli oznaki tej choroby: „Obraz pobożności jakoś, najbardziej obłudnie, jest podtrzymywany, od siły pobożności wyrzekli się, odrzucili ją ludzie…”. „Zostawiono na samowolę wiarę w Chrystusa, i odrzucono życie według przykazań Chrystusa, – przyjęto życie, przeciwstawne im, z powodu czego wiara w żaden sposób nie może przejść od wstępnej do czynnej, jeszcze mniej w żywą, czyli w duchową. Wiara bez uczynków wiary, to znaczy bez wypełnienia przykazań Chrystusowych, jest martwa”. „Są poszczególni chrześcijanie, ale utracono wspólne jednakowe poznanie Prawdy, przez które wszyscy zjednoczyliby się w jedno duchowe ciało, z jednym obrazem myśli, w jednym duchu, pod jedną wspólna głową – Chrystusem. Teraz każdy ma mniej czy bardziej swój obraz myśli, swoją religię, swoją drogę, przyjęte według woli czy przypadkowo, uważane za słuszne czy tylko usprawiedliwiane. Ta niezliczona trzoda, która utraciła związek i jedność w prawdzie i duchu, przedstawia duchowemu obserwatorowi stan największego bezładu: każda owca wlecze się w swoją stronę, nie wiedząc dokąd ona idzie…”. „Ogłuszył ich szum ziemskich zawziętych trosk, szum zmysłowego rozweselenia, szum ziemskiego dobrobytu”. „Przylepiła się do ziemi dusza ich, niezdolna do odbierania i przyjęcia wrażeń duchowych”. „Wszyscy pokochaliśmy swoje puste i głupie pragnienia, pokochaliśmy łatwo psujące się, tymczasowe, ciało i krew, i żyjącą w nich – wieczną śmierć! Droga wąska – droga samowyrzeczenia, ciasno jest na drodze szerokiej – dogadzania samemu sobie! – Tłoczymy się, śpieszymy się, popychamy się nawzajem do piekła, do przepełnionej już przepaści piekielnej!..” (św. Ignatij (Brianczaninow)). „Cały świat jest pod wpływem jakiejś siły, która panuje nad umysłem, wolą i wszystkimi duchowymi siłami człowieka. Ta siła jest obca, zła siła. Źródło jej – diabeł, a źli ludzie są tylko narzędziem, za pośrednictwem którego on działa. To antychryst idzie w świat. To jego poprzednicy. O tym apostoł mówi: Pośle im ducha zbłądzenia, ducha zwodniczego. Sfery miłości prawdziwej nie przyjęli” (starec Warsonofij Optyński). Można spotkać wiele podobnych wypowiedzi, pełnych żalu i gorzkich przeczuć wszystkich tych strasznych duchowych nieszczęść, które to zwaliły się na świat w naszych czasach, zadały najcięższe rany całemu chrześcijaństwu. I barwy tego smutnego obrazu ciągle zagęszczają się.

Powierzchowność dzisiejszego prawosławnego chrześcijaństwa jest upiększana i triumfuje, jest przyjmowana i wychwalana przez świat – wewnętrzne zaś życie skrajnie ubożeje duchowością i wyróżnia się niespotykana słabością. Niedostrzegalne jest to wszystko, co związane jest z wiecznością, z przyszłym życiem, spychane jest na ostatni plan; życiu i urządzeniu tego świata poświęcana jest wzmożona uwaga. Słychać i widać wszędzie uczynki i słowa, powierzchownie bardzo imponujące, religijne, pobożne, a w istocie zaś – wszystkie one z tego świata, dążące do celów tymczasowych, żałosnych, o wieczności zaś nawet mowy nie ma, a jeśli i jest, to jakaś niepoważna, często półżartobliwa albo jakoś przy okazji, jak o czymś dalekim i bardzo mglistym. Dziś, kiedy zdarza się rozmawiać nawet z najbardziej cerkiewnymi najgorliwszymi chrześcijanami o Carstwie Niebieskim (na przykład, gdy umrze ktoś z ich bliskich), to odczuwa się jakąś martwotę do tego pojęcia, wspominanie o życiu innym, wiecznym, nie zradza w nich radości i ukojenia, ale odbija się na twarzy lekkim odcieniem jakiejś nieufności i znudzenia. Jak często teraz my, prawosławni chrześcijanie, próbujemy siebie czy bliskiego pobudzać do jakiegoś pożytecznego uczynku czymś próżnym, prymitywnym, nawet w oparciu o jakaś namiętność (o próżne samochwalstwo, umiłowanie bogactwa, pychę itp.), i jak rzadko zmuszamy siebie potrudzić się i przeboleć bezpośrednio ze względu na Carstwo Niebieskie.

Oczywiście, taka „wiara” – martwa! „Wiara”, która nie o życie wieczne usilnie stara się, a o przemijające, ulegające rozkładowi, taka „wiara” i popycha i będzie popychać człowieka do różnych pokus, rozrywek, pożądliwości świata tego cudzołożnego, do różnych gier i aktorstwa, i wcześniej czy później powstanie przeciwko wierze prawosławnej, która, jak zawsze, odrywa człowieka od przyciągającej ku sobie zniewalającej ziemi, popycha, ukierunkowuje go do niebiańskiego, do wiecznego, Boskiego. Takim fałszywie wierzącym nasza wiara zawsze będzie wydawać się bardzo surową, uśmiercającą, wszystko-zakazującą, nudną i posępną. Rzeczywiście, Prawosławie bez żywej wiary i oczekiwania życia przyszłego staje się nieznośnie ciężkim jarzmem, nierozcieńczonym słodyczą i radością, dla kochającego ten świat grzesznika.

Pokochali ludzie ziemię! Pokochali „swoje puste i głupie pragnienia, pokochali ulegające rozkładowi, ciało i krew…” To straszny wrzód! A jak często jest on niezauważalny, jak ważne jest cały czas sprawdzać swoje serce i umysł, pilnować tego, gdzie gromadzimy swój skarb: na niebie czy na ziemi? Czym ożywiamy zapał do uczynków swoich: poszukiwaniem Carstwa Niebieskiego czy ziemskiego?

Taka wewnętrzna zamiana wyższego na niższe prowadzi do łańcucha zdrad i wiarołomstwa wobec Prawosławia. Kiedy człowiek ukierunkowuje się na ziemski dobrobyt, choć i nadal modli się i wypełnia wiele obrzędów i zasad życia cerkiewnego, to jego cel, wewnętrzne ruchy, „porywy” – już nie święte, nie wysokie, nie ożywiające, nie oczyszczające duszę, a osłabiające, opętujące namiętnościami. Wtedy zmienia się wiele pojęć, wtedy same grzeszności i duchowe ubóstwo nie są widoczne w całej pełni swojej brzydoty, wtedy wiele ciemnego zaczyna wydawać się jasnym, gorzkie – słodkim, niedopuszczalne – całkiem użytecznym, wiele fałszu – czymś prawdziwym i przepięknym. Nauczanie świętej Cerkwi jest lekceważone, ludzie zaczynają wymyślać swoje poglądy i nauki odnośnie tych prawd i przykazań, o których oni słyszeli od prawosławnych i z Pisma Świętego, ale nie przyjęli ich prawosławnej interpretacji.

W ten sposób, „chrześcijan” staje się coraz więcej, a prawdziwych czcicieli Chrystusa Pana – coraz mniej. O Cerkwi, o wierze, o chrześcijaństwie – rozmów coraz więcej, a aktywnego życia według wiary, wewnętrznej walki z namiętnościami – coraz mniej. Prawdziwe duchowe życie zastępowane jest wprost przez jego przeciwieństwo – poszukiwanie przyjemności duszy. „Egocentryzm i samozadowolenie, którymi przeniknięte jest życie większości dzisiejszych „chrześcijan” tak przesiąknęły wszystko wokół, że wszelkie rozumienie tego, czym jest „duchowe” życie, dla nich – jest za siedmioma pieczęciami, i kiedy tacy oto ludzie biorą się za „duchowe życie”, to u nich w rezultacie pojawia się jedynie inna forma samozadowolenia”. „Chrześcijańska duchowość budowana jest w ciężkiej walce o zdobycie wiecznego Carstwa Niebieskiego, które rozpoczyna się w całej pełni dopiero po końcu doczesnego świata, i prawdziwy wojownik Chrystusowy nie szuka spokoju w przewidywaniu wiecznej błogości, w której on może upewnić się jeszcze za życia” (hieromnich Sierafim).

Takie słabe pojecie o wierze, nieprzyjęcie jej w całej głębi i sile prowadzi do umniejszenia samego pojęcia o Cerkwi, o jej nauczaniu, prowadzi do niecerkiewności, do porzucenia tradycji św. ojców, zostawia człowieka całkowitej samotności w żałosnej łódce pośrodku buszującego namiętnościami morza życia.

Tak więc, gdy oczekiwania i nadzieje swoje człowiek pokłada w ziemskim życiu, to serce jego, według nauczania św. Ewangelii, bywa przyklejone do ziemi, wszystkie działania i wszystkie myśli jego są przyziemione, nie jest już w stanie wznieść oczu swoich ku niebu. Takie życie nie może nazywać się chrześcijańskim. Swiatitiel Ignatij pisał: „Pismo Święte świadczy, że chrześcijanie, podobnie jak żydzi, zaczną stopniowo ostygać wobec szczerej i jawnej nauki Bożej; oni zaczną pozostawiać bez uwagi odnowienie natury ludzkiej przez Bogoczłowieka, zapomną o wieczności, całą uwagę zwrócą na swoje ziemskie życie: w tym nastroju i ukierunkowaniu zajmą się rozwojem pozycji na ziemi, jakby wiecznej, i rozwojem swej upadłej natury dla zaspokojenia wszystkich uszkodzonych i zdeprawowanych pożądań i pragnień duszy i ciała. Rozumie się: Odkupiciel, Który odkupił człowieka na błogosławioną i szczęśliwą wieczność, takiemu kierunkowi jest obcy”.

Jak teraz ważne i cenne jest w wierzącym człowieku głębokie oddanie nauczaniu swojej Cerkwi, która zrodziła go duchowo w świętej kąpieli chrztu, jak nieodzowne najgorętsze, twarde oddanie świętemu Prawosławiu, jak potrzebna skrajna ostrożność w stosunku do burzliwego, porywczego potoku fałszywej duchowości, fałszywej religijności, fałszywej dobroci! Koniecznie trzeba w uczuciu pokajania znajdować i wyciągać ze swego serca wstrętne chwasty – zamiłowanie do świata tymczasowego i wyobcowanie do wszystkiego Boskiego, niebiańskiego, wiecznego! Zastanów się nad tym, na pewno i w sobie znajdziesz oznaki tej rozprzestrzenionej obecnie choroby, zlęknij się tego, aby nie okazać się i tobie jednym z tych fałszywych chrześcijan, których będzie wielkie mnóstwo do czasu przyjścia antychrysta i w których osobie złoczyńca ten znajdzie swoich oddanych czcicieli.

„Dni wieku (życia) tego zawsze były przewrotne i pozostaną takie: ale czy nasz wiek nie jest bardziej przewrotny, – czy dlatego nie więcej mądrości wymaga od nas, aby odkupić ten niebezpieczny czas, zamieniając przeciwdziałanie mu w kupno zbawienia” (swiatitiel Fieofan Zatwornik).

 

Rozdział VI. Opowiadania o mytarstwach priepodobnej Fieodory Carogradzkiej

Opowiadanie priepodobnej Fieodory Carogradzkiej odkrywa, przez jakie mytarstwa (komory celne) przechodzi dusza zmarłego trzeciego dnia po śmierci. Tak ważnym jest pamiętać o tej strasznej godzinie, kiedy staniemy twarzą w twarz z tym złem i bezeceństwem, które towarzyszyło nam w życiu i z którym woleliśmy mieć do czynienia. Cerkiew szczegółowo uczy o mytarstwach, wiele ich szczegółów znanych jest z objawień zmarłych, zjawiających się w widzeniach, i ludzi, którzy nieoczekiwanie wrócili do życia po kilku godzinach czy nawet dniach po śmierci, którzy z przerażeniem opowiadali te straszne wrażenia. Ci ludzie pozostawali już do końca życia w najbardziej pokajannym nastroju i stałego przygotowywania się do śmierci, aby nie być już zaskoczonymi, przyłapanymi znienacka przez biesów-celników. Dość szczegółowe i żywe opowiadanie o przekazała w widzeniu priepodobna Fieodora Carogradzka (pamięć 30 grudnia). Przytoczymy je tu w skrócie.

Priepodobna Fieodora żyła w Konstantynopolu w pierwszej połowie X wieku. Była zamężna, ale owdowiała i prowadziła pobożne życie, służyła biednym, i wędrowcom, potem przyjęła stan mnisi i żyła pod kierownictwem priepodobnego Wasilija Nowego (pamięć 26 marca). Zmarła w podeszłym wieku. Zaś uczeń świętego Wasilija, Grigorij, z błaganiem zaczął prosić starca aby odkrył mu pozagrobowe życie świętej staricy Fieodory. I oto ze względu na jego nieustępliwe prośby według modlitwy starca Grigorij miał we śnie cudowne widzenie: on znalazł się przepięknym sadzie, gdzie spotkał Fieodorę i mógł wypytać ją o to, jak ona rozstała się z ciałem i jak przyszła do tego świętego przybytku. Priepodobna Fieodora odpowiedziała mu: „Jak ja mogę, drogie dziecko Grigorij, opowiedzieć tobie wszystko? Po tym co przeżyłam ja w strachu i drżeniu, wiele zapomniałam, tym bardziej że widziałam takie twarze i słyszałam takie głosy, jakich nie zdarzało się nigdy ani widzieć ani słyszeć w ciągu całego swego życia. Co mogę powiedzieć, oprócz tego, że okrutna śmierć spotkałaby mnie za moje nieprawe uczynki, popełnione na ziemi, gdyby nie modlitwy ojca naszego Wasilija. Tylko modlitwy jego uczyniły moją śmierć lekką”. Potem priepodobna Fieodora opowiedziała, jak wystraszyło ją podczas śmierci mnóstwo złych duchów, które nagle się pojawiły. Przynieśli oni wielkie księgi, w których zapisane były grzechy całego życia, i przeglądali je niecierpliwie, jakby oczekując z minuty na minutę przyjścia jakiegoś sędziego. Widząc to, ogarnęło ją takie drżenie i przerażenie, że całkowicie zaniemogła, i, w cierpieniu rozglądając się na boki, pragnęła zobaczyć kogokolwiek, kto mógłby odpędzić biesów. Będąc w tak męczącym stanie, priepodobna zobaczyła dwóch Aniołów, którzy stanęli obok niej, złe duchy natychmiast odeszły dalej. „Dlaczego wy, mroczni wrogowie rodzaju ludzkiego, niepokoicie i męczycie duszę umierającej? Nie cieszcie się, tu nic waszego nie ma”, – przemówił Anioł. Wtedy bezwstydne duchy zaczęły przypominać wszystko, co święta uczyniła od młodości, czy to słowem, czy uczynkiem albo w myślach. Przy tym oni dużo dokładali od siebie, starając się zniesławić priepodobną. W końcu przyszła śmierć, nalała czegoś do czaszy i podała świętej wypić, a potem, wziąwszy nóż, odcięła jej głowę. „Ach, dziecko moje, – kontynuowała opowieść priepodobna Fieodora, jak wtedy zrobiło się mi gorzko-gorzko! W tym momencie śmierć wyrwała moją duszę, która szybko oddzieliła się od ciała, podobnie, jak ptak szybko odskakuje od ręki łowcy, jeśli ten wypuszcza go na wolność”. Świetliści Aniołowie przyjęli duszę priepodobnej i zaczęli odchodzić z nią na niebo, zaś ciało świętej pozostało leżeć na ziemi, dosłownie jak zrzucone ubranie. Kiedy święci Aniołowie trzymali duszę priepodobnej, złe duchy znów przystąpiły, powiedziawszy: „Mamy wiele jej grzechów, odpowiedzcie nam za nie”. I wtedy Aniołowie zaczęli przypominać wszystkie dobre uczynki, które święta uczyniła: jej miłosierdzie, umiłowanie spokoju, miłość do świątyni Bożej, cierpliwość, pokorę, poszczenie i wiele innych trudów ascetycznych, które priepodobna poniosła w życiu. Potem pojawił się i priepodobny starec Wasilij i zaczął mówić Aniołom: „Opiekunowie moi, ta dusza wiele mi posłużyła, uspakajając moją niemoc i starość. Ja modliłem się o nią do Pana, i On darował mi dobroczyńcę tę”. Przy tym priepodobny Wasilij dał Aniołom jakąś skarbonkę, dodając: „Kiedy chcecie mytarstwa powietrzne przejść, odkupujcie ją, wziąwszy z tej skarbonki i oddając podstępnym i złym duchom”. Aniołowie wzięli priepodobną Fieodorę i skierowali się do góry na niebiosa, jakby wchodząc do góry (wznosząc się) po powietrzu. I oto na drodze napotkali nagle pierwsze mytarstwo, które nazywa się mytarstwem próżnej i wulgarnej mowy, dręczyciele inkwizytorzy domagali się odpowiedzieć za wszystko, co priepodobna Fieodora kiedykolwiek źle mówiła, oskarżali za nieprzyzwoity śmiech, kpiny, brzydkie piosenki. O tym święta zapomniała, bo wiele czasu przeszło od tej pory, jak zaczęła ona prowadzić życie miłe Bogu. Ale Aniołowie obronili ją.

Wyżej znajdowało się mytarstwo kłamstwa. Będące tam złe duchy były bardzo obrzydliwe, wstrętne i okrutne. Ze wściekłością zaczęły zniesławiać świętą, ale Aniołowie dali im ze skarbonki i minęli ich.

Kiedy priepodobna dotarła do trzeciego mytarstwa – osądzania i oszczerstwa, ze złych duchów wyszedł najstarszy i zaczął opowiadać, jakimi złymi słowami priepodobna zniesławiała kogokolwiek w swoim życiu. Pokazywał wiele fałszywego, ale zadziwiające było jedno, z jaką szczegółowością i dokładnością zapamiętały biesy to, o czym zapomniała sama priepodobna.

Słudzy czwartego mytarstwa – obżarstwa i pijaństwa, dosłownie jak drapieżne wilki, gotowi byli pożreć świętą, wspominając, jak jadła rano nie pomodliwszy się do Boga, jadła przed obiadem i kolacją i bez miary, naruszała posty. Starając się wyrwać duszę Fieodory z rąk Aniołów, jeden ze złych duchów powiedział: „Czyż nie ty obiecałaś podczas chrztu świętego Panu Bogu swemu wyrzec się szatana i wszystkich czynów jego i wszystkiego, co należy do szatana? Złożywszy taką obietnicę, jak mogłaś robić to co robiłaś?” I biesy wyliczały nawet wszystkie kieliszki wina, które wypiła priepodobna Fieodora przez całe życie. Kiedy ona powiedziała: „Tak, to było, i to ja pamiętam”, Aniołowie znów dali część ze skarbonki świętego Wasilija, jak robili to na każdym mytarstwie, i poszli dalej.

„Czy będący na ziemi ludzie wiedzą, co oczekuje ich tu i z czym oni spotkają się po swojej śmierci?” – zapytała priepodobna Fieodora Aniołów. „Tak, oni wiedzą, – odpowiedział Anioł, – ale rozkosze i uroki życia tak bardzo oddziałują na nich, tak pochłaniają ich uwagę, że oni mimowolnie zapominają o tym, co czka ich za grobem. Dobrze tym, którzy pamiętają Pismo Święte i dają jałmużnę czy czynią jakieś inne dobre uczynki, które później mogą wykupić ich od wiecznych mąk piekielnych. Ale biada tym, którzy żyją beztrosko, jakby byli nieśmiertelni, myślą tylko o dobrach brzucha i pysze. Jeśli nagle spotka ich śmierć, to zgubi ostatecznie, ponieważ nie będą mieli na obronę swoją żadnych dobrych uczynków; książęta owych mytarstw, ciężko wymęczywszy dusze tych ludzi, odprowadzą w ciemne miejsca piekła i będą trzymać je do przyjścia Chrystusa. Tak i ty, Fieodoro, ucierpiałabyś, jeśli byś nie otrzymała od świętego Bożego Wasilija darów, które uratowały tu ciebie od wszystkiego złego”. W takiej rozmowie dotarli oni do piątego mytarstwa – lenistwa, gdzie rozliczani są grzesznicy za wszystkie dni i godziny, spędzone w nieróbstwie, próżniactwie. Tu też zatrzymywani są darmozjady, leniący się w świąteczne dni chodzić do świątyni Bożej. Tam też poddawane są próbom przygnębienie i niedbalstwo jak świeckich, tak i ludzi duchownych i analizowany jest brak troski każdego o swoją duszę.

Szóste mytarstwo – złodziejstwo – przeszli oni swobodnie. Również i siódme mytarstwo umiłowania bogactwa i skąpstwa – Aniołowie przeszli bez zatrzymania, dlatego że, z łaski bożej, priepodobna zawsze zadowolona była z tego, co dawał Bóg, i gorliwie rozdawała, co miała, potrzebującym.

Duchy ósmego mytarstwa – lichwiarstwa, rozliczające wymuszanie, i przynoszące zyski pochlebstwa, zazgrzytały ze złości zębami, kiedy Aniołowie przeszli obok ich, bo nic nie mieli oni przeciwko priepodobnej.

Dziewiąte mytarstwo nieprawdy i próżnego samochwalstwa, dziesiąte – zazdrości i jedenaste mytarstwo pychy Aniołowie przeszli swobodnie.

Wkrótce na drodze napotkali dwunaste mytarstwo – gniewu. Najstarszy z duchów, pełen gniewu i dumy, nakazał sługom męczyć i rozliczać z torturami priepodobną, biesy powtórzyły wszystkie prawdziwe słowa priepodobnej, które powiedziała w gniewie, przypomnieli nawet, jak ona z gniewem patrzyła na swoje dzieci czy surowo karała je. Na wszystko to Aniołowie odpowiedzieli, dając ze skarbonki.

Dosłownie jak rozbójnicy, podskoczyły złe duchy trzynastego mytarstwa – urazy (pamiętliwości złego), ale, nic nie znalazłszy w swoich zapiskach, gorzko zapłakały. Wtedy priepodobna ośmieliła się zapytać jednego z Aniołów, skąd złe duchy wiedzą, kto i co uczynił w życiu złego. Anioł odpowiedział: „Każdy chrześcijanin podczas świętego chrztu otrzymuje Anioła-stróża, który niewidzialnie chroni go od wszystkiego złego i ukierunkowuje na wszystko dobre, który zapisuje wszystkie dobre uczynki, dokonane przez tego człowieka. Z drugiej strony, zły anioł w ciągu całego życia śledzi złe uczynki ludzi i zapisuje je w swojej księdze. On zapisuje wszystkie grzechy, w których, jak widziałaś, są badani ludzie, przechodzący mytarstwa i kierujący się na niebo. Grzechy te mogą uniemożliwić duszy wejście do raju i zaprowadzić ją wprost do otchłani, w której złe duchy żyją same. I tam te dusze będą przebywać do drugiego przyjścia Pana naszego Jezusa Chrystusa, jeśli nie mają za sobą dobrych uczynków, które mogłyby wyrwać ich z rąk diabła. Ludzie, wierzący w Świętą Trójcę, przyjmujący (przyłączający się) jak można najczęściej do Świętych Darów, Ciała i Krwi Chrystusa Zbawiciela, bez jakichkolwiek przeszkód wprost wstępują (wznoszą się) do nieba. I święci Aniołowie Boży są obrońcami, i świeci Boży modlą się o zbawienie dusz ludzi żyjących uczciwie (pobożnie). O niegodziwych i wyznających fałszywą wiarę heretykach, którzy nie robią w swoim życiu nic pożytecznego, nikt nie troszczy się, i w ich obronie nic Aniołowie nie mogą powiedzieć”. Na czternastym mytarstwie – rozbójnictwa, do którego dotarły Aniołowie, rozliczani byli wszyscy którzy kogokolwiek popchnęli z gniewem, bili po policzkach czy jakimś przedmiotem (bronią). I to mytarstwo Aniołowie minęli swobodnie. Nagle znaleźli się oni na piętnastym mytarstwie – czarodziejstwa, uroku (magii), zatruwania, przywoływania biesów. Tu były żmijopodobne duchy, których życiowym celem jest wprowadzanie ludzi w pokusy i rozpustę. Według łaski Chrystusa priepodobna szybko minęła to mytarstwo. Po tym ona zapytała, czy za każdy grzech, który człowiek popełnił w życiu, jest rozliczany on na mytarstwach czy można też za życia jeszcze zatrzeć grzech, żeby oczyścić się od niego i nie męczyć się na mytarstwach. Aniołowie odpowiedzieli priepodobnej Fieodorze, że nie wszystkich tak szczegółowo sprawdzają (doświadczają) na mytarstwach, ale tylko tych, którzy, podobnie jak ona, nie wyspowiadali się szczerze przed śmiercią. „Jeśli bym ja wyznała ojcu duchowemu bez wszelkiego wstydu i strachu wszystkie grzechy i otrzymała przebaczenia, – powiedział priepodobna Fieodora, – to przeszłabym bez przeszkód wszystkie te mytarstwa, i za żaden grzech nie musiałbym być rozliczana i torturowana. Ale ponieważ nie chciałam szczerze wyznać ojcu grzechów, to tutaj właśnie rozliczają i dręczą mnie za to. Oczywiście, wiele pomogło mi to, że w ciągu całego swego życia starałam się i pragnęłam unikać grzechu. Ten, kto gorliwie dąży do pokajania, zawsze otrzyma od Boga przebaczenie, a przez to i swobodne przejście od tego życia do błogiego życia pozagrobowego. Złe duchy, które znajdują się na mytarstwach wraz ze swymi pismami, otworzywszy je, nic nie znajdują, napisanego, gdyż Święty Duch czyni niewidzialnym wszystko napisane. I oni to widzą, i wiedzą, że wszystko zapisane przez nich zostało wymazana dzięki spowiedzi, i bardzo smucą się wtedy. Jeśli człowiek jeszcze żyje, to oni starają się na tym miejscu znów wpisać jakieś inne grzechy. Wielkie zaprawdę jest zbawienie człowieka w spowiedzi! Ona ratuje go od wielu bied i nieszczęść, daje możliwość bez przeszkód przejść wszystkie mytarstwa i przybliżyć się do Boga. Niektórzy nie spowiadają się z nadzieją, że będzie jeszcze czas i dla zbawienia, i dla odpuszczenia grzechów. Inni po prostu wstydzą się podczas spowiedzi wyznać duchownemu swoje grzechy – tacy właśnie ludzie będą surowo rozliczani i dręczeni na mytarstwach. Są też tacy, którzy wstydzą się wyznać jednemu spowiednikowi wszystko, a wybierają kilku i odkrywają jedne grzechy jednemu, drugie drugiemu itd. Za taką spowiedź zostaną oni ukarani i niemało przecierpią podczas przechodzenia z mytarstwa do mytarstwa”.

Niepostrzeżenie zbliżyło się szesnaste mytarstwo – rozpusty. Oprawcy zdumieli się z tego, że święta bez przeszkód dotarła do nich, i kiedy zaczęli mówić, co uczyniła ona w życiu, złożyli wiele fałszywych zeznań, podając na potwierdzenia imiona i miejsca. Tak samo postąpili też i słudzy siedemnastego mytarstwa – cudzołóstwa.

Osiemnaste mytarstwo – sodomskie, gdzie rozliczane są wszystkie nienaturalne nierządne grzechy kazirodztwa, wszystkie najobrzydliwsze, potajemnie popełniane czyny, o których, według słów apostoła, wstyd nawet mówić, priepodobna Fieodora minęła szybko. Kiedy wznieśli się wyżej, Aniołowie powiedzieli jej: „Ty widziałaś straszne i obrzydliwe mytarstwa rozpusty. Wiedz, że rzadko która dusza mija je swobodnie. Cały świat pogrążony jest w zło pokus i nieczystości, prawie wszyscy ludzie są pożądliwi, myśli serca ludzkiego – zło od młodości jego (Rdz.8:21). Niewielu jest uśmiercających cielesne pożądania i mało takich, którzy przeszli obok tych mytarstw. Większość, doszedłszy tu, ginie. Władze mytarstw nierządu chwalą się, że oni więcej niż wszystkie inne mytarstwa napełniają ogniste pokrewieństwo w piekle. Dziękuj Bogu, Fieodoro, że minęłaś tych rozpustnych oprawców dzięki modlitwom ojca twego. Już więcej nie zobaczysz strachu”.

Na dziewiętnastym mytarstwie – bałwochwalstwa i wszelkiej herezji – priepodobnej w niczym nie kontrolowano. Na ostatnim, dwudziestym, mytarstwie – niemiłosierdzia i zatwardziałości serca (okrucieństwa) – zatrzymywani są wszyscy niemiłosierni, okrutni, surowi i nienawidzący. Duszę człowieka, który nie postępował według przykazań Bożych o miłosierdziu, zrzucają stąd do piekła i zamykają do powszechnego zmartwychwstania. Jak natrętne pszczoły, podlecieli słudzy okrutnego biesa, ale, nie znalazłszy nic w priepodobnej, odeszli. Radośni Aniołowie przeprowadzili świętą przez niebiańskie wrota. Kiedy weszli do nieba, woda, będąca nad ziemią, rozstąpiła się, a za nimi znów się złączyła. Triumfujący poczet Aniołów powitał świętą i poprowadził ją do tronu Bożego. Kiedy oni szli, to spuściły się na nich dwa boskie obłoki. Na niewytłumaczalnej wysokości stał tron Boży, taki biały, że przeświecał wszystkich stojących przed nim. „Wszystko jest tam takie, że nie można ani pojąć, ani wyjaśnić; umysł zaciemnia się zdumieniem, i pamięć znika, i ja zapomniałam, gdzie jestem”, – tak opowiadała priepodobna Fieodora. Ona pokłoniła się niewidzialnemu Bogu i usłyszała głos, który kazał pokazać jej wszystkie dusze sprawiedliwych i grzesznych i potem dać jej spoczynek. Po opowiedzeniu Fieodora przeprowadziła Grigorija po Niebiańskim Przybytku, wprowadziła do pałacu, do sadu, gdzie on, porażony dobrami, chciał dowiedzieć się o nich dokładniej, ale priepodobna powiedziała tylko, że wszystko to jest nieziemskie i przypada tylko temu, kto w ziemskim życiu znosi wiele smutków i bied, kto przestrzega przekazań Pańskich i dokładnie je wypełnia. I tak, pokłoniwszy się świętej, Grigorij wrócił do domu i w tym momencie przebudził się i zaczął rozmyślać o tym co widział. Bojąc się, czy to wszystko nie jest biesowskim złudzeniem, pośpieszył do nauczyciela, priepodobnego Wasilija, ale ten, uprzedziwszy go, sam opowiedział wszystko to, co widział Grigorij, i prosił go aby zapisał widziane i słyszane na korzyść bliźnim.

Uważamy, że każdy kajający się chrześcijanin znajdzie w tej historii ogromną korzyść dla siebie, ze strachem wgłębi się myślami w to co oczekuje go po śmierci, i zapragnie póki jest czas trzeźwo przewartościować, dokonać oceny swego życia, swoich postępków, słów, myśli szybciej wyspowiadać wszystko grzeszne bez ukrywania, odrzuciwszy niezdecydowanie.1

1. Opowiadanie z żywota Fieodory z „Nastolnej księgi dla duchownego” Moskwa. 1978. T. 2, str. 437-443.

 

Rozdział VII. Pijaństwo

W tej samej książce św. Dimitrija Rostowskiego widzimy bardzo pożyteczne i zrozumiałe, przerażające i otrzeźwiające pouczenie tym, którzy mają słabość w stosunku do napojów alkoholowych. I ta namiętność w naszych czasach stała się jedną z najbardziej rozpowszechnionych i wielkie mnóstwo zła, bied, nieszczęść i bezprawia czyniącą. Dlatego przedstawimy tu w skrócie to rozważanie św. ojca w celu wzbudzenia pokajania i chęci przezwyciężenia tej choroby, jeśli czytający to jest na nią chory.

Niewinne jest wino, pełne wyrzutu jest pijaństwo (Prz.20:1), od którego tak wielka szkoda się dzieje, o czym nawet nie ma potrzeby mówić, bo każdy może to zobaczyć z codziennego doświadczenia.

Sławny wśród starożytnych Greków filozof Anacharsis mówił, że gałąź winogronowa rodzi trzy grona: po pierwsze, grono ucieszenia (rozkoszy); po drugie, upojenia (ekstazy) i, po trzecie, grono smutku. Wyjaśniał to w tym sensie, że wino wypijane w małych ilościach jest rozkoszą i pożyteczne dla człowieka, bo gasi pragnienie, daje zdrowie żołądkowi i weseli serce, podczas gdy pite w wielkich ilościach czyni człowieka pijanym, wywołuje liczne kłótnie, rozpala wściekłość i wzbudza do walki i znęcania się, za czym podąża niemały smutek.

…Istotnie, pijaństwo jest sodomogomorskim winogronem, i nie inne są grona jego, jak tylko grona żółci, smutku, pełne żmijowego i wężowego jadu i zradzające wściekłość, bo jaki sad, takie są owoce jego!

Pierwsze grono – żółciowego pijackiego winogrona polega na zaćmieniu umysłu, zmianie (zdradzie) rozumu i utracie pamięci, albowiem moc pijaństwa, wznosząc się od napełnionego winem żołądka do głowy, zaciemnia mózg i dezorientuje umysł. Dlatego zdarza się to, że wielu w swoim pijaństwie nie pamięta o sobie i nie wie, co robi i co mówi, jak wariaci; jeśli się zaś przydarzy się im jakieś nieszczęście czy pohańbienie, albo rany, to oni nazajutrz nic nie pamiętają.

Drugie grono jest bezwstydem, bo pijany nikogo nie wstydzi się, ale, utraciwszy wstydliwość, wypowiada słowa brzydkie, bluźniercze, bezwstydne, niedorzeczne, szkaradne i niegodne czystego słuchu, i jego usta bywają jakby jakąś pustą chlewnią, wypełnioną śmierdzącym gnojem, a język upodabnia się do łopaty, którą gnój jest wyrzucany. Zaś serce takiego człowieka nie może być niczym innym, jak tylko ukrytym miejscem wielu zła, skąd nie może pochodzić dobro, a jedynie zło, jak mówi się w Ewangelii: zły człowiek ze złego skarbca serca swego wynosi złe: bowiem z obfitości serca mówią usta jego (Łk.6:45).

Trzecie grono pijackiego winogrona jest niezachowaniem tajemnicy, bo wszystko to, co trzeźwy skrywa głęboko w swoim sercu, zachowawszy milczeniem, czy będą to swoje czy powierzone mu przez kogoś innego tajemnice, wszystko to pijany czyni wiadomym dla wszystkich. Poza tym, i wszystko, co było uczynione dawno i oddane zapomnieniu, on wspomina i, jak martwego, wskrzesza. Taki podobny jest do beczki, pełnej nowego napoju, w której przy szumiącym i wylewającym się napoju drożdże nie utrzymują się na dnie, ale unoszą się na górę i, wyganiane z beczki wewnętrznym ciepłem, wypływają precz. Podobnie do tego i w pijanym człowieku siła upojenia wzburza tajemnice serca i wypędza je precz. On swoimi ustami zdradza tajemnice, podobnie, jak pokarm z żołądka, wypełnionego pijaństwem, wyrzucane są i tajemnice przez wymiotowanie. U pijanego oba te, czyli i pokarm, i tajemnice, przemieniają się w wymiociny.

Czwarte grono pijackiego sodomogomorskiego winogrona jest rozpadem pożądania na cielesne zmieszanie (poplątanie). Dlatego to apostoł i upomina: nie upijajcie się winem, w nim jest nierząd (rozpusta) (Ef.5:18), a św. Wasilij Wielki mówi: „Niewątpliwie od wina, jak od jakiegoś źródła, wypływa niepowstrzymane pożądanie, które dalece przewyższa nawet wściekłość (szał) wszystkich zwierząt w stosunku do płci żeńskiej; bo nieme zwierzęta nie przekraczają granic natury, a upijający się winem w mężczyznach szuka płci żeńskiej i w kobietach – płci męskiej”.

Piąte grono, wypełnione żmijowym i wężowym jadem, to wściekłość, gniew, wrogość, kłótnie i przelew krwi. Prorok Ozeasz mówi: Począwszy książęta wściekać się od wina, nie tylko zaś książęta, ale i prości ludzie, napełniwszy się winem, powstają jeden przeciwko drugiemu wściekłością. Dlatego to i Pritocznik wyraża potępienie; Komu bieda; komu plotka; komu sądy; komu smutki i kłótnie; komu zniszczenie na próżno; komu sine oczy (siniaki pod oczami)? Czyż nie przebywającym w winie, i czyż nie pilnującym, gzie uczty bywają? (Prz.23:29-30). I Syrach napomina: W winie nie bądź odważny, wielu bowiem zgubiło wino. Piec wypróbowuje żelazo w żarze, tak też wino serca hardych w pijaństwie (Syr.31:29-30). Mówi on też: Gorycz (bieda) dla duszy picie dużo wina w kłótni i oszczerstwie: pijaństwo pomnaża wściekłość niemądrego (Syr.31:34-35).

Szóste żółciowe grono pijackiego winogronu to uszczerbek zdrowia, osłabienie sił cielesnych, drżenie rąk, ból głowy, zmiany w oczach, dolegliwości żołądka, jęki, słabości, przedwczesna starość, skrócenie lat życia i wczesna śmierć.

Siódme grono – roztrwonienie mienia, utrata bogactwa i brak zysków. Rozpijaczony robotnik (działacz), – mówi Sychar, – nie będzie bogaty (Syr.19:1). O, jak wielu jest takich, którzy od wielkiego bogactwa doszli do skrajnej nędzy! Przykładem tego może być syn marnotrawny.

Ósme niesłodkie grono – pozbawienie zbawienia, ponieważ pijaństwo gubi, podobnie jak majątki materialne, również duchowe bogactwa. Ono ośmiela się na wszystkie grzechy, bo ten grzech, którego człowiek trzeźwy brzydzi się, boi się i wstydzi się, ten grzech on po pijanemu popełnia nie wstydząc się, nie bojąc się i nie brzydząc się. O tym wyraźnie mówi święty Złotousty: „Pijaństwo, jeśli znajdzie w kimś i cnotliwość, i wstydliwość, i rozum, i pokorę, i pokorę połączoną z mądrością, wszystko obali w otchłań przestępstwa”. Prawdę mówi apostoł: pijacy… Carstwa Bożego nie odziedziczą (1Kor.6:10).

Dziewiąte grono żółciowe – gniew Boży, bo pijący, łamiąc przekazania Boże, ściąga na siebie gniew Boga swoimi grzechami. Dlatego prorok Izajasz woła: Biada wstającym z rana i alkoholu szukającym, oczekującym wieczoru: bo alkohol spali ich: z gęślami bowiem i śpiewaczkami, i bębnami i fletami wino piją, na dzieła zaś Pańskie nie spoglądają (Iz.5:11-12). Takim i prorok Ijeremija mówi: pijcie i upijcie się, i zwymiotujcie i upadnijcie, i nie wstaniecie przed mieczem, który Ja poślę między was (Jer.25:27).

Dziesiątym, i najbardziej gorzkim, gronem pijackiego winogrona jest niewątpliwa pohybel duszy, bowiem inni grzesznicy, kiedy przybliżą się do godziny śmierci swojej, mogą kajać się i żałować za grzechy, mając trzeźwy umysł; pijany zaś jak może, umierając, pokajać się, jeśli on nie pamięta sam siebie i nie wie, że zbliżyła się do niego nieoczekiwana śmierć? Zaś umierającemu bez pokajania nieunikniona jest gehenna.

Oto jakie są grona tego sodomogomorskiego winogronu, czyli pijaństwa, którego smak, choć na początku i wydaje się słodki, ale później przemienia się w gorycz żółci i w jad żmii i węża.

Wszystko to powiedziane nie dla poniżenia wina, ale dla przyganienia pijaństwa, bowiem wino stworzone jest przez Boga dla radości i zdrowia ludziom, a nie dla pijaństwa i szkodliwości. Mówi św. Złotousty: „Wino dane jest po to, abyśmy się weselili, a nie zachowywali się skandalicznie, abyśmy się śmiali, a nie byli wyśmiewani, abyśmy cieszyli się dobrym zdrowiem, a nie chorowali, abyśmy poprawili słabość ciała, a nie zniszczyli twierdzę duszy”. „Pijaństwo nie jest od wina, ale od używania bez umiaru: wino dane jest nam nie dla czegoś innego, jak tylko dla cielesnego zdrowia, ale przeszkadza temu używanie go bez umiaru”. Ten sam święty uważa pijaków z powodu ich niepohamowanego pijaństwa za bardziej niegodziwych od psów, osłów i innych zwierząt, bo wszelkie zwierzę nie je i nie pije więcej, niż trzeba, i nikt nie może zmusić go, aby piło więcej, niż potrzebuje jego natura. Rozpijaczony zaś człowiek i bez przymusu coraz bardziej i bardziej napełnia swój żołądek, tak że nawet sam sobie szkodzi.

Tak więc nie uważaj grzechu za mało ważny, nawet jeśli nie jesteś systematycznym pijakiem, ale upijasz się tylko czasami, to tym bardziej strzeż się, abyś więcej już się nie upijał, przecież przy naszym zamiarze rozpoczęcia nowego życia według chrześcijańskiego zakonu często nasila się i to, co było wcześniej nieistotne, potem bywa najsilniejszą pokusą, wokół wszystkich słabych punktów naszej duszy zbiera się mnóstwo podstępnych biesowskich pułapek i intryg. A pijaństwo jest niebezpieczniejsze od innych grzechów tym, że zaczyna się niezauważalnie, a przez nie przenikają potem w duszę inne straszne pobudki do grzechu, które pijany łatwo przyjmuje i wypełnia w uczynkach. Żaden grze ni zaczyna się tak nieszkodliwie (z pozoru), jak ten, i nie doprowadza następnie do tylu upadków, najokropniejszych i najcięższych w skutkach. Ale wiele trudów i wysiłków koniecznie trzeba znieść po to, aby przezwyciężyć tę namiętność, konieczne jest szczere pokajanie i modlitewne zwrócenie się do Boga i Jego świętych o pomoc (szczególnie często o wybawienie od tej namiętności proszą św. męczennika Wonifatija)1.

1. Św. Dimitrij Rostowskij „Nastolnaja księga dla duchownego” Moskwa. 1978. T. 2, str. 245-249.

 

Rozdział VIII. Pouczenia o pokajaniu św. ojców Cerkwi

Tak więc, pokrótce wspomnieliśmy tu o najbardziej rozpowszechnionych i najszkodliwszych grzechach naszych czasów, oczywiście, daleko nie o wszystkich, a o takich, których złośliwości teraz często nie niedoceniają, uważając je za „lekkie”. Teraz warto pokrótce poruszyć i to, jak w ogóle poprawiać siebie, swoje serce, od czego zacząć, gdzie szukać korzeni grzechu, na co zwracać większą uwagę, jaka namiętność od jakiej pochodzi. Przepięknie mówi o tym swiatitiel Fieofan Zatwornik w sobotnim kazaniu pierwszego tygodnia Wielkiego Postu. Przytoczymy tu jego część.

O naprawieniu serca

Wychowanie w sobie wszystkiego co święte jest tak trudne i złożone, droga do dobra prowadzi wśród takiego mnóstwa ukrytych rozdroży, że przystępujący do dobrego trudu samopoprawy koniecznie musi zawczasu nakreślić w myślach, co i jak naprawić, stale nosić ten projekt w umyśle i sercu, aby z nim, jak z wiernym przewodnikiem, bezpieczniej i pewniej dokończyć rozpoczęty wysiłek.

Tak więc, pierwsze – co mamy naprawiać w sobie?

Prawie wszystko, co jest w nas. Grzech lubi pełną władzę. Jeśli kocha go nasze serce, to już panuje nad nim całym i całego człowieka okrywa swoją złą, szkodliwą mocą. Dla grzesznego człowieka i człowieczeństwa nagłówek jeden: Od stóp aż do głowy nie ma w nim nic całego (Iz.1:6). O tym każdy łatwo się przekona, jeśli przeniknie do wnętrza grzesznego serca. Tam zobaczy on ukorzenione podstawowe siemię zła, zobaczy podstawowe pobudki grzechu, jak również i to, w czym on się odnajduje (uzewnętrznia). Nasienie wszelkiego moralnego zła – samolubstwo. Leży ono na samym dnie serca. Człowiek według swego powołania powinien by zapominać o sobie w swoim życiu i działaniu, powinien by żyć tylko dla Boga i ludzi. Uświęcając swoje działanie podnoszeniem go, jak dziękczynnej ofiary, ku Bogu Zbawicielu, on powinien by całe działanie rozpościerać na pożytek bliźnich i na nich wylewać wszystko, co by tylko otrzymał od szczodrego dawcy Boga. Jedno tu nie bywa bez drugiego: nie można kochać Boga, nie kochając bliźnich, i nie można kochać bliźnich, nie kochając Boga, – również jak, kochając Boga i bliźnich, nie można nie ofiarowywać, poświęcać siebie na chwałę Bożą i dobro bliźnich. Ale kiedy człowiek myślą, sercem i pragnieniem odwraca się od Boga, a w rezultacie i od bliźnich, to naturalnie zatrzymuje się tylko na samym sobie – siebie czyni centrum uwagi, do którego ukierunkowuje wszystko, nie szczędząc Bożych ustaw, ani dobra bliźnich.

Oto korzeń grzechu! Oto nasienie całego moralnego zła! Głęboko ukrywa się ono we wnętrznościach serca. Ale rozrastając się i wyciskając się bliżej powierzchni serca, nasienie to wychodzi z niego już w trzech postaciach, jakby w trzech pniach, przesiąkniętych jego mocą, przepełnionych jego życiem: w samo-wywyższaniu się, chciwości korzyści i w zamiłowaniu do przyjemności (rozkoszy). Pierwsze zmusza człowieka mówić w sercu swoim: któż jest jak ja; drugie – nad wszystkim chcę zapanować, wszystko przejąć; trzecie – chcę żyć dla własnej przyjemności.

Któż jest jak ja! Jaka dusza nie odczuwała w sobie podobnego ruchu? Nie tylko ci, którzy przez naturę obdarzeni są wysoką doskonałością albo swoimi trudami zdołali dokonać coś ważnego i ogólnie pożytecznego, mogą w myślach wywyższać się wobec innych. Samowywyższanie się przechodzi przez wszystkie wieki człowieka, stopnie i stany; podąża za człowiekiem przez wszystkie umysłowe i moralne stopnie udoskonalenia; ono nie podporządkowuje się żadnym relacjom zewnętrznym, i choćby człowiek żył samotnie, w ukryciu, nieznany i oddalony od wszystkich, on zawsze i wszędzie nie jest wolny od pokusy – wywyższania się. Od tej pory, jak przyjął on do serca pierwsze pochlebstwo węża: będziecie jak bogowie, od tej pory zaczął on wywyższać siebie nad wszystkimi, jak Bóg, zaczął stawiać siebie ponad tą linią, na której postawiony jest przez naturę i społeczeństwo, – to powszechna choroba wszystkich i każdego. Wydaje się, co niebezpiecznego jest w porozkoszowaniu się myślą, że ja jestem wyżej od tego, drugiego, trzeciego? A tymczasem patrzcie, ile zła i ile ciemnych płodów pochodzi z nieistotnej, według nas, myśli! Myślą i sercem wywyższający siebie nad wszystkimi, jeśli podejmuje się czegoś (poczyna coś), poczyna nie według głosu rozsądku i sumienia, nie zgodnie z radami mądrych i sugestią słowa Bożego, a według własnych przypuszczeń, kombinacji, podejmuje się dlatego, bo tego mu się chce; jest samowolny; jeśli doprowadza do zrealizowania to czego się podjął, wszystkiego oczekuje tylko od siebie; jest pewny siebie, zarozumiały, pokłada nadzieje tylko w sobie; kiedy wykona, wszystko odnosi do siebie, i dlatego bywa wyniosły, arogancki, dumny, pretensjonalny, niewdzięczny; stawiając się w stosunku do innych, pragnie, aby wszędzie i we wszystkim spełniała się jego wola, aby wszystko poruszało się według jego skinienia: on lubi mieć władzę i skłonny jest do nacisku, przemocy, stawiając innych w stosunku do siebie, – nie może znosić (tolerować) ich wpływu, jak skromny by on nie był; jest pogardliwy i niepokorny; spotykając się z naruszeniem swojej woli, traci panowanie nad sobą, obrażony rozpala się zemstą; on pragnie honoru i sławy, gdy ma silny charakter; jest obłudny i zarozumiały, kiedy ma słabą duszę; bezczelny, krnąbrny, pyszałkowaty, skłonny do plotek i obgadywania, kiedy jest podły. Oto w jakich formach pojawia się samowywyższanie się, oto ile grzesznych ruchów zawdzięcza mu swoje pochodzenie! Mało kto może zdemaskować siebie w tym czy innym.

„Chcę, aby wszystko było moje!” – obmyśla samolubny i wyrachowany, i oto druga gałąź podstawowego zła moralnego. Najbardziej zauważalnie objawia się w niej duch umiłowania siebie. Ono działa tu, jakby osobiście: wyrachowany samolub nie powie słowa, nie uczyni kroku i ruchu bez tego, aby nie wypłynęła stąd jakaś korzyść. Tak wszystko jest u niego wyrachowane, tak wszystko uporządkowane, wszystkiemu nadany jest taki bieg, że i czas, i miejsce, i rzeczy, i osoby – wszystko, czego dotyka jego ręka i myśl, niesie do jego skarbca pokrewną mu daninę. Korzyść osobista, interes – to podstawowa (korzenna) sprężyna, wszędzie i zawsze wprawiająca w szybki ruch całą jego istotę, i pod wpływem jej pobudzania on gotów jest wszystko obrócić w środek dla swoich celów: będzie poszukiwać wyższych stopni godności i szacunku, jeśli to się opłaca, przyjmie najtrudniejszą posadę, jeśli jest ona bardziej dochodowa od innych, zdecyduje się na wszelkie trudy, nie będzie ani jeść, ani pić, aby tylko zdobywać sobie korzyść. Jest on albo chciwy, albo zachłanny, albo skąpy, i jedynie pod silnym wpływem umiłowania próżnej sławy może lubić wspaniałość i przepych. Jego majątek jest droższy mu od samego siebie, droższy niż ludzie i Boskie postanowienia. Dusza jego jest jakby pochłaniana przez rzeczy i żyje nawet nie sobą, a nimi. Oto siła i zakres drugiej gałęzi tego nasienia – samolubstwa! I któż nie ma jakichś rzeczy, z którymi rozstać się jest tak samo boleśnie, jak utracić samo serce, – rozstać się ze szczęściem?

„Chcę żyć dla swoich przyjemności!” – mówi zniewolony ciału, i żyje dla swoich przyjemności. Dusza jego grzęźnie w ciele i zmysłach. O niebie, o potrzebach duchowych, o wymaganiach sumienia i obowiązku on nawet nie myśli, nie chce i nawet nie może myśleć (Rz.8:7). On poznał tylko różne rodzaje rozkoszy, z nimi tylko umie się obchodzić, mówić o nich i rozważać. Ile dobra na ziemi, ile potrzeb w jego ciele, tyle obszarów pełnych rozkoszy dla poddanego zmysłowości, i dla każdego z nich kształtuje się w nim szczególna, osobna skłonność. Stąd łakomstwo, objadanie się, rozpieszczenie, zniewieściałość, popisywanie się, lenistwo, rozpusta – skłonności, których siła zrównuje się z siłą natury, krępującej, ograniczającej wolność. Jeśli zacznie on rozkoszować smak, staje się zmysłowo pożądliwy, gra kolorów naucza go popisywania się, różnorodność dźwięków – gadatliwości, potrzeba pożywienia ciągnie go do obżarstwa, potrzeba samoochrony – do lenistwa, inne potrzeby – do rozpusty. Będąc w żywej relacji z naturą poprzez ciało, duszą poddany ciału tyloma kanałami pije z niej przyjemności, ile w ciele jego funkcji, i wraz z rozkoszami wpija w siebie korzennego (podstawowego) ducha natury, – ducha mechanicznego mimowolnego działania. Dlatego, im więcej u kogoś rozkoszy, tym ciaśniejszy krąg wolności, i kto oddany jest wszystkim rozkoszom, ten, można powiedzieć, jest całkowicie skrępowany więzami ciała.

Oto jak rozrasta się w nas zło od małego, prawie niezauważalnego nasienia; na dnie serca, jak zauważyliśmy, leży ziarno zła – samolubstwo; od niego idą napełnione jego siłą trzy gałęzie zła, – trzy jego odmiany: samowywyższanie się, umiłowanie własnej korzyści, zmysłowość, a te trzy zradzają już niezliczone mnóstwo namiętności i niemoralnych (zdeprawowanych) skłonności; jak w drzewie główne pnie wypuszczają z siebie mnóstwo gałęzi i pędów, tak tworzy się w nas całe drzewo zła, które, ukorzeniwszy się w sercu, rozchodzi się potem po całym naszym jestestwie, wychodzi na zewnątrz i pokrywa wszystko, co nas otacza. Podobne drzewo, można powiedzieć, jest u każdego, czyje serce choć trochę lubi grzech, z tą tylko różnicą, że u jednego pełniej objawia się jedna, u drugiego druga jego strona.

Cóż więc jest przyczyną, że my w większości nie zauważamy go w sobie i często zachowujemy w myślach i nie wstydząc się głośno mówimy: cóż takiego ja zrobiłem? Albo w czym jestem zły? Przyczyna tego jest bardzo naturalna, i jest ona nowym zrodzeniem się (pokoleniem) żyjącego w nas grzechu. Nie zauważamy dlatego, że nie możemy. Nie pozwala nam na to grzech: jest on bardzo przebiegły i przewidujący. Nieprzykryte drzewo zła, przedstawione przez nas, za pierwszym razem mogłoby stanąć przed oczyma umysłu i odepchnąć od siebie każdego, dlatego on śpieszy przyodziać je w liście, przykryć jego ohydę i zakrywać go tak, że nie tylko korzenia i pni, ale nawet i gałęzi nie może spostrzec dusza, w której rośnie to drzewo. Te liściaste przykrycia to są – roztargnienie i troskliwość o wielu sprawach. Roztargniony nie lubi żyć w sobie, troszczący się o mnóstwie nie ma wolnej chwili. Jeden nie może, a drugi nie ma kiedy dostrzec tego, co dzieje się wewnątrz. Z pierwszym przebudzeniem ze snu dusza ich od razu wychodzi z siebie (traci panowanie nad sobą), i u pierwszego odchodzi w świat marzeń, u drugiego pogrąża się w morzu pozornie koniecznych spraw. Prawdziwej, teraźniejszej realności dla nich niema, co, właściwie, charakteryzuje całą ich działalność. Jeden chętniej żyje w stworzonym przez siebie świecie i realnej rzeczywistości dotyka tylko częściowo, przypadkowo, niezamierzenie, powierzchownie; drugi i myślą i sercem cały na przedzie, każdą sprawę, zajęcie śpieszy się zakończyć jak można najszybciej, żeby przejść do drugiego; zaczyna drugie – i śpieszy się do trzeciego; ogólnie – teraźniejszym u niego zajęte są tylko ręce, nogi, język itd., jego cała myśl podąża ku przyszłemu. Jak więc przy takim biegu wewnętrznych ruchów może dostrzec on, co ukrywa się w sercu?

Ale grzech nie zadawala się tylko tym liściastym przykryciem: przez nie można jeszcze jakoś przeniknąć, można rozchylić liście jego wiatrem smutków i wewnętrznymi wstrząsami sumienia i odsłonić ukrywającą się pod nimi ohydę grzechu: dlatego grzech sam z siebie tworzy pewne nieprzenikalne przykrycie, podobne do stojącej mętnej wody, dokąd zanurza swoje drzewo z jego listowiem. To przykrycie składa się z niewiedzy, nieczułości i beztroski. Nie znamy swego niebezpieczeństwa, i dlatego go nie odczuwamy; nie odczuwamy, i dlatego oddajemy się beztrosce, nieostrożności. I co byście nie podejmowali dla pouczenia takiego grzesznika, wszystko na próżno. On głęboko ukryty jest w grzechu, jak w morzu. Wytwarzajcie jak można najsilniejsze dźwięki nad wodą – kto jest w wodzie i tak nic nie usłyszy. Porażajcie czym tylko chcecie niedbałego grzesznika, on nie zaniepokoi się wcale. Przedstawcie przed nim jego własny stan, on powie: to nie ja. Przedstawiajcie mu skrajne niebezpieczeństwo, od którego jest niedaleko, on będzie zapewniać was, że to go nie dotyczy; przebudzajcie go z uśpienia, on nie powstydzi się oświadczyć: ja działam. Tak mocne jest przykrycie, którym przykrywa w końcu siebie grzech przed spojrzeniem (uwagą) tego, nad kim panuje?

Oto w ogólnych zarysach wszystko, co musimy zmienić w sobie, oto obszerna dziedzina działań w świętym wysiłku samopoprawy! Koniecznie trzeba zdjąć przykrycie grzechu – wypędzić z duszy beztroskę, nieczułość, samooszukiwanie się, rozproszenie i troskę o wielu sprawach; koniecznie trzeba odciąć jego gałęzie – wszystkie zdeprawowane namiętności i skłonności; w końcu wykopać go z samym korzeniem, wypędzić samolubstwo – przez samowyrzeczenie się (samopoświęcenie). Wysiłek nie mały i nie lekki! Nieczystość grzechu, przedstawiona wcześniej, przykrywa duszę nie jak kurz, który można strząsnąć lekkim ruchem powietrza, Nie, ona przeniknęła w samą istotę naszą, zrosła się z nią w jedno, stała się jakby jej częścią: dlatego uwalniać się od niej jest równoznaczne z tym, co oddzielać siebie od siebie, co wyrywać oko, odcinać rękę. Jednak, taka trudność nie przytłaczać nas powinna, a wybudzać od zaniedbania. Szczerze pragnący zbawienia nie patrzy na przeszkody: od nich on jeszcze bardziej dziarsko się podniesie, ocknie, bardziej zdecydowanie przystąpi i gorliwiej rozpocznie zbawienne dzieło samopoprawy.

Jak więc dokonywać tego dzieła? Od czego zacząć, co robić potem, co dalej, jaki ogólnie jest bieg wewnętrznej samopoprawy? Serce człowieka jest głębokie – jak dowiedzieć się, co się w nim dzieje przy znanych okolicznościach, a tym bardziej, co powinno się w nim dziać? Każdy ma swój charakter, u każdego swój nastrój, swoje namiętności, skłonności, przyzwyczajenia. Dlatego u każdego powinien byś swój bieg samopoprawy: i jednego dla wszystkich ustalić w żaden sposób nie można. Samopoprawa nie jest sprawą chłodnych rozważań, a żywego i gorliwego działania, dokonującego się głęboko w sercu. Chrześcijaństwo – tajemnica, nie w podstawach tylko, ale i w procesie jego przebiegu. Przebieg kształtowania go w sercu podobny jest do drogi po ukrytym i zaplątanym przejściu podziemnym. Wchodzącemu w nie powiedzą: oto droga – i ten kto zdecydował się iść idzie już sam. Kto więc zbawiony być może, powie ktoś, rozumiejąc wszystkie trudności samopoprawy? Odpowiadamy odpowiedzią Zbawiciela na podobne pytanie: u ludzi to niemożliwe jest, u Boga zaś wszystko możliwe (Mt.19:25-26). Kto zdecydował się rozpocząć życie chrześcijańskie przez Św. Sakramenty otrzyma łaskę Ducha, oświecającą, wzmacniającą i pocieszającą. Przebywając nierozłącznie z nim, ona prowadzi go przez cały czas niebezpiecznej ziemskiej wędrówki w najmądrzejszy i roztropny, przewidujący sposób. I któż może mieć nadzieję sam dokonać naprawienia swego serca? Czyż w tym świętym dziele może ktoś oczekiwać sukcesu od ludzkiej pomocy i ludzkiej sztuki? Posłuchajcie, co mówi Pan: I pokropię was wodą czystą, i oczyścicie się od wszystkich nieczystości waszych… i oczyszczę was. I dam wam serce nowe, i ducha nowego dam wam, i odejmę serce kamienne od ciała waszego; i dam wam serce cielesne i ducha mego włożę w was (Ez.36:25-26). Wszystko jest od Pana! Jemu więc oddajmy siebie, oddajmy siebie Jego pełnemu łaski działaniu jak nieczystą i wstrętną mieszaninę, niech uformuje z nas, jako artysta i twórca, dobre naczynia ku czci – stworzenia dobre bardzo. Ze swojej strony możemy przedstawić Bogu tylko szczere pragnienie samopoprawy i pełną gotowość podporządkowania sięJego skinieniom. Co dzieje się z tym, kogo nawiedzi łaska Pańska, jak poprowadzi go ona drogą oczyszczenia do stanu czystości i niewinności, – to Zbawiciel przedstawił w przypowieści o synu marnotrawnym.

Przede wszystkim łaska poucza człowieka, jak zdemaskować i zdjąć z niego przykrycia: bo inaczej jak też przystąpić do wysiłku, nie widząc nad czym pracować? W tym działaniu spada z oczu umysłu ślepota, do serca wraca uczucie, i wola przebudza się od usypiającej beztroski.

Jednocześnie dusza mimowolnie zatrzymuje uwagę na sobie i skupia się wewnątrz: smutek i strach, przeniósłszy duszę za grób, do sądnego tronu, odrywają ją od świata przedstawiają trosce jej inny, wyższy obiekt zainteresowania. Obnażone drzewo grzechu stoi teraz przed umysłowym wzrokiem grzesznika w całej brzydkiej nagości i już nie według rodzaju swego zradza samoosądzenie, okrywa wstydem, pali sądem i wyrzutami sumienia. Promień miłosierdzia Bożego w pokornej duszy zradza ciepło czułości, wzruszenia i wydaje strumienie łez pokajania; obfite nieustanne łzy wypłukują w końcu z serca całe drzewo grzechu z samym korzeniem. Tak dokonuje się wszystko. Człowiek stoi teraz na czystej ziemi niewinności i jest gorliwy w świętej pobożności.

Krótką i łatwą jest sprawa samopoprawy w opisie; ale nie tak krótka, a tym bardziej łatwa bywa ona w rzeczywistości. Różnorodne są potrzeby nasze, różnorodne opiekuńcze są też działania w nas łaski; jednego przyjmie ona wprost w błogosławiony spokój, prowadzi na pastwisko (łąkę) ducha, pasie i rozkoszuje; drugiego długimi obejściami wypróbowuje i dopiero po wielu różnorodnych wędrówkach doprowadza tam, jako utrudzonego i wyczerpanego wędrowca.

Trudno! Ale co bywa bez trudu? Odkąd przeklęta jest dla człowieka ziemia za uczynki jego, człowiek w pocie czoła zdobywa dobra cielesne, tym bardziej duchowe. Za to ileż bywa na koniec pociech ze zdobytego.

Trud samopoprawy nie tak uciążliwy jest w praktyce, jak wydaje się nam na początku. On wydaje się nie do ogarnięcia tylko z boku, tylko do czasu, dopóki za niego się nie weźmiemy. I tu, jak w zwykłych sprawach, wszystko zależy od zapału, natchnienia, z jakim kto zabiera się do sprawy… Ciasna jest droga do Carstwa, jarzmo Chrystusa wydaje się ciężkie: ale tylko do tej pory, póki stoimy jeszcze na zewnątrz, zastanawiamy się, obmyślamy, rozważamy bieg nowego życia. Ale kiedy zrodzi się i ukształtuje w sercu zbawienne zdecydowanie, – przynosi ono z sobą i natchnienie z zapałem do dobrych działań. Natchniony zwolennik (wyznawca) Chrystusa idzie Jego śladem, radując się i błogosławiąc jarzmo przyjmowane od Niego…

Zapytacie, skąd wziąć takie natchnienie? Módlmy się, i modlitwa wiary sprowadzi ten Boski ogień. Módlmy się o natchnienie, o zdecydowanie i przebudzenie z grzesznego snu.

Przytoczymy tu jeszcze krótkie słowo ze zbioru „Lilie polne lub kwiaty przepiękne”, przypisywanego świętemu starcowi archimandrycie Paisijowi (Wieliczkowskiemu), słowo 16.

O namiętnościach i zgubnych ułomnościach i o tym, które od których się zradzają

Przed wszelkim upadkiem w grzech biesy naprowadzają na człowieka następujące namiętności: ponure zapomnienie, grzech okrutny, czyli nieludzką i zwierzęcą złośliwość, i niewiedzę, jak ciemność beznadziejną, nieprzeniknioną. Te trzy namiętności poprzedzają wszelki grzech. Albowiem nie popełni człowiek ani jednego grzechu, zanim wcześniej nie podda się wszelkiemu złu czy to przez zapomnienie, czy gniew, czy niewiedzę. Od nich pochodzi duchowa niewrażliwość (bezczucie), to znaczy umysł – oko duszy – bywa ciemny i zostaje zniewolony wtedy przez wszystkie namiętności.

Przede wszystkim zradza się małowierność. Małowierność zaś zradza samolubstwo – początek i koniec, korzeń i przodek wszelkiego zła – jest ono bezmyślną miłością do swego ciała, kiedy wszędzie i we wszystkim ktoś wybiera sobie samemu tylko korzystne. Wykorzeniany jest zaś ten zły korzeń namiętności przez miłość i miłosierdzie i wyrzeczenie się własnej woli. Samolubstwo zradza niemiłosierdzie i umiłowanie pieniędzy – nienasycone wnętrze, również korzeń i przyczynę wszelkiego zła. Od tych dwóch – samolubstwa i umiłowania pieniędzy – pochodzą w każdym miejscu wszelkie nieszczęścia i okrutne złoczyństwa. Jak w świeckim, tak i w mnichu umiłowanie pieniędzy zradza hardość (pychę), poprzez którą biesy odpadły od świętej chwały i zostały wyrzucone z nieba. Pycha zradza umiłowanie sławy, którym uwiedziony został Adam, kiedy zechciał być Bogiem, i tym sprowadził cierpienie i klątwę na cały rodzaj ludzki. Umiłowanie sławy zradza pożądliwość, przez którą Adam upadł i został wypędzony z raju.

Pożądliwość rodzi obżarstwo i różne czyny rozwiązłości i cudzołóstwa. Cudzołóstwo zradza gniew, wygaszający ciepłość serca i zgubny dla wszelkiej cnoty. Gniew zradza pamiętliwość o doznanych krzywdach, ochłodzenie duchowego ciepła; pamiętliwość zradza ponure i złośliwe bluźnierstwo na swego brata. Bluźnierstwo rodzi przedwczesny smutek, jak rdza, zżerający człowieka. Smutek zradza szaloną nachalność, bezczelność. Bezczelność rodzi umiłowanie próżnej sławy, wystawiające na pokaz cnoty, dobre uczynki i przez to pozostawia trudy bez nagrody. Umiłowanie sławy zradza niepowstrzymaną gadatliwość. Gadatliwość rodzi próżną paplaninę, zniewolenie. Przygnębienie rodzi ponury sen. Jeśli ktoś te namiętności pokona, temu i pozostałe się poddadzą – takie jak: straszenie, przerażenie, zazdrość, nienawiść, dwulicowość, pochlebstwo, narzekanie, niewiara, chciwość, stronniczość, nałóg, materializm, małoduszność, tchórzostwo, wybuchowa złośliwość, zarozumiałość, ambicjonalność, przypodobanie się ludziom, zuchwalstwo, śmiech, całkowity upadek i pohybel z rozpaczy, w jakim stanie człowiek sam siebie zabija, nie znając tej miłości Boga do człowieka i miłosierdzia, bowiem przyszedł On grzeszników zbawić, i że nie ma na ziemi takiego grzechu, któremu nie byłoby przebaczenia. Z siedmiu następujących namiętności – samolubstwo, umiłowanie pieniędzy, duma z umiłowaniem próżnej sławy, zła pamiętliwość (uraza), osądzanie, zarozumiałość, rozpacz – koniec wszystkich namiętności. Jeśli ktoś nie chroni siebie od tych namiętności i nie odrzuci ich, ten zniweczy wyżej ukazane następujące dziesięć cnót: wiarę, miłość, post, wstrzemięźliwość, czuwanie, modlitwę, uległość, pokorę umysłu, milczenie z małomównością, niechciwość (bezinteresowność) i rozsądek, i jednocześnie uszkodzi (naruszy) wszystkie pozostałe cnoty. Jeśli ktoś ma choć jedną z tych głównych namiętności, ten nie odniesie najmniejszego sukcesu, choćby i trudził się w walce przeciwko innym namiętnościom, dokonywał jakieś dobre, cnotliwe uczynki i nawet gdyby krew swoją przelał za Chrystusa; i modlitwa takiego niemiła jest Bogu. Pan Bóg niech zbawi nas Swoją łaską od wszelkiej napaści i namiętności na zawsze.

Amiń

Czym jest prawdziwe pokajanie

Po wszystkim, co zostało powiedziane o grzechach i namiętnościach, o konieczności zdecydowanej walki z nimi, trzeba trochę szczegółowiej zastanowić się nad samym pokajaniem, a mianowicie: na czym polega prawdziwe pokajanie, w czym ono się wyraża, jak do niego przystąpić i na co przy tym kierować główny wysiłek. O tym szczegółowo uczy św. Dimitrij, metropolita Rostowski w tej samej książce, cytowanej powyżej. Przedstawimy to pouczenie w skróconej wersji.

Prawdziwe pokajanie polega na tym, aby nie tylko wyznać szczerze na spowiedzi swoje grzechy, ale również nie powracać do poprzednich złych uczynków, ale spędzać swoje życie na nieustannym naprawianiu go; nie tylko nie wracać do poprzedniego, ale też ze skruchą serdeczną żałować wcześniej popełnionego; nie tylko żałować, ale też dać zadośćuczynienie za popełnione grzechy niemałymi trudami pokajania, które nie tylko byłyby równe z popełnionymi grzechami, ale i przewyższałyby je. Próżne jest pokajanie tego, kto krótkim powstrzymaniem się od pokarmów i jednodniowym postem chce pokryć wielokrotne objadanie się i pijaństwo. Próżne pokajanie tego, kto jakimś krótkim i łatwym umartwieniem swego ciała myśli oczyścić siebie z długotrwałych i ciężkich śmiertelnych grzechów. Niesprawiedliwe jest pokajanie tego, kto nielicznymi westchnieniami i biciem w piersi spodziewa się usprawiedliwić się z wielkiej (licznej) nieprawdy, kradzieży, zabójstw, złodziejstwa, grabieży, gniewu na braci i temu podobnych grzechów. Wątpliwe jest przebaczenie grzechów temu, kto małymi tylko łzami (oprócz innych, prawdziwemu pokajaniu właściwych wysiłków i trudów) ma nadzieję zmyć wielkie brudy i bezprawia i uwolnić się od wiecznych mąk.

Wiele łez wylewali Niniwici i wielkie okazywali pokajanie (patrz księga Jonasza), bo oblekli się we włosienice od małego do wielkiego i nakazali post nie tylko ludziom, ale i bydłu; i wołali oni do Boga; kontynuując modlitwę, i odwrócili się każdy z drogi swego zła. Pozostali jednak w niewiedzy odnośnie swego zbawienia, bo mówili: „Kto wie, czy pożałuje, czy da się przebłagać Bóg i odwróci gniew złości Swojej abyśmy nie zginęli?”

Jeśli ci, przejawiwszy takie pokajanie, pozostawali w niepewności odnośnie przebłagania Boga i przebaczenia swoich grzechów, to jaką pewność może mieć mający nadzieję małym pokajaniem i niewielkimi łzami oczyścić się z ciężkich grzechów?

Powiesz, Niniwici byli poganami, nie znającymi Pisma Świętego, które mówi: Sercem skruszonym i pokornym Bóg nie wzgardzi (Ps.50:19), i jeszcze: Pan jest blisko skruszonych sercem, i pokornych duchem zbawi (Ps.33:19), i jeszcze: Powiedziałem: wyznam nieprawość moją Panu: i Ty darowałeś winę serca mego (Ps.31:5). My zaś, wierni, pokładamy nadzieje, że i małe łzy z wyznaniem grzechów mogą otrzymać od Pana przebaczające grzechy miłosierdzie.

Odpowiadam na to. Tak, mogą. Ale mogą jedynie dla tych, którzy są już u progu śmierci i którzy nie mają czasu na wielkie łzy i zadośćuczynienia za grzechy; wobec takich Pan bywa miłosierny za samą serdeczną skruchę. Przykład – rozbójnik na krzyżu, który w chwili śmierci swojej wypowiedział niewiele słów z wyznaniem i serdeczną skruchą, ale od razu usłyszał od Pana miłosierne słowo: dziś ze Mną będziesz w raju (Łk.23:43). Zaś od człowieka zdrowego i mającego czas na pokajanie Bóg wymaga wielu łez, wielu wysiłków i trudów, aby on zrównał trudy pokajania z przeszłymi grzechami i nawet przewyższył je czynami.

O łzach zaś powiedziane jest następujące: są tacy, którzy czasami dochodzą do wzruszenia i płaczą, wspominając swoje grzechy, a grzeszyć nie przestają; dla takich jaką korzyść może przynieść ich stan wzruszenia, jeśli charakter ich pozostaje nienaprawiony, nie w porządku? Inni przychodzą na pokajanie, wyznają ze łzami swoje grzechy, a potem znów wracają do tych samych grzesznych nieczystości; i takim jaki pożytek z obmycia łzami, jeśli oni znów z miłością wchodzą w poprzednie błoto? Nie wystarczy bowiem pokajania, przy którym potrzebne jest nie tylko żałowanie i opłakiwanie grzechów, ale i nie wracać do grzesznych uczynków, a za popełnione grzechy podjąć odpowiedni wielki wysiłek.

Wspomina apostoł Isawa (Ezawa), syna Izaaka, że on nie znalazł miejsca pokajania, choć i ze łzami go poszukiwał (Hbr.12:17). Dlaczego łzy tego grzesznika nie zostały potraktowane jako pokajanie, nie były miłe Bogu i nie oczyściły grzechu, z powodu którego przelewał łzy ten grzesznik? Na to odpowiada św. Złotousty następująco: „On nie znalazł miejsca pokajania, dlatego że nie przejawił godnego pokajania”. Z tego przykładu ten nauczyciel napomina nas grzesznych, mówiąc: „Ci, którzy zamierzają bez mąk grzeszyć, mając nadzieję bez należnego wycieńczenia karą otrzymać przebaczenie swoich grzechów, ci niech pomyślą o następującym: dlaczego Isaw nie otrzymał przebaczenia? – dlatego że nie pokajał się jak należało. Jeśli chcesz zobaczyć pokajanie dokładne (sumienne, prawdziwe, stosowne), posłuchaj o pokajaniu Piotrowym po wyrzeczeniu się. Głosiciel (św. Ewangelia), opowiadając o nim, mówi: Wyszedł won płacząc gorzko. Dlatego to i odpuszczony był mu taki grzech, że płakał on w należyty sposób. Św. papież Klimient mówi o Piotrze, że on, usłyszawszy głos piejącego koguta i natychmiast przypomniawszy swoje wyrzeczenie się Chrystusa, upadł na ziemię i wylewał wiele łez, gorzko płacząc, i czynił to przez całe swoje życie. I dlatego to Nikifor, głosiciel cerkiewnych dziejów, pisze o nim, że oczy jego były jakby zakrwawione, i było to od gorzkiego płaczu. Takie było pokajanie świętego Piotra po jego zgrzeszeniu.

Ty zaś, mając nadzieję opłakać grzechy swoje przez jedną godzinę, czy możesz tak gorzko płakać, jak płakał Piotr? Czy możesz szlochać całą noc, jak on? I dalej, czy możesz ponieść taki trud i wyczyn, jakimi odpłacił Piotr Chrystusowi Panu swemu za swoje wyrzeczenie się, wycierpiawszy wszystko, nawet do swego ukrzyżowania w dół głową? Nie miej nadziei dlatego na pojawiającą się u ciebie czasami jakąś małą skruchę, nie polegaj na niewielkim wysiłku twoim i na krótkotrwałym trudzie, ale odpowiadające grzechom twoim i nawet przewyższające je objaw przed Panem pokajanie z wieloma łzami i wtedy od Niego oczekuj miłosierdzia”.

Święty Złotousty naucza w rozmowach ewangelicznych, mówiąc następujące: „Pokajanie nie na tym tylko polega, aby odstąpić od poprzednich złych uczynków, ale aby pokazać jeszcze więcej dobrych uczynków, ponieważ jest powiedziane: Stwórzcie owoce, godne pokajania. Jak więc stworzymy? – Jeśli zaczniemy robić przeciwstawne grzechom rzeczy. Jeśli wykradałeś cudze? – Rozdaj ukradzione i swoje. Czy długi czas żyłeś w nierządzie, cudzołożyłeś? – Powstrzymaj się i od swojej żony w ustalone dni, przyuczając się do wstrzemięźliwości. Dokuczałeś komuś czy biłeś kogokolwiek? – Błogosław w przyszłości dokuczających i czyń dobro krzywdzącym, raniącym ciebie. Bo dla naszego zdrowia nie wystarczy tylko wyciągnąć strzałę, ale koniecznie trzeba też położyć lek na ranę. Rozkoszowałeś się i upijałeś się wcześniej? – pość i pij wodę, aby uwolnić się od szkód, które dopadły cię w skutek pijaństwa. Spojrzałeś rozpustnym, marnotrawnym wzrokiem na cudzą dobroć? – Potem wcale nie spoglądaj na twarz kobiety, pilnie chroniąc siebie po przyjętych ranach i wzmocnij się w dobrym, bo jest powiedziane: Odwróć się od zła i uczyń dobro”.

Święty Grigorij Dwojesłow, nazywa człowieka drzewem, poznawanym po owocach, mówi: „W owocu, a nie w liściach czy korzeniach może być poznane pokajanie, bo i Pan przeklął drzewo, które miało liście, ale było bezowocne; On nie przyjmuje spowiedzi (polegającej tylko na słowach) bez owocu – strapienia, udręczenia ciała.

Człowiek jest umysłowym, duchowym drzewem, mającym korzeń swego pokajania w myśli i zamiarze wyznania grzechów; ma on też liście – to już samo wyznanie grzechów Bogu przed ojcem duchowym i obietnica naprawy ich; owoce zaś tego drzewa – zadośćuczynienia i wysiłki walki. Dlatego prawdziwe pokajanie rozpoznaje się nie po korzeniu zamiaru i nie po liściach wyznania i obietnicy, ale po samych owocach zadośćuczynienia. Utwierdzaj zamiar jak korzeń, pomnażaj słowa jak liście, ale jeśli nie masz godnych pokajania owoców, wysiłków, trudów gorliwego dążenia o zadośćuczynienie za grzechy, to bój się klątwy”.

W Piśmie Świętym znajdujemy dwóch grzeszników, którzy kajali się za uczynione swoje złe uczynki i wyznawali grzech swój Bogu, – to Sauł i Dawid. Ale nie obaj otrzymali od Boga przebaczenie. Mówił Sauł: Zgrzeszyłem, ponieważ przekroczyłem słowo Pańskie. (1Sam.15:24). Mówił też Dawid: Zgrzeszyłem przeciwko Panu memu (2Sam.12:13). Jednak Dawid otrzymał przebaczenie i zbawił się, a Sauł nie dostąpił zaszczytu przebaczenia, ale przebywał pod gniewem Pana i zginął. Dlaczego? Winien jest sam nieodpuszczony (mieprzebaczony) grzesznik Sauł, ponieważ, wyznawszy swój grzech, nie uczynił nic dla zadośćuczynienia za niego, nie okazał prawdziwego pokajania i poprawy. A jak wiele trudził się w pokajaniu Dawid po swoim wyznaniu grzechu?! On każdej nocy swoje łoże obmywał łzami, wstawał o północy, jadł popiół jak chleb i napój z płaczem rozpuszczał, tracił siły od poszczenia i dręczył ciało swoje, upokarzając się przed Panem we włosienicy i popiele przez długi czas: dlatego to nie tylko otrzymał on przebaczenie grzechu, ale też stał się umiłowanym przez Boga. Sauł zaś, dokonawszy tylko samego wyznania grzechu, ale nie potrudziwszy się w pokajaniu, pozostał bez przebaczenia na wieki.

Dlatego niech nikt nie ma nadziei z bardzo wielkich grzechów oczyścić się tylko samą spowiedzią i jakimś nieznacznym wzruszeniem, bez trudów i wysiłków odpowiadających prawdziwemu pokajaniu, jeśli on poleni się potrudzić, chociaż będzie miał czas dla swojej poprawy i zadośćuczynienia za grzechy. Dobrze jest naśladować Dawida, który mówi: nieprawość moją ogłoszę, i zatroszczę się o grzech swój (Ps.37). Oto nie zadawala się Dawid samym tylko wyznaniem swojej nieprawości, ale troszczy się o zadośćuczynienie: wyznam, mówi grzech mój i potrudzę się, dopóki nie uczynię zadośćuczynienia za popełnione. Jaki pożytek otworzyć wrzód, a odpowiedniego leku na niego nie przyłożyć? Jaki pożytek wyznać grzechy, a epitymii za nie nie ponieść, nie poprawić swego życia?

Przytoczymy jeszcze słowa innych Ojców Cerkwi o sakramencie pokajania. Oto co mówią oni o epitymii:

Pan Zbawiciel zawsze przyjmie kajającego się, ale łaski Swojej nie przywraca nagle: potrudź się i udowodnij, że głęboko, a nie przelotnie przynosisz skruchę, i miłosierdzie Boże znów cię ocieni.

I bywa to tylko po spowiedzi i rozgrzeszeniu w sakramencie pokajania. Zaś bez spowiedzi i rozgrzeszenia, nawet jeśli całe życie przemęczysz się, nic nie otrzymasz. Bowiem grzech po chrzcie pozbawia łaski odnowienia ducha. Trzeba znów dostąpić jej zaszczytu, aby z jej pomocą oczyścić nieczystości, namiętności dogadzanie sobie, które znów wcisnęły się w duszę i ciało. Powraca ona w sakramencie pokajania, który jest drugim chrztem, w łzowej chrzcielnicy. Skoro jest ono takie, to poprzedza je to samo co chrzest, czyli wiara, skrucha ze łzami, spowiedź z położeniem (podjęciem) postanowienia kroczyć wytrwale według woli Bożej. Ze względu na takie usposobienie serca, wraz ze słowem rozgrzeszającym ojca duchowego powraca łaska i, łącząc się ze swobodą, ustanawia na nowo początek duchowo-błogosławionego życia, podobnie do twego, jak dzieje się to przy pogrążeniu w wodę chrzczonego z wygłoszeniem słów chrztu, jakie polecił wygłaszać Pan. Bez tego zaś łaska nie powróci: więc, i duchowego życia we właściwym jego znaczeniu nie będzie.

Co dotyczy bezpośredniego przebaczenia, to bywa ono jedynie w stosunku do grzechów niezamierzenie wyrywających się, które najczęściej są w myślach i uczuciach, mniej w słowach i jeszcze mniej – lub ledwie zauważalnie – w uczynkach. Gorliwy miłośnik podobania się Bogu, przeniknięty bojaźnią Bożą, jak tylko zauważy taki grzech, który się niechcący wymknął, natychmiast zwraca się do Pana, Którego zawsze widzi, skruszenie kaja się, osądza, potępia siebie, i otrzymuje przebaczenie. Ale i przy tym, jeśli zaraz jakiś grzech choć trochę obciąża sumienie, lepiej pośpieszyć do ojca duchowego i, wyspowiadawszy się, otrzymać przebaczenie.

Tajemnicze (sakramentalne) odpuszczenie grzechów bywa zaraz po spowiedzi, w chwili rozgrzeszenia przez kapłana, a odpuszczenie ich śladów z natury istoty dokonuje się po trudach pokajania…

Kto kaja się, ten przyjmowany jest w łaskę Bożą; ale dary łaski nie są dawane natychmiast, ale czasem po dość długim czasie. To przedłużenie nieprzywrócenia darów miłosierdzia jest właśnie Bożą epitymią. Znoszą ją wszyscy grzeszący wielkimi czy małymi grzechami. Terminu tej epitymii Pan nie wyjawia, a zachowuje go w Swojej tajemnicy. Dlatego miłosierdzie lub uczucie ułaskawienia zawsze powracają nieoczekiwanie – i bywa wtedy w duszy święto. Epitymia od ojca duchowego dawana jest dla skrócenia terminu epitymii Bożej. Ona ukazuje dobrowolne przyjęcie na siebie trudów pokajania, wzmaga świadomość swojej winy i skłania Boga do miłosierdzia albo czyni duszę bardziej zdolną do przyjęcia tego miłosierdzia.

Epitymia nie jest zadośćuczynieniem za grzechy prawdzie Bożej, nie jest ofiarą za nie, nie jest wykupem; bo to zadośćuczynienie, tę ofiarę, ten wykup mamy tylko w Zbawicielu naszym, Który wziął na Siebie grzechy świata, ale jest to duchowe lekarstwo, niezbędne dla naprawienia życia kajającego się, do uleczenia jego dolegliwości moralnych, mające za jedyny swój cel – wyleczenie jego słabości i chronienie przed grzechami.

Czy nałoży ojciec duchowy epitymię, czy nie nałoży, ale ta Boska epitymia – odroczenie w darowaniu uczucia ułaskawienia zawsze jest bardziej czy mniej długa, sądząc według grzechów. Kiedy zaś przyjdzie to uczucie (ułaskawienia), to tu dzieje się nie to co przy przekonaniu… tu uczucie ułaskawienia wchodzi w serce i panuje nad nim i zmusza radować się i triumfować wszystkie siły duszy i ciała. Ten kto pokajał się odczuwa przy tym na sobie objęcia Ojca. Ten rajski stan dawany jest tym wszystkim, którzy wystarczająco pomęczą siebie w skrusze i wielkim trudzie, oczywiście, wszystko pod warunkiem wiary i pokornego przypadnięcia do Boga.

 

Jak należy kajać się

Teraz jest pytanie, jak należy kajać się?

…Ten, kto rozpoznaje swoje grzechy i uświadamia je szczerze, uświadomiwszy, skrusza się za nie i opłakuje je, podejmuje twardą decyzję więcej nie znieważać Boga swoimi grzechami; i w końcu, w tych usposobieniach, pokornie spowiada się ze wszystkich swoich grzechów przed ojcem duchowym, aby otrzymać odpuszczenie ich i stanąć przed czaszą Pana rozgrzeszonym i czystym przed oczami Bożymi.

Prawdziwe pokajanie polega na tym:

a) od poprzednich grzechów musimy odstąpić, i brzydzić się nimi jak obrzydliwością;

b) o tych grzechach żałować i błagać o miłosierdzie i ojcu duchowemu wyznać, na wszelki możliwy sposób wystrzegać się innych grzechów;

c) przebaczać bliźniemu jego grzechy, aby nam samym Bóg przebaczył;

d) miłość i miłosierdzie okazywać każdemu, aby samym otrzymać miłosierdzia;

e) poniżać (upokarzać) siebie;

f) nikogo nie osądzać, nie oczerniać;

g) zawsze modlić się do Boga, aby w napaść wrogów nie wpaść.

Św. Wasilij Wielki mówi: „Nie ten wyznaje grzech swój, kto powiedział: ja zgrzeszyłem, i potem pozostaje w grzechu, ale ten, kto według słowa psalmu rozpoznał grzech swój i znienawidził go. Jaką korzyść przyniesie choremu opieka lekarska, kiedy cierpiący z powodu choroby mocno trzyma się tego, co niszczące jest dla życia? Tak też nie ma pożytku z przebaczenia nieprawości nadal czyniącemu nieprawość, ani z odpuszczenia rozpusty – nadal żyjącemu rozpustnie…

Przemądry Zarządca naszym życiem chce, aby żyjący w grzechach i potem dający obietnicę powstania do zdrowego życia położył kres przeszłości i po popełnionych grzechach uczynił jakiś początek, jakby odnowiwszy się w życiu przez pokajanie”.

Spowiedź musi być szczera i otwarta!

Ci, którzy wyznają myśli swoje ojcom duchowym, powinni spowiadać się z całą szczerością, ze skruchą serca, jak przed Samym Bogiem, wtedy mogą otrzymać miłosierdzie. Zaś spowiedź dokonywana z niedbalstwem, nie tylko nie przynosi pożytku, ale służy też do potępienia.

Grzech człowieka jest niszczony przez wyznanie grzechu, a same korzenie grzechu niszczone są walką z grzesznymi myślami i powtarzaniem spowiedzi, kiedy myśli zaczną opanowywać i władać.

Jak widzenie swoich grzechów, tak i serdeczne wyznanie ich jest szczególnym darem Bożym i wypraszanym gorliwą modlitwą. Błagaj miłosiernego Pana, aby darował ci ten dar – zastaw zbawienia, i sam zmuś się do szczerości: albowiem wróg rodzaju ludzkiego nienawidzi tej drogi i na wszelkie sposoby stara się przeszkodzić słudze Bożemu, pragnącemu zdobyć miłosierdzie Boże przez częste wyznawanie swoich grzechów. Pokonuj fałszywy wstyd na ziemi i nie zawstydzisz się na niebie!

Jakie myśli koniecznie trzeba wyznawać na spowiedzi i jakie nie wymagają natychmiastowej spowiedzi

Grzeszne myśli i odczucia powstają z naszej upadłej natury; ale kiedy grzeszne myśli i odczucia zaczną przychodzić nieustannie i usilnie, to jest to znakiem, że są one przynoszone przez naszego wroga, upadłego anioła, albo że zmusza on upadłą istotę naszą do szczególnego zradzania ich. Takie myśli i odczucia należy wyznawać spowiednikowi tak często i do tego czasu, dopóki one dokuczają, nawet gdyby spowiednik był człowiekiem prostego serca, bez sławy świętego. Wiara twoja w święty sakrament pokajania zbawi ciebie… Przeciwko wzmożonemu i częstemu atakowi grzesznych myśli i odczuć nie ma dla początkujących lepszej broni, jak spowiedź. Spowiedź – prawie jedyna broń dla początkującego podczas bitwy. Przynajmniej jest ona – bronią najmocniejszą i najskuteczniejszą. Jak można częściej uciekaj się do niej w czasie napaści, naniesionej przez diabła: uciekaj się do niej, dopóki diabeł i nieszczęście przez niego zadawane nie odstąpią od ciebie…

Myśli, choć i grzeszne, ale przemijające, nie nasilające się aby przyswoić się duszy, nie wymagają natychmiastowej spowiedzi. Odrzuć je, nie słuchaj ich, zagłuszaj je wspominaniem przeciwnych im przykazań ewangelicznych; wspomnij o nich ogólnie, wcale nie podejmując bezsensownej troski wyliczyć je podczas spowiedzi, przed przyjęciem Św. Darów Chrystusowych, – powiedz, że oprócz poważnych grzechów (które należy wyłożyć dokładnie) zgrzeszyłeś różnymi myślami, słowami i uczynkami, w wiedzy i niewiedzy (świadomie i nieświadomie).

Przy uświadomieniu swojej grzeszności należy unikać zakłopotania i rozpaczy, które są od biesów

Uświadomienie siebie grzesznym konieczne jest dla zbawienia, a osądzać siebie i miotać się na wszystkie strony z powodu grzeszności jest bardzo szkodliwe. Wszystko nieumiarkowane jest od biesów, powiedział priepodobny Pimien Wielki.

Jeśli zdarzy ci się wpaść w jakiś przebaczalny grzech uczynkiem czy słowem, mianowicie zaniepokoić się jakąś przypadkowością, czy osądzić, czy usłyszeć jak osądzają inni, albo posprzeczać się o coś, albo doznać odruchu niecierpliwości, zamieszania i podejrzliwości wobec innych, albo zaniedbać coś – to nie należy skrajnie trwożyć się czy smucić się i rozpaczać, myśląc o tym, co zrobiłeś, tym bardziej przywiązywać do tego smutnych o sobie myśli, że pewnie nigdy nie uwolnisz się od takich słabości albo że siła twojej woli służyć Panu jest słaba, albo że ty nie jak należy kroczysz drogą Bożą – przy każdym podobnym przypadku obciążając duszę swoją tysiącami i innych lęków, z powodu małoduszności i smutku.

Bo co stąd wychodzi? To, że wstydzisz się odważnie stanąć przed Bogiem, jak będący niewiernym Mu, na próżno tracisz czas na rozpatrywanie, ile czasu przebyłeś w każdym grzechu, czy zespoliłeś się z nim i zapragnąłeś go czy nie, czy odrzuciłeś myśl czy nie i temu podobne. I im więcej dręczysz się tak, tym bardziej wzrasta w tobie rozstrojenie ducha, napięcie i niechęć wyspowiadania się. Ale nawet kiedy pójdziesz do spowiedzi i wyspowiadasz się z niepokojącym strachem, i po spowiedzi znów nie znajdujesz spokoju, bo wydaje się ci, że nie wszystko powiedziałeś. I żyjesz w ten sposób życiem gorzkim, niespokojnym i bezowocnym, na próżno tracąc dużo czasu. I wszystko to dzieje się dlatego, że zapominamy o swojej naturalnej słabości i nie bierzemy pod uwagę, jak dusza powinna odnosić się do Boga, a mianowicie, że kiedy dusza wpada w jakiś przebaczalny i nieśmiertelny grzech, to powinna z pokornym pokajaniem ufnie zwracać się do Boga, a nie dręczyć siebie nadmiernym smutkiem o tym, napięciem i goryczą.

…Swoja mowę kierujemy tu do tych, którzy żyją duchowym życiem i aktywnie poszukują sukcesów w nim, na wszelkie sposoby unikając grzechów śmiertelnych. Dla tych zaś, którzy żyją nie surowo, a jak się trafi, nie przejmując się, jeśli i śmiertelnym grzechem znieważą Boga, potrzebne jest inne słowo. Oni powinni głęboko ubolewać i gorzko płakać, surowo zawsze osądzać swoje sumienie i wyznawać na spowiedzi bez litowania się nad sobą wszystkie swoje grzechy, i przez zaniedbanie nie powinni oni pozbawiać siebie żadnych środków, niezbędnych do uleczenia i zbawienia ich.

Pokajanie zawsze powinno być natchnione i przeniknięte silną ufnością na Boga i przy lekkich codziennych upadkach, a tym bardziej przy cięższych grzechach, niż zwykłe, w które upada czasem i gorliwy sługa Boży, za dopuszczeniem. Bo skrucha pokajania, która tylko męczy i gryzie serce, nigdy nie przywraca duszy w prawomyślny, godny zaufania nastrój, jeśli nie bywa połączona z twardą ufnością na miłosierdzie i dobroć Bożą. Taka ufność nieustannie powinna wypełniać serca gorliwie dążących osiągnąć wyższych stopni chrześcijańskiej doskonałości. Ona ożywia i doprowadza do energii (energetyzuje) wszystkie siły duszy i ducha.

Wspominanie dawnych cielesnych grzechów jest szkodliwe

Ten, komu przebaczone są grzechy w sakramencie pokajania, zobowiązany jest nie powtarzać tych grzechów i to wszystko. Wspominanie dawnych cielesnych grzechów jest bardzo szkodliwe i zabronione przez św. ojców. Działa tu niewiara, niedostatek szacunku dla sakramentu pokajania, fałszywe pojecie o cnocie, oszukańcze (złudne) podniecenie i marzycielstwo.

O wyjawieniu swoich grzechów komuś z bliskich (nie ojcu duchowemu)

Znów tu nieufność do świętego sakramentu pokajania, w którym działa wszechmocny Duch Święty, zdecydowanie i całkowicie zacierając grzechy człowieka. Dlaczego uważasz że zniszczone istnieje? Nie waż się dotykać wielkiej tajemnicy! Znikomy pyłku! Nie śmiej uzupełniać wielkiego sakramentu, który ma swoją pełnię od Boga i nie potrzebuje uzupełnienia przez człowieka. Nie powtarzaj grzechów: oto wszystko, czego wymaga od ciebie Bóg i co jedynie potrzebne jest dla twego zbawienia. Bój się niedowiarstwa, bo ono pomniejsza w myślach człowieka moc i dobroć Bożą. Trzeba bardzo wystrzegać się fałszywych myśli i podniecenia, dlatego że przy nich człowiek, myśląc o czynieniu dobra, może uczynić dużo zła i sobie i bliźnim.

O tym, że skrajnie niebezpiecznym jest odkładanie spowiadania się z grzechów swoich i odwlekanie swojej poprawy

Teraz jest czas siać, szukać, prosić, kołatać do drzwi miłosierdzia Bożego, kiedy Bóg obiecał wysłuchać i pomagać; i słucha i pomaga. Bo mówi: w czasie pomyślnym wysłuchałem ciebie i w dzień zbawienia pomagałem tobie. Teraz jest czas przychylny, teraz jest dzień zbawienia. Teraz każdy proszący przyjmie, i szukający znajdzie, i kołaczącemu otwiera się, – mówi Chrystus. Wtedy tego nie będzie.

„Ja przecież przy śmierci mogę pokajać się”, – odpowiada inny? Z takim pokajaniem możesz i do piekła pójść. O, człowiecze, czy wtedy chcesz kajać się, kiedy czas pokajania kończy się i nadchodzi czas sądu i ponoszenia konsekwencji? Czy wtedy chcesz zwrócić się do Boga, kiedy Bóg wzywa ciebie do odpowiedzi? Czy wtedy chcesz poszukiwać, kiedy czas już odchodzi? Nie podlega dyskusji, że i przy śmierci trzeba kajać się, i Boga gorliwie wzywać, ponieważ wtedy szczególnie wielki wysiłek duszy bywa, ale do śmierci odkładać pokajanie jest złudzeniem umysłu, niedbałością o zbawienie i intrygą diabła, który taką myśl wkłada w serce człowieka i naucza zakon Boży nieustraszenie naruszać, Boga doprowadzać do gniewu i pokajanie z dnia na dzień odkładać, aby tak człowieka pochlebstwem zgubić. Z tego powodu, kiedy chcesz błogo umrzeć, taki bądź teraz, jaki chcesz być przy śmierci. Sądź o doczesnych rzeczach: honorze, sławie, bogactwie i rozkoszy – teraz tak, jak sądzą umierający, którzy wszystko wtedy zostawiają, opuszczają.

Ten kto zgrzeszył nie powinien popadać w zaniepokojenie, jeśli ojciec duchowy będzie surowym słowem leczyć jego ranę

Kto grzeszącego rozpieszcza pochlebnymi łaskami, to tylko bardziej nastawia go do grzechu i nie tłumi wykroczeń, a podsyca, ale kto surowymi radami demaskuje i jednocześnie poucza brata, ten przyczynia się do jego zbawienia. Tych których kocham, – mówi Pan, – demaskuję i karzę. Tak należy i kapłanowi Bożemu nie oszukiwać pochlebnymi usługami (łaskami), ale troszczyć się o zbawienne lekarstwa. Niedoświadczony jest ten lekarz, który lekko tylko obmacuje puchnące sploty ran: zachowując zamknięty wewnątrz, w głębokich zagłębieniach, jad, on tylko wzmaga jego siłę. Koniecznie trzeba otworzyć ranę, rozciąć i, oczyściwszy z ropy, przyłożyć do niej najmocniejszy plaster. Niech chory krzyczy, niech woła, niech skarży się na nieznośny ból: on będzie dziękować potem, kiedy poczuje się zdrowym.

Amiń

cdn.

O tajnych słabościach duszy