Treść
Wstęp
Część pierwsza. O walce myśli
Rozdział pierwszy. O myślach dobrych i złych
Siła dobrych myśli. Myśli „z lewej strony” – największa choroba. Dobre myśli przynoszą człowiekowi duchowe zdrowie. Ten, kto ma dobre myśli wszystko widzi dobrym. Myśli uświęconego człowieka i myśli człowieka przewrotnego. Myśli człowieka – wskaźnik jego duchowego stanu.
Rozdział drugi. O bluźnierczych myślach
Jakie myśli są bluźniercze. Skąd pochodzą bluźniercze myśli. Pogarda wobec bluźnierczych myśli. W jakich przypadkach sami jesteśmy winni za bluźniercze myśli.
Rozdział trzeci. O zaufaniu myślom
Zaufanie myśli – początek złudzenia. Zaufanie myśli doprowadza do chorób duszy. Dziwactwa zaczynają się od myśli. Chorzy własną wyobraźnią. Przez posłuszeństwo pokonywane jest wszystko.
Rozdział czwarty. O walce przeciwko myślom
Pielęgnowanie dobrych myśli. Oczyszczenie umysłu i serca. Stawiajcie znaki zapytania po myślach podejrzliwości. Rozmowa z myślami. Łączenie się z myślą.
Część druga. O sprawiedliwości i niesprawiedliwości
Rozdział pierwszy. O tym jak przyjmować niesprawiedliwość
Trzeba właściwie nastawiać siebie w stosunku do niesprawiedliwości. Radość od przyjęcia niesprawiedliwości. Przyjęcie niesprawiedliwości – dochodowa sprawa. Wkład do niebiańskiego skarbca. Święte udawanie.
Rozdział drugi. O tym, że samousprawiedliwienie odpędza od nas Łaskę Bożą
Samousprawiedliwienie przeszkadza duchowym sukcesom. Przyczyną tego, że człowiek usprawiedliwia siebie, jest jego egoizm. Ten, kto usprawiedliwia się, nie może otrzymać duchowej pomocy. Jeśli ty nie usprawiedliwiasz siebie, Bóg ciebie usprawiedliwi. Kto właściwie siebie bada, ten siebie nie usprawiedliwia. Samousprawiedliwienie nie przynosi spokoju duszy. Bierzmy na siebie ciężar (cudzych grzechów).
Rozdział trzeci. O sprawiedliwości Bożej i człowieczej
Sprawiedliwe sądy Boże. To, do czego mnich ma prawo, Chrystus zachowuje dla innego życia. Ludzie stworzyli sobie inną „ewangelię”.
Część trzecia. O grzechu i pokajaniu
Rozdział pierwszy. O tym, że grzech męczy człowieka
Oczyszczenie serca. Uwolnienie od ciemności grzechu. Grzech według własnej woli. Czyńmy dobro z miłości do Chrystusa. Pokusy w naszym życiu. U grzeszników jest dużo wyjściowego materiału dla pokory.
Rozdział drugi. O tym, że konieczna jest troska o sumienie
Sprawdzajmy swoje sumienie. Przytłumione sumienie. Wypaczone sumienie. Fałsz nie przynosi człowiekowi spokoju. Niezepsute sumienie daje niefałszywe powiadomienia.
Rozdział trzeci. O konieczności obserwowania siebie i poznania siebie
Zbadanie (przeanalizowanie) siebie. Doświadczenie z naszych upadków. Trzeba przykuwać wroga do jednego miejsca i zadawać mu cios. Trzeba przyglądać się w innych, jak w lustro. Ten, kto poznaje siebie prawdziwie, ma pokorę. Powinniśmy poznać, na co chorujemy.
Rozdział czwarty. O tym, że uświadomienie sobie przez nas swojej grzeszności doprowadza Boga do czułości, wzruszenia.
Uznanie swego błędu. Uświadomienie sobie grzeszności i sukcesy w walce. Trzeba pokornie prosić miłosierdzia Bożego dla naszej poprawy. Żal za nasze grzechy. Powinniśmy ganić siebie, a nie rozpaczać. Duchowa praca ze szkłem powiększającym.
Rozdział piąty. O tym, że pokajanie posiada wielką siłę
„A opamiętawszy się…” Łzy pokajania. Niekończące się rękodzieło pokajania. Zmiana życia. „…grzech mój przede mną jest zawsze”. Wymuszone pokajanie. Pokajanie przynosi człowiekowi boskie pocieszenie.
Część czwarta. Czarne siły ciemności
Rozdział pierwszy. O czarach
Czarownicy wykorzystują i różne biesowskie „świętości”. Ci, którzy zajmują się czarami, wymyślają i dużo kłamstw. Biesowskie czarodziejskie działania. Diabeł nigdy nie może uczynić dobra. W jakim przypadku czarodziejstwo ma moc. W jaki sposób może być zniszczone czarownictwo. Współpraca czarodziejów i biesów.
Rozdział drugi. O opętanych przez nieczystego ducha
Mając diabelską dumę, człowiek może stać się opętanym. Opętany przez biesa reaguje na każdą świętość. Nie bierzcie pod uwagę słów opętanego człowieka. Pomoc opętanym. O odczytce (egzorcyzmie). U opętanych męczeńskie życie.
Rozdział trzeci. Straszne złudzenia
Trud ascetyczny i złudzenie. Uwaga wobec wyobraźni. Diabeł ukazuje się w postaci anioła światłości. Sny fałszywe (kłamliwe). Uwaga na widzenia. Charakterystyczne cechy uwiedzionego człowieka. Uwiedzenie i szaleństwo. Trzeba być uważnym z uwiedzionymi. Tanie dary uwiedzionych. Poprawa uwiedzionego.
Rozdział czwarty. „Uwodzący i uwodzeni”
O uwiedzeniu pięćdziesiątników. O chodzących po ogniu. Reinkarnacja. O ascetycznych ćwiczeniach w hinduizmie. Hinduizm wyrządził wiele zła. Jak dają zwodzić się ludzie. Powrót do Prawosławia.
Część piąta. O sile spowiedzi
Rozdział pierwszy. O konieczności duchowego kierownika
Przy pomocy spowiedzi człowiek uwalnia się. Bóg chce, aby człowiek poprawiał się za pośrednictwem człowieka. W duchowym życiu niezbędny jest duchowy kierownik. Posyłajcie ludzi do ojca duchowego. „Leczący ojciec duchowy”. Ojciec duchowy w rodzinie. Zmiana ojca duchowego.
Rozdział drugi. O tym jak prawidłowo spowiadać się
Trzeba bandażować swoją ranę. Konieczność spowiedzi. Prawidłowa spowiedź. Usprawiedliwiając siebie podczas spowiedzi, my obciążamy swoje sumienie. Po spowiedzi. Zaufanie ojcu duchowemu. Prawidłowy związek z ojcem duchowym.
Rozdział trzeci. O tym, że ojciec duchowy – to lekarz duszy
Konieczność mieć dobrych ojców duchowych. Rozważność i doświadczenie ojca duchowego. To, jak często wierzący przyjmuje Priczastije, ustala jego ojciec duchowy. Rozgrzeszająca modlitwa.
Rozdział czwarty. O pracy ojca duchowego nad duszami ludzi
Umiejętność obchodzenia się z duszą – sprawa delikatna. Nie dawajmy człowiekowi uspokajać się w swoich namiętnościach. Jak odnosić się do ludzi, którzy wpadli w rozpacz. Do bezwstydnych trzeba odnosić się surowo, do luboczestnych* – pobłażliwie z wyrozumiałością. Dobroć szkodzi człowiekowi, który nie pokajał się. Szacunek wobec wolności innych. Miłość ojca duchowego do spowiadającego się.
*Luboczestije – okazywanie czci, chwały; darzyć czcią, wysławiać; gorliwość, ambicja.
Widząc, że grzech „wszedł w nasze dni w modę”, Błogosławionej pamięci Starec Paisij szczególnie podkreślał konieczność pokajania i spowiedzi. To, jak ogromne znaczenie Starec przywiązywał pokajaniu, widać z ostatniego rozdziału II tomu jego „Słów”. „Pokajanie i spowiedź, – mówił nam Starec, – są dziś konieczne bardziej niż wszystko inne. One potrzebne są dla tego, żeby diabeł był pozbawiony tych praw, jakie dali mu ludzie. Ludzie dają diabłu prawa, i w rezultacie tego on dręczy świat”.
Z pomocą Starca Paisija wielu po raz pierwszy przystąpiło do Sakramentu Spowiedzi i zmieniło swoje życie. Teraz ci ludzie trudzą się ascetycznie jak czcigodne gorliwe dzieci Boże i już w tym życiu przeżywają rajską radość. „Przecież ludzie są bardzo dobrzy! – radośnie dzielił się z nami ojciec Paisij. – Ani razu nie było tak, żebym poradził człowiekowi wyspowiadać się i on tego nie zrobił”. Oczywiście, sprzyjała temu i wielka miłość Starca, zmieniająca duszę człowieka, z którym on kontaktował się, i z nieurodzajnej gliny przemieniająca ją w przydatną do upraw ziemię.
Ten III tom „Słów” Starca Paisija ukazuje się z błogosławieństwa nowego archijereja zarządzającego naszą diecezją Jego Eminencji Metropolity Kasandry Nikodima. W tomie zebrane są pouczenia Starca, mogące pomóc wymęczonemu grzechem człowiekowi osiągnąć dobry niepokój i zacząć duchową walkę, aby uwolnić się od wiążących go pęt grzechu. Żyjąc w pokajaniu, chrześcijanin będzie mógł pozbyć się swego starego, ulegającego rozkładowi człowieka, tego, według słów Starca, ”żyjącego w nas złego lokatora”. Ojciec Paisij mówił, że aby wypędzić złego sublokatora powinniśmy „zburzyć (jego) dom i zacząć wznosić nowy budynek – budować nowego człowieka”.
Według nauki patrystycznej, początek grzechu – to zła myśl. Dlatego wybrane z duchowego dziedzictwa Starca pouczenia o myślach umieściliśmy w pierwszej części tego tomu. „Myśli, – mówił Starec, – to wskaźnik naszego duchowego stanu”. Dobra myśl posiada wielką siłę – ona duchowo przemienia człowieka. I przeciwnie – zła myśl człowieka męczy. Kiedy człowiek wypędza złe i uprawia dobre myśli, jego umysł i serce oczyszczają się i w nim żyje Boża Łaska.
Druga część książki mówi o tym, że, znosząc niesprawiedliwości i odnosząc się do tego duchowo, człowiek przyjmuje od Boga wielkie błogosławieństwo. Często ta prawda nieznana jest nawet duchowym ludziom, którzy, usprawiedliwiając siebie, dochodzą do tego, że „tworzą swoją własną ewangelię” i w ten sposób izolują siebie od Boga, ponieważ człowiecza prawda nie ma nic wspólnego z duchowym życiem. Jeśli my chcemy spokrewnić się z Chrystusem, to powinniśmy stać się uczestnikami Bożej prawdy, „która zawiera w sobie luboczestije, czcigodność, pobożność, szlachetność, ofiarność”.
W trzeciej części tomu mowa jest o grzechu. Ziemskie życie człowieka od grzechu przekształca się w piekielną mękę, jednak poprzez duchową walkę nasze życie może stać się Rajem. Jeśli człowiek chce „wyjść z ciemności grzechu”, on powinien uważnie badać swoje sumienie – ten dany mu od Boga „pierwszy boski zakon (prawo)” – i pokornie uznawać swoje błędy i zgrzeszenia. To działanie doprowadza do „niekończącego się rękodzieła pokajania” i daje duszy boskie pocieszenie.
W czwartej części ojciec Paisij demaskuje szatańskie siły, które działają w świecie przez swoje posłuszne narzędzia – czarowników, ekstrasensoryków, „jasnowidzących” i innych uwiedzionych. Starec podkreśla, że same z siebie ciemne siły są bezsilne, jednak one stają się niszczącymi dla człowieka, jeśli on popełnił jakiś ciężki grzech i przez to obdzielił ich prawami nad sobą, dlatego podlega biesowskiemu oddziaływaniu. Aby uwolnić się od tego oddziaływania, człowiek musi znaleźć przyczynę grzechu, czyli uświadomić go sobie, pokajać się, wyspowiadać się i stać się świadomym członkiem Cerkwi.
Ostatnia, piąta część tomu poświęcona jest Sakramentowi Spowiedzi. Starec zaostrza (skupia) naszą uwagę na tym, że dla przebaczenia grzechów chrześcijaninowi niezbędna jest spowiedź, a dla bezpiecznego duchowego wzrastania on powinien mieć duchowego nauczyciela. Ojciec Paisij przeprowadza wyraźną granicę miedzy działaniem psychiatry i posługą ojca duchowego (w naszych czasach to czasem miesza się, jest mylone) i dzieli się własnym doświadczeniem pracy nad duszami ludzi.
Jak i w poprzednich tomach, ojciec Paisij krótko odpowiada na pytania, które są mu zadawane. Odpowiedzi Starca nie są systematycznym omówieniem tego czy innego tematu i nie pretendują do tego, aby być wyczerpującymi. Cel pouczeń jest w czymś innym – w tym, aby pomóc człowiekowi zbawić się. „Zbawienie duszy człowieka, – mówił Starec, – to moje pocieszenie i radość”.
Widząc to, co może pomóc rozmówcy w jego duchowej walce w każdym konkretnym przypadku, Starec rozmawia z człowiekiem zgodnie z jego duchową koniecznością, wzmacniając go niezbędną „duchową witaminą”. Nierzadko ojciec Paisij odkrywa sens swoich słów przy pomocy odpowiedniego przykładu. Starec był przekonany w tym, że pozytywne przykłady przynoszą ogromną korzyść. „Gdybym miał czas, to napisałbym o niektórych ludziach, którzy czcigodnie przeżyli swoje życie, o tych dziewczętach i chłopcach, o tych ojcach i matkach, których życie wyróżniało się świętością, – dzielił się on z nami. – Takimi dobrymi przykładami demaskowani są ci, którzy wprowadzili grzech w modę. Od zdemaskowania zła często nie bywa żadnej korzyści. Jednak, kiedy my pokazujemy dobre, zło demaskuje się samo z siebie”.
Jak wiadomo, pytania, na które odpowiadał Starec, zadawali mnisi. Ale, nie patrząc na to, odpowiedzi ojca Paisija dotyczą każdego człowieka, który trudzi się „dobrym trudem ascetycznym” albo chce przystąpić do tego trudu. „I mnichom i świeckim, – mówi Starec w jednym ze swoich listów, dane są jedne i te same przykazania. I Raj też jest jeden (dla wszystkich)”. Oprócz tego ojciec Paisij często zauważał, że są świeccy, żyjący wysokim duchowym życiem i dokonujący nad sobą subtelną duchową pracę.
Dziękujemy wszystkim tym, którzy życzliwie zgodzili się przeczytać rękopis tego tomu i swoimi radami pomogli nam dokończyć jego przygotowanie do wydania.
„Niech Dobry Bóg oświeca nas i daje nam dobre pokajanie, abyśmy wszyscy dostąpili zaszczytu Dobrego Raju, który On przygotował nam, jak czule kochający nas Ojciec”, – mówił Starec.
Modlitewnie pragniemy i życzymy, aby jego słowa spełniły się w rzeczywistości. Amiń.
11lutego2001
Niedziela o marnotrawnym synu
Ihumeni monasteru Świętego Apostoła i Ewangelisty Ioanna Teologa
mniszka Fiłofieja z siostrami w Chrystusie.
- Gerond *a w jaki sposób zwierzęta rozumieją, że u jakiegoś człowieka jest dobroć?
- Zwierzęta mają intuicję. Dlatego, jeśli ty je lubisz, jeśli z ich powodu ubolewasz, one to odczuwają. W Raju zwierzęta odczuwały aromat Łaski i służyły Adamowi. Po upadku w grzech przyroda wzdycha razem z człowiekiem. Oto, popatrz na biednego zajączka: u niego ciągle wystraszone spojrzenie. Jego serduszko niespokojnie bije tuk-tuk-tuk. Biedaczek całkiem nie śpi! Jakże cierpi to małe, w niczym nie winne stworzenie z powodu naszych grzechów! Jednak, kiedy człowiek powraca do stanu, w jakim on był przed upadkiem w grzech, zwierzę znów bez strachu przybliża się do niego.
*Geronda – w Grecji jest odpowiednikiem „Starca” oznacza pełen szacunku zwrot do osoby duchowej.
„Widząc wszystko poprzez dobre myśli, człowiek oczyszcza się i przyjmuje Łaskę Bożą. A złymi, „lewymi”, myślami człowiek osądza i niesprawiedliwie krzywdzi innych, przeszkadza przyjściu Bożej Łaski, po czym przychodzi diabeł i dręczy go”
Siła dobrych myśli
- Geronda, w Starym Testamencie, w Czwartej Księdze Machabejskiej, mówi się następujące: „Pobożna myśl nie wykorzeniacz namiętności, a ich przeciwnik” [2]. Co to znaczy?
- Patrz: namiętności są głęboko zakorzenione u nas wewnątrz, ale pobożna, dobra myśl pomaga nam nie popadać im w niewolę. Kiedy człowiek, stale włączając do pracy dobre myśli, czyni swój dobry stan twardym, stabilnym, (jego) namiętności przestają działać i jakby one nie istniały. To znaczy pobożna myśl nie wykorzenia namiętności, ale walczy z nimi i może je pokonać. W czwartej księdze Machabeuszy opisane są (męki), które mogli wytrzymać siedmiu Świętych Młodzieńców, ich matka Święta Sołomonida i ich nauczyciel Święty Jeleazar, mając czcigodne pobożne myśli. Ja myślę, że autor (Świętej Księgi) mówi o tym dla tego, aby jasno pokazać siłę dobrej myśli [3].
Jedna dobra myśl równa jest siłą wielogodzinnemu całonocnemu czuwaniu! Ona posiada wielką moc. Teraz są takie systemy przeciwrakietowe, które laserowymi promieniami niszczą rakietę przeciwnika jeszcze na wyrzutni i nie dają jej wystartować. Tak i dobre myśli: one uprzedzają wystartowanie złych myśli z diabelskich „lotnisk”, na których te bazują, i nie dają im wznieść się w powietrze. Dlatego, na ile możecie, postarajcie się nie dać diabłu zdążyć zasadzić w was złych myśli. Postarajcie się sami wyprzedzić go i zasadzić w sobie myśli dobre, aby wasze serce stało się kwietnikiem i waszej modlitwie towarzyszył boski aromat waszego serca.
Jeśli człowiek utrzymuje (w sobie) niech nawet i „trochę lewą”, to znaczy złą, myśl o kimś, to jakie by on trudy ascetyczne nie wypełniał – posty, czuwania czy coś jeszcze, – wszystko pójdzie na marne, przepadnie. Jak pomoże mu asceza, jeśli on nie walczy przeciwko złym myślom, ale przyjmuje je? Dlaczego on nie chce najpierw oczyścić naczynia z brudnego osadu po oleju, przydatnego tylko na mydło, i dopiero potem wlać do niego czysty olej? Dlaczego on miesza czyste z nieczystym i robi czyste do niczego nieprzydatnym?
Jedna czysta, dobra myśl posiada siłę większą, niż jakikolwiek trud ascetyczny. Na przykład, diabeł wszczął przeciwko młodzieńcowi walkę nieczystych myśli. Aby uwolnić się od nich, młodzieniec wypełnia całonocne czuwania, pości, powstrzymuje się od pokarmu i wody po trzy dni po kolei. Jednak jedna włączona przez niego do pracy czysta myśl posiada większą siłą, niż wszystkie jego czuwania i posty, i okazuje mu bardziej istotną pomoc.
- Geronda, mówiąc o „czystej myśli”, Wy wkładacie w to słowo wąskie (ascetyczne) znaczenie czy też wykorzystujecie je szerzej?
- I szeroko też. Przy pomocy dobrych myśli człowiek oczyszcza się i przyjmuje Łaskę od Boga. A poprzez „lewe” (niedobre) myśli on osądza i niesprawiedliwie obwinia innych. Czyniąc to, on przeszkadza przyjściu Bożej Łaski. A potem przychodzi diabeł i gnębi tego człowieka.
- To znaczy, Geronda, osądzając innych, człowiek daje diabłu prawo gnębić go?
- Tak. Cała podstawa w dobrej myśli. Właśnie ona wywyższa człowieka, zmienia go ku lepszemu. Trzeba osiągnąć taki poziom, aby widzieć wszystko czystym. To i jest właśnie to, o czym powiedział Chrystus: „Nie sądźcie według oblicza, ale sprawiedliwym sądem sądźcie” [4]. A potem człowiek wchodzi w taki stan, że widzi wszystko nie ludzkim wzrokiem, ale duchowymi oczyma. On wszystkiemu znajduje usprawiedliwienie – w dobrym sensie tego słowa.
My powinniśmy być uważni, aby nie przyjmować przewrotnych telegramów diabła. Przyjmując je, zbezcześcimy „Świątynię Ducha Świętego” [5], oddali się od nas Łaska Boża, w efekcie czego my (duchowo) oślepniemy. Zobaczywszy nasze serce nieskalanym, czystym, Święty Duch przychodzi i mieszka w nim. Przecież Święty Duch kocha nieskalaną czystość. Dlatego On zjawił się (na Jordanie) w postaci gołębia [6].
Myśli „z lewej strony” – największa choroba
- Geronda, kiedy oczekuje mnie uporządkowanie jakiegoś problemu, ja bardzo niepokoję się i nie mogę zasnąć.
- Twój podstawowy problem – to mnóstwo myśli. Gdyby tego mnóstwa myśli u ciebie nie było, to ty i na posłuszeństwie, i w duchowym życiu trudziłabyś się ze znacznie większym oddaniem. Ale ja nauczę ciebie jednego sposobu, przy pomocy którego będziesz mogła unikać wielu myśli. Oto posłuchaj. Na przykład, jeśli w twoim umyśle pojawia się myśl o jakiejś sprawie, którą masz wykonać jutro, mów swojej myśli tak: „To nie jest sprawa na dziś. Jutro ja ją i przemyślę”. A w przypadku, kiedy oczekuje ciebie podjęcie jakiejś decyzji, nie dręcz siebie myślą o tym, jak lepiej postąpić, i nie odkładaj podjęcia decyzji coraz dalej i dalej. Wybieraj coś, rób decydujący krok, a troskę o dalsze zostaw Bogu. Postaraj się unikać skrupulatności, nadmiernej dokładności, aby nie łamać sobie głowy. Z luboczestijem [7] rób to, co według twoich sił. Przy tym zachowuj się prosto i z pełnym zaufaniem Bogu. Pokładając na Boga swoją przyszłość i swoją nadzieję, my, w pewien sposób, zobowiązujemy Go nam pomóc. Od wielu myśli nawet zdrowy człowiek stanie się do niczego nie zdatnym. Jeśli rozstraja się chory i cierpiący, to ma on usprawiedliwienie. Jednak jeśli ktoś, będąc zdrowym, niepokoi się i cierpi od myśli „z lewej”, to nadszedł czas aby nakładać na niego krępującą (skuwającą) koszulę! (Czy mądra to sprawa) – być we wspaniałym zdrowiu i męczyć się od własnych myśli!
Najcięższa choroba naszej epoki – to próżne myśli świeckich ludzi. U nich może być wszystko, czego chcesz, oprócz dobrych myśli. Oni męczą się, ponieważ nie odnoszą się do okoliczności duchowo. Na przykład, człowiek jedzie dokądś samochodem. W drodze zaczyna nawalać silnik, i on przyjeżdża do celu z lekkim opóźnieniem. Mając dobrą myśl, spóźniony powie tak: „Widocznie, Dobry Bóg przyhamował mnie nieprzypadkowo. Kto wie: być może, gdyby nie pojawiło się to opóźnienie, miałbym wypadek! Boże mój, jak mam dziękować Tobie za to, że Ty uchroniłeś mnie od niebezpieczeństwa!” I taki człowiek sławi Boga. A ten, kto nie ma dobrej myśli, odnosi się do tego co się wydarzyło nieduchowno i zaczyna obwiniać i bluźnić Boga: „A cóż to za pech, niepowodzenie! Trzeba mi było przyjechać wcześniej, a się spóźniłem! Wszystko nie tak! I wszystko ten Bóg…”
Przyjmując to, co z nami dzieje się poprzez „prawą” myśl, człowiek otrzymuje pomoc. A pracując „na lewo”, on męczy się, dręczy się, wychodzi z równowagi. Pamiętam, jak wiele lat temu my przyjechaliśmy ze Świętej Góry do Uranupolis [8] i zbieraliśmy się jechać dalej – do Salonik. Dali nam ciężarówkę, naładowaną już wszelką wszelkością: walizkami, pomarańczami, rybą, pustymi brudnymi koszami po rybach… Do tego samego nadwozia zaczęli wdrapywać się ludzie: dzieci z Afoniady [9], mnisi, świeccy. Kto mógł – siadał na deskach, pozostali stali na nogach. Jeden otyły świecki wcisnął się na ławeczkę obok mnie. Z powodu ciasnoty było mu bardzo niewygodnie, i zaczął głośno oburzać się: „Cóż to za ohyda!” A trochę dalej od niego siedział mnich, cały obstawiony śmierdzącymi koszami po rybach, – u biedaka wystawała na zewnątrz tylko sama głowa. Ciężarówka ruszyła w drogę po wyboistej polnej drodze, trzęsąc się i kołysząc się na wybojach. Wstawione jeden do drugiego kosze waliły się na mnicha, i on, starając się ochronić głowę, odpychał je rękoma. A mój otyły sąsiad na ławeczce nadal głośno wyrażał niezadowolenie z tego, że siedział trochę ściśnięty. „No czemu ty ciągle krzyczysz? – umawiałem go. – Popatrz, co znosi twój sąsiad! Jak ty tam, ojcze?” – zapytałem mnicha. „Tu lepiej niż w piekle, Geronda”, – odpowiedział on z uśmiechem. Jeden siedział i przy tym męczył się, a drugi radował się, nie patrząc na to że sypały się na niego góry śmierdzących koszy po rybach. A droga nie była krótka – około dwóch godzin jazdy. Umysł świeckiego wyobrażał jak komfortowa byłaby jazda autobusem, i on był gotów zniszczyć wszystko w puch i proch. A mnich radował się, myśląc o tych cierpieniach, których doświadczałby w piekle. „Za dwie godziny my dojedziemy do celu i wysiądziemy z tej ciężarówki, – rozważał mnich. – A nieszczęśni (grzesznicy) męczą się w piekle wiecznie. A i męki tam piekielne – nie porównywalne z tymi koszami i ludzkim tłokiem. Chwała Tobie, Boże, – tu nie jest tak źle, jak tam”.
- Geronda, w czym przyczyna tego, że, na przykład, dwóch nowicjuszy mają różny stopień zaufania do swego Starca?
- Przyczyna w myślach. Można mieć wypaczoną myśl odnośnie czegokolwiek i kogokolwiek. Nie mając dobrej myśli i nie usuwając swego „ja” z każdego swego działania, czyli działając tylko dla własnej korzyści, człowiek nie otrzymuje pożytku nawet od Świętego. Gdyby on nawet miał Świętego Starca czy Starycę, gdyby nawet jego Starcem był (sam) Antoni Wielki – a co tam mówić – nawet wszyscy święci (gdyby byli jego Starcami) nie mogliby mu pomóc. Nawet Sam Bóg nie może pomóc takiemu człowiekowi, pomimo tego że On bardzo tego chce. Jeśli człowiek kocha sam siebie, czyli cierpi z powodu dogadzania sobie, to on interpretuje wszystko według upodobań i smaku swego „ja”. Jedni interpretują wszystko grzesznie, drudzy – jak im to się podoba. Stopniowo bezsensowne interpretacje stają się dla takiego człowieka „naturalnymi”. I jakbyś ty nie postąpił – tacy ludzie wszystko jedno ulegają pokusie. A niektórzy, wystarczy tylko okazać im troszkę uwagi, powiedzieć jakieś dobre słowo, wzlatują, jak na skrzydłach. Ale, jeśli nie poświęcić im uwagi, oni bardzo smucą się i rzucają się w skrajność. Ta skrajność jest od wroga. Na przykład, tacy ludzie zauważają jakąś drobnostkę i na jej podstawie budują swoje (bezpodstawne) założenie. A potem oni dochodzą do przekonania w tym, że sprawa miała się właśnie tak, jak oni zakładali. Na przykład, zobaczywszy, że ktoś pogrążony jest w rozmyślaniu, tacy ludzie myślą, że on na nich za coś się gniewa, choć człowiek może być zamyślony dlatego, że jest czymś zatroskany. Kilka dni temu do mnie przyszedł gość i zapytał o jednego ze swoich znajomych: „Dlaczego wcześniej on ze mną rozmawiał, a teraz nie? Być może, przyczyna w tym, że niedawno zrobiłem mu wymówkę?” – „Ty wiesz, – powiedziałem mu, – przecież on mógł ciebie zobaczyć i po prostu nie poznać. Albo też ktoś z jego bliskich zachorował, i on był pochłonięty myślą o tym, jak znaleźć lekarza. Albo też on szykował się jechać za granicę i był zajęty wymianą pieniędzy. Mogło być i coś jeszcze”. I okazało się, że człowiek, o którym była mowa, był rzeczywiście pochłonięty mnóstwem trosk w związku z chorobą jednego ze swoich bliskich. A jego znajomy chciał, aby ten co by się nie stało zatrzymał się i z nim porozmawiał, i w efekcie zaczął męczyć siebie całą masą myśli.
Dobre myśli przynoszą człowiekowi duchowe zdrowie
- Geronda, jakie są charakterystyczne cechy słabej myśli?
- Co ty masz na uwadze? Pierwszy raz słyszę (o słabej myśli).
- Wy mówiliście, że, przyjmując myśl „z lewej” i obrażając się na czyjeś zachowanie, człowiek…
- I ja nazwałem taką myśl „słabą”?
- Ja przypomniałam sobie, jak ktoś chciał zostać u Was nowicjuszem i Wy powiedzieliście mu: „Ja nie wezmę ciebie, ponieważ u ciebie słaba myśl”.
- Nie, ja powiedziałem mu inaczej. „Ja nie biorę ciebie na nowicjusza, ponieważ ty nie masz duchowego zdrowia”, – oto co mu powiedziałem. „A co znaczy „duchowe zdrowie”? – zapytał on. – „U ciebie nie ma dobrych myśli, – wyjaśniłem. – Jako u człowieka, u mnie mogą być wady, a jako u starego mnicha – mogą być i jakieś cnoty. Ale jeśli u ciebie nie ma dobrej myśli, to i moje wady, i moje cnoty pójdą ci na szkodę”. To o małym dziecku można powiedzieć, że, dopóki ono jeszcze niedojrzałe, jego myśl jest słaba. Ale o dorosłym człowieku powiedzieć tego nie można.
- Geronda, a czy wszyscy ludzie dorośli są dojrzali?
- U niektórych niedojrzała jest głowa. Mowa teraz jest nie o tych, u których ona po prostu nie działa. Jeśli człowiek nie prowadzi się prosto, to jego myśl ukierunkowuje się ku złemu i wszystko interpretuje krzywo. Taki człowiek nie ma duchowego zdrowia, i jemu nie pomaga nawet dobro. Nawet od dobra taki człowiek dręczy się.
- Geronda, a jeśli (w monasterze) dzieje się jakiś nieporządek, awantura, to czy jest sens szukać winnego?
- Ty najpierw poszukaj, czy nie jesteś winna w tym sama. Tak-to będzie lepiej!
- Geronda, jednak jeśli inni sami dają mi powód (myśleć, że winni są oni)?
- A ile razy taki sam powód dawałaś im ty? Porozmyślawszy o tym, ty zrozumiesz, że, odnosząc się w ten sposób do tego co się dzieje, popełnisz błąd.
- A mówiąc: „Najprawdopodobniej, (ten nieporządek) wydarzył się z winy takiej-to siostry”, my przyjmujemy myśl „z lewej”?
- Ty jesteś pewna, że twoja siostra rzeczywiście jest winna?
- Nie, ale ona robiła podobne i wcześniej.
- Skoro nie jesteś pewna, znaczy, to myśl „z lewej”. A oprócz tego, nawet jeśli ta siostra rzeczywiście jest winna, to kto wie, jak i dlaczego ona tak postąpiła.
- Geronda, jednak jeśli ja widzę, że, na przykład, u takiej-to siostry jest określona namiętność?
- Ty co, ihumenia? To ihumenia ponosi (za was) odpowiedzialność i dlatego powinna obserwować wasze namiętności. Ale wy dlaczego obserwujecie się nawzajem, jakie macie namiętności? Wy jeszcze nie nauczyłyście się pracować nad sobą. Jeśli chcecie nauczyć się pracować nad sobą, to badajcie, czym zajmują się inni, ale włączajcie do pracy dobre myśli o tym, co w nich widzicie. Niezależnie od tego, do jakiego celu dąży człowiek, – włączajcie do pracy dobre myśli. Dobra myśl zawiera w sobie miłość. Ona rozbraja człowieka i zachęca go odnosić się do ciebie po dobremu. Pamiętacie mniszki, które przyjęły rozbójnika jako Starca? Kiedy on im otworzył się, one zdecydowały, że to szaleniec ze względu na Chrystusa i dlatego udaje rozbójnika. Po tym one zaczęły odnosić się do niego z podwójnym szacunkiem. I w ostatecznym końcu te mniszki zbawiły i samego rozbójnika, i jego wspólników [10].
- Geronda, a co robić, jeśli siostra mówi mi nieprawdę?
- A jeśli ona była zmuszona powiedzieć tę nieprawdę z twojej winy? Albo, być może, ona (po prostu) zapomniała o czymś i powiedziane tobie – to nie kłamstwo? Na przykład, hotelowa prosi u kucharki trochę sałatki, a ta mówi, że u niej jej nie ma, ale pierwsza wie, że jest. Jeśli u hotelowej nie ma dobrych myśli, to ona powie: „Oto kłamczucha!”. Jednak, jeśli u niej są dobre myśli, ona powie: „Biedaczka, zaplątała się z pracą i zapomniała, że u niej została sałatka”. Albo też ona może usprawiedliwić siostrę taką myślą: „Widocznie, ona postanowiła zachować sałatkę na jakąś inną (ważniejszą) okazję”. Tak i ty: myślisz podobnie, ponieważ nie masz duchowego zdrowia. Gdyby ono u ciebie było, to nawet nieczyste widziałabyś czystym. Jednakowo patrzyłabyś i na owoce drzew owocowych, i na obornik, ponieważ obornik pomógł (drzewom) wyhodować ich owoce.
Ten, u kogo są dobre myśli, jest duchowo zdrowy i zło przemienia w dobro. Pamiętam, jak w czasie okupacji te dzieci, które miały silny organizm, za oba policzki pochłaniały kawał kukurydzianego chleba i wyróżniały się doskonałym zdrowiem. A dzieci bogatych rodziców jadły pszeniczny chleb z masłem, jednak chorowały, ponieważ ich organizmy były słabe. W życiu duchowym sprawy układają się dokładnie tak samo. Wziąć, na przykład, człowieka, mającego dobre myśli. Nawet jeśli ktoś niesprawiedliwie go uderzy, on powie: „Bóg dopuścił to, abym ja odkupił swoje poprzednie grzechy. Chwała Bogu!” Jeśli zaś dobrych myśli u tego człowieka nie ma, to, nawet jeśli ty zechcesz go czule pogłaskać, on pomyśli, jakoby zamachujesz się, chcąc zadać mu uderzenie. Popatrzcie na pijanych: człowiek zły w pijackim odurzeniu niszczy wszystko po kolei. Jeśli zaś u pijanego jest dobra dusza, on płacze i wszystkim wybacza. Jeden taki poczciwiec, upijając się, zaczynał mamrotać: „Ty oto patrzysz na mnie nieżyczliwie… Dobrze… Ja złotem ciebie obsypię. Prosto z wiadra!”.
Ten, kto ma dobre myśli wszystko widzi dobrym
Kiedy niektórzy mówili mi, że ulegają pokusie, widząc w Cerkwi dużo niewłaściwego, ja odpowiadałem im tak: „Jeśli zapytać muchę, czy są tu w okolicy kwiaty, to ona odpowie: „(Odnośnie kwiatów) nie wiem. A oto puszek po konserwach, obornika, nieczystości o-o w tym kanale pełne mnóstwo”. I mucha zacznie po kolei wymieniać tobie wszystkie śmietniki, na których ona była. A jeśli zapytać pszczołę: „Czy widziałaś tu w okolicy jakieś nieczystości?”, to ona odpowie: „Nieczystości? Nie, nie widziałam nigdzie. Tu tak dużo aromatycznych kwiatów!” I pszczoła zacznie wyliczać tobie mnóstwo różnych kwiatów – ogrodowych i polnych. Widzisz jak: mucha wie tylko o śmietnikach, a pszczoła – o tym, że niedaleko rośnie lilia, a trochę dalej rozkwitł się hiacynt”.
Jak ja rozumiem, jedni ludzie podobni są do pszczoły, drudzy do muchy. Ci, którzy podobni są do muchy, w każdej sytuacji wyszukują coś złego i zajmują się tylko tym. W niczym oni nie widzą ani kropelki dobrego. Ci, którzy podobni są do pszczoły, znajdują dobre we wszystkim. Człowiek uszkodzony i myśli ma uszkodzone. Do wszystkiego on odnosi się z uprzedzeniem, wszystko widzi na lewą stronę, podczas gdy ten, u kogo są dobre myśli, – co by nie zobaczył, co by mu nie powiedzieli – włącza do pracy dobre myśli.
Pewnego razu do mnie do celi przyszedł chłopiec – uczeń drugiej klasy gimnazjum [11]. On zastukał żelaznym klepadłem w furtkę. Choć oczekiwał mnie cały worek nieprzeczytanych listów, postanowiłem wyjść i zapytać, co on chce. „No, – mówię, – co powiesz, chłopcze?” – „To, – pyta, – cela ojca Paisija? Potrzebny mi jest ojciec Paisij” – „Cela-to, – odpowiadam, – jego, ale samego Paisija nie ma – poszedł kupić papierosy”. – „Widocznie, – z dobrą myślą odpowiedział chłopiec, – batiuszka poszedł po papierosy, ponieważ chciał okazać komuś przysługę”. – „Dla siebie, – mówię, – kupuje. U niego skończyły się papierosy, i on, jak szaleniec, popędził po nie do sklepu. Zostawił mnie tu samego, i ja nawet nie wiem, kiedy on wróci. Jeśli zobaczę, że go długo nie ma, – też pójdę”. W oczach chłopca zabłysły zły, i on – znów z dobrą myślą – powiedział: „Jak my zamęczamy Starca!” – „A poco on tobie, – pytam, – potrzebny?” – „Chcę, – mówi, – wziąć od niego błogosławieństwo”. „Jakie jeszcze błogosławieństwo, głuptasie! On przecież w złudzeniu! Taki rozpustny człowieczek – ja go znam na wylot (jak obłupanego). Tak więc na próżno nie czekaj. Przecież on, kiedy wróci, będzie w złym humorze. A to jeszcze pijany zjawi się – on przecież w dodatku do wszystkiego i za kołnierz nie wylewa”. Jednak, co bym nie mówił temu chłopcowi, do wszystkiego on odnosił się z dobrą myślą. „No dobrze, – powiedziałem wtedy, – ja poczekam na Paisija jeszcze trochę. Powiedz, co ty chcesz, i ja mu przekażę”. – „U mnie, odpowiada, – Jest do Starca list, ale ja poczekam na niego, aby wziąć od niego błogosławieństwo”.
Widzicie jak! Co bym mu nie mówił – on wszystko przyjmował z dobrą myślą. Ja powiedziałem mu: „Ten Paisij, jak szaleniec, popędził po papierosy”, a on, usłyszawszy to, zaczął wzdychać, w oczach pojawiły się łzy. „Kto wie, dlaczego on po nie poszedł? – pomyślał on. – Prawdopodobnie chciał uczynić dobry uczynek”. Inni tyle czytają (i dobrych myśli nie mają). A tu – uczeń drugiej klasy gimnazjum ma takie dobre myśli! Ty mu psujesz myśli, a on majstruje nowe, lepsze od pierwszych, i na ich podstawach dochodzi do lepszego wniosku. Ten dzieciak doprowadził mnie do zachwytu. Coś takiego zobaczyłem pierwszy raz.
Myśli uświęconego człowieka i myśli człowieka przewrotnego
- Geronda, czy rozumie człowiek, mający świętość, kto przewrotny (a kto nie)?
- Tak, on rozumie jak człowieka przewrotnego tak i człowieka świętego. On widzi czynione przez kogoś zło, ale jednocześnie widzi w czyniącym zło i jego wewnętrznego człowieka. On rozpoznaje, że to zło – od kusiciela, że ono przychodzi do człowieka z zewnątrz. Swoimi oczami duszy on widzi własne zgrzeszenia jako wielkie, a grzechy innych – jako małe. On rzeczywiście widzi je małymi, a nie oszukuje siebie samego. On może rozumieć, że popełniane przez kogoś – jest przestępstwem, ale – w dobrym sensie tego słowa – usprawiedliwia przewrotność złego człowieka. On nie gardzi takimi ludźmi, nie uważa ich niższymi od siebie. On nawet może uważać takich ludzi za lepszych od siebie i świadomie – z wielu przyczyn – znosić czynione przez nich zło. Na przykład, widząc złośliwość przestępcy, taki człowiek myśli, że temu przestępcy nikt nie pomógł, i dlatego ten opuścił się do tego, że zaczął popełniać złoczyństwa. A jeszcze on rozumie, że i sam mógłby znaleźć się na miejscu tego nieszczęsnego, gdyby Bóg zostawił go bez Swojej pomocy. (Odnosząc się do zła) w podobny sposób, taki człowiek przyjmuje wielką Łaskę. A z człowiekiem przewrotnym dzieje się odwrotne. Widząc świętość prawego człowieka, on nie zna jego dobrych myśli – podobnie jak nie zna ich i sam diabeł.
Ten, kto wykonuje (nad sobą) subtelną pracę, usprawiedliwia innych i nie usprawiedliwia siebie. I im bardziej on postępuje do przodu w stosunku duchowym, tym większą osiąga wolność i tym bardziej kocha Boga i ludzi. Wtedy on nie może zrozumieć, co znaczy złośliwość, ponieważ stale ma o innych dobre myśli; jego myśli stale są czyste, i na wszystko on patrzy duchowo, święcie. Nawet upadki bliskich przynoszą pożytek takiemu człowiekowi. On wykorzystuje je jako niezawodny hamulec dla siebie samego, aby być uważnym i nie ponieść katastrofy. I przeciwnie: człowiek, który nie oczyścił się, myśli przewrotnie i na wszystko dookoła patrzy przewrotnie. Swoją przewrotnością on brudzi nawet dobre, życzliwe. Nawet cnoty innych nie przynoszą mu pożytku, ponieważ, będąc zamroczonym czarną ciemnością zabójcy człowieka (diabła), on i cnoty interpretuje z pomocą swego „Interpretacyjnie-przewrotnego słownika”. On zawsze przebywa w rozstrojeniu i bliźnich stale rozstraja swoją duchową ciemnością. Jeśli taki człowiek chce uwolnić się, on powinien zrozumieć, że musi on czyścić swoją duszę, aby przyszło do niego duchowe oświecenie, oczyszczenie umysłu i serca.
- Geronda, a dlaczego czasem jeden i ten sam człowiek bywa to przewrotnym, to dobrym?
W tym przypadku podlega on odpowiednim wpływom i zmianom. Człowiek jest łatwo zmienny. Przewrotne myśli mogą być od diabła, jednak zdarza się, że przewrotnie myśli sam człowiek. To znaczy często wróg stwarza pewne sytuacje, aby wywoływać u ludzi złe myśli. Raz do mnie do celi przyszedł pewien archimandryta, ale ja nie zdążyłem go przyjąć. Kiedy on przyszedł drugi raz, ja byłem ciężko chory i znów nie mogłem z nim porozmawiać i poprosiłem przyjść jeszcze raz. Wtedy archimandryta zaczął zadręczać siebie myślami, że ja nie chcę go widzieć, odczuwam do niego nieprzyjaźń. On poszedł do monasteru, któremu podporządkowana była moja Cela, i zaczął na mnie skarżyć się. Wszystko to wydarzyło się poprzez złośliwy nacisk złego diabła.
Myśli człowieka – wskaźnik jego duchowego stanu
- Geronda, dlaczego dwie osoby na jedną i tę samą rzecz patrzą niejednakowo?
- A czy wszystkie oczy widzą jednakowo wyraźnie? Aby widzieć wyraźnie, czysto, trzeba mieć bardzo zdrowe oczy duszy. Przecież, jeśli są zdrowe oczy duszy, człowiek ma wewnętrzną czystość.
- A dlaczego, Geronda, czasem bywa, że jedno i to samo zdarzenie jeden człowiek uważa za błogosławieństwo, a drugi – za nieszczęście?
- Każdy interpretuje to co się dzieje odpowiednio ze swymi myślami. Na każde zdarzenie, zjawisko można spojrzeć jak z dobrej, tak i ze złej strony. Pewnego razu ja usłyszałem o następującym zdarzeniu. W pewnej miejscowości był monaster. Powoli dookoła zaczęli wznosić budynki i stopniowo monaster okazał się zaciśnięty świeckimi domami ze wszystkich stron. Wieczernię służyli tam o północy – wraz z Jutrznią. Świeccy, żyjący dookoła, też przychodzili na nabożeństwo. Pewnego razu jeden początkujący młody mnich, wychodząc na nabożeństwo, zapomniał zamknąć drzwi swojej celi, i weszła do niej kobieta. Kiedy mnich o tym dowiedział się, to strasznie wzburzył się: „Bieda! Cela zbezczeszczona! Już, koniec, przepadłem!” Niedługo myśląc chwyta on flakon ze spirytusem, wylewa zawartość na podłogę i podpala! „Dezynfekcja podłogi” Jeszcze troszkę – i spaliłby monaster. Podłogę w celi to on spalił, jednak nie spalił swojej myśli. A właśnie to ją należało spalić, ponieważ w myśli i było zawarte zło. Gdyby, włączywszy do pracy dobrą myśl, mnich powiedział sobie, że kobieta weszła do jego celi z szacunku i pobożności, pragnąc otrzymać pożytek, wziąć (jako błogosławieństwo mnisią) łaskę, aby potem samej trudzić się ascetycznie w domu, to z nim wydarzyła by się duchowa przemiana i on wysławił by Boga.
Duchowy stan człowieka widać z jakości jego myśli. Ludzie mniemają o rzeczach i wydarzeniach odpowiednio z tym, co mają w sobie samym. Nie mając w sobie duchowego, oni czynią błędne wnioski i niesprawiedliwie odnoszą się do innych. Na przykład, ten, kto nocami, chcąc zostać nieznanym, czyni jałmużnę, i o przechodniu, spotkanym późno w nocy na ulicy, nigdy nie pomyśli źle. A ten, kto przepala swoje noce w grzechu, zobaczywszy spóźnionego przechodnia, powie: „Oto bestia, gdzież on się włóczył całą noc?”, ponieważ sądzi według własnego doświadczenia. Albo, na przykład, człowiek, mający dobre myśli, usłyszawszy nocą stukanie na wyższym piętrze, uraduje się: „Czynią pokłony!”. A ten, u kogo dobrych myśli nie ma, złośliwie burknie: „Przetańczyli całą noc na okrągło!” Jeden usłyszawszy melodyjny śpiew powie: „Jakie wspaniałe cerkiewne pieśni!”, a drugi rozzłości się: „A co to tam jeszcze za piosenki wykrzykują!”
Pamiętacie, jaką postawę do Chrystusa okazali dwaj rozbójnicy, ukrzyżowani razem z Nim? Obaj widzieli ukrzyżowanego na Krzyżu Chrystusa, obaj czuli jak zatrzęsła się ziemia, obaj byli w tym samym położeniu. Jednak co pomyślał jeden i co drugi? Jeden – ten, co wisiał z lewej strony, bluźnił Chrystusowi i mówił: „Jeśli Ty jesteś Chrystus, zbaw Siebie i nas” [12]. Drugi – po prawej stronie – wyznawał tak: „My bowiem należne według uczynków naszych otrzymaliśmy: Ten zaś ani jednego zła nie uczynił” [13]. Jeden poszedł na wieczną mękę, drugi – zbawił się.
Jakie myśli są bluźniercze
- Geronda, ja nie rozumiem, kiedy myśli są bluźniercze…
- Kiedy nam do umysłu przychodzą paskudne obrazy o Chrystusie, Matce Bożej, Świętych, o czymś boskim i świętym albo nawet o naszym ojcu duchowym i temu podobne, to są to bluźniercze myśli. Tych myśli i opowiadać nikomu nie trzeba.
- Nawet Ojcu duchowemu?
- Ojcu duchowemu wystarczy powiedzieć: „Mi przychodzą bluźniercze myśli o Chrystusie albo o Świętym Duchu, o Matce Bożej, o Świętych albo o tobie – moim ojcu duchowym”. Wszystkie te bluźnierstwa i grzechy nie są nasze – one pochodzą od diabła. Dlatego nam nie ma potrzeby rozstrajać się jeszcze i z powodu grzechów diabła. Kiedy ja byłem początkującym mnichem, diabeł jakiś czas przynosił mi bluźniercze myśli – nawet w cerkwi. Ja bardzo denerwowałem się. Diabeł wpajał mi paskudne myśli o Świętych, (w charakterze materiału wyjściowego) wykorzystując te wulgaryzmy i nieprzyzwoitości, które ja słyszałem od innych, będąc w wojsku. „Te myśli są od diabła, – pouczał mnie mój ojciec duchowy. – Skoro człowiek rozstraja się z powodu nieczystych myśli o świętości, które u niego pojawiają się, to już dowodzi, że one nie są jego własne, a przychodzą z zewnątrz”. Ale ja dalej rozstrajałem się. Kiedy przychodziły bluźniercze myśli, ja odchodziłem modlić się do bocznego ołtarza Czestnego Ioanna Poprzednika, przykładałem się do jego ikony, i ona wydzielała aromat. Kiedy bluźniercze myśli przychodziły znów, ja znów śpieszyłem do bocznego ołtarza Poprzednika, i od ikony znów wydzielał się aromat. Podczas jednej Bożej Liturgii ja byłem w bocznym ołtarzu i modliłem się. Kiedy chór zaśpiewał „Swiatyj Boże” Nilewsa [14], ja ze swego miejsca zacząłem cichutko podśpiewywać. Nagle zobaczyłem, jak przez drzwi, prowadzące do przedsionka głównej świątyni, do bocznego ołtarza wwala się ogromna straszna bestia z głową psa. Z jego paszczy i oczu buchały płomienie. Potwór zwróciła się do mnie i, rozdrażniony tym, że ja śpiewam „Swiatyj Boże”, dwa razy złośliwie pogroził mi łapą. Rzuciłem spojrzenie na mnichów, modlących się obok mnie: być może, oni też widzieli (bestię)? Nie, nikt nic nie zauważył. Potem ja opowiedziałem o wydarzeniu ojcu duchowemu. „No, widziałeś, kto to był? – powiedział ojciec duchowy. – To właśnie on sam i jest. Teraz uspokoiłeś się?”
- Geronda, a czy zawsze człowiek rozumie, że jego myśl jest bluźniercza?
- On rozumie to, jeśli pracuje głową, którą dał mu Bóg. Na przykład, niektórzy zadają mi pytanie: „Geronda, jak możliwe jest istnienie mąk piekielnych. My martwimy się, widząc człowieka, siedzącego w więzieniu, co więc mówić o tych, którzy męczą się w piekle!” Jednak takie rozważania – bluźnierstwo na Boga. Ci ludzie przedstawiają siebie bardziej prawymi (sprawiedliwymi), niż On. Bóg wie, co czyni. Pamiętacie przypadek, opowiedziany przez Świętego Grigorija Dialoga? Pewnego razu biskup Fortunat wypędził nieczystego ducha z opętanej kobiety. Wypędzony bies przyjął postać żebraka, wrócił do miasta i zaczął obwiniać biskupa. „Niemiłosierny wypędził mnie!” – krzyczał on. Jeden człowiek, usłyszawszy te krzyki, pożałował „nieszczęsnego”: „Co za zło popchnęło go aby ciebie wypędzić! Jak on mógł to zrobić! A no, dawaj, wejdź do mego domu”. Diabeł wszedł do jego domu i zaraz poprosił: „Podrzuć do ognia drzewa, bo ja marznę”. Gospodarz położył do ognia grube polana, płomienie wesoło buchnęły. A kiedy ogień rozpalił się jak należy, diabeł wszedł w dziecko gospodarza domu. W przypływie opętania nieszczęsne skoczyło w ogień i spłonęło. Wtedy gospodarz zrozumiał, kogo wypędził biskup i kogo on przyjął do swego domu. Biskup Fortunat wiedział, co robił, kiedy wypędzał nieczystego ducha z opętanej [15].
Skąd pochodzą bluźniercze myśli
- Geronda, czy moglibyście Wy opowiedzieć nam coś o dobrej obojętności?
- Dobra obojętność niezbędna jest człowiekowi nadmiernie wrażliwemu, którego męczy różnymi myślami tangałaszka [16]. Takiemu człowiekowi dobrze byłoby stać się trochę niewrażliwym – w pozytywnym sensie tego słowa – i nie grzebać się w myślach pewnego rodzaju. Oprócz tego, dobra obojętność niezbędna jest człowiekowi, którego diabeł, pragnąc wyprowadzić ze stroju, uczynił nadmiernie wrażliwym odnośnie jakiejś konkretnej sprawy albo zjawiska – choć zwykle taki człowiek z powodu nadmiernej wrażliwości nie cierpi. I takiemu człowiekowi na jakiś czas pomoże dobra obojętność. Jednak powinien obserwować go ojciec duchowy. On powinien otwierać swoje myśli ojcu duchowemu i być pod jego obserwacją. W przeciwnym wypadku on może powoli stać się obojętnym wobec wszystkiego i wpaść w przeciwną skrajność – przemienić się w całkiem obojętnego człowieka.
- Geronda, dlaczego, kiedy ja popadam w smutek, u mnie pojawiają się bluźniercze myśli?
- Patrz, co się dzieje: widząc ciebie zasmuconą, tangałaszka wykorzystuje to i podsuwa ci świeckiego karmelka – grzeszną myśl. Jeśli ty pierwszy raz padniesz (przyjąwszy tę myśl-karmelka), to następnym razem on rozstroi ciebie jeszcze bardziej i u ciebie nie będzie sił przeciwstawić się mu. Dlatego nigdy nie trzeba przebywać w stanie smutku, zamiast tego lepiej zając się czymś duchowym. Duchowe zajęcie pomoże tobie wyjść z tego stanu.
- Geronda, ja bardzo męczę się od niektórych myśli…
- One są od złego. Bądź spokojna, i nie słuchaj ich. Jesteś osobą wrażliwą, czułą. Diabeł, wykorzystując twoją wrażliwość, wpaja tobie (przyzwyczajenie) przykładać do niektórych myśli nadmierną uwagę. On „przykleja” do nich twój umysł, i ty niepotrzebnie męczysz się. Na przykład, on może przynieść tobie paskudne myśli o matuszce-ihumeni albo nawet o mnie. Zostawiaj te myśli bez uwagi. Jeśli odniesiesz się do bluźnierczej myśli choćby z niewielką uwagą, ona może ciebie zamęczyć, może ciebie złamać. Tobie niezbędne jest trochę dobrej obojętności. Bluźnierczymi myślami diabeł zwykle męczy pobożnych i bardzo wrażliwych ludzi. On wyolbrzymia ich upadek (w ich własnych oczach) dlatego, aby pogrążyć ich w smutku. Diabeł stara się strącić ich w rozpacz, aby oni skończyli z sobą (popełnili samobójstwo), jeśli to mu się nie udaje, to stara się, przynajmniej, wyprowadzić ich z rozumu i rozstroić. Jeśli zaś diabłu nie udaje się i to, to sprawia mu przyjemność naprowadzić na nich choćby przygnębienie, melancholię, smutek.
Spotkałem kiedyś człowieka, który nieustannie pluł. „On jest opętany przez biesa”, – powiedzieli mi o nim. „A nie, – odpowiadam, – opętani tak się nie zachowują”. I rzeczywiście, jak wiarygodnie dowiedziałem się potem, ten biedaczysko nie zawinił na tyle, aby stać się opętanym. On wyrastał jako sierota i wyróżniał się wrażliwością, czułością. W dodatku u niego była myśl „z lewej” i nieco chorobliwa wyobraźnia. Diabeł wszystko to rozpalił i zaczął przynosić mu bluźniercze myśli. I kiedy on je przynosił, nieszczęsny przeciwstawiał się, podskakiwał i, pragnąc uwolnić się od bluźnierczych myśli, „wypluwał” je. A ci, którzy obserwowali to z boku, myśleli, że jest on opętany przez biesa. Oto jak: wrażliwy biedak wypluwał bluźniercze myśli, a jemu mówili: „Ty jesteś opętany przez biesa!”
Często bluźniercze myśli przychodzą do człowieka i z zawiści diabła. Zwłaszcza po całonocnym czuwaniu. Bywa, że ze zmęczenia ty padasz jak martwy i nie możesz przeciwdziałać wrogowi. Oto wtedy złoczyńca diabeł i przynosi tobie bluźniercze myśli. A potem, pragnąc ciebie zaplątać (zmylić) albo pogrążyć w rozpaczy, zaczyna wpajać: „Przecież takich myśli i sam diabeł nie przyniesie! Teraz ty nie zbawisz się”. Diabeł może przynieść człowiekowi bluźniercze myśli nawet na Świętego Ducha, a potem powiedzieć, że ten grzech – bluźnierstwo na Świętego Ducha nie jest przebaczany.
- Geronda, a czy może bluźniercza myśl przyjść z naszej własnej winy?
- Tak. Człowiek może i sam dać powód dla przyjścia takiej myśli. Jeśli bluźniercze myśli nie są wywołane nadmierną wrażliwością, to one przychodzą z powodu pychy, osądzania i temu podobnego. Dlatego, jeśli trudząc się ascetycznie, wy macie myśli niewiary i bluźnierstwa, wiedzcie, że wasza asceza wypełniana jest z pychą. Pycha zaciemnia umysł, zaczyna się niewiara, i człowiek pozbawia się opieki Bożej Łaski. Oprócz tego, bluźniercze myśli opanowują człowieka, który zajmuje się dogmatycznymi sprawami, nie mając do tego odpowiednich przesłanek [17].
Pogarda wobec bluźnierczych myśli
- Geronda, Abba Izaak mówi, że my pokonujemy namiętności „pokorą, a nie wywyższeniem” [18]. Pogarda, lekceważenie wobec jakiejś namiętności, wywyższenie (nad nią) i pogarda wobec bluźnierczych myśli – to nie jedno i to samo?
- Ne. W pogardzie wobec namiętności jest hardość (pycha), pewność siebie i – co najgorsze – samousprawiedliwienie. To znaczy ty usprawiedliwiasz siebie i „wyrzekasz się” od swojej namiętności. Jakoby mówisz: „To namiętność nie moja, ona nie ma ze mną nic wspólnego” – i nie trudzisz się, aby od niej się uwolnić. A oto bluźniercze myśli my powinniśmy lekceważyć, ponieważ, jak już mówiłem, one nie są nasze, a od diabła.
- A jeśli człowiek udaje przed innym, że ma jakąś namiętność, na przykład, przedstawiając siebie jako obżartucha, to przez to on wyśmiewa się z diabła?
- W tym przypadku on „fałszuje dobrym fałszem”, ale nie jest to wyśmiewanie się nad diabłem. Ty wyśmiewasz się nad diabłem, kiedy on przynosi tobie bluźniercze myśli, a ty śpiewasz coś cerkiewnego.
- Geronda, jak odpędzić bluźnierczą myśl podczas nabożeństwa?
- Pieśnią. „Otworzę usta moje…” [19]. Ty co, nie umiesz śpiewać z nut? Nie rozgrzebuj tej myśli, odnieś się do niej z pogardą. Człowiek, który stoi na modlitwie i rozmawia z taką myślą, podobny jest do żołnierza, który składa raport dowódcy i przy tym rozkręca granat.
- A jeśli bluźniercza myśl nie odchodzi?
- Jeśli nie odchodzi, wiedz, że gdzieś w tobie ona upatrzyła sobie miejsce. Najskuteczniejszy środek – to pogarda wobec diabła. Przecież za bluźnierczymi myślami ukrywa się on – nauczyciel podstępu, (fałszu, obłudy, zła). Podczas walki podstępnych myśli lepiej nie walczyć z nimi nawet modlitwą Jezusową, ponieważ, wypowiadając ją, pokażemy swój niepokój i diabeł, celując w nasze słabe miejsce, będzie ostrzeliwać nas podstępnymi myślami bez końca. W tym przypadku lepiej śpiewać coś cerkiewnego. Patrz, przecież i małe dzieci, pragnąc pokazać pogardę swemu rówieśnikowi, przerywają jego mowę różnymi piosenkami w rodzaju „tra-la-la”. To samo powinniśmy robić i my w stosunku do diabła. Jednak pokazujmy swoja pogardę do niego nie świeckimi piosenkami, świętymi pieśniami. Cerkiewne pieśni – to nie tylko modlitwa do Boga, ale i pogarda wobec diabła. W ten sposób, przewrotny dostanie na orzechy (zostanie ukarany po karku) i z jednego i z drugiego boku – i on pęknie.
- Geronda, będąc w takim stanie, ja nie mogę śpiewać. Nawet do Świętego Priczastija podchodzić nie jest mi łatwo.
- To bardzo niebezpieczne! Tangałaszka zapędza ciebie w kąt! I śpiewaj i przyjmuj Priczastije – przecież te myśli nie są twoje. Okaż mi posłuszeństwo choćby w tym (podczas walki myśli) zaśpiewaj jeden raz „Dostojo jest’”, żeby tangałaszka otrzymał to, co mu się należy, puścił się w ucieczkę. Ja nie opowiadałem tobie o pewnym atoskim mnichu? Jako Dwunastoletni sierota on przyszedł na Świętą Górę. Straciwszy miłość swojej naturalnej matki, on całą miłość oddał Matce Bożej. On żywił do Niej takie same uczucia, jak do swojej rodzonej matki. Gdybyś ty widziała, z jaką bogobojnością on przykładał się do ikon! I oto wróg, zagrawszy na tej miłości, przyniósł mu bluźniercze myśli. Nieszczęsny nawet do ikon przykładać się przestał. Jego Starec, dowiedziawszy się o tym, wziął go za rękę i zmusił przyłożyć się do obliczy i rąk Przenajświętszej Bogarodzicy i Zbawiciela na Ich ikonach. Od razu też po tym diabeł puścił się do ucieczki. Oczywiście, całować Bożą Matkę i Zbawiciela prosto w oblicze – to, w pewnym sensie, zuchwalstwo. Ale Starec zmusił mnicha uczynić to, aby przepędzić męczące go myśli.
W jakich przypadkach sami jesteśmy winni za bluźniercze myśli
- Geronda, kiedy ja doświadczam ataku bluźnierczej myśli, ale bez zgadzania się z nią [20], to czy spada na mnie wina?
- Jeśli ty martwisz się i nie przyjmujesz tej myśli, to winy nie ma.
- Geronda, a kiedy człowiek winny jest w bluźnierczej myśli?
- On jest winny, jeśli nie smuci się, że ma taką myśl, a siedzi (złożywszy ręce) i rozmawia z nią. I im bardziej on będzie przyjmować bluźniercze myśli, tym większemu diabelskiemu zamętowi ulega. Przecież, oglądając bluźnierczą myśl, która się pojawiła i rozmawiając z nią w umyśle, ty w małym stopniu poddajesz się opętaniu przez biesa.
- A jak przepędzić takie myśli?
- Jeśli człowiek smuci się, że takie myśli do niego przychodzą i nie rozmawia z nimi, to, nie otrzymując pokarmu, one odpadają same sobą. Drzewo, które nie jest podlewane, usycha. Jednak, zacząwszy choćby trochę cieszyć się tymi myślami, on daje im pokarm, „podlewa” swego starego, ulegającego rozkładowi człowieka. W tym przypadku myśli „usychają” niełatwo.
- A ze mną, Geronda, czasem zdarza się następujące: ja przyjmuję bluźniercze myśli, zgadzam się z nimi, potem rozumiem to, ale już nie mogę ich odpędzić.
- Wiesz, co z tobą się dzieje? W jakimś momencie ty na coś odrywasz się, rozpraszasz się i z otwartymi ustami zaczynasz liczyć wrony. Wtedy do ciebie podkrada się tangałaszka i wrzuca w twoje rozdziawione usta karmelka. Ty zaczynasz obracać go w ustach, czujesz jego smak, i już trudno ci go wyplunąć. Trzeba wypluwać od razu – ledwie-ledwie poczujesz jego „słodkość”.
- Geronda, a jeśli ja nie na długo przyjmuję pojawiającą się bluźnierczą myśl, ale potem ją wypędzam?
- W tym przypadku diabeł daje landrynkę, ty ją wypluwasz – ale nie od razu, a po jakimś czasie. Wypluwać trzeba natychmiast. W przeciwnym przypadku, oszukawszy ciebie na początku z pomocą landrynki, diabeł potem napoi ciebie gorzkim zielem i poszydzi nad tobą.
Zaufanie myśli – początek złudzenia
- Geronda, ja, kiedy rozzłoszczę się, staję się jak wzburzony potok – nie mogę powstrzymać się.
- A dlaczego ty nie możesz powstrzymać się?
- Dlatego że wierzę swoim myślom.
- Cóż, skoro tak, to u ciebie swoje własne „wierzę”, jest własnym „symbolem wiary”! Cała sprawa w egoizmie. Nie usprawiedliwiaj swojej myśli. Wyrzucaj głupią myśl sama, nie przyjmuj jej.
- A jak ja mogę zrozumieć, że myśl jest „głupia”
- E, skoro ty tego nie rozumiesz, to odkrywaj ją matuszcze-ihumeni. I wyrzucaj myśl jednym zamachem – słuchając się jej (Matuszki) we wszystkim, co ona tobie powie. Jeśli duchowy człowiek zawierza swojej myśli, to jest to początek złudzenia. Jego umysł zaćmiewa się dumą, i on może wpaść w złudzenie. Już lepiej mu wtedy uszkodzić się w rozsądku (umyśle), ponieważ w tym przypadku będzie on miał łagodzące winę okoliczności.
- Geronda, a czy inni (już) nie są w stanie pomóc takiemu człowiekowi?
- Aby człowiekowi, będącemu w takim stanie, poszła na pożytek czyjaś pomoc, on i sam powinien sobie pomóc. Powinien zrozumieć, że wierzyć swojej myśli, która wpaja mu, że on jest lepszy od wszystkich, że jest on święty i temu podobne, – to złudzenie. Od takiej myśli, jeśli sam człowiek ją utrzymuje, – nie odbijesz nawet z armaty. Aby ta myśl odeszła, trzeba spokornieć. Czasem ludzie, będący w takim stanie, proszą mnie pomodlić się za nich. A jak pomoże takiemu człowiekowi moja modlitwa? Jeśli on sam zatrzymuje w sobie lont, który wsunął w niego diabeł, to znów wyleci w powietrze. To tak jakby człowiek (siedział na beczce prochu) trzymając w ręku lont i przy tym prosił ciebie pomóc mu uniknąć wybuchu!
- Geronda, ja stałam się po prostu nienormalną…
- A kto też tobie to powiedział? Czyż nie twoja myśl? (Nie bój się) – ja ze Świętej Góry ciebie obserwuję. Pamiętam o tobie. Nie stałaś się ty nienormalną, nie stałaś się. Ale oto jeśli zaczniesz wierzyć swojej myśli, ona istotnie wyprowadzi ciebie z rozumu. Nie wierz swojej myśli: ani kiedy ona mówi, że jesteś stracona, ani kiedy tytułuje cię świętą.
Zaufanie myśli doprowadza do chorób duszy
- Geronda, jeśli człowiek męczy się myślą, że wszyscy dookoła są jakoby nim jednym tylko zajęci, to jak on może odpędzić tę myśl?
- Ta myśl od złego, który stara się uczynić człowieka chorym. Trzeba odnosić się do takiej myśli z obojętnością, nie zwracać na nią uwagi. Nie można jej wierzyć ani na grosz. Na przykład, człowiek podejrzliwy, zobaczywszy, jak dwóch jego znajomych cicho rozmawiają między sobą, myśli: „A przecież to oni dla mnie kosteczki opłukują! Nie spodziewałem się po nich czegoś takiego!” A ludzie rozmawiają całkiem o czym innym. Jeśli dać takiej myśli wolność, to stopniowo ona „nabierze obrotów” i człowiek dojdzie do tego, że zacznie myśleć, że niby go śledzą, prześladują go. Nawet jeśli ktoś ma „niezaprzeczalne dowody” o tym, że otaczający zajęci są tylko nim jednym, on powinien wiedzieć, że te „fakty” przetasował (zmanipulował) w tak przebiegły sposób nie kto inny, jak sam wróg, pragnąc przekonać człowieka (o prawdziwości wpajanej myśli). Jakiż z diabła chytry tasujący karciarz (manipulator)!
Ja znam jednego młodzieńca. Będąc bardzo mądrym, on wierzy swojej myśli, która wpaja, jakoby jest on psychicznie niezrównoważony. Przyjmując myśli, które przynosi mu tangałaszka, młody człowiek stworzył sobie całą kupę kompleksów. On próbował popełnić samobójstwo, całkowicie wymęczył swoich rodziców. Bóg dał mu siły i talenty, ale wróg wszystko to doprowadza do niezdatności. Tak młodzieniec męczy się sam i męczy innych. Ja nie mogę zrozumieć: no dlaczego ludzie przyjmują te myśli tangałaszki i sami czynią swoje życie nieznośnym? Potem oni nawet Boga zaczynają obwiniać w tym, co z nimi się dzieje, a przecież On tak nam czyni dobro i tak nas kocha! Co byś nie mówił takim ludziom – pożytku nie będzie. Póki sam człowiek nie przestanie wierzyć myślom, które przynosi mu wróg, wszystkie rozmowy z nim wyczerpują siły i nic więcej.
- Geronda, wrażliwość – to słabość duszy, choroba?
- Nie. Luboczestije i wrażliwość, czułość – to naturalne dary (talenty), jednak, ku nieszczęściu, diabłu (czasem) udaje się wykorzystać je do swoich celów. Diabeł często wpaja czułemu, wrażliwemu człowiekowi zagęszczać farby (wyolbrzymiać sytuację), aby on nie miał sił znieść jakąś trudność albo też – trochę zniósłszy ją – załamał się, rozczarował się, zmęczył się i w ostatecznym końcu pokaleczył się. Jeśli z pożytkiem wykorzystać wrodzoną wrażliwość, czułość, to ona stanie się niebiańską. Jeśli zaś pozwolić, żeby wykorzystał ją diabeł, to ona wyjdzie człowiekowi bokiem (obróci się przeciwko niemu). Przecież jeśli człowiek nie wykorzysta swoich darów (talentów) na pożytek, to wykorzystuje je diabeł. Tak człowiek wyrzuca Boże dary. Zamiast tego żeby dziękować Bogu, on rozumie wszystko z lewej strony, odwrotnie. Jeśli wrażliwy człowiek wierzy swojej myśli, to może doprowadzić go to nawet do szpitala psychiatrycznego. Oczywiście, nie ma za co pochwalić i człowieka obojętnego, z jego ciągłą przyśpiewką: „Drobnostki życia!” Ale, przynajmniej, do szpitala psychiatrycznego tacy ludzie nie trafiają. Dlatego tangałaszka i poluje na ludzi wrażliwych.
A inni ludzie męczą siebie myślą, że jakoby są oni obciążeni ciężką dziedzicznością. Raczej, to tangałaszka przynosi im taki pomysł i stara się przekonać ich, że jakoby tak to i jest. Wróg nagania na takich ludzi strach, pragnąc zawrócić im głowę i bez poważnych przyczyn wyprowadzić ze stroju. Bo nawet gdyby w człowieku rzeczywiście było coś dziedzicznego – przed Łaską Bożą nie może utrzymać się nic. Pamiętacie świętego Kipriana [21] – byłego czarownika, który został hierarchą Cerkwi i męczennikiem Chrystusowym? A priepodobny Mojsiej Murin [22]? Na początku był rozbójnikiem, a w monastycyzmie przewyższył wrażliwością wielu wielkich ojców. Jaki wielki stopień doskonałości on osiągnął! Kiedy odwiedził go święty Makarij, priepodobny Mojsiej zapytał go: „Co mam robić? Mnie niepokoją ludzie, i ja nie mogę zachować milczenia”. – „Mojsiej, – odpowiedział mu: „Abba Makarij, – ty jesteś bardzo wrażliwy. Idź na Arabską pustynię, ponieważ przepędzić ludzi ty nie możesz” [23]. Święty Mojsiej – ten były rozbójnik – przewyższył delikatnością usposobienia duszy nawet priepodobnego Arsienija Wielkiego, który pochodził ze sławnej rodziny, był człowiekiem wykształconym, kulturalnym. Widzisz, co czyni Boża Łaska! Ale o priepodobnym Mojsieju koniecznie trzeba powiedzieć i to, że miał on wielką pokorę…
Dziwactwa zaczynają się od myśli
- Geronda, skąd pojawia się obrzydzenie?
- A czym ty się brzydzisz?
- A wszystkim co popadnie
- No, w takim razie tobie i będzie trafiać się wszystko co popadnie. I robaczki w jabłkach, i żuczki w fasoli, i włoski w chlebie…
- Geronda, mi właśnie wszystko to trafia się!
- Chwała Tobie, Panie. Widzisz, jak Bóg pomaga tobie pokonać swoją słabość?
- Geronda, a czy wszystko podobne nie zaczyna się od myśli? Przypuśćmy, siostrze trafił się w talerzu włos. Tak więc nich ona go wyrzuci – i koniec sprawy.
- A ty co, w żadnym przypadku nie można wyrzucać! Przecież ten włos dostał się jej jako błogosławieństwo! Niech ona koniecznie odda go mi, ja odwiozę go z sobą na Atos – jako błogosławieństwo!.. Pamiętam, pewnego razu na Synaju szliśmy dokądś z jednym mnichem. Po drodze dałem mu dwie brzoskwinki. Patrzę – nie je. On chciał je najpierw umyć, ale do kieszeni włożyć bał się – aby jeszcze i te mikroby, które siedziały w kieszeni, nie przedostały się na nie. Tak i przetrzymał całą drogę w rękach. Jego brat opowiadał o nim: „Mam ośmioro dzieci, i żona, wszystkich ich myjąc i opierając, zużywa mniej mydła, niż on jeden na mycie rąk!” I popatrzcie, co z nim się stało. Tam na Synaju, każdemu mnichowi przydzielano Beduina – do pomocy, przynosić jedzenie i temu podobne. Beduin, którego przydzielono wybrednemu mnichowi, był najbrudniejszy ze wszystkich. Czarny jak kominiarz! I jego ubranie, i on sam wydzielali straszny smród. Żeby obmyć brudasa, trzeba byłoby cały tydzień moczyć go w korycie! A jakie u niego były ręce!.. Lepiej nawet nie pytaj. Można było brać szpachlę i zeskrobywać z nich brud całymi kawałkami. Niechluj chwytał miskę z pokarmem i szedł do swego „podopiecznego” mnicha. Dwa brudne kciuki jego rąk przy tym obowiązkowo okazywały się zanurzone w zupie czy w kaszy. „Precz, precz!” – krzyczał mnich, gdy tylko zobaczył go na progu. W ostatecznym końcu on uciekł nie przebywszy na Synaju i dwóch tygodni.
A we wspólnotowym monasterze, gdzie żyłem wcześniej, był mnich, który w świecie pracował jako policjant dzielnicowy. On był wykształcony, i dlatego dali mu posłuszeństwo lektora w świątyni. On przeżył w monasterze niemało lat, ale, mimo tego, brzydził się wszystkim dookoła. Do klamek drzwi on nawet nie dotykał się, a otwierał drzwi nogą. Jeśli trzeba było podnieść zasuwkę, on robiło łokciem, a potem jeszcze przecierał rękaw spirytusem. On otwierał nogą nawet drzwi cerkwi. Kiedy on zestarzał się, to, z dopuszczenia Bożego, jego nogi zaczęły gnić i zalęgły się w nich robaki – zwłaszcza w tej, którą on otwierał drzwi do świątyni. Kiedy ja miałem posłuszeństwo w monasterskim szpitalu – pomagałem felczerowi, on akurat pierwszy raz przyszedł tam z zabandażowaną nogą. Felczer kazał mi rozwinąć jego nogę, a sam poszedł po bandaże. Och, cóż ja zobaczyłem, zdjąwszy opatrunek! Cała noga roiła się robakami! „Idź na morze, – powiedziałem mu, – i przemyj swoją nogę, oczyść ją z robaków. Potem przyjdź i my zrobimy ci opatrunek”. Do czegoż on doszedł! Jaka kara go spotkała! Byłem po prostu zszokowany. „Zrozumiałeś, w czym przyczyna?” – zapytał mnie felczer. „Jak nie zrozumieć! – odpowiedziałem. – Przyczyna w tym, że on otwierał drzwi cerkwi nogą”.
- Geronda, nawet będąc w takim stanie, on dalej otwierał drzwi nogą?
- Tak, nogą! A zestarzał się w stanie monastycznym!
- On tak niczego i nie zrozumiał?
- Nie wiem. Ja potem odszedłem z tego monasteru do przybytku Stomion w Konicy. Kto wie, jaką śmiercią on umarł? A w międzyczasie, niektórzy młodzi mnisi z tego samego monasteru podjadali po starych mnichach resztki z ich talerzy – jako błogosławieństwo. Oni zbierali po nich „nadwyżkę okruchów”. Inni mnisi (z czcigodności i pobożności) całowali klamkę drzwi, ponieważ dotykały jej ręce ojców. A ten, przykładając się do ikon, tylko ciut-ciut dotykał ich wąsami, które potem dokładnie przecierał watką ze spirytusem!
- Geronda, kiedy człowiek odnosi się tak do świętości, to brak czcigodności, pobożności?
- Zaczyna on to po prostu z obrzydzenia, ale potem zachodzi jeszcze dalej. Jak ten mnich: on doszedł do tego, że nie przykładał się do ikon ze strachu, że ten, kto przykładał się do nich wcześniej, był na coś chory!
- To znaczy, żeby nie być przewrażliwionym (nie odczuwać fałszywego obrzydzenia), trzeba nie zwracać na podobne rzeczy uwagi?
- Ludzie jedzą tyle wszelkiej zarazków, nie widząc ich. Ale jeśli człowiek, który boi się chorób albo czegoś jeszcze, czyni znak krzyża, to pomaga mu Chrystus. Wiecie, ilu różnych chorych przechodzi przez moją celę na Atosie? I oto niektórzy prostacy ocieniają siebie znakiem krzyża, biorą wspólny kubek i piją z niego wodę. A inni dotknąć się do niego – i to się boją. Kilka dni temu przychodził do mnie człowiek, zajmujący bardzo wysokie stanowisko w pewnej instytucji. Nieszczęśnik odczuwa tak wielki strach przed mikrobami, że od ciągłego przecierania spirytusem jego ręce zrobiły się białe jak kreda. On przeciera spirytusem nawet swój samochód. Zrobiło mi się żal biedaka. Wyobrażasz: zajmować tak wysokie stanowisko i tak się zachowywać? Ja wziąłem z pudełka kawałek łukuma (rachatłukum – słodkie ciasto) i podałem mu, ale on odmówił, ponieważ ja dotknąłem do łukuma swoimi rękoma. Jednak gdybym zaproponowałem mu aby sam wziął łukum z pudełka, on mimo wszystko odmówiłby, myśląc o tym, że ktoś mógł układał łukum do pudełka niemytymi rękoma. No cóż, wtedy ja biorę ten kawałeczek łukuma, nachylam się, obcieram nim jego buty i potem zjadam. Musiałem zrobić z nim taki żarcik kilka razy – i dopiero wtedy, z wielkim trudem, udało mi się trochę uwolnić go od tej słabości. A oto i dzisiaj przychodziła tu dziewczyna, odczuwająca strach przed chorobami. Wszedłszy do pokoju, gdzie ja przyjmuję ludzi, ona nie brała u mnie błogosławieństwa, bojąc się złapać zarazków. Ja chciałem jej pomóc i powiedziałem jej wiele pożytecznego, a ona po tym wszystkim, wychodząc, znów odmówiła przyjęcia mego błogosławieństwa. „Ja nie całuję twojej ręki, – wyjaśniła ona, – ponieważ boję się zarazić mikrobami”. Co ty powiesz? Tak ludzie sami czynią swoje życie czarnym (nie do wytrzymania).
Chorzy własną wyobraźnią
Najstraszniejsza choroba – to kiedy człowiek uwierzył swojej myśli o tym, że on na coś choruje. Ta myśl dusi człowieka trwogą, rozstraja go, pozbawia apetytu i snu, zmusza przyjmować lekarstwa, i w ostatecznym końcu, będąc zdrowym, człowiek rzeczywiście zaczyna chorować. Ja rozumiem, kiedy leczy się człowiek, który rzeczywiście na coś choruje. Ale będąc najpierw zdrowym, a potem, pomyślawszy, że chory, rzeczywiście zachorować, nie mając do tego żadnych przyczyn, tego ja zrozumieć nie mogę. Na przykład, bywa tak: człowiek posiada i cielesną i duchową siłę, ale, pomimo tego, nie może zrobić nic, ponieważ uwierzył swojej myśli, wpajającej, że jest niezdrowy. W rezultacie człowiek gaśnie i cieleśnie i duchowo. I on nie kłamie ( – to rzeczywiście tak). Uwierzywszy w to, że ma jakąś chorobę, człowiek wpada w panikę, załamuje się, i potem nie ma sił cokolwiek zrobić. Tak, bez jakiejkolwiek ważnej przyczyny, on doprowadza siebie do niezdatności.
Czasem do mnie do celi przychodzą poważnie załamani ludzie. „Myśl mówi mi, że mam AIDS”, – mówią oni i wierzą w to. „Być może w twoim życiu było to-to i to-to?” – pytam. „Nie, – odpowiadają, – nic takiego nie było”. – „W takim razie, – mówię, – denerwujesz się niepotrzebnie. Pójdź, wykonaj badania, aby wypędzić swoją myśl”. – „A jeśli, – odpowiadają oni w strachu, – badania pokażą, że AIDS u mnie jednak jest?” Tak oni nie słuchają mnie i męczą się. A oto ci, którzy posłusznie idą na badania, przekonują się w tym, że u nich nie ma AIDSa. I popatrzcie: ich twarze zmieniają się, wraca do nich smak życia. A pierwsi z rozstroju mogą zapaść w łóżko i nawet jeść nic nie będą. No dobrze, przypuśćmy, u ciebie i naprawdę jest AIDS. Ale przecież dla Boga nie ma nierozwiązalnych problemów. Jeśli ty będziesz prowadzić bardziej duchowe życie, spowiadać się, przyjmować Priczastije, staniesz się prawdziwym chrześcijaninem, to pomoże tobie Pan.
- Geronda, a od czego człowiek zaczyna myśleć, jakoby jest on chory?
- On sam powoli hoduje w sobie tę myśl. Często dla takich podejrzeń może rzeczywiście istnieć jakiś niewielki, niepoważny powód (wykorzystując który), myśl wpaja człowiekowi coś jeszcze i rozdyma z muchy słonia. Kiedy żyłem w monasterze Stomion, w Konicy był pewien rodzinny człowiek, który myślał, że ma gruźlicę. Nawet swojej żony nie dopuszczał blisko. „Nie podchodź, – mówił jej, – bo się zarazisz”. Nieszczęsna kobieta podwieszała na koniec długiego kija kosz z jedzeniem i podawała mu z daleka. Biedaczka całkiem wymęczyła się, zmarniała. Nieszczęsne dzieci patrzyły na swego „gruźliczego” ojca z daleka, a u niego tak naprawdę nawet śladu żadnej gruźlicy nie było. Problem polegał na tym, że on nie wychodził na słońce, a cały czas był w zamkniętym pokoju owinięty w koce. Dlatego on pożółkł i uwierzył w to, że ma suchoty (gruźlicę). No cóż, (kiedy mi o tym wszystkim opowiedzieli) poszedłem do jego domu. Zobaczywszy mnie, „chory” zajęczał: „Nie przybliżaj się do mnie, mnichu, abyś nie zaraził się jeszcze i ty… Przecież do ciebie do monasteru przychodzą ludzie… Widzisz, suchoty całkiem mnie obezwładniły…” – „A kto tobie powiedział, głupcze, że u ciebie suchoty?” – zapytałem. Wtedy jego żona przyniosła mi poczęstunek – konfiturę z greckich (włoskich) orzechów. „No, – mówię, – otwieraj usta. Teraz ty będziesz mnie słuchać”. No cóż, on otworzył usta. On przecież nie wiedział co ja zamierzam zrobić. Wtedy wziąłem z talerzyka słodki orzech, włożyłem mu do ust, przeciągnąłem tam kilka razy, potem wyjąłem, włożyłem sobie do ust i zjadłem. „Nie, nie! – zakrzyczał „suchotniczy”. – Nie rób tego! Zarazisz się!” – „Czym ja tam się zarażę! Przecież u ciebie nic nie ma! Co ja, zwariowałem czy co, robić coś takiego, gdyby u ciebie naprawdę była gruźlica? No wstawaj, pójdziemy na powietrze!” – odpowiedziałem mu i, obróciwszy się do jego żony, powiedziałem: „Wyrzucaj wszystkie te lekarstwa, koce…” Podniosłem go, i wyszliśmy na powietrze. Po trzech latach „zamknięcia” on ze zdziwieniem patrzył na świat. A potem powoli i do pracy zaczął chodzić. Oto czym jest myśl, kiedy ją hodujesz, pielęgnujesz!
Przez posłuszeństwo pokonywane jest wszystko
- Geronda, jak pomóc człowiekowi, który bezpodstawnie podejrzewa, że niby jest na coś chory?
- Aby taki człowiek otrzymał pomoc, on powinien mieć ojca duchowego, ufać mu i okazywać mu posłuszeństwo. On będzie otwierać ojcu duchowemu swoje myśli, a ten będzie go pouczać: „Temu nie dawaj znaczenia, a oto na to zwróć uwagę…” Jeśli człowiek nie dowierza swemu ojcu duchowemu i nie słucha się go, to myśl nie odejdzie. Wiesz, jak to jest, kiedy ludzie proszą ciebie o pomoc, a sami nie uderzą palcem o palec? Oto, na przykład, młody człowiek, żyjący rozpustnie i cierpiący z powodu nieuporządkowania duszy, przychodzi do mnie do celi z oczyma, zaczerwienionymi od tytoniowego dymu, i prosi, abym ja mu pomógł. Na dodatek do wszystkiego u niego jest i jakaś fałszywa czcigodność i pobożność: on prosi, abym dał mu jako błogosławieństwo ikonkę z ikonostasu Świątyni mojej Celi, ale do Celi przy tym wchodzi z papierosem w zębach. „Bracie ty mój, – mówię mu, – przecież u ciebie od tych papierosów oczy stały się czerwone, jak u wściekłego psa. Ja w swojej Celi nawet staruszkom nie pozwalam palić. Dym bywa tu tylko od kadzidła”. Ale on uparł się – i to wszystko. Przychodzi prosić o pomoc, ale myśli swojej nie wyrzeka się. „Dlaczego – pyta, – ty nie chcesz mnie uzdrowić?” Chce stać się zdrowym, ale magicznym sposobem (bez trudu), nie przykładając żadnych wysiłków. „Ty, – mówię mu, – nie nadajesz się do cudu. Przecież nie masz żadnej choroby. Ty po prostu wierzysz swojej myśli”. A gdyby ten mały okazywał posłuszeństwo, to i pomoc by otrzymał. Ja zauważyłem, że ten, kto słucha porad, szybko posuwa się naprzód, i wszystko u niego układa się na swoje miejsca. I sam taki człowiek, i jego bliscy zyskują spokój.
Pewnego razu jeden duchowny przyjechał do monasteru i tam poprosili go o uczestnictwo w śpiewie. On odmówił. „Dlaczego, – zapytali go – ty nie śpiewasz?” – „Dlatego, – odpowiedział on, – że w psalmie mówi się: „Chwała Boża w ich krtani, i miecz obusieczny w ich rękach” [24]. On upierał się przy tym, że śpiewać – to źle, ponieważ bał się „obusiecznego miecza” za to, że on „wzniesie” swój „głos”! „Drogi ty nasz, – mówili mu mnisi, – złotko ty nasze, to wszystko nie tak, jak ty myślisz”. Ale on uparł się i nie ustępował. No jak z takim człowiekiem znajdziesz wspólny język? Co z nim z robisz? Nawet gdyby jego „interpretacja” i była słuszna, ale gdyby przy tym on okazał posłuszeństwo cudzemu błędowi, to przyjąłby Łaskę, i Łaskę niemałą, która byłaby dana mu za to, że on upokorzył się.
Ileż ludzi latami męczy się w podobny sposób dlatego, że wierzą swojej myśli i nie słuchają innych! Co byś im nie mówił, co byś nie robił, oni wszystko interpretują odwrotnie. I przecież zło nie powstrzymuje się na tym, że człowiek jeden raz wierzy swojej myśli. Zło mnoży się i rośnie. Człowiek ciągle uprawia i pielęgnuje w sobie (zaufanie własnej myśli), i to może doprowadzić go do szaleństwa. Na przykład, człowiek buduje dom. „Jak też ty go budujesz? – mówią mu. Przecież on runie i pogrzebie ciebie pod gruzami!” Jeśli on posłucha rady na początku budowy, to niepoprawnie zbudowane można będzie łatwo rozebrać i wznieść nowe. A już skończony budynek – jak u niego podniesie się ręka aby go zburzyć? „On ciebie przywali”, – mówią mu. A on i sam widzi, że budynek długo nie postoi, uświadamia sobie niebezpieczeństwo, jednak myśli o tym, ile środków i sił on włożył na budowę, powstrzymują go. W ten sposób, on nie decyduje się niszczyć dzieła własnych rąk i w ostatecznym końcu zostaje zmiażdżony pod gruzami.
- A takiemu człowiekowi można pomóc?
- Można, jeśli on sam tego chce. Jednak jak ty mu pomożesz, kiedy mówisz mu o tym, że coś jest niepoprawne, a on usprawiedliwia siebie? Na przykład, jakiś młody człowiek choruje na cukrzycę i, nie wiedząc, jakie poważne konsekwencje może to mieć dla niego, myśli, że wszystko to żarciki. „Cukrzyca, – mówi mu lekarz, – to poważna choroba, ty powinieneś przestrzegać dietę”. Jeśli młodzieniec posłucha lekarza, to choroba przejdzie bez poważnych konsekwencji. Jednak, jak można dojść z nim do wzajemnego porozumienia, jeśli on będzie mówić tak: „No i co za problem z tą cukrzycą? Ja będę jeść słodkie, ponieważ, kiedy jem słodkie, to robi mi się gorąco, a skoro mi gorąco, to mogę spać bez przykrycia i nawet chodzić po śniegu boso”. Jak dojść do porozumienia z człowiekiem, jeśli on upiera się przy swoim?
- Geronda, a, jeśli młody wierzy swojej myśli, to jest to naturalne?
- Jeśli młody wierzy swojej myśli, to u niego wielki egoizm.
- A jak on może to zrozumieć?
- On zrozumie to, jeśli, na przykład, przypomni sobie niektóre zdarzenia ze swego dzieciństwa, które pokazują, jaki procent egoizmu miał on wtedy. Zdarzyło mi się kiedyś obserwować dwóch malców. Jeden wziął poduszkę, wypełnioną gąbką, i łatwo ją podniósł. Podszedł i drugi, żeby ją podnieść, ale udał, że jest mu bardzo ciężko, jakby zamiast poduszki był worek z cementem. W tym, drugim, malcu jest egoizm. Jednak kiedy on trochę podrośnie, to zrozumie, że to jego działanie wywołane jest przez egoizm. On wyzna go jako grzech, do niego przyjdzie Łaska Boża, i on otrzyma uwolnienie od swojej namiętności i pomoc. Bo jakże inaczej – przecież Bóg nie jest niesprawiedliwy.
- Geronda, załóżmy, że mam jakieś doświadczenie. Jeśli, na podstawie tego doświadczenia, ja przykładowo widzę, jaki rozwój otrzyma ten stan, w którym ja jestem, to w tym też jest pewność siebie?
- Ty nie wyciągaj wniosków sama. Kiedy Pan wezwał do Siebie apostoła Piotra, ten poszedł do Niego po wodzie. Jednak, jak tylko myśl zaczęła mówić apostołowi, że on może utonąć, on zaczął tonąć [25]. I Chrystus dopuścił to: „Skoro ty mówisz, że utoniesz, to utoń”.
Popatrz na pokornego człowieka: on nie wierzy swojej myśli, nawet jeśli czyni cuda. W Jordanii był jeden bardzo prosty duchowny, który czynił cuda. On czytał modlitwy nad chorymi ludźmi, i ci stawali się zdrowi. Nawet muzułmanie, cierpiący na jakieś dolegliwości, przychodzili do niego, i on uzdrawiał ich. Przed służeniem Boskiej Liturgii ten duchowny wypijał coś gorącego z sucharkiem i potem cały dzień nic nie spożywał. Pogłoska o tym, że on je przed Boską Liturgią, doszła do Patriarchy, i ten wezwał go do Patriarchatu. Nie wiedząc, dlaczego go wezwano, duchowny przyszedł do Patriarchatu i razem z innymi gośćmi oczekiwał na wezwanie w poczekalni. Na zewnątrz panował straszny upał, okna były zamknięte okiennicami, i przez szparkę do poczekalni przebijał się słoneczny promień. Przyjąwszy promień za napięty sznur, oblewający się potem duchowny zdjął z siebie sutannę i powiesił ją na promieniu. Zobaczywszy to, ludzie, siedzący w poczekalni razem z nim, byli wstrząśnięci. Ktoś z nich poszedł do Patriarchy i powiedział: „Duchowny, który je śniadanie przed Liturgią, powiesił swoją sutannę na słonecznym promieniu!” Patriarcha wezwał go do swego gabinetu i zaczął wypytywać: „No, jak ty pożywasz? Czy często służysz Liturgię? Jak ty się do niej przygotowujesz?” – „A tak, – odpowiada mu duchowny, – najpierw odczytuję jutrznię, potem czynię pokłony, potem przygotowuję herbatę, jem cokolwiek lekkiego i idę służyć”. – „Dlaczego ty jesz przed Liturgią?” – pyta Patriarcha. „Jeśli, – odpowiada ten, – ja troszkę przegryzę przed Liturgią, to po spożyciu Świętych Darów [26] Chrystus ukazuje się z góry. A oto jeśli ja jem po Boskiej Liturgii, to Chrystus ukazuje się z dołu”. Okazuje się, on jadł śniadanie przed Liturgią z dobrą myślą!... „Nie, – mówi mu Patriarcha, – to nieprawidłowo. Najpierw spożywaj Święte Dary, a potem – trochę jedz”. Duchowny złożył Patriarsze pokłon i (z pokorą) przyjął powiedziane.
Ja chcę powiedzieć, że, choć ten duchowny osiągnął tak wysoki poziom, że czynił cuda, on przyjął powiedziane mu z prostotą. Swojej woli u niego nie było. A gdyby on wierzył swojej myśli, to mógłby powiedzieć tak: „A kim on jest, żeby pouczać mnie – tego, który uzdrawia ludzi i zwierzęta i czyni cuda! Nie, moje motywy są bardziej prawidłowe. Przecież jeśli ja go posłucham, to śniadanie będzie spadać z góry na Chrystusa!”
Ja zrozumiałem, że posłuszeństwo bardzo pomaga człowiekowi. Nawet człowiek, który nie błyszczy umysłowymi zdolnościami, okazując posłuszeństwo, staje się filozofem, mędrcem. Gdyby człowiek był mądry czy głupi, zdrowy czy chory (duchowo czy cieleśnie), jeśli on, męcząc się z powodu myśli, okazuje posłuszeństwo, to (od męki myślami) on uwalnia się. Posłuszeństwo – to wyzwolenie.
Największy egoista – to ten, kto żyje według swoich myśli i nikogo nie pyta. Taki człowiek niszczy sam siebie. Jeśli u człowieka jest samowola (swoje zdanie), wiara w siebie i dogadzanie sobie, to, będąc nawet mądrym – nawet z łbem o wymiarze siedmiu piędzi (będąc geniuszem), – on będzie ciągle cierpieć. On zaplątuje się, wiąże sobie ręce i nogi, u niego pojawiają się (ciągle nowe i nowe) problemy. Aby odnaleźć swoją drogę, on powinien otworzyć swoje serce jakiemuś ojcu duchowemu i pokornie poprosić go o pomoc. Jednak niektórzy zamiast ojca duchowego idą do psychiatry. Jeśli psychiatra jest wierzącym, to on doprowadzi ich do ojca duchowego. A niewierzący psychiatra ograniczy się tym, że da im jakieś tabletki. Jednak same tabletki problemu nie rozwiązują. Dla tego żeby ludzie mogli prawidłowo odnieść się do tego, co z nimi się dzieje, dla tego aby ich stan poprawił się i oni przestali cierpieć, niezbędna jest im i pomoc duchowa.
Życie duchowe opiera się na myśli
- Geronda, ja czytałam, że podczas wojny z Włochami Grecy starali się najpierw zniszczyć fortyfikacje przeciwnika, a potem szli do ataku.
- W taki sam sposób działa i diabeł. To znaczy, podobnie jak wróg, który najpierw bombarduje z samolotów fortyfikacje, aby je zniszczyć, a potem, przy wsparciu artylerii, idzie do ataku, diabeł najpierw bombarduje człowieka myślami, a potem idzie na niego do ataku. Diabeł nie napada na człowieka, jeśli nie zepsuje najpierw jego myśli. Przecież dobra myśl broni człowieka, dobra myśl – to jego „bunkier”.
Myśl „z lewej” – to ciało obce, i człowiek powinien postarać się ją odrzucić. U każdego z nas są siły do tej walki. Nikt nie może usprawiedliwić się tym, że jest słaby i nie ma sił walczyć. Przecież (dobra myśl) – to nie kilof i nie młot, których (słaby) człowiek nie może podnieść. Ponieważ u niego drżą ręce. Ja nie widzę nic skomplikowanego w tym, aby widzieć wszystko w dobrym świetle. Dlaczego ja będę, powiedzmy, poświęcać uwagę na czyjeś dziwactwa? Przecież w rzeczywistości może okazać się, że człowiek zachowuje się tak nie według swego zamiłowania, a celowo, aby się upokorzyć.
- Geronda, a ja ciągle „na lewo” i „na lewo” „pracuję” i mnie to niepokoi. Walczyć – walczę, ale „skręcić na prawo” nie mogę.
- Jeśli ty rozpoznajesz nieczyste myśli, niepokoisz się i walczysz nad tym, aby je przepędzić, – to już pewna poprawa. Jeśli chcesz odnieść sukces, to, kiedy zły będzie atakować ciebie „lewymi” myślami i ciągnąć ku sobie, z siłą obracaj kierownicę w przeciwną stronę, a na wroga nie zwracaj żadnej uwagi. Postaraj się wzbudzać w sobie dobre myśli i o młodszych i o starszych siostrach, niezauważalnie zajmujących się swoim wewnętrznym działaniem. Przecież tangałaszka psuje twoją myśl dla tego, aby powstrzymać twoje duchowe wzrastanie. Gdybyś ty nie grzęzła na swoich myślach, to posuwałabyś się do przodu gigantycznymi duchowymi krokami. Całe duchowe życie opiera się na myślach. Od myśli zależy sukces w duchowym życiu.
- Geronda, co pomaga w walce przeciwko myślom „z lewej”?
- Czuwanie (nad sobą) i nieustanna modlitwa. Czuwając (nad sobą), zachowujesz się ostrożnie i włączasz do pracy dobre myśli. Na przykład, widząc jakąś czaszę (kielich), ty myślisz o Świętej Czaszy, o Tajnej Wieczerzy, o Chrystusie. Jeśli zaś ty nad sobą nie czuwasz, twój umysł może odchodzić do przeróżnych nieduchownych, a to jeszcze i do wprost grzesznych tematów. Dlatego staraj się nie gromadzić (w sobie) wszystkich tych nieczystości myśli – inaczej potem będziesz musiała włożyć dużo wysiłku, aby je odpędzić. Odmawiaj Jezusową modlitwę i bądź wewnętrznie skupiona. Jeśli zaś twój umysł dokądś odchodzi, znów sprowadzaj go z powrotem. Rób to stale. Nie pozwalaj umysłowi krążyć. Przecież, nawet jeśli twój umysł stale znajduje się w sferze nie bezpośrednio grzesznych spraw, ale kręci się wśród spraw neutralnych, te neutralne sprawy, rozpraszając umysł, również „neutralizują” go, i on trwoni siebie na próżno. A oprócz tego, myśli, które zradzają się od rozproszenia, są bardziej podstępne, niż myśli (otwarcie) złe. Przecież pierwszych myśli my nie zauważamy i dlatego nie wyrzucamy ich z siebie.
- Geronda, myśl mówi mi: „Ty już tyle lat w monasterze i nie osiągnęłaś najmniejszego sukcesu…”
- Daj-no ja posłucham, co ona jeszcze ci powie? O ile zrozumiałem, wy zbyt dużo słuchacie tangałaszki. Jakże łatwo on owija was wokół palca! Dlaczego wy wierzycie tangałaszce? Dlaczego wychodzicie z równowagi? Bądź spokojna. Ty niepotrzebnie rozstrajasz się i bez powodu się zadręczasz. Tangałaszka, jak magik, pokazuje tobie wszystko zagmatwanym. On zwodzi ciebie mrocznymi, pesymistycznymi myślami, aby zabrać ci czas i odciągnąć od modlitwy, a także od skupienia na posłuszeństwie. Jeśli mu uda się choć niewiele zamroczyć tobie głowę i pozbawić ciebie nastawienia prowadzić z nim walkę, to już wystarczy do tego, aby on przeszedł do ataku i zdobył nowe przyczółki. Kiedy pracujesz w odosobnieniu, staraj się przestrzegać następującego regulaminu: śpiewanie czegoś cerkiewnego, wysławianie (Boga), Jezusowa modlitwa w umyśli albo na głos. Te środki niezbędne są do tego, aby uniknąć podszeptywania myśli. To znaczy trzeba zmieniać temat (myśli samemu). Jeśli diabeł zmienia temat, to dlaczego nie możemy tego zrobić my? Ja wam i wcześniej opowiadałem, że czasem podczas rozmowy z odwiedzającym, właśnie w tym momencie, kiedy ja chcę powiedzieć coś ważnego i pożytecznego mu, przychodzi ktoś i mi przerywa albo rozprasza jakiś hałas albo coś innego – dlatego abym musiał przerwać. Ale skoro przewrotny wymyśla i realizuje takie plany, to dlaczego my nie możemy postępować tak samo wobec niego? Bądźcie mądre i zróbcie z tangałaszki durnia.
- Geronda, mnie dręczy smutek, przygnębienie… Ja przeżywam prawdziwą mękę.
- Ty popatrz, jej jeszcze nie poprowadzili na mękę, a ona już męczy się! U ciebie jest pewność siebie. Myśli „z lewej” stały się już twoim stanem, i od tego ty cierpisz. Ty potrzebujesz „prawych” myśli. Złe mechanizmy swego (duchowego) przedsiębiorstwa powinnaś odbudowywać tak, żeby one stały się dobrymi. Najkorzystniejsze przedsięwzięcie dla człowieka – to otwarcie fabryki „Dobrych myśli”. Wtedy nawet złe i obrzydliwe twój umysł będzie przerabiać w dobre, przystojne i życzliwe. Na przykład, widząc w człowieku duszę, widząc w nim Anioła, ty i sama wznosisz się na Niebo. W tym przypadku twoje życie – to święto, triumf. Jeśli zaś widzisz w człowieku cielesne, to i sama zstępujesz w piekielną mękę.
- Geronda, czasem ja włączam do pracy dobrą myśl, ale wkrótce przychodzi pomysł „z lewej” i rozstraja wszystkie moje (dobre starania). Być może, ja włączam do pracy dobą myśl nie od serca?
- Zadanie w tym, aby robić to od serca. A jeśli przyjdzie ci pomysł „z lewej”, powiedz tak: „To pomysł z boku. Trzeba go przepędzić. Temat zamknięty i rozważaniu nie podlega”.
- Geronda, bywa, że ja z trudem wypędzam „lewą” myśl, a ona powraca znów. Dlaczego tak się dzieje, jeśli „temat zamknięty”?
- No tak, temat to zamknięty, tylko oto tangałaszka nie zamyka się (kontynuuje robotę). Diabeł jest żywotny, nigdy nie umiera. Pewien stareńki mnich opowiadał: „Jeśli psa kopniesz raz-drugi, to on ucieknie. A diabeł nie ucieka – upiera się na swoim. Jest taki natrętny, wytrwały. Aby zmusić go odejść, ja zapalam świecę przed ikoną świętym, którym poświecona jest moja Cela, a biesy mi mówią: „Czy to ty dla nas świecę postawiłeś?” – „Ach wy, – mówię, – dranie, a dlaczego też wam? Nie wam, a świętym!” – „Tak, – odpowiadają, – tak-to ono tak, tylko zmusiliśmy ciebie do tego i tak my!”
- Geronda, a czy otrzymuje pomoc człowiek, który, jeśli zdarzy się z nim jakaś nieprzyjemność, zaczyna narzekać: „Boże mój, no i dlaczego ze mną wydarzyło się jeszcze i to?”
- A jakąż tam korzyść otrzyma taki człowiek! Podstawa wszystkiego w tym, żeby człowiek interpretował wszystko przez dobre myśli. Tylko w tym przypadku otrzyma on korzyść. U niektórych ludzi (w ich duchowym samochodzie jest) dobry silnik. U nich dużo przesłanek dla duchowego życia, jednak ich kierownica obrócona nie tam, gdzie trzeba. Obróciwszy kierownicę w stronę dobrych myśli, tacy ludzie przyjmą dobry kurs i będą pewnie poruszać się do przodu.
Pielęgnowanie dobrych myśli
- Geronda, dobre myśli przychodzą same z siebie czy trzeba je pielęgnować (uprawiać, hodować)?
- Trzeba je pielęgnować. Trzeba obserwować siebie, kontrolować siebie, kiedy wróg przynosi tobie niedobre, złe myśli, trzeba starać się wypędzić je i zamienić na myśli dobre, życzliwe. Trudząc się w dobry sposób, ty pielęgnujesz swoje (wewnętrzne) usposobienie i czynisz je dobrym. I wtedy, patrząc na twoje dobre usposobienie, Bóg umiłosierdzi się nad tobą i pomoże ci, po czym złe myśli już nie znajdą w tobie miejsca. One będą odchodzić, a dla ciebie już całkiem naturalnym będzie mieć w sobie myśli dobre. Ty osiągniesz nawyk ku dobremu, w twoje serce wejdzie dobroć, i wtedy w swojej wewnętrznej świątyni przyjmiesz (Niebiańskiego) Gościa – Chrystusa. Jednak to nie zajęcia jednego-dwóch dni. Niezbędny jest czas i nieustanna walka dla tego, aby dusza ukoronowała się niebiańską koroną. Kiedy to nastąpi, walka ustąpi na zawsze. Przecież walka (namiętności) – to oszalałe przejawy wewnętrznego nieporozumienia, które wykorzystują nasi wrogowie.
- To znaczy, Geronda, ludzie, mający dobre myśli osiągnęli to poprzez walkę?
- To zależy od człowieka. Jedni mają dobre myśli od samego początku swego duchowego życia i posuwają się do przodu. Drudzy, na początku mając dobre myśli, potem tracą czujność i zaczynają poddawać się myślom „z lewej”. Trzeci mają na początku „lewe” myśli, ale, obserwując siebie i widząc, ile razy oni potykają się, przestają sobie ufać i potem mają myśli dobre. U jednego człowieka połowa myśli może być dobra o połowa – zła. U drugiego mogą przeważać dobre myśli, u kogoś, przeciwnie – złe. Na przykład, człowiek zamierza zostać mnichem. W zależności od okoliczności, od warunków, w których on żył w świecie, u niego są przeróżne dobre i niedobre myśli. On może mieć dziesięć-dwadzieścia i nawet osiemdziesiąt procent niedobrych myśli. Zacząwszy wewnętrzną pracę i obserwując siebie, taki człowiek stara się wyganiać złe myśli i uprawiać myśli dobre. Kontynuując starania, on po jakimś czasie dojdzie do tego, że ma same tylko dobre myśli. Ilość czasu, niezbędna do tego, aby odeszły złe myśli, będzie zależeć od tego, jak długo on miał je w świecie. Po upływie jeszcze jakiegoś czasu dobre myśli też powoli-stopniowo ustaną i człowiek osiągnie stan pewnej pustki. Na tym etapie u człowieka nie ma ani dobrych, ani niedobrych myśli, i to nawet przynosi jego duszy pewien niepokój. Będąc w takim stanie, człowiek zaczyna zajmować się zagadnieniem i zadawać sobie pytanie: „Co to? Co teraz się dzieje? Najpierw miałem złe myśli, ale one odeszły, ustąpiwszy miejsce dobrym. Ale oto teraz u mnie w ogóle nie ma myśli – ani złych, ani dobrych”. A po tej pustce umysł napełnia się Bożą Łaską i przychodzi boskie oświecenie.
- Geronda, a jakie jest ono, to napełnienie Bożą Łaską?
- Człowiekowi, który nie widział nawet gwiazdy, nie można wytłumaczyć słowami, jak wygląda słońce. Dać przybliżone pojęcie o słońcu można temu, kto widział choćby gwiazdy.
- Geronda, co pomaga osiągnięciu tego stanu opustoszenia, o którym Wy wspomnieliście?
- W tym pomogą duchowe czytania, nieustanna modlitwa, milczenie i luboczestny trud – asceza. Człowiek, gorąco walczący przeciwko złym myślom, może osiągnąć lepszy stan, niż ten, u kogo złych myśli prawie nie było. To znaczy taki człowiek, mając na początku swego duchowego życia dziewięćdziesiąt złych i dziesięć dobrych myśli, może osiągnąć lepszy stan, niż ten, u kogo było dziewięćdziesiąt dobrych myśli i dziesięć złych.
Oczyszczenie umysłu i serca
- Geronda, jak przychodzi oczyszczenie umysłu i serca?
- Ja już mówiłem wam o tym, że dla tego, aby umysł i serce oczyścić, człowiek powinien nie przyjmować tych złych, przewrotnych myśli, które przynosi mu tangałaszka, a także sam nie powinien myśleć przewrotnie. Należy zawsze starać się włączać do pracy dobre myśli, nie dać łatwo skusić się (cudzymi wadami), ale patrzeć na występki (przewinienia) innych z wyrozumiałością i miłością. Kiedy mnożą się dobre myśli, dusza człowieka oczyszcza się, on prowadzi się z czcigodnością, bogobojnością i uspokaja się. Życie takiego człowieka staje się Rajem. W przeciwnym zaś wypadku człowiek na wszystko patrzy z podejrzliwością i jego życie przemienia się w piekielną mękę. On sam czyni swoje życie piekłem.
Aby oczyścić się – trzeba potrudzić się. My możemy uznawać swój stan za nieczysty, ale tego nie wystarcza. Jeśli my nie przyjmujemy przewrotnych myśli, nie myślimy przewrotnie sami, włączamy do pracy dobrą myśl o wszystkim, co nam mówią i co widzimy, to umysł i serce oczyszczą się. Oczywiście, kusiciel nie przestanie od czasu do czasu posyłać nam swoich przewrotnych „telegramów”. Strzały diabelskich pokus będą dalej lecieć w nas – nawet jeśli my uwolnimy się od naszych własnych (złych) myśli. Jednak jeśli nasze serce będzie czystym, to diabelskie ataki nie będą do niego przylepiać się.
- Geronda, a czy pomaga modlitwa w sprawie oczyszczenia umysłu?
- Samej modlitwy nie wystarczy. Ktoś może zużywać podczas modlitwy kilogramy ładanu (kadzidła), jednak jeśli jego umysł pełen jest złych myśli o innych, to pożytku to nie przynosi. Z umysłu opuszcza się (zły) „telegram” do serca i czyni człowieka bestią. Bóg chce, abyśmy mieli „serce czyste” [27]. A nasze serce jest czyste wtedy, kiedy my nie pozwalamy złej myśli o innych przechodzić przez nasz umysł.
- Geronda, najpierw sam człowiek włącza do pracy dobrą myśl, a już potem pomaga mu Bóg?
- Patrz, tylko w tym przypadku, jeśli sam człowiek włącza do pracy dobrą myśl, on ma prawo do boskiej pomocy. Dobrą myślą człowiek oczyszcza swoje przewrotne serce. Przecież „Od serca pochodzi” [28] wszystko złe, i „Z obfitości bowiem serca mówią usta jego” [29]. Ale i oprócz tego że człowiek, włączający do pracy dobrą myśl, oczyszcza tym swoje serce, wynagradza mu za to Bóg.
Stawiajcie znaki zapytania po myślach podejrzliwości
- Geronda, co pomoże mi odgonić myśli podejrzliwości?
- (A ty jesteś pewna, że) wszystko rzeczywiście przedstawia się tak, jak ty to wyobrażasz? Skoro ty zwykle widzisz we wszystkim złe, to po każdej swojej myśli zawsze stawiaj znak zapytania. A oprócz tego, aby nie grzeszyć w swoich mniemaniach, włączaj do pracy i dobrą myśl o innych. Jeśli ty zaczniesz stawiać po swoich myślach nie po jednym, a po dwa znaki zapytania, będzie jeszcze lepiej. A jeśli po trzy, to całkiem dobrze. Postępując tak, będziesz uspokajać się i otrzymywać pożytek. I nie tylko sama – przyniesiesz pożytek i innym. W przeciwnym zaś przypadku, przyjmując myśli „z lewej”, ty dochodzisz do rozdrażnienia, niepokoisz się, denerwujesz się i wyrządzasz sobie duchową szkodę. Jeśli będziesz odnosić się do wszystkiego, co się dzieje dookoła, z dobrymi myślami, to po krótkim czasie zobaczysz, że sprawa rzeczywiście przedstawiała się tak, jak ty to zobaczyłaś, włączywszy do pracy dobre myśli. Opowiem ci pewne wydarzenie, abyś zrozumiała, co może narobić „lewa” (niedobra) myśl. Pewnego razu do mnie do celi przyszedł jeden mnich i powiedział: „Starec Charałampij [30] – czarownik. (Ja sam widziałem, jak) on wróżył”. – „Cóż ty mówisz, oczy twoje bezwstydne! – skarciłem go. – I nie wstyd tobie takich rzeczy mówić!” – „Tak! Tak! – upierał się on. – Ja sam widziałem, jak pewnej nocy przy księżycu Starec muczał: M-m-mie… M-m-mie” – i przy tym lał w krzaki jakiś płyn z wielkiej oplecionej butli!”. No cóż, wybieram wolny dzień i idę do celi Starca Charałampija. „No, – pytam, – ojcze Charałampij, jak twoje sprawy? Jak pożywasz? Czym zajmujesz się? Tu jeden zobaczył, jak ty lałeś coś w krzaki z wielkiej butli, a jeszcze i muczałeś: „M-m-mie!”. – Tam w zaroślach, – pokazał mi Starec, – rośnie kilka lilii, oto i ja podlewałem je. Nucąc „Radujsia, Niewiesto Nieniewiestnaja!” (Raduj się Niewiasto Niezaślubiona) [31], ja wylewałem trochę wody na jeden kwiatek, potem znów śpiewałem: „Radujsia, Niewiesto Nieniewiestnaja!” – i wylewałem trochę wody na drugi… Potem napełniałem butlę, wracałem do kwiatków i znów je podlewałem…” Widzisz jak! A drugi zobaczył to wszystko i wziął Starca za czarownika!..
Jakież dobre myśli mają niektórzy świeccy ludzie! A drudzy – nieszczęśni – tak cierpią od rzeczy, które nie po prostu nie istnieją w przyrodzie, ale których i sam diabeł nie mógłby wymyślić! Pewnego razu, kiedy po strasznej suszy zaczął padać deszcz, ja poczułem taką wdzięczność Bogu, że, siedząc w celi, bez przerwy wykrzykiwałem: „Boże mój, dziękuję Tobie miliony, miliardy razy!” Nie wiedziałem, że w tym czasie pod oknem stał jeden świecki człowiek i słuchał. Potem, spotkawszy się ze mną, on przyznał się: „Ojcze, przecież ja uległem pokusie. Ja usłyszałem o tych wszystkich „milionach”, o tych wszystkich „miliardach” i pomyślałem: „Oto jak jest! Co za gagatek ten ojciec Paisij!” I co mu miałem tłumaczyć? Ja miałem na myśli „wielkie” dziękczynienia Bogu za deszcz, a ten człowiek pomyślał, że ja liczę pieniądze. A gdyby na jego miejscu był ktoś inny, to mógłby jeszcze i przyjść w nocy, żeby mnie okraść! Ja dostałbym po karku, a on ostatecznie i tak by nic nie znalazł.
A innym razem przyszedł do mnie ojciec chorego dziecka. Ja zaprowadziłem go do cerkiewki mojej celi, wysłuchałem jego biedy i, chcąc mu pomóc, powiedziałem: „Dla tego aby twoje dziecko wyzdrowiało, ty i sam powinieneś coś zrobić. No co? Pokłonów ty nie robisz, postów nie przestrzegasz, pieniędzy, żeby dawać jałmużnę, u ciebie też nie ma… Zwróć się więc ty do Boga oto tak: „Boże mój, u mnie nie ma nic godnego, aby złożyć ofiarę za zdrowie mego dziecka, ale ja postaram się, przynajmniej, rzucić palenie”. Te słowa poruszyły nieszczęsnego ojca, i on obiecał, że posłucha mojej rady. Póki ja, wypuszczając go z celi, mozoliłem się z zamkiem, on, wyjąwszy z kieszeni zapalniczkę i papierosy położył je pod ikoną Zbawiciela w cerkwi. Ja tego nie zauważyłem. Następnym odwiedzającym był pewien młodzieniec, który miał mi coś powiedzieć. Po rozmowie, nie zdążywszy nawet wyjść z celi, on wyjął papieros i zapalił. „Tu, chłopcze, palić nie można, – powiedziałem mu. – Odejdź dalej stąd”. – „A tobie w cerkwi palić można?” – zapytał on w odpowiedzi. Zobaczywszy w cerkwi paczkę papierosów i zapalniczkę, ten młody „sklecił” pomysł, jakoby ja palę! I nie zacząłem go przekonywać, pozwoliłem mu odejść ze swoją myślą. No dobrze, nawet gdybym ja i rzeczywiście palił, to czyż robiłbym to w cerkwi? Widzicie, czym są myśli?
- Geronda, a jaką szkodę duszy mogą wyrządzić podejrzliwość, nieufność i wątpliwość?
- Jakiego rodzaju podejrzliwość, takiego rodzaju i szkoda. A nieufność i wątpliwość przynoszą (duchową) chorobliwość, słabość.
- Czym więc uleczyć tę słabość?
- Dobrymi myślami.
- Geronda, a jeśli człowiek raz zobaczy, że popełnił jakiś błąd, czyli, że jego podejrzenia nie potwierdziły się, to czy to nie pomoże mu (uświadomić sobie swój błąd)?
- Jeśli o popełni błąd jeden raz, to jeszcze nic wielkiego. Jednak, popełniwszy błąd dwa razy, on już skaleczy się. Potrzebna jest uwaga. Przecież my ciężko grzeszymy, nawet jeśli sprawy mają się nie tak, jak my sobie to przedstawiamy, nawet na jedną tysięczną część. Pamiętam, kiedy żyłem we wspólnotowym monasterze, stareńki mnich, ojciec Dorofiej, w Wielkim Poście smażył kabaczki. Jeden brat, zobaczywszy, jak Starec kładzie kabaczki na patelnię, pośpieszył podzielić się ze mną swymi wrażeniami: „Pójdź popodziwiaj! – powiedział on. – Ojciec Dorofiej smaży rybę! O-o takie wielkie barweny!” – No pewnie nie, – odpowiadam, – to nie może być, żeby Starec Dorofiej w Wielkim Poście smażył barweny!” – „Może, może! – upierał się on. Ja na własne oczy widziałem! O-o takie wielkie barweny!” A Starec Dorofiej przyszedł na Świętą Górę jako piętnastoletni chłopiec i był dla braci jak rodzona matka. Widząc, że u kogoś z mnichów problemy ze zdrowiem on mówił mu: „Chodź-no, drogi, tu, ja chcę opowiedzieć tobie pewien sekret” – i wzmacniał chorego tachinem (tahini) [32] z tłuczonymi orzechami włoskimi albo też czymś jeszcze. I o stareńkich mnichach on troszczył się w podobny sposób. No więc cóż? Idę ja do ojca Dorofieja i widzę, że on smaży kabaczki dla monasterskiego szpitala!
- Geronda, a co robić, jeśli podejrzliwa myśl o kimś potwierdzi się w rzeczywistości?
- Jeśli taka myśl raz i okaże się prawdziwa, to czyż to znaczy, że podobne myśli będą zawsze prawdziwe? A oprócz tego, skąd ty wiesz: być może, Bóg dopuścił takiej myśli potwierdzić się w praktyce dlatego, aby człowiek którego ty podejrzewasz, zdał egzamin z pokory?
Oczywiście, i my sami musimy byś uważni. My nie powinniśmy dawać ludziom powodu do wyciągania błędnych wniosków. Na przykład, jeśli u człowieka pojawiła się o tobie „lewa” (niedobra) myśl, to przyczyną tego może być jak jego własna nieprzychylność, tak i to, że ty sam dałeś mu powód źle o tobie pomyśleć. Ale jeśli człowiek myśli o tobie źle, nie patrząc na to że ty postępujesz uważnie, to wychwal Boga i pomódl się za niego.
Rozmowa z myślami
- Geronda, kiedy przychodzi do mnie harda, dumna myśl, ja odczuwam mękę.
- Ty co, utrzymujesz tę myśl w sobie?
- Tak.
- Po co wiec ty ją trzymasz? Zamykaj przed nią drzwi. Utrzymując taką myśl w sobie, szkodzisz sobie. Myśl, niczym złodziej, przychodzi do ciebie – ty otwierasz mu drzwi, wprowadzasz do domu, zaczynasz z nim rozmowę, a potem on cię okrada. Czyż można zaczynać rozmowę ze złodziejem? Z nim nie tylko unikają rozmowy, ale i drzwi zamykają mocno, żeby on nie wszedł. Dobrze, nawet jeśli ty i nie rozmawiasz z myślą – wszystko jedno, dlaczego pozwalasz jej wchodzić do wewnątrz? Przytoczę tobie przykład. Załóżmy, przychodzi tobie myśl o tym, że ty możesz zostać ihumenią. Ja nie mówię, że ty i naprawdę masz takie myśli, ale przytaczam to jako przykład. Tak wiec oto, przyszła tobie taka myśl. Dobrze. Jak tylko ona przyszła, powiedz sobie tak: „A-a! Wspaniale! Ty chcesz być ihumenią? Tak więc: zostań najpierw ihumenią dla samej siebie”. Powiedziawszy tak, ty natychmiast przerywasz rozmowę (z diabłem). Czyż naprawdę będziemy z diabłem plotkować? Popatrz, przecież kiedy diabeł przyszedł skusić Chrystusa, On powiedział mu: Idź ode Mnie, szatanie” [33]. Skoro Chrystus powiedział diabłu: „A no idź stąd…”, to już my z jakiego układu będziemy prowadzić z nim rozmowy?
- Geronda, a jeśli ja rozmawiam z „lewą” myślą, żeby dowiedzieć się, skąd ona pochodzi, – to źle?
- Złe jest to, że ty rozmawiasz nie z myślą, jak ci się to wydaje, a z tangałaszką. Rozmawiając z nim, ty przyjemnie spędzasz czas, jednak potem męczysz się. Z takimi („lewymi”) myślami nie rozmawiaj w ogóle. Łap (wrogi) granat w locie, i (natychmiast) rzucaj go (z powrotem) we wroga – aby on zginął. Są takie granaty, które wybuchają nie od razu, a po dwóch-trzech minutach. „Lewa” myśl podobna jest do takich granatów: jeśli ty przepędzisz ją od razu, ona nie może ci poszkodzić. Ale czasem, tracąc czujność, porzucając Jezusową modlitwę, ty nie możesz bronić się. Diabeł, będąc z zewnątrz, posyła tobie „telegram”. Otrzymawszy ten „telegram”, ty czytasz i czytasz go wielokrotnie, wierzysz temu, co w nim napisane, i potem kładziesz do archiwum. Właśnie te „dokumenty” i będą otwarte przez tangałaszkę w dniu sądu dla tego, aby ciebie oskarżyć.
- Geronda, a kiedy atak (uderzenie) „lewej” myśli jest upadkiem?
- Oto przychodzi myśl, i ty ją natychmiast odpędzasz. To nie upadek. Ale oto ona przychodzi, i ty rozmawiasz z nią. To – upadek. (A może być i tak) oto ona przychodzi, ty ją nie na długo przyjmujesz, a potem wypędzasz. To pół upadku, ponieważ i w tym przypadku ty uszkodziłaś się: przecież diabeł zbezcześcił twój umysł. To znaczy w ostatnim przypadku ty jakby mówisz do przybyłego diabła: „Dzień dobry, jak żyjesz? Dobrze? Siadaj, ja ciebie ugoszczę. A?! Więc ty diabeł? No, w takim razie wyjdź!” Ale skoro ty widziałaś, że to diabeł, dlaczego było wpuszczać go do wewnątrz? A teraz ty go „ugościłaś”, i dlatego on przyjdzie znów.
Łączenie się z myślą
- Geronda, dlaczego w monasterze oblegają mnie przeróżne myśli, podczas gdy w świecie ze mną nic takiego nie działo się? Ja co, sama na to im pozwalam?
- A nie, głupiutka! Niech sobie przychodzą i odchodzą. Czyż samoloty, przelatujące nad monasterem i zakłócające ciszę, proszą cię o pozwolenie na to? Tak samo ma się sprawa i z tymi myślami. Nie rozpaczaj. Te myśli wpaja tobie diabeł. One podobne są do przelotnych ptaków, które, szybując wysoko, wyglądają bardzo ładnie, – i ty, otworzywszy usta, zachwycasz się nimi. Jednak, kiedy te ptaki przylecą, zwiją w twoim domu gniazda i wyhodują tam pisklęta, te pisklęta zapaskudzą ci cały dom.
- Tak więc dlaczego, Geronda, przychodzą mi takie myśli?
- To robota diabła. Ale i w tobie samej jest jakiś mętny osad. Oczyszczenie jeszcze nie nastąpiło. Jednak skoro ty nie przyjmujesz tych myśli, to i odpowiedzialności nie ponosisz. Zostaw psy – niech sobie szczekają. I nie rzucaj w nich dużo kamieni. Przecież póki ty będziesz rzucać w nich kamienie, one będą kontynuować szczekanie. A potem z wielu kamieni (biesy) zbudują sobie „monaster” albo dom – na co wystarczy materiałów budowlanych… I potem tobie już niełatwo będzie zniszczyć to, co one zbudują.
- Geronda, a kiedy pojawia się łączenie się z myślami?
- Kiedy ssiesz je, jak karmelki. Postaraj się nie rozkoszować się smakiem tych myśli, z zewnątrz pokrytych lukrem, a wewnątrz pełnych trującej goryczy, inaczej później (w efekcie) będziesz dochodzić do rozpaczy. To, że przez człowieka (po prostu) przechodzą niedobre myśli, – nie jest powodem do niepokoju. Przecież złe myśli nie uderzają tylko aniołów i ludzi, którzy osiągnęli doskonałość. Należy niepokoić się w tym przypadku, kiedy człowiek ubija, wyrównuje część swego serca i zaczyna przyjmować na lądowanie „wilkoloty” [34] (wrogie Wilczo-Powietrzne Siły) – czyli biesów. Jeśli tak magle się stanie, niezbędna jest natychmiastowa spowiedź, zaoranie Wilko-Lądowiskowego pasa i zasadzenie go drzewami owocowymi – aby serce znów przemieniło się w rajski sad.
„O, gdyby wszyscy ludzie postępowali ze mną niesprawiedliwie! Mówię wam z całą szczerością: najsłodszej duchowej radości doświadczałem wśród niesprawiedliwości”
Trzeba właściwie nastawiać siebie w stosunku do niesprawiedliwości
- Geronda, kiedy ze mną postępują niesprawiedliwie, moje serce burzy się, twardnieje.
- Żeby ono nie twardniało, nigdy nie myśl ani o tym, że winien jest ten, kto postępuje z tobą niesprawiedliwie, ani o tym, jak wielka jest jego wina, a porozmyślaj lepiej o tym, na ile winna jesteś sama. Popatrz: kiedy ludzie kłócą się, każdy z nich przekonuje, że to on właśnie ma rację. Dlatego ludzie i są w stałej sprzeczności. Na przykład, idzie dwóch na policję i, wskazując jeden na drugiego, jednocześnie twierdzą: „On mnie pobił!” Jednak ani jeden z nich nie mówi o tym, ile drugiemu dostało się od niego samego! Gdzież tam – każdy jeszcze i do sądu składa pozew na swego krzywdziciela.
Gdybyśmy rozmyślali o tym, że największą ze wszystkich niesprawiedliwość wziął na Siebie Chrystus, to przyjmowalibyśmy niesprawiedliwość z radością. Będąc Bogiem, On z wielkiej miłości zstąpił na ziemię i na dziewięć miesięcy zamknął Siebie w łonie Przenajświętszej Bogarodzicy. Potem trzydzieści lat On żył jako nieznany, od piętnastego do trzydziestego roku życia pracował dla żydów jako cieśla. A wiecie, jakie wtedy były narzędzia? W tamtych czasach używali drewnianych pił z drewnianymi zębami. Jemu dawali wszelkiego rodzaju deski i mówili: „Zrób jedno, zrób drugie…” Ale jak było strugać te deski? Popróbuj no wystrugaj tymi niezgrabnymi żelastwami, które stosowano wtedy zamiast strugów! Wiesz, jak ciężki był to trud? I po tym – trzy lata cierpień. Aby głosić obszedł On boso całą (ich ziemię) wzdłuż i wszerz. On uzdrawiał chorych, wilgotną ziemią otwierał oczy ślepych, a oni ciągle żądali od Niego znaków. On wypędzał biesów z opętanych, a niewdzięczni ludzie nazywali opętanym Jego Samego. O Nim było tyle proroctw i przepowiedni, On dokonał tylu cudów, ale, pomimo tego wszystkiego, w ostatecznym końcu poddali Go szydzeniu, męczeństwu i wydali na Śmierć Krzyżową.
Dlatego ci, którzy cierpią niesprawiedliwość – to najukochańsze Boże dzieci. Przecież cierpiąc niesprawiedliwość, ci ludzie noszą w swoim sercu Chrystusa, Który przecierpiał niesprawiedliwość. Na zesłaniu czy w więzieniu oni radują się tak, jakby byli w Raju, bo Raj – tam, gdzie Chrystus.
- Geronda, a czy może ciężar człowieka okazać się dla niego nie do podniesienia?
- Bóg nie dopuszcza aby ciężar przekraczał nasze siły. To nierozsądni ludzie zwalają na plecy innych przekraczające ich siły brzemię. Często Dobry Bóg dopuszcza dobrym ludziom przejść przez ręce złych, aby zgromadzili oni niebiańską nagrodę.
- Geronda, a czy ma niezadowolenie związek z niewdzięcznością?
- Tak. Może być i tak: inni (robiąc człowiekowi wymówki) troszczą się o jego dobro, ale on tego nie rozumie, czuje się niesprawiedliwie skrzywdzony i wyraża niezadowolenie. Jeśli taki człowiek nie obserwuje siebie, on całkowicie może uważać, że postępują z nim niesprawiedliwie nawet wtedy, kiedy on popełnia jakieś przeoczenie i proszą go, aby był bardziej uważny.
W ten sposób on może dojść nawet do bezwstydu. Na przykład, mniszka, opryskując drzewa oliwkowe, wlewa do roztworu zbyt dużo pestycydu i przypala liście na drzewach. Zwracają jej uwagę, a ona, zamiast tego aby uświadomić sobie swój błąd i powiedzieć: „Wybaczcie i pobłogosławcie”, czuje się niesprawiedliwie obrażona i płacze. „Oni postępują ze mną niesprawiedliwie, – myśli ona. – Gdyby liście na drzewach pożarła szarańcza, oni nie powiedzieliby ani słowa! A teraz, kiedy je zniszczyłam je, oni wszczęli taki krzyk! Ach, Chrystusie mój, tylko Ty mnie rozumiesz”. I dawaj sobie ryczeć! Taka mniszka może nawet doznawać radości, myśląc o nagrodzie za tę „niesprawiedliwość”, którą przecierpiała, i dziękować za to Chrystusowi! Taki stan – wielkie zbłądzenie.
Radość od przyjęcia niesprawiedliwości
- Geronda, czy czysta jest ta radość, której ja doświadczam, kiedy karcą mnie za jakąś moją winę?
- Patrz uważnie, bez narzekania, ale z radością i słowami: „Chwała Tobie, Boże, tak mi i trzeba!” – Przyjmując burę za popełnione błędy, ty będziesz mieć połowę radości. Ale jeśli sztorcują ciebie niezasłużenie, bez winy z twojej strony, i ty przyjmujesz wymówkę z dobrą myślą, to twoja radość będzie pełna. Ja nie zachęcam ciebie do tego, abyś sama dopraszała się niesprawiedliwości, ponieważ w tym przypadku tangałaszka zrzuca ciebie w dumę, ale wzywam do tego, abyś przyjmowała niesprawiedliwość, kiedy ona przychodzi sama, i radowała się z tego.
Istnieją cztery stopnie traktowania niesprawiedliwości. Na przykład, ktoś ciebie niesprawiedliwie bije. Jeśli jesteś w pierwszym stopniu, do dajesz mu odpłatę, cios rewanżowy. Jeśli jesteś na drugim stopniu, to odczuwasz bardzo silne zmieszanie, ale powstrzymujesz się i nic nie mówisz. Na Trzecim etapie ty już nie odczuwasz zmieszania, a na czwartym odczuwasz wielką radość i mocno weselisz się w duszy. Jeśli człowieka w czymś niesprawiedliwie oskarżają, to, udowodniwszy, że te obwinienia są bezpodstawne, on rehabilituje się (oczyszcza się z zarzutów) i otrzymuje satysfakcję, zadowolenie. W tym przypadku on doznaje radości świeckiej. Jednak, odnosząc się do niesprawiedliwości duchowo, z dobrą myślą i nie troszcząc się o to, aby udowodnić swoją niewinność, on doznaje radości duchowej. Czyli w tym przypadku on ma w sobie boskie pocieszenie i wysławianie Boga staje się jego stanem. Wiecie, jaką radość doświadcza dusza człowieka, jeśli go niesprawiedliwie skrzywdzą i on przy tym nie usprawiedliwia się, dobijając się, aby mu powiedzieli „zuch, dobrze uczynił” albo „wybacz”? I radość, którą przeżywa taka dusza teraz, cierpiąc niesprawiedliwość, jest większa, od tej radości, której ona doświadczałaby w przypadku, gdyby dało się jej usprawiedliwić. Ci, którzy osiągają taki stan, pragną podziękować swemu krzywdzicielowi jak za radość, którą on podarował im w życiu ziemskim, tak i za radość, którą on zapewnił im w wieczności. Na ileż duchowe odróżnia się od świeckiego!
W życiu duchowym jest inny system miar. Jeśli ty zostawiasz jakąś nieładną albo nieprzydatną rzecz sobie, to czujesz się wspaniale, jeśli ty (bez narzekania, pokornie) przyjmujesz niesprawiedliwość i usprawiedliwiasz swego bliźniego, to w swoim sercu ty przyjmujesz wielokrotnie nieusprawiedliwionego, zniesławionego Chrystusa. Wtedy zgodnie z istniejącym (duchowym) zakonem Chrystus „przedłuża termin wynajmu” [35] twego serca. On zostaje w nim i wypełnia ciebie spokojem i radością. Ach, gołąbeczki moje, spróbujcie i wy przeżyć tę radość osobiście! Nauczcie się radować się nie tą świecką radością, a tą – duchową. Kiedy tego nauczycie się, u was każdego dnia będzie Pascha.
Nie ma radości większej, niż ta, której doświadczasz przyjmując niesprawiedliwość. O, gdyby wszyscy ludzie postępowali ze mną niesprawiedliwie! Mówię wam z całą szczerością: najsłodsza duchowa radość była doświadczana przeze mnie wśród niesprawiedliwości. Wiecie, jak ja raduję się, kiedy ktoś nazywa mnie skuszonym? „Chwała Tobie, Boże, –mówię, – przecież za te słowa ja otrzymam nagrodę. A oto jeśli mnie nazwą świętym, to znajdę się wśród dłużników”. Nie ma na świecie rzeczy słodszej, niż (przyjmowana przez ciebie) niesprawiedliwość!
Pewnego ranka ktoś zastukał w żelazne klepadło przy furtce mojej Celi. Było jeszcze zbyt wcześnie, aby przyjmować odwiedzających. Ja popatrzyłem w okno i zobaczyłem młodzieńca z rozjaśnioną twarzą. Zrozumiałem, że, skoro Łaska Boża tak go „objawia”, znaczy że on na własnym doświadczeniu przeżył coś duchowego. Dlatego, choć miałem pilne sprawy, odłożyłem je, otworzyłem mu drzwi, zaprowadziłem do Celi, przyniosłem mu wody i, widząc, że jest w nim ukryte coś duchowego, ostrożnie zacząłem wypytywać o jego życie. „Jako kto pracujesz, młodzieńcze?” – zapytałem go. „Jaka tam, ojcze, praca, – odpowiedział on. – Przecież ja wyrosłem w więzieniu. Teraz mam dwadzieścia sześć lat, i większą część swego życia ja spędziłem tam”. – „Co też ty takiego narobiłeś, że znalazłeś się w więzieniu?” – zapytałem, i on otworzył mi swoje serce. „Od dziecięcych lat, – zaczął on swoją opowieść, – bardzo ubolewałem widząc nieszczęsnych ludzi. Ja znałem z imienia wszystkich, którzy cierpieli i potrzebowali pomocy, – nie tylko w naszej parafii, ale i w innych. Nasz proboszcz i starosta parafii ciągle zbierali i zbierali pieniądze, wydając je na budowę różnych budynków, sal, na urządzenie świątyni i temu podobne, a biedne, potrzebujące pomocy rodziny zostawały kompletnie nikomu niepotrzebne. Ja nie biorę się osądzać, czy była rzeczywiście potrzeba we wszystkich tych budowach, ale po prostu mówię o tym, że widziałem mnóstwo pokrzywdzonych ludzi w nędzy. I oto wtedy zacząłem potajemnie brać zebrane na datki pieniądze. Brałem nie wszystko, a ile było konieczne. Za ukradzione pieniądze kupowałem produkty spożywcze, różne (niezbędne) rzeczy i zostawiałem to pod drzwiami biedaków. Od razu po tym, nie chcąc, żeby podejrzewając o kradzież schwycili w niczym nie winnego człowieka, ja chodziłem na policję i mówiłem: „Ja ukradłem pieniądze z cerkwi i wydałem je”. Nie mówiłem nic więcej. Mnie bili, nazywali „chuliganem” i „złodziejem”, ale ja milczałem. Potem wsadzali do więzienia. Tak trwało kilka lat. W naszym mieście trzydzieści tysięcy mieszkańców, wszyscy oni słyszeli o mnie i inaczej, jak „chuliganem” i „złodziejem” nie tytułowali. A ja milczałem i doświadczałem radości. Pewnego razu przesiedziałem w więzieniu całe trzy lata. Czasem mnie sadzali tylko podejrzewając o kradzież – bez winy z mojej strony, i kiedy zatrzymywali prawdziwego przestępcę, mnie uwalniali. A jeśli winnego w przestępstwie, którego ja nie popełniłem, nie znajdywali, ja odsiadywałem w więzieniu całą należną temu złodziejowi karę. Dlatego, ojcze mój, ja i powiedziałem tobie, że większą część swego życia spędziłem w więzieniach”.
Z uwagą wysłuchawszy jego opowieści, powiedziałem: „Oto co, chłopcze. Choć wszystko, co mi opowiedziałeś, i wydaje się, na pierwszy rzut oka, dobrym, ale w rzeczywistości nic dobrego w tym nie ma. Więcej tak nie rób. Ja ci coś poradzę. Posłuchasz mojej rady?” – „Posłucham się ojcze”, odpowiedział on. „Ze swego rodzinnego miasta powinieneś wyjechać, – powiedziałem. – Jedź tam, gdzie ciebie nie znają, – do takiego-to miasta. Ja zadbam o to, żeś związał się tam z dobrymi ludźmi. Zaczynaj pracować i według sił pomagaj potrzebującym, dzieląc się z nimi ostatnim kawałkiem chleba, ponieważ ma to większą wartość (niż to, co robiłeś do tej pory). Ale jeśli człowiek nie ma co dać biedakowi i z tego powodu boli mu serce, to on daje mu jałmużnę wyższego gatunku. On daje mu jałmużnę z krwi swego serca. Przecież jeśli człowiek daje jałmużnę z tego, co ma, to on odczuwa i radość, a oto jeśli on nie ma co dać, to czuje w sercu ból”. Wysłuchawszy mnie, młodzieniec poobiecał posłuchać się mojej rady i odszedł w radosnym stanie ducha.
Minęło siedem miesięcy. Pewnego dnia otrzymałem list z więzienia Korydallu 36]. Otworzywszy kopertę, przeczytałem następujące: „Ojcze mój, ty, oczywiście, zdziwisz się tym, że po tylu otrzymanych od ciebie radach i danych tobie obietnicach ja piszę do ciebie znów z więzienia. Ale wiedz, że tym razem ja odsiaduję wyrok, który już odsiedziałem wcześniej. Doszło do jakiegoś błędu sądowego. Chwała Bogu, że wśród ludzi nie ma sprawiedliwości: przecież gdyby ona istniała, to byłoby to niesprawiedliwością w odniesieniu do ludzi duchowych, którzy traciliby wtedy niebiańską nagrodę”. Przeczytawszy ostatnie słowa, byłem porażony tym młodym człowiekiem, który tak gorąco wziął się za życie duchowe i tak głęboko pojął najgłębszy sens życia w ogóle. Złodziej dla Chrystusa! On miał w sobie Chrystusa. On nie mógł powstrzymać się od radości, którą przeżywał. On przeżywał boskie wariackie usposobienie, świąteczną wesołość!
- Geronda, ta radość pochodziła od tego, że ludzie okrywali go hańbą?
- Ta radość pochodziła od tego, że on cierpiał, znosił niesprawiedliwość. On był świeckim człowiekiem – nie czytał ani Żywotów Świętych, ani utworów Świętych ojców, i mimo tego, że niezasłużenie bili go, wsadzali do więzienia, mimo tego, że w mieście uważali go za chuligana, nikczemnika i złodzieja, mimo tego, że go wstydzili i hańbili, – nie patrząc na to wszystko, on nie tłumaczył się i do wszystkiego odnosił się tak duchowo! Młody człowiek – a troszczył się nie o to, jak odbudować swoją reputację, a o to, jak pomóc innym. Wielkich, prawdziwych złodziei często nie wsadzają do więzienia ani razu, a tego nieszczęśnika dwukrotnie posadzili za jedną i tę samą kradzież. A ile razy wsadzali go do więzienia niewinnie – dopóki nie znaleziono prawdziwego przestępcy! Jednak tej radości, której on doznawał, nie doznawali nawet wszyscy mieszkańcy tego miasta – razem wzięci. Trzydzieści tysięcy ich radości nie mogłyby przewyższyć jednej takiej radości, jak u niego.
Dlatego ja i mówię, że u człowieka duchowego nie ma smutków. Kiedy w człowieku pomnaża się miłość i jego serce opala się boską gorliwą troskliwością, to smutek nie może już znaleźć w nim miejsca. Ludzie sprawiają takiemu człowiekowi ból i cierpienia, jednak pokonuje je jego wielka miłość do Chrystusa.
Przyjęcie niesprawiedliwości – dochodowa sprawa
- Geronda, bywa, że jakaś siostra wznosi na mnie niesłusznie obwinia, a ja nie mogę znieść tego (jak należy) i staję się zimna wobec niej.
- Poczekaj troszkę! Czego uczy nas Cerkiew? Jak trzeba postępować w podobnych przypadkach? I sama ty w jakim przypadku otrzymujesz wielki pożytek? Dobrze, przypuśćmy, sprawa rzeczywiście przedstawia się tak, jak ty mówisz, – czyli nie jesteś winna. No i co: jeśli z tobą postąpili niesprawiedliwie, ty otrzymujesz dochód. A ta siostra, która, pragnąc siebie usprawiedliwić, obwiniła ciebie niesprawiedliwie, potem poczuje wyrzuty sumienia, będzie kajać się i odnosić się do ciebie z wielką miłością. W ten sposób, od tego, że obeszli się z tobą niesprawiedliwie, pochodzi nie jedno dobro, a od razu dwa albo trzy. Tym samym dana tobie jest sprzyjająca możliwość wzbogacić się i z cyganki-oberwanki stać się szlachetną damą. Dlaczego zaś ty chcesz i dalej cyganić (pozostawać żebraczką), kiedy Bóg daje tobie możliwość wzbogacić się i dzielić się swoim bogactwem z innymi?
- A moja myśl nalega na tym, abym zapytała siostrę, w jaki sposób ona zinterpretowała moje zachowanie się i wzniosła na mnie niesłuszne oskarżenie…
- No oczywiście, czyż tangałaszka może wytrzymać, widząc, że u ciebie są jakieś (duchowe) oszczędności? On zmusza ciebie usprawiedliwiać się, abyś w ten sposób wypędziła z siebie Chrystusa.
- Geronda, ale mimo wszystko ja chciałbym, żeby mi chociaż czasami przebaczali moje grzechy, uchybienia.
- Chcesz, żeby ciebie usprawiedliwiali? Dobrze, przypuśćmy, ciebie usprawiedliwią. Ty od tego otrzymujesz duchowy dochód czy też ponosisz duchowa stratę.
- Ponoszę stratę.
- A oto gdybyś miała sklep, to co byś chciała – otrzymywać dochód czy ponosić straty?
- Otrzymywać dochód.
- A wiec tak: jeśli my nie chcemy ponieść strat w sprawach materialnych, próżnych, to o ile bardziej powinniśmy starać się nie ponieść strat duchowych! Ludzie świeccy gonią za materialną korzyścią i nie przepuszczają jej – czyż zatem słusznym będzie ludziom duchowym zlekceważyć duchową korzyść? Ale ludzie świeccy – nie jest to jeszcze wielkim złem: marnotrawiąc swoje pieniądze, oni trwonią tylko swój stan materialny, podczas gdy my, jeśli nie znosimy niesprawiedliwości wobec nas, puszczamy na wiatr swój duchowy, niebiański majątek. Cały ten majątek my marnujemy tu – na ziemi. Więc dlaczego my będziemy zamieniać niebiańskie na ziemskie? A oprócz tego, nieszczęśni świeccy ludzie pozostają w duchowej niewiedzy, podczas gdy nam nie jest nieznany (duchowy) sens (naszego życia). My zostawaliśmy mnichami dla tego, aby osiągać niebiańskie, a wychodzi, że, skierowawszy się ku jednemu celowi, podążamy do całkiem innego. Jeśli świeckiego człowieka zranią, pobiją albo po prostu niesprawiedliwie wygonią, to dla niego jest to bardzo gorzkie. Jednak my (mnisi) powinniśmy sami starać się o to wszystko, powinniśmy znosić wszystko to ze względu na miłość do Chrystusa. My powinniśmy dążyć do tego, aby przyjąć pohańbienie, pogardę, obelgi – ponieważ one przynoszą dochód dla naszej duszy. Rodzinny człowiek stara się siebie usprawiedliwić, ponieważ ma życiowe (ziemskie) troski. Przecież on myśli o tym, jak będzie żyć on sam i jego nieszczęsne dzieci, jeśli on, na przykład, straci reputację albo zbankrutuje. Dlatego u ludzi świeckich są łagodzące okoliczności, podczas gdy u nas takich okoliczności nie ma.
Kiedy z nami postępują niesprawiedliwie, to, przyjmując tę niesprawiedliwość, my, w istocie, przyjmujemy dobrodziejstwo. Na przykład, mnie zniesławili i niesprawiedliwie zamknęli do więzienia. No więc co? Po pierwsze, ponieważ żadnego przestępstwa nie popełniłem, moje sumienie jest spokojne. A po drugie, oczekuje mnie niebiańska nagroda. Czyż można okazać mi większe dobrodziejstwo? Ja nie narzekam, ale wysławiam Boga: „Jak dziękować Tobie, Boże mój, za to, że ja nie popełniałem tego przestępstwa? Przecież gdybym ja je rzeczywiście popełnił, to nie mógłbym wytrzymać wyrzutów sumienia”. Dla tych, kto tak myśli, więzienie staje się Rajem. Albo drugi przykład: ktoś mnie niesprawiedliwie uderzył. „Chwała Tobie, Panie! – mówię. Być może w ten sposób ja odkupię jakiś z moich grzechów, przecież kiedyś i ja podniosłem rękę na swego bliźniego”. Albo też mnie sprawiedliwie zbesztali i ja dziękuję: „Chwała Tobie, Panie! Ja przyjmuję to ze względu na Twoją miłość, z której Ty przecierpiałeś ze względu na mnie uderzenia i obrazy, znieważenia”.
Wkład do niebiańskiego skarbca
- Geronda, ja rozstrajam się, że inni nie mają dobrego mniemania o mnie.
- Jak dobrze, że ty mi o tym powiedziałaś! Poczynając od dzisiejszego dnia ja będę modlić się o to, aby u innych nigdy nie było o tobie dobrego mniemania, ponieważ dobre mniemanie innych, dziecinko moja, nie jest ci na pożytek. Bóg, troszcząc się o nas, dopuszcza ludziom postępować z nami niesprawiedliwie, obrażać nas dla tego, abyśmy odkupili tym jakieś z naszych grzechów albo też odłożyli jakiś (duchowy) kapitał dla przyszłego życia. Ale ja nie mogę zrozumieć: jakiego duchowego życia wy chcecie? Wy jeszcze nie zrozumiałyście, na czym polega wasza duchowa korzyść, wy chcecie wydać cały swój (duchowy) kapitał już tu – a dla Nieba nie zostawiacie nic. Dlaczego ty wszystko pojmujesz w ten sposób? Jakie książki ty czytasz? „Ewergetinos” [37] czytasz? Czyż tam nie napisane, jak powinnaś postępować? A Ewangelię czytasz? Patrz – abyś czytała każdego dnia.
- Geronda, a ja, robiąc jakiś dobry uczynek, smucę się, jeśli nie otrzymuje on uznania u innych.
- Posłuchaj, ale jakiego uznania ty chcesz: od Chrystusa czy też od ludzi? Czyż ty możesz otrzymać od czegoś większy pożytek, niż uznanie Chrystusa? I jaki pożytek w tym, że ludzie będą zwracać na ciebie uwagę? Jeśli ludzie będą uznawać uczynione przez ciebie dobro już teraz, to potem, w życiu wiecznym, ty usłyszysz: „Otrzymałeś dobra twoje…” [38]. My powinniśmy radować się z tego, że inni nie uznają naszych trudów i zostawiają nas bez (ludzkiej) nagrody, ponieważ Bóg weźmie pod uwagę te (po człowieczemu nieopłacone) trudy i wynagrodzi nam za nie wieczną zapłatą. Ponieważ istnieje boska zapłata, starajmy się uczynić jakiś – choćby i mały – wkład w Bożą „kasę oszczędnościową”. Niesprawiedliwość wobec nas my powinniśmy przyjmować jako wielkie błogosławieństwo, ponieważ wskutek niesprawiedliwości na nasze (duchowe bankowe) konto przekazywana jest pewna suma – jako niebiańskie błogosławieństwo.
- Geronda, a jeśli człowiek (dobrodusznie) przyjmuje niesprawiedliwość odnośnie siebie, ale nie dlatego, że myśli o nadchodzącym Sądzie, a po prostu dlatego, że uważa, że tak jest lepiej, to on postępuje właściwie?
- No, a czyż myśl o tym, że tak jest lepiej, nie doprowadzi go w ostatecznym końcu do myśli o nadchodzącym Sądzie? Tylko nich on wystrzega się postępować tak dlatego, żeby być „po prostu dobrym człowiekiem”, ponieważ tak postępują europejczycy [39]. Trzeba myśleć o tym, że ty – obraz Boży i we wszystkim powinieneś być podobnym do swego Stwórcy. Jeśli człowieka pobudza do działania właśnie ta myśl, to on porusza się w dobrym kierunki. W przeciwnym razie on naraża się na niebezpieczeństwo wpadnięcia w humanizm [40] europejczyków.
Święte udawanie
- Geronda, ile na Świętej Górze jest pustelników (samotników, anachoretów)? [41]
- Nie wiem. Mówią, że siedmiu [42]. W ostatnie lata znaleźć ciche, spokoje miejsce dla trudu ascetycznego stało się bardzo niełatwo. Dlatego, dopóki na Świętej Górze jeszcze istniały pustelnicze monastery [43], niektórzy z ojców znajdywali inny sposób trudu ascetycznego. Na przykład, na początku trudząc się gdzieś jeszcze, oni w jakimś momencie mówili: „Nie, tu mi jakoś się nie podoba. Pójdę więc lepiej popracuję w jakimś pustelniczym monasterze i uzbieram pieniążków”. Otaczający wierzyli, że to rzeczywiście tak. Asceta przechodził do samotniczego monasteru, pracował tam trzy-cztery miesiące i potem żądał dużej podwyżki do pensji. A kiedy takiej podwyżki mu odmawiali, on mówił: „No nie, taka praca mi się nie opłaca, Ja odchodzę”. On brał z sobą trochę sucharów, odchodził z monasteru, ukrywał się w jakiejś pieczarze i oddawał się trudom ascetycznym. A u pozostających w monasterze pojawiało się wrażenie, że on znalazł pracę gdzieś jeszcze. Kiedy mieszkańców tego monasteru pytali: „No jak, był u was taki-to ojciec?”, oni odpowiadali: „Tak, był, ale jakiż on wybredny! Przyszedł tu uzbierać pieniędzy. Żądał sobie podwyżki! Pomyśleć tylko: mnich i żąda podwyżki! Cóż to za mnich taki?” A asceta, w ten sposób, otrzymywał podwójny pożytek – i od swego trudu ascetycznego, i od ich oskarżeń. A i od złodziei też: przecież złodzieje, usłyszawszy, że on ma pieniądze, szli do niego do pieczary, bili go, ale nic nie znajdywali.
- Geronda, ale jeśli siostra skrywa się, to jak ja mogę naśladować jej cnoty?
- Cóż więc ona, według ciebie, jest całkiem głupia, żeby nie skrywać się? Wielki trud ascetyczny święci dokonywali nie dla tego, aby osiągnąć cnotę, ale dla tego, żeby ją ukryć. Wiecie, co robili szaleńcy ze względu na Chrystusa? Najpierw oni unikali obłudy świata tego i wstępowali w dziedzinę ewangelicznej prawdy. Ale tego im też było mało, i oni szli dalej – do świętej obłudy ze względu na Chrystusową miłość. Potem już nie przejmowali się ani tym, co z nimi robili, ani tym, co o nich mówili. Jednak dla tego potrzebna jest wielka pokora. I popatrzcie: jeśli człowiekowi świeckiemu powiedzieć coś nieprzyjemnego, to on obraża się; jeśli nie pochwalić go za coś, on rozstraja się, podczas gdy szaleńcy ze względu na Chrystusa radowali się z tego, że ludzie mieli o nich zepsute myśli.
Dawniej byli mnisi, którzy udawali nawet opętanych, pragnąc ukryć swoją cnotę i zepsuć u innych dobą myśl o sobie. Żyjąc w Fiłofiejewskim monasterze [44] w tym czasie, kiedy on był samotniczym, spotkałem tam pewnego mnicha, który wcześniej trudził się ascetycznie w pustelni Wigły [45]. Zrozumiawszy, że tamtejsi ojcowie domyślają się o jego ascetycznych trudach i duchowym sukcesie, on wziął błogosławieństwo u swego ojca duchowego i odszedł stamtąd. „A oto jeszcze! – powiedział odchodząc. – Ja tymi spleśniałymi sucharami nasycony jestem po gardło. Pójdę do jakiegoś samofinansującego się monasteru: tam i mięsa najem się, i pożyję po ludzku! Czy głupcem jestem żeby tu zostawać?” Tak on przeszedł do Fiłofiejewskiego monasteru i udawał opętanego. Jego duchowi bracia [46], usłyszawszy, że on stał się „opętańcem”, zaczęli mówić między sobą: „Żal biedaczka – on stał się opętanym. No i cóż: przecież tego i należało się oczekiwać. Stąd uciekł: zapleśniałe suchary, widzicie, sprzykrzyły się! Przeszedł do samofinansującego się monasteru – mięsa mu się zachciało pojeść!” No i co „opętany”? A oto co: on przeżył w Fiłofieju ponad dwadzieścia pięć lat i przez wszystkie ta lata nie przygotowywał sobie jedzenia i nie kładł się spać. Walcząc ze snem, on całe noce błąkał się z lampką po monasterskich korytarzach. Dochodząc do skrajnego zmęczenia, asceta zatrzymywał się i nie na długo opierał się o ścianę, ale, gdy tylko sen zaczynał go ogarniać, on zrywał się i szeptem zaczynał wymawiać Jezusową modlitwę: „Hospodi, Iisusie Christie…” Potem on kontynuował modlić się umysłem – nie na głos, jednak czasem modlitwa mimowolnie wyrywała się z jego ust i słyszeli ją inni. Spotykając się z innymi mnichami asceta prosił: „Módl się, módl się, aby ze mnie wyszedł bies”. Pewnego razu jeden młody piętnastoletni mniszek powiedział mi o nim: „A precz z nim, tym opętańcem”. – „Nie mów tak, – zwróciłem mu uwagę. Ten człowiek osiągnął nie małą cnotę i opętanego tylko udaje”. Później ten młody mnich odnosił się do ascety z czcigodnością. A kiedy asceta umarł, znaleźli go trzymającym w rękach kartkę papieru z listą monasterskich braci. Obok imienia każdego mnicha (dobry udawacz) napisał jakieś przezwisko. On zrobił to dla tego, aby i po śmierci zepsuć innym tę – choćby najmniejszą – dobrą myśl, którą oni, być może, mogli o nim mieć. Potem jego zwłoki zaczęły wydawać aromat. Widzisz jak: on chciał ukryć się, ale Łaska Boża objawiła go innym.
Dlatego nie powinniśmy wyciągać o człowieku wniosków na podstawie tego co widać – gdyż nie jesteśmy w stanie dostrzec, co ukrywa on w sobie.
Samousprawiedliwienie przeszkadza duchowym sukcesom
- Geronda, co mają na myśli, kiedy mówią, że w Piśmie Świętym nie spotkasz samousprawiedliwienia?
- To, że dla samousprawiedliwienia, w pewnym sensie nie ma usprawiedliwienia.
- A ja, Geronda, kiedy usprawiedliwiam się, to dopiero z opóźnieniem rozumiem, że mnichowi samousprawiedliwienie nie przystoi.
- Ono mu nie po prostu nie przystoi – samousprawiedliwienie nie ma nic wspólnego z duchowym życiem. Koniecznie trzeba zrozumieć, że, usprawiedliwiając siebie, ja jestem w fałszywym stanie. Zrywam związek z Bogiem i pozbawiam siebie Bożej Łaski. Przecież Boża Łaska nie przychodzi do człowieka, który jest w fałszywym stanie. Od tego momentu jak człowiek usprawiedliwia to, czemu nie ma usprawiedliwienia, on oddziela, izoluje siebie od Boga. Przestrzeń między człowiekiem i Bogiem wypełnia materiał izolacyjny jakby (duchowy) kauczuk. Czy przez kauczuk może przepłynąć prąd elektryczny? Nie, nie może, on dla prądu jest nieprzepuszczalny. Tak i dla Bożej Łaski nie ma silniejszego izolującego materiału, niż samousprawiedliwienie. Usprawiedliwiając siebie, ty dosłownie budujesz ścianę, oddzielającą ciebie od Boga, i w ten sposób zrywasz z Nim wszelką więź.
- Geronda, Wy często mówicie: „Starajmy się, przynajmniej, nie spaść poniżej duchowego punktu (stopnia, poziomu) zaliczeniowego?” Co to za duchowy punkt zaliczenia?
- Duchowy punkt zaliczenia – to pokorne przyznanie swego błędu, a także odmowa usprawiedliwiania się przynajmniej wtedy, kiedy człowiekowi wskazują na to, w czym jest on winny, i on uświadamia sobie swoją winę. No a nie usprawiedliwiać siebie, kiedy obwiniają w tym, w czym nie jesteś winien, – to już piątka z plusem. Ten, kto usprawiedliwia siebie, nie tylko nie odnosi sukcesu, ale i nie ma wewnętrznego spokoju. Bóg nie będzie karać nas za jakiś popełniony przez nas błąd, jednak i my sami nie powinniśmy usprawiedliwiać siebie w tym błędzie i uważać go za coś naturalnego.
- A jeśli robią mi wymówkę za jakieś niedopatrzenie, ale ja nie mogę zrozumieć, jak wielka jest moja wina, czy wypada zapytać o to, żeby drugim razem być bardziej uważną? Czy mimo wszystko lepiej przemilczeć?
- Jeśli, będąc winną w pięciu procentach, obwiniasz siebie na dwadzieścia pięć, to czyż nie zostajesz z zyskiem? Obwiniaj siebie z nadmiarem, aby nie stracić. To i jest to duchowe działanie, które powinnaś wykonywać: odnajdywać swoje uchybienia i chwytać siebie na miejscu przestępstwa. W przeciwnym razie ty boisz się rozstać się ze swoim „ja”, usprawiedliwiasz je, ale wewnętrznego spokoju mniemasz.
- Geronda, a czy otrzymuje pożytek człowiek, który, usprawiedliwiając się z przyzwyczajenia, potem uświadamia sobie swój błąd i uznaje siebie za niegodnego, za zasługującego na karę?
- W skrajnej mierze, u takiego człowieka gromadzi się doświadczenie. Jeśli on wykorzysta to doświadczenie należycie, to pójdzie mu to na pożytek. A jeśli Bóg powie: „No, skoro on zrozumiał swój błąd i pokajał się, trzeba mu coś dać”, to ten człowiek otrzyma jakieś „wspomożenie”, ale już z drugiego (duchowego) funduszy – z Funduszu Pokajania.
Przyczyną tego, że człowiek usprawiedliwia siebie, jest jego egoizm
- Geronda, jeśli ja nie znajduję usprawiedliwienia postępkom innych, to znaczy, jest i mnie zatwardziałe, bezlitosne serce?
- Nie znajdujesz usprawiedliwienia innym i znajdujesz sobie? Ale wtedy bardzo szybko i Chrystus nie znajdzie dla ciebie usprawiedliwienia. Jeśli człowiek zachowa się złośliwie, to jego serce może w jednej chwili stać się zatwardziałym, jak kamień. A jeśli on zachowa się z miłością, serce może w jednej chwili stać się bardzo czułym. Zdobądź macierzyńskie cerce! Jak postępuje matka: ona wszystko przebacza (swoim dzieciom) i czasem udaje, że nie zauważa (ich psot).
Ten, kto prawidłowo pracuje nad sobą duchowo, dla wszystkich znajduje łagodzące winę okoliczności, wszystkich usprawiedliwia, podczas gdy dla siebie nie szuka usprawiedliwienia nigdy – nawet jeśli ma rację. On zawsze nazywa siebie winnym, ponieważ myśli o tym, że nie wykorzystuje tych sprzyjających możliwości, które są mu dawane. Na przykład, jeśli taki człowiek widzi, jak ktoś kradnie, to myśli o tym, że i sam kradłby jeszcze więcej, gdyby zboczył z właściwej drogi. „Bóg mi pomógł, – mówi taki człowiek, – jednak ja przypisałem Jego dary sobie samemu. To kradzież większa, niż ta, której dokonuje mój bliźni: różnica jedynie w tym, że jego złodziejstwo jest widoczne, a moje pozostaje ukrytym”. W taki sposób, człowiek surowo osądza siebie i z wyrozumiałością sądzi bliźniego. Albo, zobaczywszy w bliźnim jakąś – wielką czy małą – wadę, taki człowiek usprawiedliwia go, włączając do pracy dobre myśli. On myśli o tym, że i sam ma wady, które zauważalne są przez innych. Przecież jeśli wgrzebać się (wniknąć), to w sobie można znaleźć takie mnóstwo wad! Wtedy usprawiedliwienie bliźniego stanie się bardzo łatwą sprawą. Ileż drewna my nałamaliśmy! „Grzechu młodości mojej i niewiedzy mojej nie wspomnij, Panie” [47].
- Geronda, bywa, kiedy proszą mnie o pomoc, ja z chęcią ją okazuję, ale w pośpiechu coś trochę zepsuję, a potem, kiedy czynią mi uwagi, staram się usprawiedliwić się…
- Jeśli, chcąc zrobić dobry uczynek, ty coś troszkę zepsułaś, to powinnaś (pokornie) przyjąć uwagę za popełnione niedopatrzenie – aby otrzymać nagrodę w całości. Diabeł jest bardzo przebiegły. Swoje rzemiosło on zna wprost nadzwyczajnie. Tak cóż wiec – czyż on nie korzysta ze swego tak wieloletniego doświadczenia? To on podjudza ciebie usprawiedliwiać się, abyś straciła pożytek od uczynionego przez ciebie dobra. Jeśli ty widzisz, jak człowiek, oblewając się potem, ładuje na plecy jakiś ciężar, i chcesz przełożyć go na swoje plecy, aby mu ulżyć, to jest to, można powiedzieć, naturalne. Zobaczyłaś, jak on niósł na sobie ten ciężar, i, pobudzana luboczestijem, pośpieszyłaś mu pomóc. Jednak ponieść na sobie ciężar zadanej przez kogoś niesprawiedliwej zniewagi – ma znacznie większą wartość. Jeśli czynią nam uwagi i my natychmiast zaczynamy usprawiedliwiać się, to świadczy to o tym, że w nas jeszcze w pełniej mierz żyje świeckie mędrkowanie.
- Geronda, tak w czym więc jest przyczyna samousprawiedliwienia?
- W egoizmie. Samousprawiedliwienie – to upadek, ono odpędza Łaskę Bożą. Człowiek powinien nie tylko nie usprawiedliwiać się, ale i polubić tę niesprawiedliwość, która wyrządzana jest wobec niego. Przecież co jak nie samousprawiedliwienie wypędziło nas z Raju? Czyż nie na tym polega upadek Adama? Kiedy Bóg zapytał Adama: „Być może, ty jadłeś z drzewa, z którego Ja zabroniłem tobie jeść?”, Adam nie powiedział: „Tak, Boże mój, zgrzeszyłem”, ale zaczął usprawiedliwiać się: „Żona, którą Ty mi dałeś, dała mi z drzewa, i ja jadłem”. Przez to on jakby powiedział Bogu: „To Ty jesteś winien, ponieważ Ewę stworzyłeś Ty”. Ale czyż Adam był zobowiązany słuchać się Ewy w tej sprawie? Bóg zadał to samo pytanie i Ewie, ale i ona zaczęła usprawiedliwiać się: „Wąż skusił mnie” [48]. Gdyby Adam powiedział: „Zgrzeszyłem, popełniłem błąd, Boże mój”, gdyby Ewa też przyznała się do swego błędu, to wszystko znów wróciłoby na swoje miejsca. Ale nie: oni oboje zaczęli na wyścigi usprawiedliwiać siebie.
- Geronda, a jeśli człowiek nie rozumie, jak wielkim złem jest samousprawiedliwienie, co jest temu winne?
- Co jest temu winne? To, że winien jest on sam. Bez końca usprawiedliwiając siebie i uważając, że inni go nie rozumieją, że wszyscy dookoła są niesprawiedliwi, a on – niewinny cierpiętnik i nieszczęsna ofiara, człowiek popada w obłęd, przestaje panować nad sobą. I pomyśleć tylko: popełniwszy kiedyś niesprawiedliwość zawiniwszy wobec innych, taki człowiek mówi: „Ja bym, oczywiście zniósłbym tę niesprawiedliwość, ale nie chcę wprowadzać w grzech innych”! To znaczy on stara się usprawiedliwić siebie jakoby pobudzany miłością, aby ten, kto, jak mu się wydaje, jego skrzywdził, opamiętał się i nie wpadł w grzech! Albo też on zaczyna przytaczać całą masę wyjaśnień, aby jego „krzywdziciel” nie wpadł w grzech przez to, że przypadkowo źle go zrozumie. Widzicie, jak przebiegłą, zręczną pracą zajmuje się diabeł?
Ten, kto usprawiedliwia się, nie może otrzymać duchowej pomocy
Ja zauważyłem, że dzisiaj wszyscy – od małego do wielkiego – usprawiedliwiają wszytko przy pomocy jakiegoś szatańskiego pomysłu. Diabeł interpretuje dla nich wszystko na swój sposób, i w ten sposób, ci ludzie wypadają z realności. Szatańska interpretacja – oto czym jest samousprawiedliwienie.
- Geronda, a dlaczego u niektórych ludzi pojawia się sprzeciw na każde powiedziane im słowo?
- O, rozmawiać z człowiekiem, który przyzwyczaił się usprawiedliwiać, – to straszna sprawa! To tak samo jak rozmawiać z opętanym. Niech wybaczy mi Bóg, ale ci, którzy siebie usprawiedliwiają, mają „za starca” samego diabła. To strasznie wymęczeni ludzie, oni nie mają w sobie spokoju. Oni uczynili samousprawiedliwienie swoją nauką. To znaczy, podobnie jak złodziej całą noc nie zamyka oczu i wymyśla sposób coś ukraść, ci ludzie stale wymyślają sposoby usprawiedliwienia swoich błędów. Niektórzy rozmyślają, jak im ukorzyć się czy zrobić jakiś dobry uczynek, a oni wymyślają wprost przeciwne – sposób usprawiedliwić to, czemu nie może być usprawiedliwienia. Ci ludzie stają się prawdziwymi adwokatami! Ich nie można skłonić do zmiany przekonania – to tak jakby próbować skłonić do zmiany przekonania samego diabła. Wiecie, jak ja wymęczyłem się z jednym takim człowiekiem! „To, co ty robisz, nie mieści się w żadnej bramie, – przekonywałem go. – Ty musisz zwrócić uwagę na niektóre rzeczy, ty całkiem wymknąłeś się spod kontroli, powinieneś postępować tak-to i tak-to…” Jednak on znajdował sobie usprawiedliwienie w odpowiedzi na każde moje słowo, a w końcu rozmowy jeszcze i oświadczył: „Ty tak i nie powiedziałeś, co powinienem zrobić!” – „Złoty ty mój, – speszyłem się, – o czym my więc w takim razie dyskutujemy tyle czasu? Rozmawialiśmy o twoich błędach, o tym, że zaszedłeś nie tam, gdzie trzeba, ale przecież ty bez przerwy usprawiedliwiasz się. Przez te trzy godziny, naszej rozmowy, ty całego mnie zamęczyłeś! Doprowadziłeś mnie do białej gorączki! No czyż nie powiedziałem, co masz robić?” Oto tak, ty przytaczasz człowiekowi odpowiednie przykłady, objaśniając, że odnosić się do wszystkiego tak, jak odnosi się on, – to szatański egoizm, ostrzegasz, że on poddaje się biesowskim oddziaływaniom i jeśli nie zmieni się, to zginie, – a on po tym wszystkim oświadcza, że ty tak i nie powiedziałeś, co on powinien robić! Nie, prawda, czyż nie wyjdziesz tu z siebie? Jeśli człowiek na wszystko napluje, to on w takich przypadkach nie rozstraja się. Co by się nie wydarzyło, wszytko dla niego jest drobnostkami życia. Jednak jeśli u ciebie nie ma obojętności, to w podobnych sytuacjach po prostu wybuchasz. Nie, jednak szczęśliwi są oni – ludzie, którzy niczym się nie przejmują.
- Jednak, Geronda, Wy sami w żadnych okolicznościach nie chcecie pozostawać obojętni…
- Bracie ty mój, przecież obojętny, przynajmniej, nie marnuje siebie na próżno… Cierpieć jest sens z powodu tego człowieka, któremu jest boleśnie. Ale tutaj: zamęczasz się z jego powodu, mówisz mu tyle wszystkiego, a on w ostatecznym końcu oświadcza: „Ty nie powiedziałeś, co mam robić” – i usprawiedliwia to, co nie może mieć usprawiedliwienia. Tak z człowieka on przemienia się w demona! Jakie to straszne! Gdyby on pomyślał choćby o tym, jaki trud ty podjąłeś, żeby mu pomóc, to zmieniłby się choć trochę. Ja już nie mówię o tym, żeby on poczuł, jak ty za niego ubolewasz, Ale gdzie tam: on widzi, jak ty cierpisz, widzi, jak zmagasz się, męczysz się, i na wszystko to zamyka oczy!
- Geronda, jeśli ty mówisz człowiekowi, który usprawiedliwia jakiś swój niegodny wybryk, że jest to samousprawiedliwienie, a on, pragnąc udowodnić, że to nie samousprawiedliwienie, dalej siebie usprawiedliwia, to czy jest u niego możliwość poprawić się?
- A gdzież mu się poprawić? On rozumie, że popełnił błąd, ponieważ doświadcza męki, ale z powodu egoizmu nie chce go przyznać. To bardzo straszne!
- Tak, ale przy tym on oświadcza: „Ty odmawiasz mi pomocy. Ja proszę ciebie o pomoc, a ty nie chcesz nawet zaprosić mnie na rozmowę. Ty odnosisz się do mnie z pogardą”.
-No więc cóż – taki stan też zaczyna się z egoizmu. Tym samym on jakby mówi tobie: „To nie ja, a ty jesteś winien w tym, że u mnie wszystko jest tak źle!” Tak-tak, taki człowiek dochodzi i do tego. Zostaw go w spokoju: nie trzeba tracić na niego czasu, ponieważ nie pomożesz mu. Za takiego człowieka nie ponosi odpowiedzialności ani jego ojciec duchowy, ani – jeśli on żyje w monasterze – ihumen czy ihumenia. To nie ludzki, a szatański egoizm. Ludzkim egoizmem cierpi ten, kto, nie upokorzywszy się do takiego stopnia, żeby powiedzieć „przebacz”, jednak nie zacznie i usprawiedliwiać się. Ale ten, kto, grzesząc, usprawiedliwia siebie, przemienia swoje serce w biesowskie schronienie. Jeśli taki człowiek nie zniszczy swego „ja”, to będzie popełniać coraz więcej i więcej błędów i bez wszelkiego pożytku będzie niszczyć go jego własny egoizm. Jeśli człowiek nie wie, jakim złem jest samousprawiedliwienie, u niego są łagodzące okoliczności. Jednak jeśli on poznał to – sam albo ze słów innych, – to łagodzących winę okoliczności u niego nie ma.
Kiedy chcesz pomóc człowiekowi, który przyzwyczaił się usprawiedliwiać, bądź bardzo uważny. Ponieważ, jeśli on usprawiedliwia się, to znaczy, że ma on dużo egoizmu, i dlatego czasem dzieje się następujące: ty mówisz mu, że on postąpił nieprawidłowo, a on, broniąc swoją „nienaganność” i udowadniając (że nieprawidłowy jesteś właśnie ty), zaczyna dokładać kłamstwo do kłamstwa i samousprawiedliwienie do samousprawiedliwienia. W tym przypadku już ty, wskazujący mu na jego nieprawość, stajesz się przyczyną tego, że ten człowiek robi się jeszcze większym egoistą i kłamcą, niż był wcześniej. Zobaczywszy, że on kontynuuje usprawiedliwiać się, przestań mu cokolwiek tłumaczyć, ale módl się, żeby Bóg go oświecił.
Jeśli ty nie usprawiedliwiasz siebie, Bóg ciebie usprawiedliwi
- Geronda, często, kiedy zwracają mi uwagę, ja, myśląc, że trzeba dać jakieś wyjaśnienia, zaczynam: „Tak, to tak, jednak nie wiem, czy to wy pomyśleliście…”
- A po co ci te wszystkie „jednak” i „czy to” W tym „czy to” nie ma… soli! [49] I ono wszystko wypacza. Jeśli zwracają ci uwagę, mów: „Wybacz. Dzięki twoim modlitwom w przyszłości będę uważniejsza”.
- Geronda, a, jeśli ktoś, widząc, jak ja wykonuję ten czynny postępek, dochodzi do błędnego wniosku, czy trzeba wyjaśniać, co pobudziło mnie postępować tak, a nie inaczej?
Jeśli jest u ciebie siła duchowa, czyli pokora, to uznaj siebie winną i nic nie wyjaśniaj. Pozostaw Bogu ciebie usprawiedliwić. Jeśli nie powiesz ty sama, to potem za ciebie powie Bóg. Popatrz, przecież kiedy bracia sprzedawali Józefa do niewoli [50], on nie powiedział (izmaelickim kupcom): „Ja jestem ich bratem, a nie niewolnikiem. Mój ojciec kochał mnie najbardziej ze wszystkich swoich dzieci”. On nie powiedział ani słowa, za to potem Bóg powiedział Swoje słowo i uczynił go carem [51]. Cóż ty myślisz – Bóg nie poinformuje (ludzi o tym, jak wszystko przedstawia się naprawdę)? Jeśli Bóg, dla twego dobra, odkryje ludziom prawdę, to dobrze. Jednak, jeśli On jej nie odkryje, to też będzie ze względu na twoje dobro. Kiedy ktoś postępuje z tobą niesprawiedliwie, myśl o tym, że on czyni to nie ze złości, a po prostu dlatego, że zobaczył wszystko w takim świetle. Jeśli u tego człowieka nie ma złości, to upłynie jakiś czas i Bóg poinformuje go o prawdziwym stanie rzeczy. I wtedy człowiek ten zrozumie, że był niesprawiedliwy wobec ciebie, i pokaja się. Bóg nie informuje człowieka tylko w tym przypadku, jeśli jest w nim złośliwość, ponieważ radiostacja Boga pracuje na częstotliwości pokory i miłości.
- Geronda, a czy można prosić człowieka o wyjaśnienia po jakimś nieporozumieniu między nami?
- U ciebie co, uszkodziły się myśli (o tym człowieku)?
- Nie.
- Jeśli twoje myśli nie uszkodziły się, to nie ma konieczności w tym, aby człowiek coś ci wyjaśniał. Jeśli zaś twoje myśli uszkodziły się, to nieźle jest usłyszeć jakieś wyjaśnienia, aby one nie uległy jeszcze większemu uszkodzeniu.
- Geronda, ale jeśli tłumaczysz się nie w celu usprawiedliwienia się, a po prostu opowiadasz o swoim stosunku do tego czy innego wydarzenia, o tym, co skłoniło ciebie postąpić tak czy inaczej?
- To też do niczego. Lepiej powiedzieć „wybacz” i powstrzymać się od wyjaśnień, z wyjątkiem tych przypadków, kiedy ciebie o nie proszą. Wtedy już pokornie opowiedz, jak wszystko się wydarzyło.
- To znaczy, Geronda, w jakich przypadkach wyjaśnienia są konieczne?
- One niezbędne są w tych przypadkach, kiedy mowa jest o nieporozumieniu, które dotyczy innych ludzi. Wtedy człowiek zobowiązany jest dać wyjaśnienia, aby jakoś poprawić stan rzeczy. A jeszcze bywa, że człowiek zbyt wrażliwy, ma jakiś stopień egoizmu, i jeśli on nie wytłumaczy się, to może to go urazić. W takim przypadku lepiej jest, jeśli on wytłumaczy się, wyjaśni, co pobudziło go uczynić ten czy inny krok.
- Czasem, Geronda, my nie możemy odróżnić samousprawiedliwienia od wyjaśnienia.
- Samousprawiedliwienie nie daje spokoju duszy, podczas gdy wyjaśnienie przynosi jej ukojenie i spokój.
Kto właściwie siebie bada, ten siebie nie usprawiedliwia
- Geronda, dlaczego, odczuwając, rozumiejąc swoją (duchową) słabość, ja mimo wszystko usprawiedliwiam się?
- Ty usprawiedliwiasz się właśnie dlatego, że jeszcze nie odczułaś swojej słabości. Gdybyś odczuła, to nie usprawiedliwiałabyś się. Przecież my, samolubni, nie chcemy doświadczać trudności, nie lubimy trudności, często chcemy (duchowo) wzbogacić się, nie uderzywszy przy tym palcem o palec. Powinniśmy, przynajmniej, przyznać, że, odnosząc się do wszystkiego w ten sposób, my duchowo kulejemy na obie nogi. Uznawszy to, powinniśmy spokornieć. Ale gdzie tam! Ani trudem, ani uznaniem swoich słabości w naszym przypadku nawet nie pachnie.
- A czy może usprawiedliwić siebie człowiek, który zajmuje się samopoznaniem, bada siebie?
- Kto bada siebie dobrze, ten siebie nie usprawiedliwia. Popatrz: przecież niektórzy mądrzy ludzie, mając łeb na siedem piędzi (będąc błyskotliwi), w ostatecznym końcu, czynią najokropniejsze głupoty. To dlatego, ponieważ wplątuje się pragnienie urządzić się jak najwygodniej. „Jak by urządzić się wygodniej, – rozmyśla taki człowiek, – jak by to uczynić tak, aby było dobrze mi samemu”.
- Geronda, a ten, kto siebie usprawiedliwia, nie widzi swoich upadków w duchowym życiu?
- Diabeł oszukuje takiego człowieka we wszystkim, co by on nie robił, i ten człowiek znajduje usprawiedliwienie wszystkiemu: własnej samowoli, uporowi, egoizmowi, kłamstwu.
- A gdyby taki człowiek oceniał siebie, jak w lustro, wpatrując się w utwory patrystyczne i zwłaszcza w Pismo Święte, to czy to nie pomogłoby mu?
- Dla człowieka, który myśli prawidłowo, duchowo, Pismo Święte i książki Świętych Ojców rozwiązują wszelkie trudności. On rozumie sens napisanego wyraźnie i jasno. Jednak jeśli człowiek nie zajmuje się duchowym działaniem i jego dusza nie jest oczyszczona, to nawet Pismo Święte mu nie pomoże, ponieważ wszystko przeczytane taki człowiek interpretuje przewrotnie. Jemu lepiej otwierać swoje myśli ojcu duchowemu i nie próbować samemu interpretować sensu przeczytanego. Na przykład, czytając Stary Testament, taki człowiek może zinterpretować sens przeczytanego w duchu fałszu i zarazić się (duchową) infekcją. Ja zauważyłem, że niektórzy wchłaniają coś z przeczytanego w duchowych książkach i potem interpretują to tak, jak im na rękę. Przyczyna nie w tym, że brakuje im bystrości albo oni nieprawidłowo rozumieją sens przeczytanego. Nie, oni dają przeczytanemu swoją interpretację dla tego, aby usprawiedliwić się. Straszna rzecz! Przy tym te duchowe rady, pouczenia, które oni słyszą od innych, ci ludzie, jak się przekonałem, też nieczęsto przyjmują w należyty sposób. Na przykład, pragnąc zwrócić ich uwagę na coś, ja opowiadam im jakieś wydarzenie. Chcę podkreślić coś jednego (całkiem konkretnego), ale oni rozgrzebują opowiedzianą przeze mnie historię z tym, żeby znaleźć w niej coś całkiem innego, uchwycić się za to „drugie” i usprawiedliwić coś ze swoich niedostatków czy błędów. Czyli oni robią wszystko to dlatego, żeby znaleźć usprawiedliwienie swoim namiętnościom. Kiedy opowiadam im o jakimś człowieku, który stoczył się do opłakanego stanu z powodu swojej nieuwagi, oni, wysłuchawszy historię, nie zastanawiają się nad tym, a mówią: „Nie, jeśli już bywają ludzie w tak okropnym stanie, to my w ogóle jesteśmy ponad wszelkimi pochwałami”. W ten sposób oni usprawiedliwiają siebie. Tak, czego-czego, a samousprawiedliwień diabeł wyszuka całe mnóstwo.
Samousprawiedliwienie nie przynosi spokoju duszy
Dusza tego, kto usprawiedliwia siebie, nie znajduje spokoju. Taki człowiek pozbawiony jest pocieszenia. Sam to on usprawiedliwia swoje „ja”, ale oto czy to „ja” usprawiedliwia jego samego? Jego „ja”, jego sumienie nie znajdują mu usprawiedliwienia, i dlatego dusza nie ma spokoju. To świadczy o tym, że jest on winny. Z jaką zaś wielką mądrością Bóg wszystko urządził! On dał człowiekowi sumienie. Straszna rzecz! Z pomocą okrucieństwa, chytrości, pochlebstwa człowiek może osiągnąć wszystko to, czego chce, ale przy tym on będzie pozbawiony spokoju duszy. A jeśli człowiek kieruje się sumieniem, to on i bez pomocy z zewnątrz może przekonać się w tym, że zbłądził z drogi.
Dobrodusznie znosić niesprawiedliwość – to tak jakby otrzymać duchowe bogactwo, przynoszące radość. A usprawiedliwiając siebie, człowiek jakby trwoni jakąś część swego bogactwa – i radości nie odczuwa. Ja chcę powiedzieć, że w ostatnim przypadku u człowieka nie ma tego duchowego spokoju, który on miałby, nie usprawiedliwiając siebie. A co już mówić o tym, kto usprawiedliwia siebie, będąc przy tym i prawdziwie winnym! Taki człowiek zbiera na swoją głowę gniew Boży. Przecież, w istocie sprawy, on zajmuje się rozkradaniem tego, co nie należy do niego. Dawane jest mu bogactwo, a on puszcza je na wiatr. Czyż może mieć spokój dusza tego, kto puszcza bogactwo na wiatr?
Ten, kto usprawiedliwia się, oślepia siebie. (Potem) diabeł znajdzie mu usprawiedliwienie, nawet jeśli taki człowiek popełni zabójstwo. ”Jak że ty go tak długo znosiłeś? – mówi diabeł. – Przecież ty powinieneś wykończyć go o wiele wcześniej!” I taki człowiek może nawet zechcieć otrzymać od Chrystusa nagrodę za te kilka lat, które on „znosił”! Ty rozumiesz? Tak-tak, można i do tego dojść!
- Geronda, ale skoro ten, kto usprawiedliwia siebie, cierpi, do dlaczego on nie chce (przestać usprawiedliwiać siebie, żeby) przerwać męczące go wyrzuty sumienia?
- Dlatego że samousprawiedliwienie się – to przyzwyczajenie. Aby je odciąć, niezbędna jest siła woli. Taki człowiek musi nauczyć się nie po prostu nie usprawiedliwiać się, ale jeszcze i zajmować prawidłową duchową pozycję. Przecież jeśli człowiek, nie usprawiedliwiając się na głos, zacznie mimo wszystko nosić w duszy przekonanie w tym, że postąpili z nim niesprawiedliwie, to będzie jeszcze gorzej, ponieważ gdyby on powiedział coś na swoje usprawiedliwienie, to by mu w tym zaprzeczyli, i w ten sposób on mógłby poznać siebie i wyjść ze zbłądzenia. W przeciwnym zaś przypadku on może nic nie mówić głośno, ale w sobie myśleć: „Prawda jest po mojej stronie, jednak ja milczę, ponieważ jestem ponad tym wszystkim”. W ten sposób człowiek pozostaje w zbłądzeniu.
Bierzmy na siebie ciężar (cudzych grzechów)
- Geronda, wczoraj wy mówiliście, że jedna sprawa – to cierpienie, a druga – cierpliwość. Co mieliście na myśli?
- Cierpieć (znosić) – to nie znaczy odnosić się do kogoś z cierpliwością. Twierdząc, że ja posiadam cierpliwość w odniesieniu do jakiegoś człowieka, ja tym samym jakbym mówił: „U niego wszystko bardzo źle, a u mnie dobrze, i ja odnoszę się do niego z cierpliwością”. Prawdziwe cierpienie polega na tym, aby odczuwać swoją winę za ten stan, w jakim jest bliźni, współczuć mu. W takim podejściu do bliźniego jest dużo pokory i miłości. W tym przypadku ja przyjmuję Łaskę Bożą, a mój bliźni otrzymuje pomoc. Na przykład, zobaczywszy jakiegoś kulawego, głuchego czy narkomana, powinienem pomyśleć tak: „Gdybym ja był duchowo rozwiniętym człowiekiem, to ubłagałbym Boga, i On uzdrowiłby tego nieszczęsnego”. Przecież Chrystus powiedział: „Ja dam wam siłę czynić cuda większe, niż uczyniłem Ja” [52]. Od takich rozmyślań przychodzi ból za bliźniego i miłość do niego. Jeśli zaś ja mówię: „E, bo jak ja mogę mu pomóc: kaleka on i jest kaleką; dobrze, posiedzę z nim trochę – może, otrzymam i nagrodę za dobry uczynek”, to ja „zniżam się (traktuję z wyrozumiałością)” do swego bliźniego, odnoszę się do niego „z cierpliwością” i usprawiedliwiam siebie tym, że wypełniłem swój obowiązek.
- Geronda, a czy zawsze pożytecznym jest brać na siebie winę za jakiś cudzy grzech?
- Tak, jeśli ty możesz ponieść to brzemię, to pożytek od tego jest niemały. Za wszystko gań siebie. Zabieraj u bliźniego winę za grzech, wkładaj ją sobie na plecy i proś Chrystusa, aby On dawał tobie siłę ją ponieść. A biorąc na siebie brzemię cięższe niż twoja rzeczywista wina (nawet gdyby na tobie i całkiem nie było winy, ale ty znajdujesz sposób udowodnić sobie, że ona jednak jest), ty nigdy nie będziesz przypisywać swoim własnym siłom tego, że niesiesz na sobie cudzy grzech. (Znaczy) ty nie będziesz chełpić się i będziesz w stanie zdobyć bogatą Łaskę Bożą. Jednak trzeba z ostrożnością rozmierzać, ocenić swoje siły i obliczać, rozważać: a czy możesz ty ponieść na sobie większy ciężar? Przecież jeśli naderwiesz się, to dorobisz się przepukliny, zerwiesz krzyż lędźwiowy…
- A co znaczy w tym przypadku „dorobić się przepukliny” i „zerwać krzyż lędźwiowy”?
- No cóż, na przykład, jeśli ty weźmiesz na siebie cudzy grzech, którego ciężar będzie przewyższać twoje siły i nie dasz przy tym żadnych wyjaśnień, to potem zaczniesz narzekać, rozdrażniać się, osądzać…
- Jednak, jeśli dam jakieś wyjaśnienia, czy to nie będzie samousprawiedliwieniem?
- A oto ty i staraj się dać usprawiedliwienie (tylko) temu, na co nie wystarczyło twoich siłeczek. Na co sił wystarcza, to zostawiaj bez wyjaśnienia. Na przykład, jeśli człowiek jest wrażliwy, on powinien starać się nie podejmować (takich duchowych) ciężarów, które przewyższają jego siły. Taki człowiek nie powinien przedstawiać z siebie siłacza. On powinien wypróbowywać siebie i poddawać siebie niesprawiedliwemu obwinieniu z rozsądkiem – odpowiednio z tym (duchowym) ciężarem, do podniesienia którego ma siły, żeby w przeciwnym wypadku, nadwerężywszy go nadmierną wrażliwością, wróg nie pogrążył by takiego człowieka w rozpaczy i nie doprowadził go do bezużyteczności.
- Geronda, a ja czasem nie tylko nie znajduję w sobie sił ponieść niesprawiedliwość, ale jeszcze i przekładam na cudze barki odpowiedzialność za swoje własne upadki.
- Wy nie tylko nie chcecie z miłości ponieść plecak bliźniego, ale jeszcze i swoją ciężką torbę zarzucacie na jego barki. I nie tylko na zdrowego, ale i na słabego! Tobie trzeba zdobyć duchową odwagę, aby być w stanie brać na siebie całą odpowiedzialność za swój grzech. A im bardziej będziemy zwiększać swój (duchowy) bagaż, biorąc na siebie cudze przewinienia, tym bardziej będzie zmniejszać ciężar naszego brzemienia Dobry Bóg – i my zaczniemy przeżywać boską radość.
Jeśli jakiś silny mężczyzna z miłości do bliźniego, u którego nie ma sił na to, aby dźwigać ciężary, wwala na swoje barki dwa worki cementu, to nie jest to warte tak wiele, jak przyjęcie na siebie ciężaru cudzego grzechu. „przyjmowanie” tego grzechy sobie – niech nawet ludzie pomyślą, że niby to ty rzeczywiście zgrzeszyłeś, to wielka cnota, wielka pokora.
Pewnego razu nowicjusz jednego atoskiego wspólnotowego monasteru był grubiański (nieposłuszny) wobec ustawszczyka (prawodawcy) [53], który był w dodatku hieromnichem. Prawodawca, pragnąc pomóc nowicjuszowi, który czytał podczas nabożeństwa, podszedł do niego i pokazał jaki kondakion trzeba przeczytać jako pierwszy. Ale ten całkiem wyszedł z siebie i po nabożeństwie rozgniewany zamknął się w swojej celi. Poszukawszy winę w sobie, prawodawca przyjął brzemię na siebie i zaczął przeżywać, rozmyślając o tym, że to jego wina w tym, że brat odpowiedział mu niegrzecznie. Prawdziwie męcząc się wyrzutami sumienia, on nie zaczął usprawiedliwiać swego postąpienia tym, że (zobowiązany był wskazać nowicjuszowi, co trzeba czytać, ponieważ), jako prawodawca, ponosił odpowiedzialność za to, co dzieje się w świątyni. Zamiast tego on powiedział sobie: „To ja jestem winien w tym, że brat wpadł w niepokój”. I oto poszedł on do celi nowicjusza, aby złożyć mu ukłon i poprosić o przebaczenie, jednak ten zamknął się od środka na klucz i nie otwierał. Wtedy hieromnich usiadł pod jego drzwiami. On przesiedział tak od samego rana do godziny trzeciej po południu. Kiedy zadzwonili na wieczorne nabożeństwo, nowicjusz musiał otworzyć drzwi i wyjść. Prawodawca opuścił się na kolana, złożył mu pokłon do ziemi i powiedział: „Wybacz mi, bracie, to ja jestem winien”. Oto w jaki sposób przychodzi Łaska Boża.
- Geronda, czym jest sprawiedliwość Boża?
- Sprawiedliwość Boża – to kiedy ty robisz to, co przynosi pokój twemu bliźniemu. Na przykład, jeśli musisz rozdzielić coś między sobą i bliźnim, to daj mu nie połowę tego, co masz, a tyle, ile on chce. Zapytaj go: „Ile ty chcesz wziąć sobie? Dwie i pół, trzy części? Masz, bierz ile chcesz”. Oddawaj drugiemu dobre, a sobie zostawiaj zgniłe. Oddawaj drugiemu większą część, a sobie zostawiaj mniejszą. Oto wyobraź, że siostra przynosi nam teraz dziesięć śliwek. Zjadłszy z łakomstwa osiem śliwek i zostawiwszy tobie dwie, ja postąpię z tobą niesprawiedliwie. Powiedziawszy: „Skoro nas dwoje, to ja zjem pięć, a pięć zostanie tobie”, ja postąpię według ludzkiej sprawiedliwości. A jeśli, zobaczywszy, że śliwki tobie posmakowały, ja zjem tylko jedną i powiem tobie: „Okaż miłość, dojedz pozostałe, bo one nie bardzo mi smakują, a w dodatku boli mi od nich żołądek”, to będzie to sprawiedliwością Bożą.
- To na czym więc polega ludzka sprawiedliwość?
- Ludzka sprawiedliwość polega na tym że, kiedy ty potrzebujesz, na przykład, z kimś podzielić się, ty jedną połowę dajesz jemu, a drugą zostawiasz sobie.
- Geronda, a jakie miejsce ludzka sprawiedliwość zajmuje w duchowym życiu?
- Ludzka sprawiedliwość przeznaczona jest nie dla ludzi duchowych, a dla tego, aby służyć jako hamulec dla ludzi świata tego. Jeśli duchowy człowiek pokłada nadzieję na ludzką sprawiedliwość, to jest on głupi, ponieważ w porównaniu ze sprawiedliwością Bożą ludzka jest jak zero, bezwartościowa. Ale nawet i człowiek świecki, osiągnąwszy coś w tym życiu, stosując ludzką sprawiedliwość, nie będzie mieć prawdziwej radości i spokoju duszy.
Przypuśćmy, dwaj bracia posiadają działkę ziemi o powierzchni dziesięciu striemm [54]. Według ludzkiej sprawiedliwości każdy z nich powinien wziąć sobie po pięć striemm, ale według sprawiedliwości Bożej każdy powinien wziąć tyle, ile koniecznie mu trzeba. To znaczy, jeśli u jednego brata siedmioro dzieci, a u drugiego tylko dwoje albo jeśli jeden otrzymuje wysokie pobory, a drugi małe, to większą część ziemi powinien wziąć ten, kto doświadcza większej potrzeby. Jeśli w tym przypadku drugi brat weźmie sobie tyle samo, ile i pierwszy – to będzie niesprawiedliwie. Jednak człowiek świecki nie bierze pod uwagę tego, że jego brat ledwie wiąże koniec z końcem. Nie myśląc duchowo, taki człowiek nie rozumie, że rozdzielić mienie tak, jak zamierza on, będzie niesprawiedliwością. „Ty powinieneś wyjaśnić swoim domownikom, że twój brat jest w potrzebie, aby oni zgodzili się z tym, że większą część ty oddasz jemu”, – mówisz takiemu człowiekowi. A w odpowiedzi słyszysz: „Dlaczego? Przecież (podzieliwszy mienie po połowie) ja wcale nie postępuję wobec niego niesprawiedliwie”.
Jednak gdyby brat mówiący tak był duchowym człowiekiem, to nawet nie patrząc na sprzeciw żony i dzieci, powinien by przekonać ich przyjąć to, co zgodzi się dać im mający wymuszoną potrzebę brat. Gdyby potrzebujący brat powiedział: „Ty weź sobie jedną striemmę”, to drugi powinien by wziąć sobie jedną i nie powiedzieć ani słowa, żeby brat, który wziął sobie większą część, czuł się swobodnie. Jakby nie spojrzeć, ale najsprawiedliwszy podział dokonywany jest zgodnie z Ewangelią.
Mnie poraża wielkoduszność Abrahama. Kiedy pasterze Lota i Abrahama zaczęli się kłócić z powodu pastwisk, Abraham poszedł do Lota i powiedział: „Nie wypada nam z tobą kłócić się, przecież jesteśmy krewnymi. Jaką stronę bardziej wolisz? Chcesz pójść na prawo czy na lewo?” Lot choć i częściowo, ale postąpił z ludzkich pobudek, on wybrał Sodomę i Gomorę, ponieważ były tam zielone łąki, dobre pastwiska dla bydła [55]. I jakiegoż zła przyszło mu się potem tam łyknąć! A Abraham, poruszany Bożą sprawiedliwością, pragnął sprawić radość Lotowi. To, że Lot osiedlił się w lepszym miejscu, nawet sprawiło Abrahamowi radość.
Sprawiedliwe sądy Boże
- Geronda, czym jest prawosudije (sprawiedliwy sąd) Boży?
- Sprawiedliwy sąd Boży – to wielka (długotrwała) cierpliwość, która ma w sobie także pokorę i miłość. Bóg jest bardzo sprawiedliwy, ale On i bardzo współczujący [56], i Jego współczucie przewyższa Jego sprawiedliwość. Aby tobie było to zrozumiałe, przytoczę taki przykład: jeśli człowiek nigdy nie miał sprzyjającej możliwości usłyszeć o Bogu, to Bóg będzie sądzić go nie odpowiednio z tym stanem, w którym on jest, ale odpowiednio do tego stanu, w jakim on byłby, gdyby Go poznał. Przecież w przeciwnym przypadku Bóg nie byłby sprawiedliwy. Boska sprawiedliwość ma swoje matematyczne zakony (zasady): czasem jeden plus jeden równa się dwa, a czasem – dwa miliony.
- Geronda, a w jaki sposób Boża sprawiedliwość wypełnia się nad człowiekiem, popełniającym jakieś uchybienie?
- Ludzka sprawiedliwość mówi: „Ty popełniłeś uchybienie i powinieneś być ukarany”, a sprawiedliwość Boża: „Ty uznajesz swoją pomyłkę i kajasz się? Otrzymujesz przebaczenie”. Popatrz, przecież jeśli człowiek, który popełnił przestępstwo, szczerze kaja się i sam przyznaje się do popełnionego – choć nie padło jeszcze na niego najmniejsze podejrzenie, – to nawet prawo ludzkie odnosi się do niego pobłażliwie. I jeśli taki człowiek pobłażliwie traktowany jest nawet przez ludzi, to o ile wiecej pobłażliwości okazuje mu Bóg – sprawiedliwy i współczujący Sędzia.
My wszyscy jesteśmy w rękach Bożych. Bóg obserwuje nas i widzi dokładnie wszystko, Jemu odkryte jest serce każdego człowieka. On nie będzie wobec nas niesprawiedliwy. Ponieważ jest Boża sprawiedliwość, Boża odpłata i – co najważniejsze – ponieważ Bóg nas kocha, to wszystko dobre, co robi człowiek, nie przepada na próżno. Dlatego ten, kto dąży do sprawiedliwego traktowania ze strony ludzi, – jest człowiekiem nikczemnym, całkowicie niedorozwiniętym.
Ja zauważyłem, że jeśli człowiek, z którym postąpili niesprawiedliwie, odnosi się do tego co się zdarzyło tak, jak wymaga tego Boża prawda, to Bóg usprawiedliwia go jeszcze w tym życiu. Pamiętam, jak po wojnie do naszego oddziału przyjechał generał wręczać ordery. Mnie tego dnia nie było. Kiedy generał wykrzyknął moje nazwisko, z szeregu wystąpił jeden mój współsłużący kolega, pochodzący z Tesalii, i odebrał nagrodę, która należała się dla mnie. Inni żołnierze przemilczeli, ponieważ w tych czasach za takie oszustwo w wojsku sadzali do więzienia. A kiedy generał odjechał, ten żołnierz ukrył się ze strachu, że pozostali zbiją go do półśmierci. I do mnie, kiedy wróciłem do oddziału, on bał się podejść. Chodził, chodził w kółko i w końcu powiedział: „Wybacz mi, ja zrobiłem to-to i to-to”. – „No i dobrze zrobiłeś, że wziąłeś ten order! – odpowiedziałem mu. – Co ja bym z nim robił?” Potem on wkładał ten order na defilady. A czterdzieści lat potem tu do monasteru przyjechał dowódca Pierwszej Armii z Tesalii i przywiózł mi nagrodę – order Aleksandra Macedońskiego. Zobaczywszy go, ja nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Czterdzieści lat później! I poraziło mnie to, że marszałek przyjechał z Tesalii – z ojczyzny tego żołnierza, który odebrał wtedy moją nagrodę. Widzicie, jak bywa! Jeśli zaś my dążymy do tego, żeby z nami postępowali sprawiedliwie, to, w końcowym efekcie, tracimy i to, do czego dążymy tu, i to, co Chrystus przygotowuje nam w życiu wiecznym za to, co przecierpieliśmy niesprawiedliwość. Czyli z powodu nikczemnych rzeczy tracimy najważniejsze, wieczne. Przecież tak czy inaczej wszystko ziemskie jest nikczemne, nic nie warte. Po co więc ono nam potrzebne?
To, do czego mnich ma prawo, Chrystus zachowuje dla innego życia
- Geronda, co znaczy „mieć prawo” do czegoś?
- „Mieć prawo” – to świecka logika. Im więcej w człowieku świeckości, tym więcej „praw” on posiada. Im więcej w nim duchowości, tym mniej praw on posiada. Zwłaszcza mnich – u niego są tylko same obowiązki, on nie ma prawa do niczego. Ja chcę powiedzieć, że mnich nie powinien mieć do nikogo żadnych roszczeń. Ze względu na miłość Chrystusową mnich wyrzekł się wszystkiego, dlatego, jeśli on stara się mieć w tym życiu jakieś prawa, to kompletny błąd. Postępując w ten sposób, mnich obraża Chrystusa, obraża monastycyzm. Ludzie świata tego „mają prawo” na wiele – dla tego i są oni świeccy, światowi. Ale to, do czego ma prawo mnich – a i po prostu człowiek duchowy, – zachowuje dla przyszłego życia Chrystus.
Tendencja „mam prawo” widoczna jest dziś wśród prawie całej (świeckiej) młodzieży, ale i wśród młodych mnichów. Niektórzy z nich nie wiedzą ani tego, dlaczego zostali mnichami, ani tego, czym monastycyzm jest w ogóle. Dlatego oni i noszą w sobie to „mam prawo”, posiadają świecki, duch, (duchowo) niewytłumaczalną logikę, ludzką sprawiedliwość – w stosunku do wszystkiego. Ta ludzka sprawiedliwość, która zaczęła się od europejskiego ducha, przeniknęła już i do monastycyzmu.
W obecnych czasach w monastycyzmie nierzadko można spotkać takiego ducha: „Ja nie robię swemu bliźniemu żadnych nieprzyjemności i nie chcę, aby on stwarzał nieprzyjemności dla mnie. Ja przecież go nie krzywdzę, u mnie wszystko w porządku”. Albo jak mówią niektórzy mnisi: „Ja swoją robotę wykonałem: gdzie powinienem był pomóc – pomogłem, wszystko, co trzeba było skończyć, – skończyłem. U mnie wszystko w porządku. A co z inną pracą? Ona nie moja. Ja odchodzę – idę do celi spełniać swoją regułę monastyczną”. Tacy ludzie nie zastanawiają się nad tym, że ich brat jest słaby albo boli mu głowa, i dlatego on nie może wykonać jakiejś pracy albo też pracuje mniej, ponieważ był na całonocnym czuwaniu i wrócił mocno zmęczony. Albo też mówią tak: „To moja porcja pokarmu. Ja mam do niej prawo”, nie myśląc o tym, że ich bliźni jest słabszy albo że jego organizm potrzebuje więcej energii i on potrzebuje wzmocnionego wyżywienia. W efekcie tego wszystkiego, (cieleśnie) przebywając w duchowym środowisku, oni dochodzą do tego, że mają świecki obraz myślenie i stają się nienagannymi ludźmi… świata tego. Wiecie, jak to jest widzieć ludzi duchowych, ale odnoszących się do wszystkiego po świecku? To znaczy ja zauważyłem, że wielu mnichów – jedni bardziej, inni mniej, – poszcząc, modląc się, chodząc na nabożeństwa, wypełniając wyznaczone posłuszeństwo, nosząc mnisie ubranie, żyjąc według monastycznego porządku, odnoszą się do wszystkiego nie duchowo, a po świecku. Oni pilnują, aby nie powiedzieli im obraźliwego słowa, aby nie odnieśli się do nich niesprawiedliwie. Czyli ci mnisi są w ramach świeckiej sprawiedliwości, niektórzy nie dorastają nawet do niej. I oto spróbuj teraz dojść z nimi do duchowego wzajemnego zrozumienia! Ci mnisi starają się urządzić wszystko tak, aby w przyszłości ułatwić Chrystusowi księgowe porachunki z nimi (żeby On nie stał się ich dłużnikiem)! Przy tym, że Chrystus patrzy na stopień niesprawiedliwości, którą znosi każdy człowiek, i na stopień jego ofiarności dla tego, aby odpłacić mu odpowiednią nagrodę, ci ludzie pragną sami wydać (dla Chrystusa) rozliczenie (swoich zasług).
Ja jestem oburzony ogólnie tym obrazem myśli, który widzę u niektórych współczesnych mnichów. No całkiem ludzka sprawiedliwość! Jednak jak ludzka sprawiedliwość układa się w życie duchowe? Na ludzkiej prawdzie daleko nie zajedziesz, nawet w życiu świeckim – co już mówić o życiu duchowym! Kiedy żyłem we wspólnotowym monasterze, wszyscy tamtejsi mnisi stale starali się pójść na jakąś ofiarę. Duch ten panował wszędzie: w pracy, przy stole podczas posiłków. Myśleli najpierw o swoim bliźnim i dlatego żyli, jak w Raju. Na przykład, siedząc przy stole, mnich starał się zjeść jak najmniej, żeby drugiemu dostało się więcej. Nawet jeśli on sam nie wyróżniał się junackim zdrowiem, to nie przykładał do tego znaczenia. Takiego mnicha nie dręczyło, zdrowy czy chory jest jego bliźni. Mnich (po prostu) ofiarowywał siebie, poświęcał się. On nie wykorzystywał nawet swojej zdolności opiniowania i nie mówił: „Jeśli brat zje ponad normę, poszkodzi mu to”. Jednak od tej samej chwili, kiedy mnich zaczyna martwić się o to, żeby go nie obrazili, żeby się nie przepracować, żeby nie przepadł jego trud, – on jakby przestaje wierzyć w to, że jest Bóg, że istnieje inne życie, że każdego oczekuje nadchodzący Sąd i boska odpłata. Bo gdyby on potrudził się trochę więcej (od innych) – ten trud nie pójdzie na marne. Niepotrzebnym bywa tylko trud zwierząt. Ale nawet i te nieszczęsne stworzenia ofiarowują siebie (poświęcają się) ze względu na nas! I to nie patrząc na to, że męczą się one z naszej winy. Przecież po przestępstwie praojców przyroda jęczy razem z człowiekiem, współcierpi i współczuje mu. Jakież to straszne! Popatrzcie, jak męczą się dzikie zwierzęta, których ranią myśliwi! Okaleczone, z połamanymi nogami, one nie mogą uciec przed wielkimi drapieżnymi bestiami, które je rozszarpują i pożerają. I przy tym nieszczęsne nie mają ani najmniejszej nagrody! Jeśli człowiek nie rozumie tego, to on nie jest człowiekiem. Bóg dał mu rozum akurat dla tego: aby on wykonywał nim właściwą pracę i znajdował swoją drogę. Ja mówię teraz nie o tym, abyście wyciskali z siebie ostatnie soki, ale o tym żebyście mieli luboczestije.
- To znaczy, Geronda, Wy chcecie, żeby nasze serca drżały od gorącego pragnienia przynieść bliźniemu ulgę i uspokojenie…
- Tak, ponieważ, starając się ulżyć dolę bliźniego, przynieść mu pokój i przy tym całkowicie oddając siebie w ręce Boże, ty nie wybijasz się z sił. Ale oto jeśli, wybiwszy się z sił, ty powiesz o tym (innym), to wszystkie twoje trudy idą na marne. Co, myślisz, Chrystus wynagrodzi ciebie za to, że ty skarżysz się na swoją gorzką dolę? (Jeśli i „wynagrodzi”, to) chyba jedynie policzkiem.
Na ile można, starajcie się wykonywać tę pracę, o której ja mówię. To i jest to duchowe działanie, którym powinniście się zajmować. Dla tego, kto nie wykonuje tego działania, nie będzie pożytku nawet od ascetycznych trudów, ponieważ jego radiostacja pracuje nie na tej częstotliwości, co radiostacja Boga. A jeśli tak, to i wszystko pozostałe idzie na próżno: i pokłony, i posty… Ja nie mówię, że nie trzeba tego wszystkiego robić, ale nie trzeba myśleć, że, jeśli wypełniamy wszystkie te trudy ascetyczne, to u nas wszystko w porządku.
Ludzie stworzyli sobie inną „ewangelię”
- Geronda, w jakim przypadku człowiek może nazywać się sprawiedliwym?
- Ze świeckiego punktu widzenia sprawiedliwy jest ten człowiek, którego opinia oparta jest na ludzkiej sprawiedliwości. Jednak doskonały człowiek, który sprawiedliwy jest nie według (praw) ludzkiej sprawiedliwości, ale według Bożej prawdy. W tym przypadku błogosławi go Bóg. Nigdy nie mieszając do swoich działań swego „ja” i własnej korzyści, ja, można powiedzieć, zmuszam Boga zesłać mi Bożą Łaskę.
Każda, nawet najdoskonalsza ludzka prawda zawsze ma w sobie ludzkie początki. I póki w duchowym człowieku żyje prawda ludzka, Duch stara się wyrwać z niego tę prawdę – niczym obce ciało, a człowiek bije się, to zwyciężając, to będąc zwyciężanym, i wybija się z sił duszy. Jednak, osiągnąwszy Bożą prawdę, człowiek oczyszcza się [57] i przyjmuje Boże oświecenie.
- Geronda, jeśli ja powiem człowiekowi, który twierdzi, że niesprawiedliwie go skrzywdzili, o tym, że istnieje Boża sprawiedliwość, czy pomogą mu te słowa?
- Nie, lepiej powiedz mu tak: „Spójrz na to co się dzieje duchowo, jak nakazuje Ewangelia”. Przecież jeśli ty powiesz mu o tym, że istnieje Boża sprawiedliwość, to on i naprawdę uwierzy, że inni go skrzywdzili, podczas gdy w rzeczywistości, możliwe, że on sam skrzywdził ich.
Nie, doprawdy, boli mi dusza. Ja znałem człowieka, który regularnie chodził do cerkwi, pościł, wypełniał inne obowiązki chrześcijańskie i myślał o sobie, że żyje duchowo. Przy tym, że miał on pięć mieszkań, podwójne pobory i ani jednego dziecka, on nie dawał biednym ani drachmy jałmużny. „No dobrze, – powiedziałem mu, – przecież u ciebie tyle niezamożnych krewnych. Dlaczego więc ty nie pomożesz im? Co ty będziesz robić z takim mnóstwem pieniędzy? Rozdaj je wdowom, sierotom…” I wiecie, co on mi na to odpowiedział? „Tak co więc, – mówi, – skoro moja siostra jest wdową, to wychodzi, ja nie powinienem brać od niej pieniędzy za mieszkanie?” Kiedy ja to usłyszałem, u mnie krew uderzyła do głowy! Oto ona – prawda świata tego! „Skoro dzieci, które nie mają co jeść, nie są moje, a cudze, – myśli człowiek takiego układu, – to ja odpowiedzialności za nich nie ponoszę. Ja nikogo nie krzywdzę. Nie daj Boże, żebym ja kogoś skrzywdził!” Tacy ludzie znajdują sposób uspokajać swoje myśli, jednak oni nie mają prawdziwego spokoju. Kierując się ludzką logiką, świecką sprawiedliwością, ci ludzie pozostają obojętnymi – podczas gdy na ich oczach dzieje się coś poważnego (wymagającego ich udziału). Jak więc oni poczują po tym coś duchowego? Są ludzie, którzy mogą ofiarować komuś cały dom, ale jednocześnie, jeśli ktoś zalega im z opłatą za mieszkanie, oni podają go do sądu. Jak wy możecie to wytłumaczyć?
- Geronda, to tłumaczy się prawdą ludzką?
- To nawet i nie prawda ludzka. U takich ludzi i ludzkiej prawdy – co kot napłakał. Z jednej strony, ofiarowują komuś sto tysięcy drachm, a z drugiej – z powody tysiąca drachm targują się z taksówkarzem i ciągną go na policję. No jak wy to wytłumaczycie?
- Być może, Geronda, u nich z głową nie wszystko w porządku?
- Nie, z głową u nich akurat wszystko w porządku.
- Być może, Geronda, oni dają jałmużnę z pychą, aby doświadczyć od tego satysfakcji, zadowolenia z siebie?
- Aha, właśnie w tym to cała sprawa! Oni ofiarowują dużo z pychą i robią to nie w imię chwały Bożej, a dla tego, aby samym osiągnąć chwałę. Tacy ludzie mogą ofiarować innym nawet wszystko, co posiadają, jednak miłości oni nie mają.
Dzisiaj (wśród ludzi) jest jakiś zepsuty duch. Nawet duchowni ludzie dążą do prawniczej sprawiedliwości i przy tym jeszcze twierdzą, że wierzą w Boga. „Ty masz prawo do tego, ja mam prawo do siego…” O, jeśli by wśród ludzi nie było tej „ewangelii zdrowego rozsądku”, potwornego „zdrowego rozsądku”! „Niech nie uważają mnie za głupka”, mówią tacy ludzie. Czy wiecie, że chrześcijanie dochodzą do tego, że podają (jeden drugiego) do sądu? Oni nie powinni byliby zwracać się do sądu, nawet gdyby prawda była po ich stronie, – tym bardziej, jeśli nie mają racji! Oto dlatego niektórzy i tracą wiarę – z powodu winy takich chrześcijan. Ludzie widzą, że ktoś ani do cerkwi nie chodzi, ani czuwań nie odbywa, a, tym nie mniej, nie dochodzi do takiego, jak jakiś chrześcijanin, który odwiedza świątynię, bywa na całonocnych czuwaniach, wypełnia wszystko, co należy, i przy tym ciągnie do sądu jakiegoś biedaka za to, że ten winien jest mu trochę pieniędzy. I robi to tylko i tylko dla tego, aby „obronić swoje prawa”. Ja zapytałem pewnego człowieka, który zamierzał podać do sądu tego, kto był mu winien pewną kwotę pieniędzy: „Ty co, cierpisz wymuszoną potrzebę? Albo u ciebie więcej dzieci (niż u twego dłużnika)? Albo, być może, twoja żona nalega na tym, abyś składał pozew do sądu, i dlatego jesteś w kłopotliwej sytuacji?” – „Nie, – odpowiada, – ja robię to dlatego, aby dobić się sprawiedliwości”.
Co tu powiesz! Oczywiście, odegrało swoją rolę i to wychowanie, które niektórzy otrzymali w dzieciństwie w pewnych przycerkiewnych kręgach. Oto już wiele lat u mnie z pamięci nie wychodzi takie zdarzenie. W jednym Domu Dziecka pełniły posłuszeństwo sióstr miłosierdzia dziewczęta z pewnego chrześcijańskiego zgromadzenia (bractwa) sióstr, w którym składały obietnicę nie wychodzić za mąż. Pewnego razu jeden maluch zachorował, i trzeba było mu wykonać badanie, związane z promieniowaniem radiacyjnym. Lekarz poprosił siostry aby przyszły mu z pomocą, jednak ani jedna z sióstr nawet nie ruszyła się – pobały się promieniowania. Ale zacznijmy od tego, że skoro one złożyły obietnicę nie wychodzić za mąż, to sprawa w ogóle nie wymagała rozważania. Gdyby one wybierały się za mąż, to jeszcze zgoda, strach byłby jakoś usprawiedliwiony. Ale przecież one były ludźmi duchowymi, i dlatego powinny wykazać ofiarność nawet w tym przypadku, gdyby nawet planowały zakładać rodziny. Byłoby (duchowo) słuszne, gdyby te siostry pokłóciły się, broniąc swego prawa do poświecenia się. Ale wtedy sprawa zakończyła się tym, że na pomoc lekarzowi pośpieszyła inna pielęgniarka – nie z bractwa sióstr. Ta dziewczyna nie tylko nie żyła życiem duchowym, ale i wybierała się za mąż, jednak pożałowała maleństwa.
I najgorsze jest to, że takich ludzi nie męczy sumienie za podobne sprawy, ponieważ oni mówią: „Całe to (poświecenie siebie) nie jest dla nas. My żyjemy dla duchowych zajęć”. U nich może nawet pojawić się i taka myśl: „No cóż: niektórzy lubią poświęcać się, a mi bardziej podoba się ciche spokojne życie…” Czasem oni nawet mogą osądzać tego, kto ofiarowuje się, i mówić, że on nie osiągnął duchowego stanu. Ale Chrystus przebywa tam, gdzie jest szlachetność i wielkoduszność, tam, gdzie duch ofiarności, skromność i pragnienie pozostawać nieznanym.
Geronda, jeśli widzisz człowieka w trudnym położeniu, to czy nie trzeba śpieszyć mu z pomocą – niezależnie od tego, czy sam jesteś zmęczony czy chory?
- Tak, oczywiście! Ale, wiecie, ja zauważyłem, że wielu duchowych ludzi wyhodowało w sobie świeckie mędrkowanie. Oni stworzyli swoją własną świecką „ewangelię” – „ewangelię” uszytą według ich standardów. „Chrześcijanin, – mówią tacy ludzie, – powinien mieć uczucie własnej godności, on nie może uderzać twarzą w błoto, nie może pokazywać się głupcem”. Czyli tacy ludzie do wszystkiego odnoszą się ze świecką logiką i prawdą. „Ja mam do tego prawo! – mówi taki człowiek. – Ja go nie krzywdzę (nie obrażam) i nie chcę, żeby on krzywdził mnie!” I przy tym myśl uspokaja go tym, że on ma rację. W takim człowieku widać wszystkie przejawy świeckiej prawdy. Luboczestija w nim nie ma, ofiarności w nim nie ma – nic w nim nie ma. On stworzył swoją własną „ewangelię” i nie ma z Bogiem nawet najmniejszego pokrewieństwa. E, więc czyż może go po tym wszystkim ocienić Boża Łaska?
Kiedy służyłem w wojsku, jeden radiotelegrafista ze swego lotniska przychodził do nas do oddziału po znaki wywoławcze [58], i kontaktowaliśmy się z nim. W świecie on otrzymał teologiczne wykształcenie, a w jednostce nawet wygłaszał (przed swoimi towarzyszami broni) kazania. Jednak wszyscy nazywali go „Jezuita” [59], ponieważ on nie tylko w niczym się nie poświęcał, ale nie chciał po prostu nawet trochę pomóc innym. Czasem ja go prosiłem: „Ty przecież i tak idziesz na lotnisko, bądź dobry, weź te oto znaki wywoławcze dla takiego-to radiotelegrafisty”. Ale on w żaden sposób nie zgadzał się. „Nie, – mówił, – ja chodziłem po swoje znaki wywoławcze, a on niech idzie po swoje”. On uspokajał swoją myśl tym, że nie postępuje wobec innego niesprawiedliwie. Ale przecież Chrystus mówi, że trzeba iść z kimś dwa popriszcza (tysiące) kroków, jeśli ciebie nie po prostu proszą, ale przymuszają do tego, żeby przejść jeden [60]. On nie mówi: „Jeśli ktoś po prosty poprosi u ciebie koszulę, to oddaj mu i wierzchnie ubranie”, ale nakazuje: „Kto zechce sądzić się z tobą i wziąć u ciebie koszulę, to oddaj mu i wierzchnie ubranie” [61]. Chrystus daje nam takie przykazanie, a człowiek, uważając siebie za duchowego, mówi: „Ja poszedłem po swoje, a on niech idzie po swoje”. To tak jakby on mówił: „Znaleźli głupka! Mnie proszą o jedną wiorstę, a ja co, powinienem iść całe dwie?” No więc cóż, jak po tym Łaska Boża przybliży się do takiego człowieka? A oto jeśli ktoś (rzeczywiście) stosuje wobec siebie to ewangeliczne przykazanie i, w tym czasie jak przymuszają go przejść jeden tysiąc kroków, idzie więcej, to potem zaczyna pracować Chrystus. I ten, kto zmuszał tego człowieka iść (razem z nim), duchowo zmienia się i ze zdziwieniem drapie się po karku: „No, – mówi, – sprawy! Ja-to jego zaprzęgłem tylko do jednej wiorsty, a on patrz jak daleko popędził! To dopiero jest dobroć!”
Gdyby u Chrystusa była ta świecka logika, która jest dziś u wielu „duchowych” ludzi, to On nie opuścił by Swego Niebiańskiego Tronu, aby zejść na ziemię, pocierpieć i przecierpieć ukrzyżowanie od nas – godnych pożałowania ludzi. Jednak w tym – po człowieczemu – „niepowodzeniu” Chrystusa była ukryta tajemnica zbawienia wszystkich ludzi. Przecież czego tylko On nie przecierpiał dla naszego zbawienia! On poniżył Siebie do tego stopnia, że ludzie policzkowali Go i mówili: „Przepowiedz, kto uderzył Ciebie?” To znaczy żydzi znaleźli sobie zabawę, naśmiewając się, szydząc z Chrystusa! Wiesz, jak było mi gorzko, kiedy, będąc małym, widziałem, jak inne dzieci bawią się w czyżyki? I żydzi wszczęli tę samą zabawę… z Chrystusem! „Przepowiedz, kim jest uderzający Ciebie?” [62]. O, jakie to straszne! A my dążymy do chrześcijaństwa bez ukrzyżowania, do „chrześcijaństwa natychmiastowego zmartwychwstania”. My przerabiamy chrześcijaństwo, monastycyzm tak, jak nam się chce. My nie chcemy w niczym siebie ograniczać.
Jednak, dla tego aby przeżyć ponadnaturalne, powinniśmy żyć ponad naturą.
„Prawdziwe pokajanie polega na tym, aby najpierw, uświadomiwszy sobie swoje przewinienie, człowiek odczuł ból, poprosił Boga o przebaczenie i już po tym wyspowiadał się. W ten sposób przychodzi boskie pocieszenie. Dlatego ja zawsze radzę ludziom kajać się i spowiadać się. Samego spowiadania się ja nie radzę im nigdy”
Oczyszczenie serca
- Geronda, Chrystus może wstąpić, zmieść się w sercu każdego człowieka?
- Chrystus wejść i zmieścić się może, tylko oto ludzie nie są w stanie Go zmieścić, ponieważ nie starają się poprawić się. Żeby Chrystus w nas wszedł, zmieścił się, nasze serce powinno oczyścić się. „Serce czyste stwórz we mnie, Boże…” [63].
- Geronda, a dlaczego dzikie zwierzęta nie czynią krzywdy świętym?
- Kiedy ludzie uspokajają się, dzikie zwierzęta też uspokajają się i uznają człowieka za swego władcę. W Raju przed upadkiem w grzech Adama i Ewy dzikie bestie ich z szacunkiem oblizywały, a po upadku w grzech zaczęły na nich rzucać się, żeby rozszarpać. Kiedy człowiek powraca do stanu, w którym był przed upadkiem w grzech, zwierzęta znów uznają go za swego pana. Jednak dzisiaj spotyka się ludzi, którzy są gorsi, niż zwierzęta, gorsi, niż węże. Oni wykorzystują w celach własnej korzyści bezdomne (niezaopiekowane) dzieci, zabierają u nich pieniądze, a kiedy widzą, że nad nimi gęstnieją chmury, wzywają policję, zwalają na małoletnich całą winę i nawet oddają ich do domów dla obłąkanych. Dlatego sto czterdziesty siódmy psalm, który priepodobny Arsienij Kapadocki czytał dla tego, aby dzikie zwierzęta stały się pokorne i nie robiły ludziom zła, ja czytam w tym celu, aby pokornymi stali się ludzie i nie robili zła ani podobnym do siebie ludziom, ani zwierzętom.
- Geronda, a w jaki sposób człowiek powraca do stanu, w którym był przed upadkiem w grzech?
- Należy oczyścić serce. Trzeba osiągnąć czystość duszy – to znaczy szczerość, uczciwość, bezinteresowność, pokorę, dobroć, niezłośliwość, ofiarność. W ten sposób człowiek wstępuje w pokrewieństwo z Bogiem i w nim przebywa Boża Łaska. Jeśli u człowieka jest cielesna czystość, ale nie ma czystości duszy, Bóg nie przebywa w nim, ponieważ w takim człowieku żyje fałsz, hardość, złośliwość i podobne namiętności. Jego życie – jest jednym ciągłym oszustwem. Zaczynajcie swój trud ascetyczny właśnie od tego – od starania osiągnąć czystość duszy.
- Geronda, a czy można od razu odciąć jakieś złe przyzwyczajenie?
- Przede wszystkim człowiek powinien zrozumieć, że to przyzwyczajenie mu szkodzi. Zrozumiawszy to, on powinien zechcieć rozpocząć walkę, aby pozbyć się tego przyzwyczajenia. Dla tego żeby odciąć złe przyzwyczajenie jednym machnięciem, trzeba posiadać wielką siłę woli. Sznur stopniowo wytarłszy wgłębienie w ściance studni, już nie ześlizguje się ani w prawo, ani w lewo. Tak i każde przyzwyczajenie stopniowo wyciera wgłębienie w sercu i potem wychodzi z tego wyżłobienia z trudem. Dlatego trzeba być bardzo uważnym, aby nie nabywać złych przyzwyczajeń, ponieważ potem wymagana będzie niemała pokora i wielka siła woli, aby je odciąć. Jak mówił batiuszka Tichon: „Dobre przyzwyczajenie, synku, – to cnota, przyzwyczajenie złe – namiętność”.
Ale, co by nie mówić, ja przekonałem się w tym, że jeśli, trudząc się ascetycznie, człowiek mimo wszystko dalej potyka się i nie zmienia się, to przyczyna jest w jego egoizmie, samolubstwie i chciwości. Takiemu człowiekowi nie wystarcza pokory i miłości, i to przeszkadza boskiej interwencji. Sam człowiek nie daje Bogu aby mu pomógł. Na przykład, jeśli Bóg pomoże takiemu człowiekowi pokonać jakąś namiętność, to on przypisze to sobie i wywyższy się, ponieważ uzna, że poradził ze swoją namiętnością sam – bez Bożej pomocy.
Uwolnienie od ciemności grzechu
- Geronda, jeśli człowiek zabrudzi siebie (grzechami) po Świętym Chrzcie, to jest to bardzo ciężkie?
- Zależy od tego, jak bardzo siebie zabrudzi. Jeden umaże się cały od głowy do nóg, drugi – polami się tylko ciut-ciut, u kogo – jedna brudna plama, u kogo – dwie…
- A jakie grzechy brudzą Łaskę Świętego Chrztu – są ciężkie?
- No oczywiście, śmiertelne grzechy bezczeszczą Święty Chrzest, i wtedy Boża Łaska też oddala się od chrześcijanina. Oczywiście, Ona nie zostawia go (całkiem), jak i Anioł Stróż go nie zostawia. Pamiętacie, co powiedział diabeł kapłanowi bałwochwalcy, z którego córką chciał się ożenić jeden mnich? „Nie śpiesz się. Ten mnich opuścił Boga, ale Bóg go jeszcze nie zostawił” [64].
- Geronda, a czy można żyć w ciemności grzechu i nie odczuwać tego?
- Nie, odczuwają to wszyscy, ale jednak u ludzi jest obojętność. Dla tego, żeby ktoś przyszedł do światła Chrystusowego, on powinien zechcieć wyjść z ciemności grzechu. Weźmy na przykład człowieka, który znalazł się w ciemnej piwnicy i przez nieuwagę zatrzasnął za sobą drzwi. Zobaczywszy, jak przez jakąś szparkę do piwnicy przedostaje się promień światła, on idzie do tego światła, powolutku rozszerza otwór, znajduje drzwi i wychodzi na zewnątrz. Podobnie i człowiek, znajdujący się w ciemności grzechu: od tego momentu, jak on poczuje dobro za konieczność i wejdzie w niego dobre zaniepokojenie, on będzie przykładać wysiłki, aby wyjść z tej ciemności. Powiedziawszy: „To, co ja robię, – jest niepoprawne, ja zbłądziłem z drogi”, człowiek pokornieje, do niego przychodzi Łaska Boża, i potem on żyje prawym życiem. Ale jeśli w człowieka nie wejdzie dobry niepokój, to poprawić się mu nie jest łatwo. Na przykład, ktoś siedzi w zamkniętym pomieszczeniu i czuje się źle. Ty mówisz takiemu człowiekowi: „Wstań, otwórz drzwi, wyjdź na świeże powietrze i oprzytomniejesz, dojdziesz do siebie”, a on w odpowiedzi zaczyna: „Wyjść na świeże powietrze ja nie mogę. Ale powiedz, dlaczego jestem zamknięty w czerech ścianach i nie mogę złapać oddechu? Dlaczego tu nie ma świeżego powietrza? Dlaczego Bóg posadził mnie tu, a innym dał możliwość rozkoszować się wolnością?”. No, czyż można pomóc takiemu człowiekowi? Wiecie, Ilu ludzi męczy się, dlatego że nie słuchają tego, kto może okazać im duchową pomoc?
Grzechem człowiek przemienia ziemski raj w ziemską mękę piekielną. Jeśli dusza zanieczyszczona jest śmiertelnymi grzechami, to człowiek przeżywa demoniczny stan: zostaje w dybach, męczy się, nie ma w sobie spokoju. I przeciwnie: spokojny jest ten, kto żyje z Bogiem, kieruje swój umysł ku boskim sensom i stale ma dobre myśli. Taki człowiek żyje w ziemskim raju. U niego jest coś namacalnie innego, niż u tego, kto żyje bez Boga. I dla otaczających też to jest zauważalne. Oto właśnie i jest Łaska Boża, która objawia człowieka, nawet jeśli on stara się pozostać nieznanym.
Grzech według własnej woli
My powinniśmy być bardzo uważnymi wobec grzechów z własnej woli, ponieważ nasza wola – jest właśnie tym, na co zwróci Swoją uwagę Bóg (kiedy zacznie nas sądzić). Grzechy, które popełniliśmy przez nieuwagę, nie są tak ciężkie. Niektóre grzechy mają i łagodzące okoliczności, pomimo tego, że być grzechami one jednak nie przestają.
Oprócz tego, jeśli my grzeszymy, nie chcąc tego, to Bóg urządza wszystko tak, aby nasz błąd był wykorzystany dla czegoś dobrego. To nie znaczy, że nam trzeba było zgrzeszyć dla tego, aby to „dobre” wydarzyło się, – po prostu Bóg wykorzystuje nasze przewinienie dla dobra i (z niego) staje się coś dobrego, ponieważ zgrzeszyliśmy, nie chcąc tego. Jednak, jeśli my kajamy się w grzechu popełnionym przez nas świadomie, to nam (samym) trzeba modlić się, żeby w efekcie naszego grzechu nie stało się jakieś zło.
- Geronda, a jak zbawił się ten mnich, o którym jest mowa w „Ewergetinos”? On przez dziesięć lat codziennie wpadał w jeden i ten sam grzech, ale każdego dnia kajał się w nim [65].
- Mnich, o którym jest mowa, był w jakimś sensie zniewolony przez namiętność, oczarowany przez nią. On nie miał złego usposobienia, ale nie otrzymał on pomocy, popchnęli go ku złu. Dlatego on miał prawo do boskiej pomocy. On walczył, cierpiał, u niego było szczere pokajanie. I w ostatecznym końcu Bóg go zbawił. Widzisz jak: człowiek może mieć dobre usposobienie, jednak jeśli nie otrzyma on pomocy w dzieciństwie i zostanie wciągnięty przez zło, to potem mu już trudno będzie podnieść się na nogi. Człowiek stara się (wstać), znów pada, znów podnosi się… To znaczy, on walczy. Bóg nie opuści takiego człowieka. Przecież nieszczęśnik przykłada własne niewielkie staranie, on prosi o boską pomoc i popełnia grzech bez złej woli. Na przykład, człowiek wychodzi w drogę, nie mając celu popełnienia grzechu. Ale, idąc tą drogą, on poddawany jest jakiejś pokusie i wpada w grzech. Potem on kaja się, stara się (uwolnić się od grzechu), ale znów urządzają mu jakąś pułapkę, i nieszczęsny, nie mając skłonności robić coś złego, znów upada i znów kaja się. Taki człowiek ma łagodzące winę okoliczności. Przecież on nie chce popełnić czegoś złego, ale daje się wciągnąć przez zło. A potem kaja się. Ale jeśli ktoś mówi: „Dla tego aby osiągnąć ten cel, muszę popełnić taką to niesprawiedliwość, dla tego aby osiągnąć coś jeszcze, trzeba pójść na takie-to oszustwo” – i temu podobne, to on grzeszy umyślnie, zdając sobie sprawę, co robi. Czyli taki człowiek buduje swój grzeszny plan i razem z diabłem sporządza program popełnienia takiego czy innego grzechu. A to jest bardzo naganne, ponieważ (grzech) popełniany jest wcześniej przez przemyślane zamiary (z premedytacją). Taki człowiek nie wpada w jakąś pokusę, ale przystępuje do popełnienia grzechu razem z samym kusicielem. On nigdy nie otrzyma boskiej pomocy, ponieważ nie ma do niej prawa. W ostatecznym końcu tacy ludzie umierają nie pokajawszy się.
Ale i ci, którzy mówią, że pokajają się w starości, – jak mogą być pewni tego, że zdążą pokajać się i śmierć nie dopadnie ich znienacka? Pamiętam pewnego przedsiębiorcę, prowadzącego grzeszne życie. „Oto zestarzeję się, – mówił on, – pojadę do Jerozolimy, umyję się w Jordanie-rzece, i wszystkie moje grzechy zostaną oczyszczone”. I on kontynuował żyć, jak żył. W końcu, kiedy doszedł do tego, że nie miał już sił grzeszyć – chodził i to ledwie-ledwie, postanowił jechać do Jerozolimy. „Słuchaj, – powiedział jednemu ze swoich majstrów, – ja zdecydowałem się pojechać do Jerozolimy, umyć się w Jordanie-rzece”. – „E, gospodarzu, – odpowiedział mu ten, – jeśli jesteś czysty, to dojedziesz, jeśli nieczysty – nie dojedziesz”. Tak jakby proroctwo wypowiedział! Gdy tylko przedsiębiorca dojechał do Aten, aby załatwić niezbędne dokumenty, jak umarł. Jacyś ludzie zabrali wszystkie jego pieniądze, odwieźli go do zakładu pogrzebowego i stamtąd w trumnie przysłali z powrotem – do jego miasta.
Czyńmy dobro z miłości do Chrystusa
- Geronda, kiedy ja myślę o nadchodzących trudnych latach, ogarnia mnie strach.
- Czego ty się boisz? Być może ty boisz się trafić do piekła i męczyć się razem z tangałaszkami? Ja rozumiem, jeśli ty mówisz tak: „Chrystusie mój, pomóż mi stać się godną Raju, aby nie sprawić Tobie bólu. Przecież Tobie będzie bardzo ciężko wiedzieć, że ja jestem w piekle po tym wszystkim, co Ty dla mnie uczyniłeś”. Ale w pragnieniu znaleźć się w Raju dla tego, żeby było ci dobrze, luboczestija nie ma. Ja mówię to nie dla tego, żebyśmy zaczęli żyć niedbale, w bezeceństwie i trafili do piekielnej męki. Ale czasem u człowieka pojawia się swego rodzaju uzależnienie, namiętność: „Będę robić dobro dla tego, aby nie pozbawić siebie Raju”. Jeśli zaś jest u nas luboczestije, to zaczniemy myśleć w następujący sposób: „Tylu nieszczęsnych ludzi, nie doznawszy nawet trochę prawdziwej radości w tym życiu, będzie męczyć się w piekle, a ja zacznę myśleć o sobie?” Powiem wam otwarcie: pytanie o tym, czy będę ja w Raju czy w piekle, mnie nie obchodzi. Ja sam już odrzuciłem siebie na bok. Pytanie o tym, czy będę ja w raju nie zajmuje mnie nie dlatego, że ja nie chcę być blisko Chrystusa, nie. Ale ja nie stawiam sobie za cel robić dobro dla tego, aby w ten sposób zarobić sobie na Raj. „Nawet jeśli Ty odrzucisz mnie na bok, Chrystusie mój, – mówię, – nie obrażę się: przecież ja nie jestem godzien Raju”.
Dzisiaj nasze życie jest bezradosne i trudne, ponieważ zmalało bohaterstwo, luboczestije. Nawet duchowi ludzie myślą, jak drobiazgowi handlarze, i dochodzą do tego, że żyją niby duchowym życiem. Oni starają się wyrwać z życia każdą przyjemność, póki nie przemieniła się ona w grzech. „To (już) grzech (czy jeszcze nie grzech)? – kalkulują tacy ludzie. – Nie, (jeszcze) nie grzech. Znaczy mogę tym się nacieszyć”. Na przykład, do postu odnoszą się tak: „Aha, jutro u nas co: piątek. No więc cóż, znaczy, dzisiaj do za pięć dwunasta w nocy można jeść mięso. Przynieś, pojemy! Nie, po dwunastej już nie można – zaczyna się nowy dzień i będzie grzech”. Czyli tacy ludzie chcą i ziemskim życiem nacieszyć się i Raju nie stracić. Przez to oni odnoszą się do grzechu i do piekielnej męki jak drobiazgowi handlarze. Jednak gdyby oni myśleli luboczestnie, to mówiliby (sobie) tak: „Chrystus zniósł Ukrzyżowanie i tyle przecierpiał za mnie! Więc jak ja mogę ranić Go swoim grzesznym postępkiem? Ja nie chcę znaleźć się w piekielnej męczarni z żadnego innego powodu, oprócz tego, że nie będę mógł wytrzymać cierpienia Chrystusa, Który będzie widzieć, że ja jestem w piekle”.
Nie czyńmy dobra z wyrachowaniem, że otrzymamy za to nagrodę, ale zacznijmy trudzić się ascetycznie ze względu na miłość do Chrystusa. Postarajmy się, żeby wszystko, co robimy, było czystym, dokonywało się ze względu na Chrystusa. Bądźmy uważni, żeby (w naszych działaniach) nie było ludzkiego początku (motywu), dogadzania sobie, własnej korzyści i temu podobnego. Pamiętajmy o tym, że Chrystus widzi nas, obserwuje, czuwa nad nami, i postarajmy się nie martwić Go. W przeciwnym razie nasza wiara i nasza miłość rozłażą się w szwach.
I jeśli przypatrzymy się uważnie wszystkiemu, co robimy w duchowym życiu: trudowi ascetycznemu, postowi, czuwaniu i temu podobnemu, to zobaczymy, że wszystkie (te środki) wzmacniają i nasze cielesne zdrowie. Koś (trudząc się ascetycznie) śpi na twardym łóżku? I lekarz radzi to samo: „Śpij na twardym, ponieważ spanie na miękkim jest szkodliwe”. Ktoś czyni pokłony? Wielu zajmuje się gimnastyką, aby wzmocniły się ich mięśnie. Ktoś jeszcze zadowala się krótkim snem? Ale długi sen odurza, otępia człowieka. Czyż nie mówią: „Ten człowiek jak śpiąca mucha, a oto ten – zuch, nie ziewa?” To znaczy duchowe ćwiczenia, które czyni człowiek, wzmacniają i jego cielesne zdrowie. A oprócz tego, człowiek otrzymuje wielką nagrodę od wstrzemięźliwości. Przecież i ci, którzy zajmują się badaniami naukowymi i temu podobnym, starają się żyć cnotliwie, żeby ich głowy były nie zamroczone, a miały jasność myśli. Oczywiście, nie w tym jest cel naszej (monastycznej) wstrzemięźliwości, ale jednym z rezultatów duchowych ćwiczeń, które wykonujemy, jest akurat ta korzyść, do której dążą ludzie świeccy. My wykonujemy duchowe, i przez to duchowe otrzymujemy i fizyczne zdrowie.
Pokusy w naszym życiu
Bóg dopuszcza pokusy odpowiednio do naszego duchowego stanu. W jednym przypadku On dopuszcza nam popełnić niejaki błąd, na przykład, wykazać niewielką nieuwagę w czymś, abyśmy następnym razem byli uważni i uniknęli albo, lepiej powiedzieć, zapobiegli większemu złu, które szykował się zrobić nam tangałaszka. W drugim przypadku On pozwala diabłu kusić nas dla tego, aby nas wypróbować. Czyli (w tym przypadku) zdajemy egzamin i zamiast zła diabeł czyni nam dobro. Przypomnijcie tylko Starca Fiłareta, który ubolewał: „Dziecko, Bóg opuścił mnie – dziś nie było ani jednej pokusy!” [66]. Starec chciał walczyć z pokusami każdego dnia – aby otrzymać od Chrystusa koronę zwycięstwa.
Człowiek silny, podobny do Starca Fiłareta, nie unika pokus, ale prosi Chrystusa: „Chrystusie mój, poślij mi pokusy i daj mi siły walczyć”. Jednak człowiek słaby powie inaczej: „Chrystusie mój, nie dopuść mi wpaść w pokusę”. „Nie wprowadź nas na pokuszenie…” [67]. Jednak często, wpadając w jakąś pokusę, my zaczynamy narzekać: „No nie można przecież tak! Przecież ja też jestem człowiekiem, ja więcej nie mogę!”, podczas gdy powinniśmy powiedzieć: „Ja nie jestem człowiekiem, ja jestem ludzkim śmieciem, odpadkiem. Boże mój, pomóż mi stać się człowiekiem!” Ja nie wzywam do tego, abyśmy sami dążyli do pokus. Ale, kiedy pokusy przychodzą, powinniśmy przyjmować je opanowaniem, odwagą i modlitwą.
Podczas każdej duchowej zimowej niepogody z cierpliwością i nadzieją oczekujmy duchowej wiosny. Największe pokusy zwykle przetaczają się jak huragan. I jeśli w tym momencie, kiedy one zwalają się, nam udaje się ich uniknąć, to biesowska horda, przeleciawszy (nad nami), odlatuje dalej, a my uwalniamy się od niebezpieczeństwa. Kiedy człowiek jednoczy się z Bogiem, u niego nie bywa już pokus. Czyż może diabeł uczynić zło Aniołowi? Nie: (przybliżając się do niego) on spala się sam.
Duchowe życie jest bardzo proste i łatwe. To my sami, trudząc się w ascezie niewłaściwie, komplikujemy je. Przyłożywszy trochę starań i mając przy tym wielką pokorę i zaufanie Bogu, człowiek może osiągnąć wielkie sukcesy. Przecież tam, gdzie pokora, nie ma miejsca diabłu. A tam, gdzie nie ma diabła, nie ma i diabelskich pokus.
- Geronda, czy może człowiek wpaść w jakiś grzech z dopustu (pozwolenia) Bożego?
- Nie, mówić, że Bóg pozwala nam grzeszyć, – to bardzo gruby błąd. Bóg nigdy nie dopuszcza, żebyśmy wpadali w grzech. To my sami dopuszczamy sobie (dawać diabłu powód, lejce), a potem on przychodzi i zaczyna nas kusić. Na przykład, mając hardość, dumę, ja odpędzam od siebie Bożą Łaskę, ode mnie odstępuje mój Anioł Stróż, i przystępuje do mnie drugi „anioł” – czyli diabeł. W rezultacie ja ponoszę całkowitą porażkę. Ale to nie Boże pozwolenie (dopust), a ja sam pozwoliłem diabłu (popchnąć mnie do grzechu).
- Geronda, a czy słusznie jest mówić o jakimś swoim upadku: „To kusiciel mnie popchnął?”
- Ja też często słyszę od niektórych, że w ich cierpieniach winien jest kusiciel, podczas gdy w rzeczywistości my sami jesteśmy winni w tym, że nieprawidłowo odnosimy się do tego, co z nami się dzieje. A poza tym, kusiciel – on przecież i jest kusicielem. Czyż on zacznie powstrzymywać nas od zła? On wykonuje swoją robotę. Nie trzeba zwalać wszystkiej winy na niego. Pewien nowicjusz żył w celi razem ze swoim Starcem. Pewnego razu, kiedy Starec na niedługo się oddalił, nowicjusz wziął jajko, położył je na kółku klucza – pamiętacie te starodawne spichrzowe klucze? – i zaczął podsmażać jajko na świecy! Nagle wraca Starec i zastaje go przy tym zajęciu. „Co ty tam robisz?” – „A oto, Geronda, zły pobudził mnie upiec jajko!” – zaczął usprawiedliwiać się nowicjusz. Nagle w pokoju rozległ się straszny głos: „No nie, takiego przepisu ja wcześniej nie znałem! Od niego nauczyłem się!”. Diabeł czasem śpi, ale my sami prowokujemy go (nas kusić).
U grzeszników jest dużo wyjściowego materiału dla pokory
Ci, którzy wcześniej żyli grzesznym życiem, a potem, pokajawszy się, zaczęli żyć duchowo, powinni z radością przyjmować zdarzające się z nimi poniżenia i smutki, ponieważ, przyjmując je, oni odpłacają poprzednie długi. My widzimy, że, kiedy żyjąca wcześniej grzesznie priepodobna Maria Egipcjanka pokajała się i zmieniła swoje życie, męczyły ją świeckie (światowe) pożądliwości. Jednak, dla tego aby odgonić te pożądliwości, priepodobna podjęła wielką walkę. Diabeł mówił jej: „No co ty stracisz, jeśli jednym oczkiem spojrzysz na Aleksandrię? Ja przecież nie popycham ciebie biec tam na hulanki! Ty tylko troszkę popatrz na nią z daleka!” Ale Święta nawet i nie spojrzała w tę stronę. Jakież u niej było pokajanie! U innych priepodobnych niewiast, nie żyjących wcześniej świeckim życiem, takiej walki nie było. A u priepodobnej Marii, która świeckim życiem żyła, była i walka. To cierpienie (z powodu walki) – jest wypalaniem grzesznych ran. W taki to sposób i pierwsi i drudzy dochodzą do końca w jednakowym (duchowym) stanie.
- Geronda, a w przypadkach, jak z Marią Egipcjanką, trudzący się ascetycznie całkiem nie ma boskiego pocieszenia?
- No jakże nie ma! Ma, i to jeszcze ile! Priepodobna Maria osiągnęła taki duchowy poziom, że podczas modlitwy wznosiła się na łokieć nad ziemią.
Wielcy grzesznicy, poznawszy samych siebie, w naturalny sposób mają dużo wyjściowego materiału dla pokory. Oczywiście, każdy upadek pozostaje upadkiem. Ale upadek – to jeszcze i wyjściowy materiał, „surowiec” dla pokory i modlitwy. Grzechy, które wykorzystywane są przez grzesznika dla pokory, to jak nawóz, którym my użyźniamy, nawozimy rośliny. Dlaczego więc nie wykorzystać tej substancji dla użyźnienia łanu swojej duszy, aby stała się ona urodzajna i wydała plon? To znaczy człowiek, który popełnił wielki grzech, odczuwszy, jak wielka jest jego wina, i powiedziawszy: „Ja nie powinienem podnosić głowy i patrzeć na człowieka”, wielce upokarza się i dlatego przyjmuje wielką Łaskę. On stale, bez awarii odnosi sukcesy i może osiągnąć niemałej (duchowej) miary, wysokiego poziomu. A ten, kto wielkich grzechów nie popełniał, nie ułożywszy się właściwie, nie będzie mówić: „Bóg ochronił mnie od wielu niebezpieczeństw, a ja jestem tak niewdzięczny. Ja jestem bardziej grzeszny od największego grzesznika”. Taki człowiek duchowo ustępuje upokarzającemu siebie grzesznikowi.
Przypomnijcie sobie choćby faryzeusza i celnika [68]. Faryzeusz miał uczynki, ale miał i hardość. A celnik miał grzechy, jednak on uznawał je, odczuwał skruchę, upokarzał się – a to i jest najważniejsze, czego chce od człowieka Chrystus. Dlatego – w łatwy sposób – celnik zbawił się. Widzieliście, jak przedstawiony jest faryzeusz na jednej z ikon? On wskazuje na celnika palcem: „Ja nie taki, jak on!” Biedny celnik, ukrywając się za kolumną, i oczu nie śmie podnieść, aby popatrzeć dookoła. A faryzeusz pokazuje Chrystusowi palcem, gdzie jest celnik! Zwróciliście na to uwagę? Można pomyśleć, Chrystus Sam nie wiedział, gdzie ukrywał się celnik! I oto, nie patrząc na to że faryzeusz wypełniał zewnętrzne zalecenia zakonu, wszystko to nie przyniosło mu żadnego pożytku. Co czyni hardość (pycha, duma)! Grzesznik, u którego nie ma pokory, posiada grzechy celnika i hardość faryzeusza. Podwójne „dary”! Jak mówią w Epirze [69], „i zawszony i parszywy”.
Aby stać się duchowo zdrowymi, postarajcie się, na ile można, oczyścić się od duchowych toksyn – czyli namiętności.
Sprawdzajmy swoje sumienie
Dobry Bóg darował pierwszym ludziom sumienie – pierwszy boski zakon (prawo). Bóg głęboko nakreślił sumienie w ludzkich sercach, i od tej pory każdy dziedziczy sumienie od rodziców. Jeśli człowiek w czymś postępuje nieprawidłowo, to sumienie, pracując w jego wnętrzu, demaskuje i prowadzi go do pokajania. Jednak trzeba zajmować się prawidłowym duchowym działaniem i sprawdzać swoje sumienie, aby zawsze być w stanie słyszeć jego głos. Nie sprawdzając swego sumienia, człowiek nie otrzyma korzyści ani od czytania duchowych książek, ani od porad świętych Starców. I nawet przykazań Bożych on, nie sprawdzając swego sumienia, nie będzie w stanie przestrzegać.
- Geronda, a czy można całkiem nie widzieć swego realnego stanu duchowego i nie zauważać tego, że zbłądziłeś z drogi?
- Jeśli człowiek nie obserwuje swego sumienia i nie oczyszcza go, to stopniowo jego sumienie pokrywa się warstwą szumowiny (nawaru, kamienia), i on staje się nieczułym. On grzeszy, i przy tym jakby nie dzieje się u niego nic szczególnego.
- Geronda, opowiedzcie nam, proszę, o tym, jak musimy troszczyć się, dbać o sumienie.
- Aby być pewnym tego, czy rzeczywiście postępujemy zgodnie z głosem swego sumienia, należy obserwować siebie i otwierać się przed naszym ojcem duchowym. Przecież można, depcząc swoje sumienie, uważać, że u ciebie wszystko w porządku. Albo też, zniekształciwszy, wyps sumienie, człowiek może uważać popełnione przez niego przestępstwo za dobrodziejstwo. Możliwe jest i takie: człowiekowi szkodzi to, że on uczynił swoje sumienie nadmiernie wrażliwym.
- Geronda, ja wewnętrznie osądzam innych i nie kontroluję w tym siebie. Być może, wszystko dzieje się dlatego, że stałam się nieczułą?
- Koniecznie trzeba dużo uwagi. Przecież, popełniając grzech pierwszy raz, człowiek odczuwa jakieś (wewnętrzne) demaskowanie, przeżywa. Uczyniwszy ten sam grzech powtórnie, on odczuwa mniejsze demaskowanie, i jeśli nie jest on uważny i dalej grzeszy, to jego sumienie czerstwieje, twardnieje. Na przykład, jeśli niektórym zwracasz uwagę za jakiś występek, to, żeby nie odczuwać wyrzutów sumienia i nie rozstrajać się, oni zmieniają temat rozmowy. To tak jak hindusi, którzy pogrążają się w nirwanę [70]! Jeden młodzieniec w Himalajach zabił pięciu włoskich alpinistów i, zakopawszy trupy w ziemię, zaczął ćwiczenia z koncentracji świadomości. Siadłszy na ziemię, on dwie godziny bez przerwy powtarzał: „Drzewo-drzewo-drzewo…” – aby „wyjść w duchową próżnię”, zapomnieć co się wydarzyło i nie nieć niepokoju z powodu myśli. Oto, załóżmy, ja obstawiam kogoś z naszych sióstr za jakiś samowolny występek. Jeśli ta siostra nie dokonuje prawidłowego duchowego działania i nie stara się poprawić się, to w odpowiedzi na wszystkie moje karcenia ona może powiedzieć: „A dzisiaj na wieczernię będą dzwonić wcześniej…” dla tego aby zmienić temat rozmowy. A potem diabeł zamroczy jej głowę i wpoi: „Nie martw się! Ty przecież powiedziałaś to dla tego, żeby nie rozstrajał się Starec!” Diabeł też znajduje jej usprawiedliwienie, i, zamiast tego żeby przyznać się: „Ja zrobiłam to, żeby podeptać swoje sumienie”, ona usprawiedliwia siebie: „Ja zrobiłam to dlatego, żeby nie rozstrajał się Starec!” Widzicie, co robi tangałaszka? Zręczna robota! On obraca pokrętło regulatora na inną częstotliwość, żebyśmy nie zobaczyli swego występku.
- Geronda, a czy może człowiek dostrzegać w sobie małoznaczące przewinienia i przy tym nie widzieć ciężkich grzechów?
- No jakże nie może! Mój znajomy ojciec duchowy opowiadał taki przypadek. Pewna kobieta, przyszedłszy do niego do spowiedzi, nieutulenie szlochała i powtarzała jedną i tę samą frazę: „Ja nie chciałam jej zabijać!” – „Posłuchaj, – zaczął uspokajać ją ojciec duchowy, – jeśli u ciebie jest pokajanie, to u Boga jest wybaczenie grzechu. Przecież On wybaczył Dawidowi który się pokajał” [71]. – „Tak, tak, ale ja tego nie chciałam!” – powtarzała ona. „Jak więc ty ją zabiłaś?” – ostrożnie zapytał ojciec duchowy. „A oto tak: ja wycierałam kurz, niechcący machnęłam ścierką i zbiłam ją! Ale ja nie chciałam zabijać tej muchy!” A oprócz wszystkiego pozostałego, ta osoba zdradzała męża, porzuciła dzieci, rozbiła rodzinę i żyła niewiadomo gdzie, ale o tym wszystkim opowiadała jak o nic nieznaczących drobiazgach. Za to wszystko należy się epitymia”, powiedział ojciec duchowy, kiedy usłyszał o jej „trudach ascetycznych”. „I dlaczego też to ona za „to wszystko” należy się?” – sprzeciwiła mu się ona. No powiedzcie, jak można pomóc takiemu człowiekowi?
Przytłumione (zagłuszone) sumienie
- Geronda, bywa, że mi mówią: „To pożądanie siedzi w twojej podświadomości, ale ty tego sobie nie uświadamiasz”. Jak mogę to sobie uświadomić?
- Przyjrzawszy się sobie, ty zrozumiesz, że, nawet mówiąc, że u ciebie wszystko w porządku, mimo wszystko czujesz się źle. Dlatego potrzebujesz (duchowo) zbadać się. Jeśli człowiek źle czuje się (cieleśnie), doświadcza upadku sił cielesnych i temu podobne, to jego próbki badają w laboratorium mikrobiologicznym, robią mu tomografię, aby znaleźć przyczynę niedomagania. Jeśli ty widzisz, że nie masz spokoju i rozstrajasz się, to wiedz, że u ciebie wewnątrz jest coś niedobrze i musisz znaleźć ten nieporządek, aby go naprawić. Przypuśćmy, popełniwszy jakiś (grzeszny) występek, ty przeżywasz, ale na spowiedzi o nim przemilczasz. Mija czas, i z tobą zdarza się radosne wydarzenie. Ty odczuwasz radość, ta radość przykrywa przeżywanie z powodu grzechu, i ty stopniowo o nim zapominasz. Ty już nie widzisz swego grzechu, ponieważ radość, jak pokrywka, przykryła go z wierzchu.
Radości przykrywają grzech, wpychają go w głąb, ale on nadal działa wewnątrz. W ten sposób, człowiek depcze swoje sumienie i dlatego zaczyna czerstwieć (twardnieć), a jego serce staje się słone i tłuste. A potem tangałaszka we wszystkim znajduje mu usprawiedliwienie: „Ta sprawa to drobiazg, a to rzecz naturalna…” Jednak taki człowiek nie ma spokoju, ponieważ wbity w głąb niepokój nie ustępuje. On czuje w sobie niepokój, nie ma wewnętrznego spokoju i ciszy. On żyje w ciągłej szarpaninie, męczy się i nie może zrozumieć, w czym jest przyczyna tego wszystkiego, ponieważ jego grzechy przykryte są z wierzchu, wbite w głąb. Taki człowiek nie rozumie, że cierpi od tego, że popełnił grzech.
- Geronda, a jeśli takiemu człowiekowi (otworzyć oczy) powiedzieć, w czym jest przyczyna jego cierpień, to mu to pomoże?
- Potrzebna jest uwaga, ponieważ, jeśli ty otworzysz mu oczy, u niego przebudzi się sumienie. Sumienie zacznie go demaskować. I jeśli taki człowiek nie spokornieje, to on może dojść do rozpaczy, ponieważ prawda będzie ponad jego siły. Jednak jeśli on spokornieje, ukorzy się, to (poznanie prawdziwej przyczyny jego cierpień) pomoże mu.
- Geronda, a czy są ludzie, którzy rodzą się ze sczerstwiałym, zatwardziałym sumieniem?
- Nie, ludzi, rodzących się z zatwardziałym sumieniem, nie ma. Bóg zatwardziałego sumienia nie tworzył. Jednak, jeśli człowiek zawala, ignoruje swoje grzechy, wbija je w głąb, jego sumienie stopniowo pokrywa się warstwą kamienia i przestaje go demaskować.
- Geronda, taki człowiek staje się „samosterowalny", on stwarza (sobie) swoje własne prawa.
- Tak… Straszna rzecz!..
- To co – urojenie?
- No a cóż? Oczywiście, urojenie.
Wypaczone sumienie
- Geronda, Wy często mówicie, że człowiek powinien być uważny, żeby nie zepsuć, nie wypaczyć swego sumienia. W jaki sposób sumienie staje się wypaczonym?
- Uspokajając swoją myśl, człowiek depcze swoje sumienie. Uspokajając swoją myśl przez długi czas, urządza sobie drugie – swoje własne sumienie, sumienie, zszyte na swój rozmiar, czyli sumienie wypaczone. Jednak w tym przypadku człowiek pozbawia siebie wewnętrznego spokoju, ponieważ wypaczone, zepsute sumienie wewnętrznego spokoju przynieść nie może. Przecież człowiek, który dopuścił się jakiegoś uchybienia, nie znajduje sobie spokoju, nawet jeśli ktoś udaje, że nie zauważył jego uchybienia albo uspokaja go: „Ty nie jesteś winien, nie denerwuj się”. Niektórzy z tych, którzy stają się zwolennikami różnych guru i zajmują się podobnymi sprawami, zrozumiawszy, że z nimi dzieje się coś niedobrego, przychodzą do mnie po radę. Ale, kiedy, chcąc im pomóc, zaczynam coś wyjaśniać, oni upierają się i obstają przy swoim: „Nie, w naszej wierze wszystko jest słuszne”. – „Słuchaj-no, – odpowiadam, – ale skoro u was „wszystko jest słuszne” i skoro to „słuszne” przynosi tobie spokój, to dlaczego ty przychodzisz do mnie ze swoimi sprawami i pytaniami?” Oto tak ci ludzie, nie znajdując wewnętrznego spokoju w kłamstwie, wszystko jedno upierają się przy swoim i starają się gdzie tylko można „wyrwać” choć trochę fałszywego spokoju. Jednak prawdziwego spokoju oni nie znajdują.
- Geronda, a czy może człowiek całe życie przeżyć z wypaczonym sumieniem?
- Jeśli wierzy swoim myślom, to może.
- A jak on może naprawić swoje wypaczone sumienie?
- On może je naprawić, jeśli myśli pokornie, nie dowierza swojej myśli i rozmawia o niej z ojcem duchowym.
- A czy może, Geronda, człowiek wypaczyć swoje sumienie, od tego że on jest (nadmiernie) wrażliwy?
- Skoro on wypaczył swoje sumienie, to znaczy to, że, najszybciej, jego wrażliwość jest do niczego. Przecież zepsute pociągnie za sobą zepsute (prowadzi do jeszcze większego zepsucia). Niektórzy mówią: „Ja jestem człowiekiem wrażliwym”, ale z ludźmi przy tym obchodzą się barbarzyńsko i bez przyczyny rzucają się na nich.
- Geronda, u ludzi, którzy zajmują się samousprawiedliwieniem się, sumienie pokryło się „nawarem, kamieniem”?
- Tan, kto zajmuje się samousprawiedliwieniem, nie jest jednak pozbawiony wewnętrznego demaskowania (głosu sumienia), nie jest nieczuły. A skoro człowiek nie jest nieczuły, to odczuwa ból za swój grzeszny występek, i dlatego przychodzi do niego boskie pocieszenie. Ale ten, kto wypaczył swoje sumienie, dochodzi do nieczułości. Taki człowiek chwali się przestępstwem, które popełnił. Zdarzało mi się widzieć ludzi, którzy opowiadali o popełnionych przez nich przestępstwach tak, jakby chwali się czynami bohaterskimi. Przecież jeśli ktoś wyostrzy swoje wypaczone sumienie, to już nie jest to po prostu zatwardziałość, to coś gorszego. Pewnego razu, kiedy żyłem w monasterze Stomion w Konicy [72], przyjechał tam jeden mężczyzna i powiedział: „Ja chcę wyspowiadać się”. – „Ja nie jestem kapłanem”, – zacząłem odmawiać, ale on dalej nalegał: „Nie, chcę opowiedzieć o tym tobie”. Obok niego znalazło się kilka kobiet, które przyszły do monasteru pokłonić się świętości. „Wy lepiej odejdźcie”, – powiedziałem im. „Nieważne, niech posiedzą, posłuchają”, – pozwolił mężczyzna i zaczął opowiadać o swoich młodych latach: „W młodości oddali mnie uczyć się szewskiego rzemiosła, ale, siedząc za dnia w warsztacie, ja cały czas drzemałem, dziobałem nosem. Zapytasz, dlaczego? A dlatego, że nocami razem z takimi zuchwałymi chłopcami chodziłem kraść. W naszym okręgu główny policjant dochodzeniowy był małym chciwcem. On nam tak mówił: „No, zuchy: noc ciemniejsza – kradzież większa. Ja potrzebuję dwóch baranów. Reszta wasza – ile dacie rady unieść”. No, skoro taka sprawa, to szliśmy, jak mówią, po chrześcijańskich domach. Zdejmowałem swoją kamizelkę, i najpierw psom – batem po mordzie z ramienia, a bat miałem dobry, dereniowy, potem szliśmy do zagrody, wybieraliśmy dwa barany i owiec, na ile mieliśmy sił. Baranki panu policjantowi, owce do naszej owczarni chowaliśmy, a potem bez zwłoki policjant – co byś pomyślał? – sadzał nas do celi! Ale posłuchaj dalej! Gospodarze, którzy widzieli w nocy, jak my u nich kradliśmy, z samego rana śpieszyli na posterunek do policjanta dochodzeniowego i mówili: „Taki-to i taki-to nas okradli!” – „Jak tak: „taki-to i taki-to”? Oni obaj siedzą w celi! Przyszliście tu oszczerstwo na ludzi głosić?” I dawaj ich łupić – bić!.. Ale oto jaką historię tobie opowiem: przyszliśmy raz do stada owiec i widzimy: stróż, młody jeszcze właszonek [73], ale zdrowy jak byk, i z nim jego ojciec. „Jak podejść do stada? – mówią do mnie koledzy. – Przecież oni nas porozrzucają, jak zapałki!” Zapałki, mówisz? A no dawaj… Zdejmuję z ramienia strzelbę, łapię na muszkę właszonka, i puk! Sprawa załatwiona, kochany padł… Ojczulka jego sznurami przywiązałem do jednej gruszy… No, ja ci powiem, my tam i nabraliśmy dobra!”. I o tym wszystkim on opowiadał jak o czynach bohaterskich, ze śmiechem! Widzisz, do czego doprowadza człowieka wypaczone sumienie?
A jeden mój znajomy policjant, złażący w Zarządzie Konwojowym, nie przestając płakał, ponieważ przestępca, którego on musiał konwojować z jednego więzienia do drugiego, za mnóstwo przestępstw był skazany przez trybunał wojskowy na najwyższą karę i rozstrzelany. Policjant zaczął poszukiwać krewnych rozstrzelanego, kilku odszukał i prosił ich o wybaczenie. Ale jeden z krewnych przestępcy, żyjący w Ameryce, przysłał mu taką odpowiedź: „Przecież jego dawno temu trzeba było rozstrzelać, przecież tylu ludzi zostałoby przy życiu!”
Widzicie, jaka (ogromna) różnica między stanem policjanta i tego człowieka, o którym opowiedziałem wam wcześniej? Pierwszy z obowiązku służbowego po prostu odeskortował do więzienia złoczyńcę i uważał siebie za winnego (jego śmierci). A drugi opowiadał o popełnionych prze niego przestępstwach, jak o bohaterstwie, i chwalił się nimi!
Fałsz nie przynosi człowiekowi spokoju
- Geronda, czy może pomóc człowiekowi modlitwa innych, jeśli, wierząc swoim myślom, on stworzył swój własny świat?
- Skoro on stworzył swój własny świat, to jaką on ma potrzebę w pomocy… Człowiek stworzył cały własny świat! Myślisz, że to drobnostka? Patrz: jeśli ktoś swoją myślą stwarza swój własny świat, to, myślisz, on ma spokój, odczuwa radość? To kłamstwo. A kłamstwo zostawia człowieka bez powiadomienia. Załóżmy, ktoś wymuszony jest powiedzieć kłamstwo, żeby uratować swego bliźniego. On może uratować go nawet od śmierci, jednak kłamstwo przy tym nie przestaje być połową grzechu. Czasem człowiek z dobrą myślą zgadza się na kłamstwo dla tego, żeby pomóc w jakiejś sprawie i uniknąć pokusy. Na przykład, do monasteru potajemnie, żeby nikt nie wiedział, przyjeżdża pielgrzym, dla tego żaby podzielić się swoim rodzinnym problemem, omówić sprawę. A potem do monasteru przyjeżdża, załóżmy, jego brat i pyta: „Czy nie było u was takiego-to?” Jeśli powiedzieć mu prawdę, to powstanie cała historia, ponieważ jego brat będzie skompromitowany. W taki sposób, jesteś zmuszony odpowiedzieć: „Nie wiem”. Przecież jeśli powiesz mu, że ten przyjeżdżał, to sprawa może dojść nawet do rękoczynu. Choć teraz rozmawiamy nie o takich przypadkach, mimo wszystko koniecznie trzeba być uważnym, ponieważ jeśli trzy-cztery razy wydarzy się coś podobnego, to powoli człowiek może pójść i dalej (sytuacja może pogorszyć się). Przyzwyczaiwszy się wykorzystywać kłamstwo bez konieczności, on wypaczy swoje sumienie. On dojdzie do tego, że będzie wymyślać, tworzyć całe bajki, i przy tym jego sumienie całkiem nie będzie go demaskować. Potem taka „twórczość” staje się prawdziwą nauką.
Jakże potrafią niektórzy ludzie „dopasowywać” jedno kłamstwo do drugiego, opanowawszy tę sztukę! O! Dla tego aby przekonać cię w czymś, oni mogą stworzyć całą bajkę, fikcję! Jakoś raz do mnie do celi przyszedł jeden mój znajomy i jednocześnie z nim kilku ziomków młodzieńca, któremu ja pomagałem. U tego nieszczęsnego młodzieńca była i głowa na karku, i dobra dusza, jednak był on leniem, nie chciał pracować. Przyzwyczaił się włóczyć się bez zajęcia. Cztery lata z rzędu walczyłem o to, żeby ustawić go do jakiejkolwiek pracy, i tym razem też zacząłem prosić jego ziomków: „Postarajcie się załatwić chłopcowi jakąś pracę. Ja i wcześniej starałem się mu pomóc. Ja nawet posyłałem go do moich znajomych do miasta Kastorii [74], żeby nauczył się on zawodu kuśnierstwa, ale on uciekł stamtąd. Przecież on jeszcze młody, żal, jeśli zepsuje się. On ma tylko jedną matkę, a ojciec umarł”. Słysząc to wszystko, mój znajomy, który przyszedł jednocześnie z ludźmi, do których zwracałem się, zaczął mówić im: „Tak, my z ojcem Paisijem postaraliśmy się załatwić młodzieńcowi naukę i zrobić z niego kuśnierza. A wiecie, ile pieniędzy ja wydałem na telegramy, które wysyłałem do Kastorii do tych ludzi, u których on się uczył, aby uspokoić ich po tym, jak on od nich uciekł! No cóż tam – to już przeszłość, o takich sprawach lepiej przemilczeć. Ja wtedy tak i powiedziałem ojcu Paisijowi: „Garbatego mogiła wyprostuje”. – „Cóż on takiego wygaduje!”, – pomyślałem, ale wyrażać swego zdziwienia na głos nie zacząłem, aby nie skompromitować tego człowieka. Pomyśleć tylko! Pierwszy raz w życiu usłyszałem o tym chłopcu, on stworzył całą bujdę o tym, jak my razem z nim troszczyliśmy się o chłopca, jak, pragnąc mu pomóc, „urządziliśmy go u kuśnierza” i temu podobne! On mówił to takim tonem, że nawet ja zacząłem wahać się (być może, to prawda)!
- On mówił Wam to prosto w oczy?
- Prosto w oczy. I to jeszcze przy ludziach.
- A co on odczuwał?
- Co on tam odczuwał! Głosząc całe to kłamstwo, on odczuwał w sobie jakąś egoistyczną satysfakcję, jednak potem doznawał udręki. Myślisz, on miał w sobie spokój?
- A kiedy człowiek opowiadając o jakimś wydarzeniu, trochę je wyolbrzymia…
- Tak, troszkę polewa je sosem!..
- On robi to z próżnej sławy, samochwalstwa?
- No a od czegoż by jeszcze? Człowiek mówi o czymś z wyolbrzymieniem z próżnej sławy, z egoizmu.
- A co pomoże takiemu człowiekowi poprawić się?
- On powinien przestać kłamać. On powinien wiedzieć, że kłamstwo, nawet mając łagodzące winę okoliczności, nie przestaje być połową grzechu.
- Geronda, a czy może dziać się następujące: nam dają coś, wyciągając rękę pomocy, a my uważamy, że dali nam dlatego, ponieważ byliśmy tego godni?
- Patrz, jeśli ja powiem tobie: „Ty, siostro, możesz osiągnąć miarę swojej świętości!”, to, usłyszawszy te słowa, ty możesz na jakiś czas rozpłynąć się w głupim uśmiechu, jednak wewnętrznego spokoju mieć nie będziesz. Fałsz nie przynosi człowiekowi spokoju. Jak nie ma w sobie spokoju i ten niesprawiedliwy człowiek, który, krzywdząc innych, mówi: „To moje”. Popatrz, Turcy zdobyli Konstantynopol już tyle lat temu, jednak, patrząc na przyjeżdżających do Konstantynopola Greków, Turcy czują, że zagarnęli cudze, i patrzą tak, jakby wrócił gospodarz! A przecież są Turkami, i przeszło już tyle lat!
Niezepsute sumienie daje niefałszywe powiadomienia
Dla człowieka nie ma nic ważniejszego, niż spokojne sumienie. Jeśli twoje sumienie nie demaskuje ciebie w tym, że mogłeś zrobić coś jeszcze i nie zrobiłeś, to jest to wielka rzecz. W tym przypadku człowiek ma stałą wewnętrzną radość i całe jego życie – uroczystość, święto. Ta wewnętrzna radość daje człowiekowi duchową siłę.
- Geronda, a jak zrozumieć, że nasze działania są miłe Bogu?
- U człowieka jest wewnętrzne ogłoszenie, powiadomienie.
- Własnego wewnętrznego powiadomienia wystarczy czy niezbędne są też świadectwa innych?
- Ja rozmawiam o człowieku, którego sumienie nie jest zepsute, a nie o tym, kto swoje sumienie wypaczył. Niezepsute sumienie daje niefałszywe powiadomienie. W tym przypadku człowiek odczuwa pewność, nadzieję i z pokorą mówi: „Ja nie jestem godzien Raju, ja zasłużyłem na wieczną mękę, jednak wierzę w to, że miłość i miłosierdzie Boże mnie nie opuszczą”. On odczuwa to, ponieważ trudzi się w ascezie, on nie siedzi złożywszy ręce, uspokajając przy tym swoje myśli słowami: „Bóg mnie zbawi”.
Sumienie – to straszna rzecz! Nie ma bardziej palącego płomienia, nie ma większej piekielnej męki, niż palenie sumienia. Wyrzuty sumienia – to najstraszniejszy i najbardziej męczący dla człowieka robak. Ci, którzy są w piekle, będą wiecznie męczyć się, ponieważ będzie dręczyć ich myśl o tym, że utracili oni rajskie skarby przez te niedługie lata, które przeżyli na ziemi, choć i te ziemskie lata były pełne wyrzutów sumienia i wewnętrznego duszenia. Oprócz tego, namiętności ludzi, będących w piekielnej męce, nie będą znajdować sobie zaspokojenia, i to będzie dla nich jeszcze jedną męką.
- Geronda, a w jaki sposób mnich może praktycznie przeżywać „męczeństwo” sumienia?
- „Męczeństwo” sumienia przeznaczone jest nie tylko dla mnichów, ono – dla wszystkich ludzi, a mnisi, oprócz tego, męczą się i słodką męką ascetyzmu. Jednak, w istocie, dla człowieka, który prawidłowo trudzi się w ascezie, „męczeństwo” sumienia nie istnieje. Przecież im większego duchowego bólu doświadcza człowiek, to znaczy im bardziej go boli – czy z powodu własnej nieczystości, czy od tego że on współuczestniczy w Cierpieniach Pana, – tym większym boskim pocieszeniem jest mu wynagradzane. Jeśli sumienie człowieka jest spokojne, to, nawet mając zmartwienia, zaburzenia i temu podobne, człowiek odczuwa w sobie boskie pocieszenie.
Zbadanie (przeanalizowanie) siebie
W armii, w Wojskach Łączności, mieliśmy sieć radiowego śledzenia, a radiotelegrafiści mieli tablice identyfikacji (swoich i cudzych radiostacji). My śledziliśmy stacje radiowe i rozumieliśmy, która z nich jest obca, a która – nasza, ponieważ czasem do łączności między naszymi radiostacjami podłączali się wrodzy radiotelegrafiści. Podobnie każdy człowiek powinien obserwować swoje myśli i działania, żeby widzieć, czy zgodne są one z przykazaniami Ewangelii. Trzeba dostrzegać swoje błędy, walczyć dla ich poprawy. Przecież ten, kto pozwala swemu błędowi prześlizgiwać się niezauważalnie albo nie zastanawia się nad swoimi niedociągnięciami, kiedy inni mówią mu o nich, nie może odnieść duchowego sukcesu.
Badanie siebie – to najpożyteczniejsze ze wszystkich innych badań. Człowiek może czytać dużo książek, jednak, jeśli on nie obserwuje siebie, wszystko przeczytane nie przynosi mu żadnego pożytku. A oto jeśli on obserwuje siebie, to pożytek który on otrzymuje, jest wielki, nawet jeśli czyta on niewiele. W ostatnim przypadku, postępowanie człowieka staje się subtelniejsze, dokładniejsze – co by on nie robił. A inaczej on popełnia grube błędy i nie rozumie tego. Kiedy do mnie do celi przychodzą goście, to przynoszę im pieńki do siedzenia z drugiego końca podwórka. I zauważyłem, że, odchodząc, ludzie nawet nie pomyślą o tym, kto odniesie te pieńki z powrotem na swoje miejsce. Albo, widząc, jak niosę im jeden pieniek, i rozumiejąc, że nie wystarczy go dla tego, aby usiedli wszyscy, odwiedzający mimo wszystko oczekują, póki przyniosę im kolejne. Ale gdyby ci ludzie choć troszkę pomyśleli i powiedzieli: „Dobrze, przecież nas pięć-sześć osób, czyż batiuszka powinien sam dźwigać dla nas pieńki z drugiego końca podwórka?” – to, wziąwszy każdy po pieńku, oni szybko przenieśliby je na właściwe miejsce.
- Geronda, jedna z młodszych sióstr zapytała mnie: „A będąc początkującym mnichem, Starec nie miał upadków w swojej walce? U niego nie było żadnej myśli „z lewej”? On nigdy nie wpadał w osądzanie?”
- Kiedy w mojej walce działo się coś takiego albo kiedy mnie sztorcowali, to ja nie dawałem temu wszystkiemu „bezcłowych praw” (swobodnego przejścia).
- Geronda, co znaczy „bezcłowe prawa”?
- Dawać swoim pomyłkom, przewinieniom „bezcłowe prawa” – to znaczy odnosić się do nich z obojętnością. Czyli starać się, żeby uświadomienie sobie błędu nie dotykało duszy, a „przeleciało” obok niej. Jeśli ziemia skamienieje, zrobi się twarda, to, ile by deszczu na nią nie lało się, ona nie wchłonie w siebie wody. To samo dzieje się i z człowiekiem, który daje swoim błędom i przewinieniom „bezcłowe prawa”. Gleba serca takiego człowieka twardnieje z powodu obojętności, i co by mu nie powiedzieli, co by się z nim nie zdarzyło, jego to nie wzrusza, nie dotyka, to znaczy on nie odczuwa swojej winy i nie kaja się. Kiedy ja (będąc jeszcze początkującym) dowiadywałem się, że ktoś nazwał mnie, na przykład, obłudnikiem, ja nie mówiłem: „A żeby mu pusto było, skoro on mówi takie rzeczy”, ale starałem się znaleźć przyczynę, z powodu której on tak o mnie powiedział. „Coś tu niedobrze, – mówiłem, – ten człowiek nie jest winny, to ja sam byłem w czymś nieuważny, dałem mu powód, i on niesłusznie zinterpretował moje postępowanie. Ni z tego ni z owego powiedzieć czegoś takiego nie mógł. Gdybym był uważny i zachowywał się mądrze, on nie zinterpretował by mego postępowania tak przewrotnie. Ja naszkodziłem swemu bliźniemu i odpowiem za to przed Bogiem”. I od razu starałem się znaleźć, w czym jest mój błąd, i naprawić go. To znaczy ja nie badałem, dlaczego człowiek powiedział o mnie coś takiego: czy z zazdrości, z zawiści czy dlatego, że zrozumiał przewrotnie usłyszane od innych. Ta sprawa mnie nie zajmowała. I teraz we wszystkich (podobnych) przypadkach ja postępuję w taki sam sposób. Jeśli, na przykład, ktoś powie mi ostre słowo, ja nie mogę nawet zasnąć. I jeśli sprawa rzeczywiście przedstawia się tak, jak on mówi, to ja zmartwię się i postaram się siebie poprawić. Ale jeśli nawet sprawa przedstawia się nie tak, jak pomyślał i powiedział ten człowiek, to ja mimo wszystko zmartwię się, będę myśleć o tym, że jestem w czymś winien, ponieważ byłem nieuważny i skusiłem mego bliźniego. Ja nie zwalam całej winy na bliźniego: ja rozmyślam o tym, jak będzie osądzać moje postępowania Bóg, a nie o tym, jakimi one ukażą się ludziom.
Jeśli człowiek nie będzie badać tego co się dzieje w podobny sposób, to nic nie przyniesie mu pożytku. Często mówią: „Taki-to człowiek stracił kontrolę nad sobą”. Wiecie, kiedy człowiek traci kontrolę nad sobą? Kiedy on nie śledzi (nie bada) siebie. Jeśli u człowieka nie wszystko w porządku z głową, i dlatego on nie kontroluje siebie, to u niego są łagodzące winę okoliczności. Jednak łagodzących winę okoliczności nie ma u tego, kto, nie mając żadnych problemów z głową, nie kontroluje swoich działań, ponieważ nie obserwuje siebie.
Doświadczenie z naszych upadków
W badaniu samych siebie bardzo pożyteczne wam będzie od czasu do czasu rozpatrywać swoje życie: krok po kroku, zaczynając od wieku dziecięcego. To konieczne jest dla tego, aby widzieć, gdzie znajdowaliście się wcześniej, gdzie znajdujecie się teraz i gdzie powinniście się znajdować. Nie porównując przeszłości z teraźniejszością, nie zrozumiecie, że, nawet będąc w mniej-więcej niezłym stanie, wy mimo wszystko jesteście nie tam, gdzie powinniście się znajdować… Wy nie zrozumiecie tego, że martwicie Boga. Kiedy człowiek jest młody, on ma usprawiedliwienie w tym, że on jest w niezbyt dobrym stanie. Jednak nie ma on usprawiedliwienia, jeśli, wyszedłszy już z młodzieńczego wieku, przebywa w tym samym stanie albo poprawia się niewystarczająco.
Im więcej upływa lat, tym bardziej duchowo dojrzałym powinien stawać się człowiek. A wykorzystując ku dobremu doświadczenie przeszłości, my idziemy do przodu z większą pewnością i bardziej pokornie. Często nawet zmienne wzloty i upadki w (duchowej) walce pomagają człowiekowi w tym, aby on owocnie i pewnie odbywał swoją duchową drogę ku Wyższemu.
Całkiem naturalne, jeśli dziecko ucząc się chodzić, koziołkując spada ze schodów, uderza się głową o barierki, włazi z nogami na krzesło i spada z niego. Maluch nie rozumie, że, wdrapując się z nogami na krzesło i stając na jego brzegu, on upadnie razem z krzesłem. Jednak, dorastając, dziecko nabywa doświadczenia, dojrzewa i staje się uważnym. „Poprzednim razem, – myśli ono, – ja wdrapałem się na krzesło z nogami i upadłem. Teraz ja już tego nie będę robić”. Tak samo i w naszej (duchowej) walce: uważnie obserwując wszystko dziejące się i wykorzystując wszystko ku dobremu, my zdobywamy doświadczenie, które wykorzystując otrzymujemy niemałą pomoc.
Pamiętam, u nas w domu, w Konicy, było sześć koni: i dorosłe konie, i źrebięta. Pewnego razu zdarzyło mi się przeprowadzać nasze koniki po drewnianym mostku. Jeden bal zgnił, i noga młodego czteroletniego konia zapadła się miedzy bale i deski. Potem naprawiłem motek, zamieniłem wszystkie zgniłe bale i deski na mocne. Jednak każdy raz, kiedy gnałem konie przez ten most, konik, który raz na nim zapadł się, zaczynał niepokoić się, trząść głową i albo porwawszy uzdę, uciekał, albo jednym skokiem przeskakiwał na drugą stronę mostka. Widzicie: skoro już pozbawione rozumu zwierzę – czteroletni koń wykorzystywał swoje doświadczenie i nie stąpał na ten most, gdzie jednego razu zdarzyło się upaść, to na ile bardziej powinien wykorzystywać doświadczenie od swoich upadków człowiek!
Trzeba przykuwać wroga do jednego miejsca i zadawać mu cios
- Geronda, ja jeszcze nie polubiłam pokory, ofiarności, przyjmowania niesprawiedliwości…
- Sprawa przedstawia się nie całkiem tak, jak ty mówisz. Ja (o ciebie) nie niepokoję się, ponieważ widzę, że w tobie pojawiło się dobre zaniepokojenie. Ty szybko uwolnisz się od namiętności, ponieważ zaczęłaś „łapać siebie na miejscu przestępstwa”. A to pomaga bardziej, niż jakikolwiek inny czyn ascetyczny. Tan, kto „łapie siebie na miejscu przestępstwa”, zrzuca z siebie starego (ulegającego rozkładowi) człowieka i wychodzi na prawidłową duchową drogę. Nasz stary człowiek rozkrada to, co robi człowiek nowy. Nauczywszy się przyłapywać naszego starego człowieka na gorącym uczynku, my łapiemy razem z nim wszystkich pozostałych złodziei, rozkradających to dobre, co daruje nam Bóg. W taki sposób, duchowe bogactwo pozostaje u nas.
- Geronda, a jeśli ja będę bardzo przeżywać z powodu popełnionego przeze mnie błędu, na przykład, że grubo porozmawiałam z którąś siostrą, to pójdzie mi to na pożytek?
- Na pożytek to ci to pójdzie, jednak powinnaś być uważna, żeby nie przesadzać, nie przekraczać granic (rozumnego smutku). Odczuwaj smutek, ale jednocześnie ze smutkiem doznawaj i radości, ponieważ była dana ci sprzyjająca możliwość zauważyć swoją chorobę która wylazła na zewnątrz i ją wyleczyć. Porozmyślaj tak: „Skoro ja byłam grubiańska wobec siostry i zachowałam się wobec niej źle, to znaczy to, że u mnie wewnątrz siedziała jakaś namiętność. A teraz dana mi jest sprzyjająca możliwość: namiętność wyszła na zewnątrz, abym ją zobaczyła i naprawiła”. Ale, oczywiście, i o przebaczenie siostrę poprosić też trzeba. Upadki pomagają tobie poznać samą siebie. Wszystko wychodzi na zewnątrz i powoli dokonywana jest pożyteczna praca (nad sobą). Popatrz, przecież i lekarze czasem dają chorym różne substancje dlatego, aby przejawiły się objawy ich choroby i została postawiona prawidłowa diagnoza. Na przykład, chorym dają cukier, potem biorą do badania ich krew i patrzą, czy podniósł się poziom cukru.
W walce duchowej koniecznie trzeba określić „współrzędne” słabych miejsc naszego charakteru – nasze niedociągnięcia – potem starać się nanosić uderzenia w te miejsca. Jak na wojnie: dokonując rozpoznania jakiegoś rejonu, zaznaczamy na mapie miejsca, w których znajduje się wróg albo przyczółki, z których on może pójść do ataku na nas. I potem obserwujemy te miejsca ze szczególną uwagą. Przecież wiedząc, w jakich konkretnie miejscach znajduje się wróg, można pewnie poruszać się. Wojskowi rozkładają mapę i mówią: „Wróg znajduje się tu i tu. Znaczy, trzeba nam zdążyć zdobyć to i to wzniesienie. Tu trzeba posłać posiłki, a tu niezbędne są takie i takie rodzaje broni”. To znaczy, wiedząc, gdzie znajduje się wróg, można opracować jakiś plan. Jednak, dla tego aby to poznać, trzeba fatygować się i badać (rejon działań bojowych). Spać tu nie można.
- Geronda, co lepsze: kiedy człowiek zauważa swoje niedociągnięcia sam czy też kiedy mówią mu o nich inni?
- Dobrze, jeśli człowiek znajduje swoje niedociągnięcia sam, jednak i w tym przypadku, kiedy mówią o nich inni, on też nie powinien sprzeciwiać się. Trzeba przyjmować demaskowanie od innych z radością. Przecież można widzieć siebie takim, jakim chcesz siebie widzieć, a nie takim, jakim jesteś w rzeczywistości.
- Geronda, inni, z boku, widzą mnie lepiej, niż ja widzę siebie sama!
- Zechciawszy, można zobaczyć siebie lepiej, niż widzą nas nasi bliźni. Czyli samemu człowiekowi wygodniej jest ujawnić swoją reakcję na coś, jakiś błąd i ustalić ich przyczyny, podczas gdy zewnętrzny obserwator wyciąga wniosek o swoim bliźnim na podstawie własnych przypuszczeń.
- Geronda, a czy może człowiek, starając się zobaczyć siebie takim, jaki on jest, nie osiągnąć tego?
- Tak. Jeśli w staraniach człowieka obecna jest hardość (duma, pycha), to zobaczyć siebie takim, jakim on jest w rzeczywistości, on nie będzie w stanie.
Trzeba przyglądać się w innych, jak w lustro
Człowiek widzi siebie lepiej, kiedy on przygląda się w innych, jak w lustro. Każdego Bóg obdarzył darami, niezbędnymi do tego, aby otrzymać pożytek, – niezależnie od tego, wykorzysta człowiek te dary dla dobra czy nie. Jeśli człowiek wykorzysta darowane mu z pożytkiem, to osiągnie on doskonałość. Nasze wady (niedostatki) – czy nabyte są one prze własną nieuwagę czy odziedziczone od naszych rodziców – to też nasza własność. Każdy z nas powinien toczyć odpowiednią walkę, dla tego aby uwolnić się od tych wad. A póki my od nich nie uwolnimy się, nam trzeba „przyglądać się” w wady naszego bliźniego i sprawdzać, gdzie jesteśmy my. Na przykład, zobaczywszy w bliźnim jakąś wadę, trzeba od razu powiedzieć: „Daj-no ja popatrzę, być może, taka sama wada jest i u mnie”. I, jeśli my rzeczywiście odkryjemy w sobie tę wadę, trzeba podjąć walkę, żeby od niej się uwolnić.
- Geronda, a jeśli myśl mówi mi, że u mnie nie ma takiej wady, jak mam jej odpowiedzieć?
- Odpowiadaj tak: „U mnie są inne – większe wady. Ta wada mego bliźniego, w porównaniu z moją, znikomo mała”. Przecież czasem twoje wady mogą w rzeczywistości być mniejsze, jednak i łagodzących winę okoliczności u ciebie też mniej. Jeśli człowiek bada siebie w taki sposób, to on widzi, że jego skazy są większe, niż niedoskonałości jego bliźniego. A potem on zaczyna widzieć w bliźnim i jego cnoty. „Daj-no ja popatrzę, – mówi taki człowiek, – czy jest ta cnota we mnie? Nie ma. Och-och-och! Jakże ja jeszcze daleko jestem od tego (duchowego stanu), w którym powinienem być!” Wykonując taką pracę, człowiek od wszystkiego otrzymuje pomoc, zmienia się – w dobrym sensie tego słowa – i doskonali się. On otrzymuje pożytek od świętych, otrzymuje pożytek od ascetów, otrzymuje pożytek nawet od ludzi świata tego. Na przykład, zobaczywszy, jak świecki człowiek nie bierze siebie pod wyrachowanie i poświęca się, chrześcijanin, wykonujący nad sobą taką duchową pracę, mówi: „A u mnie jest takie luboczestije? Gdzie tam! A przecież ja jeszcze i duchowym człowiekiem jestem!” I, w taki sposób, on stara się naśladować zobaczone dobro. U nas – czyli u wszystkich ludzi – tyle pracy! Dobry Bóg w przemądry sposób wszystko urządza dla naszego dobra.
Ten, kto poznaje siebie prawdziwie, ma pokorę
- Geronda, ja zwykle odkrywam swoją hardość już po fakcie, już po tym, jak wpadam w ten grzech.
- Zadanie w tym, abyś zobaczyła ją przed upadkiem. Jeśli tobie mówią, że zrobiłaś coś dobrego, nie odczuwaj satysfakcji. Nie dawaj pochwale przylepiać się, przyczepiać się do ciebie.
- A co mogłoby mi w tym pomóc?
- Poznanie siebie. Jeśli człowiek poznał samego siebie, to koniec – sprawa zamknięta. Po tym pochwały stają się obcymi ciałami: one do niego już nie przylepiają się. Na przykład, jeśli człowiek wie, że jest oberwańcem, to do niego nie może przylepić się myśl, że jest on królem. Jeśli ty zaczniesz uważać że jesteś księżniczką, to będzie znaczyć, że jesteś umysłowo upośledzona.
- A gdybym ja już zawczasu była gotowa nie przyjmować pochwał, to pomogłoby mi to w walce, o której rozmawiamy?
- Oczywiście, trzeba starać się być przygotowaną. Jednak czasem będzie ci się to udawać, a czasem i nie. Zadanie w tym, abyś poznała siebie. Nie poznawszy swego starego człowieka, chrześcijanin nie korzy się. Dlatego nie może nastąpić duchowe rozszczepienie jego (egoistycznego) atomu, niezbędne do tego, aby wyjść na duchową orbitę. I, w taki sposób, człowiek pozostaje na orbicie świeckiej.
- Geronda, a czy może moje poznanie siebie być nieprawidłowe?
- Przecież my z tobą nie rozmawiamy o nieprawidłowym stanie. Ten, kto ma o sobie słuszne wyobrażenie, ma pokorę. A kiedy człowiek spokornieje, obowiązkowo przyjdzie Łaska Boża.
Człowiek, wykonujący pracę, niezbędną dla poznania siebie, podobny jest do tego, kto głęboko wkopuje się w ziemię i znajduje w niej pożyteczne kopaliny, minerały. Im bardziej my zagłębiamy się w samopoznanie, tym niżej siebie widzimy. W ten sposób człowiek pokornieje, jednak prawica Boża stale go wywyższa. I kiedy człowiek w końcu pozna siebie, pokora staje się już jego stanem i Łaska Boża obowiązkowym porządkiem ma prawo do „przedłużenia dzierżawy” (w jego sercu). Hardość takiemu człowiekowi już nie grozi. A oto ten, kto nie wykonuje nad sobą podobnego działania, stale dokłada do swoich (duchowych) śmieci ciągle nowe i nowe, powiększa swoją hałdę śmieci, przez jakiś niedługi czas siedzi na jej szczycie i w ostatecznym efekcie zwala się w dół.
Powinniśmy poznać, na co chorujemy
- Geronda, ja często widzę wady innych ludzi i osądzam ich.
- A czy znasz ty swoją własną chorobę?
- Nie.
- Oto dlatego ty znasz choroby innych. Gdybyś znała swoją własną chorobę, to o chorobach innych nie miałabyś pojęcia. Ja mówię nie o tym, żebyś ty nie współczuła w ich bólu, ale żebyś przestała zajmować się ich wadami. Jeśli człowiek nie zajmuje się sobą, to zły znajdzie mu robotę, i ten człowiek będzie zajmować się innymi. Jednak pracując nad sobą, człowiek zna i siebie, i swego bliźniego. W przeciwnym zaś wypadku (mając błędne wyobrażenie), wyciągając niesłuszne wnioski o samym sobie i podchodząc z takimi samymi kryteriami do innych, człowiek popełnia błąd i w stosunku do nich.
- Geronda, a co najbardziej pomaga człowiekowi poprawić się?
- Przede wszystkim wola, pragnienie. Wola, pragnienie (poprawić się) – to, w jakiś sposób, dobry początek. Potem człowiek powinien zrozumieć, że jest chory, i zacząć przyjmować odpowiednie (duchowe) antybiotyki. Przecież jeśli (cieleśnie) chory ukrywa swoją chorobę, to w pewnym momencie on – nieoczekiwanie i sam nie zrozumiawszy jak – zwali się jak podkoszony, środki medyczne będą już dla niego nieskuteczne.
Powiedzmy, człowiek wie, że jest podatny na gruźlicę (suchoty), i z tego powodu nie ma apetytu. „Dlaczego ty nie jesz?”, – pytają go. „E, – odpowiada on, – to jedzenie nie bardzo mi smakuje!” Potem on zaczyna tracić siły i ledwie-ledwie porusza nogami. „Co z tobą, dlaczego ty ledwie wleczesz się?” – dziwią się ludzie, „A mi, – odpowiada on, – podoba się chodzić powoli. Po co będę pędzić jak szalony!” On ukrywa, że stracił siły i dlatego ledwie porusza nogami. Potem u niego zaczyna się kaszel. „Dlaczego ty kaszlesz?” – pytają go ludzie. „To u mnie alergia!” odpowiada on. On ukrywa, że gruźlica poraziła już jego płuca i one są strasznie chore. Upływa jeszcze jakiś czas, i chory zaczyna charkać krwią. „A to co takiego?! – pytają go bliscy. „Bzdura, – odpowiada on, – zapalenie błony śluzowej gardła!”
- Geronda, i wszystko to człowiek robi dlatego, żeby jego choroba pozostała niezauważalna dla innych?
- Tak, on zachowuje się tak, aby ukryć swoją chorobę. Tak on ją ukrywa-ukrywa, a potem gruźlica przyjmuje gwałtowną i wyniszczającą formę. Płuca rozkładają się, u chorego z gardła płynie krew, jak z pękniętej rury, on pada z nóg, i otaczający dowiadują się o jego chorobie. Jednak choroba doszła już do takiego stadium, że pomóc mu nie jest łatwo. A gdyby na samym początku choroby on rozpoznał, że przyczyna jego, na przykład, trochę podwyższonej temperatury – to początek gruźlicy, poddał się leczeniu, to stałby się zdrowszy od zdrowego. Tak samo bywa i w duchowym życiu: ten, kto usprawiedliwia swoje namiętności, w ostatecznym efekcie ulega biesowskiemu oddziaływaniu, i to nie może zostać niezauważalnym. A wiesz, co bywa, kiedy człowiek przyjmuje biesowskie oddziaływanie? Ten, kto przyjmuje biesowskie oddziaływanie, staje się zatwardziały, staje się bestią, buntuje się, rozmawia z ludźmi bezczelnie, bezwstydnie i nie przyjmuje pomocy od nikogo.
Dlatego cała podstawa w tym, żeby najpierw człowiek poznał swoją słabość i radował się z tego. Potem on powinien poddać się leczeniu, przyjmować odpowiednie lekarstwa. Oprócz tego, on powinien być wdzięczny swemu lekarzowi – ojcu duchowemu albo Starcowi – nie sprzeciwiać się mu. Na przykład, choremu robią transfuzję krwi: on wyciąga lekarzowi swoją rękę, dale przekłuć żyłę, odczuwa ból, ale cierpi, ponieważ wie, że przetaczanie krwi mu pomoże. A jak cierpi ten, komu robią chirurgiczną operację! Jednak, pomimo cierpienia, chory zgadza się z tym, aby go zoperowano, dlatego aby wyzdrowieć.
- Geronda, a jeśli ja wiem, że, na przykład, czyjeś surowe napomnienie pójdzie mi na pożytek, to dlaczego ja nie przyjmuję tego napomnienia jak coś przyjemnego?
- No dobrze, niech przyjemnego ty w napomnieniu nie znajdujesz. Ale czy ty przynajmniej rozumiesz, że postępujesz nieprawidłowo?
- Tak, akurat to ja rozumiem.
- No, skoro rozumiesz, to już coś. Patrz: gorzką-przegorzką tabletkę chory przyjmuje chętniej, niż słodki cukierek, ponieważ rozumie, że tabletka przyniesie mu pożytek. Nie przyjąwszy gorzkiego lekarstwa, chory nie wyzdrowieje. Człowiek powinien poznać swoją słabość, przyjąć odpowiednie (duchowe) lekarstwa, dla tego aby potem wzmocnił go Chrystus.
Uznanie swego błędu
- Geronda, Abba Issak mówi, że w modlitwie trzeba czuć się jak dziecko [75].
- Tak, trzeba czuć się dzieckiem, ale dzieckiem nieposłusznym. Trzeba uświadamiać sobie, że zmartwiłeś swego Ojca, i opłakiwać to. Wtedy odczujesz boską czułość. Nie trzeba mówić tak: „Ja jestem dzieckiem, i dlatego Bóg powinien mnie kochać i wybaczać mi, tak więc mogę odwalać różne figle”.
- Geronda, ja przeczytałam u świętego Grigorija z Nyssy, że dla tego, aby nazywać Boga Ojcem, powinniśmy osiągnąć beznamiętność, w przeciwnym wypadku – to „zniewaga i pohańbienie [76].
- Nie przejmuj się, głupiutka. Swiatitiel napisał to dla tych, którzy żyją próżnie i grzesznie. Jednak, jeśli, grzesząc, człowiek głęboko uświadamia sobie swoją winę, on może nazywać Boga Ojcem.
- Geronda, ja czuję się wielką dłużniczką wobec Boga, i to sprawia mi ból.
- Od tego momentu, jak ty zaczniesz czuć się dłużniczką wobec Boga i pokornie mówisz „zgrzeszyłam, Boże mój”, Bóg wybacza tobie, pomaga tobie i daje tobie Swoją Łaskę. I jeśli w tym stanie zastanie ciebie śmierć, ty zbawisz się. Przecież ty nie po prostu nazywasz siebie dłużniczką i jednocześnie kontynuujesz staczać się po równi pochyłej. Nie – ty trudzisz się ascetycznie. Ty nie jesteś w biesowskim stanie – broń Boże! Przecież z Bożą pomącą tu, w monasterze, wszystkie siostry chudo-biednie (minimalnie) są w pokajaniu. A oprócz tego, wiedz, że, odczuwając siebie w stanie do niczego nieprzydatnym, duchowy człowiek przyjmuje Bożą Łaskę. Przecież to uświadomienie swojej grzeszności staje się dla takiego człowieka (duchowym) obmyciem.
Kiedy w rozmowie ze mną ktoś z bólem mówi o sobie „Jestem taki, siaki, nijaki”, to ja raduję się, ponieważ jeśli człowiek uznaje swoje przewinienia, to on uwalnia się od nich. Pewnego razu na Atosie ja przypadkiem natknąłem się na chatkę, w której żył jeden człowiek razem z kotami i psami. Bojąc się pożaru on nawet nie rozpalał ognia żeby się ogrzać. Ten człowiek był zapomniany i opuszczony przez wszystkich! Poczułem ból z jego powodu, ale, kiedy zacząłem wyrażać mu swoje współczucie, on odpowiedział: „Nie lituj się nade mną, mnichu. Ja powinienem pomęczyć się. Gdybyś wiedział, ile ja wszystkiego narobiłem, ty byś nie żałował mnie. Dla mnie i te warunki, w których ja teraz żyję, są zbyt dobre”. Ale czyż Bóg nie urządzi zbawienia takiego człowieka – jakich by grzechów on nie popełnił wcześniej? Niedawno [77], kiedy byłem w szpitalu, podeszła do mnie jedna kobieta, której ręce były tak pokłute od przetaczania krwi, że strach było na nie patrzeć! Tam dosłownie nie było żywego miejsca! „We mnie nie ma nic dobrego, – mówiła mi ona, – być może, Bóg zlituje się nade mną i weźmie do Raju. Przecież u mnie jest taka-to wada, taki-to niedostatek”, – i ona demaskowała siebie w całym mnóstwie różnych niedostatków. Jakąż subtelną pracą nad sobą ona się zajmowała! Ja nie widziałem innego człowieka, będącego w podobnym stanie!
- Geronda, ja słyszałam, jak jeden człowiek mówił: „Ja mam myśl, że (sądząc ludzi) Chrystus odniesie się do nas z wyrozumiałością”. Czy to słuszna myśl?
- Jeśli człowiek ma wielką pokorę, jeśli on uświadamia sobie swoje błędy, w wysokim stopniu odczuwa swoją winę i cierpi, wtedy Chrystus „odniesie się” do niego z wyrozumiałością i wybaczy mu. „Dziecko Moje, – powie Chrystus temu człowiekowi, – przestań o tym myśleć. To wszystko w nieodwracalnej przeszłości”. Jednak, jeśli, nie uświadamiając sobie swojej winy, człowiek uspokaja swoją myśl tym, że Chrystus „odniesie się” do niego z wyrozumiałością i miłosierdziem, to jest bardzo niebezpieczne. Cóż z tego wychodzi, że Chrystus wynagrodzi grzeszników?
Dobre poznanie siebie doprowadza Boga do czułości i daje nam boską pomoc i rajską radość. Jednak, gdybyśmy mogli otrzymać pomoc i bez poznania siebie, Bóg nie wymagałby od nas nawet tego.
- Geronda, Wy powiedzieliście „dobre poznanie siebie”. A bywa i niedobre poznanie siebie?
- Tak, można, mając błędne poznanie swego wewnętrznego człowieka, usprawiedliwiać siebie i uspokajać swoje myśli. Dlatego, mówiąc, że u człowieka jest świadomość błędu, mam na uwadze to, że on przykłada choćby niewielkie staranie poprawić się. Na przykład, jestem winien tobie pięćset tysięcy drachm. Przy spotkaniu z tobą ja mówię: „Jestem ci winien – pięćset tysięcy”, jednak zwrot długu mnie nie niepokoi, ja po prostu przyznaję się do długu. Upływa trochę czasu, ja znów wspominam o tym i znów mówię tobie: „Tak, tak, mam dług”. Ale to nie oznacza uświadomienia sobie (długu). Rzeczywiście uświadamiając sobie dług, człowiek nie śpi: on szuka sposobu aby go zwrócić. I w tym przypadku słowa: „Mam wobec ciebie dług” – on wypowiada takim tonem, że pożyczkodawca otrzymuje powiadomienie o tym, że zwrot długu rzeczywiście niepokoi dłużnika.
Uświadomienie sobie grzeszności i sukcesy w walce
- Geronda, jeśli człowiek nie odnosi sukcesów w swojej duchowej walce, to czy słuszne jest, jeśli on mówi sobie: „Jaki ty jesteś, takim i zostaniesz. Niczego lepszego ja od ciebie nie oczekuję”.
- Odnosząc się do swego stanu w taki sposób, można wpaść w złudzenie. Taki człowiek może dojść do tego, że zacznie mówić: „Ci, komu sądzone jest trafić do Raju, do niego trafią. Znaczy więc, dlaczego będę trudzić się ascetycznie?” Tak cóż więc, wychodzi, że święci uświęcili się bez walki? Mówiąc tak, człowiek oczekuje swojej poprawy i uwolnienia się od namiętności, nie trudząc się. On zachowuje się podobnie jak ten staruszek, który chciał uraczyć się jagodami i usadowił się pod morwą z otwartymi ustami, oczekując, kiedy jakakolwiek jagoda sama spadnie z drzewa jemu do ust.
- Geronda, jak ja mogę zrozumieć, że odnoszę duchowe sukcesy?
- Jeśli masz świadomość swojej grzeszności, to będą i duchowe sukcesy. Im większymi widzisz swoje grzechy, tym większe uświadomienie grzeszności będziesz zdibywać i tym większe sukcesy odniesiesz.
- Geronda, a czy można uświadamiać sobie swój grzeszny błąd i przy tym nie odnosić sukcesów?
- Kiedy człowiek uświadamia sobie swój grzeszny błąd i znów, nie pragnąc tego, go popełnia, to znaczy to, że jest u niego hardość albo skłonność do hardości (dumy, pychy). I dlatego Bóg nie pomaga mu odnieść sukcesu.
Jeśli człowiek uświadamia sobie swoją grzeszność, to jest to wielka siła, wielka rzecz. Dlatego człowiek zaczyna brzydzić się siebie, pokornieć, przypisywać wszystko dobre Bożej miłości do człowieka i dobroci, i odczuwa wielką wdzięczność wobec Niego. Dlatego Bóg kocha grzeszników, uświadamiających sobie swoją grzeszność, kajających się i żyjących z pokorą, bardziej, niż tych, kto dużo trudzi się w ascezie, jednak nie uznaje swojej grzeszności i nie ma pokajania.
Trzeba pokornie prosić miłosierdzia Bożego dla naszej poprawy
- Geronda, kiedy święci ojcowie mówią, że pokajanie polega na tym, że człowiek przyjmuje decyzję nie powtarzać wcześniejszych grzechów i smuci się z ich powodu, to znaczy to, że powinniśmy stale pamiętać o popełnionych przez nas grzechach?
- Nie, nie trzeba pamiętać każdego grzechu z osobna, ale trzeba stale mieć świadomość swojej grzeszności. Do jakiegoś momentu człowiek powinien myśleć o swoim zgrzeszeniu, a potem powinien on pokornie prosić Boga o miłosierdzie – i jeśli nie ma u niego hardości, to Bóg mu pomoże. Zwłaszcza człowiekowi wrażliwemu: jeśli on pokajał się i wyspowiadał się ze swoich dawnych grzechów, to lepiej mu o nich zapomnieć. Przecież inaczej tangałaszka może przypominać mu jego stare grzechy, dręcząc go myślami, dla tego aby zabierać mu czas i odrywać go od modlitwy. Jednak jeśli człowiek, nie wyróżniający się wrażliwością, widzi, jak zradza się w nim hardość, to będzie nieźle, jeśli on wspomni swoje grzechy, dla tego aby spokornieć.
- Geronda, a czy może człowiek uświadamiać sobie swoją grzeszność, ale nie mieć przy tym pokajania?
- Może, jeśli nie ma u niego pokory. Kiedy do pokajania miesza się egoizm, to człowiek bez końca męczy siebie myślami: „jakże ja mogłem to zrobić?”, „jak popatrzą na to ludzie?”, „cóż o mnie pomyślą?” – i dręczy się. W słowach „jakże ja znów mogłem to zrobić?” i „jak ja mogłem do tego stoczyć się?” – jest egoizm. Pokajania w takich słowach nie ma. Człowiek powinien zrozumieć, że on zgrzeszył, i, zrozumiawszy to, pokornie poprosić o miłosierdzie Boże. „Boże mój, – powinien powiedzieć taki człowiek, – ja zgrzeszyłem, wybacz mi. Oto taki śmieć ze mnie. Zmiłuj się nade mną. Jeśli Ty nie pomożesz mi, to ja mogę stać się jeszcze gorszym, lepszym ja stać się nie mogę. Sam ja nigdy się nie poprawię”. I, powiedziawszy to, trzeba postarać się nie powtarzać swego grzechu. Wielu, zgrzeszywszy, doświadczyli bólu nie dlatego, że upadli oni w oczach ludzi, a dlatego, że zranili oni swoim grzechem Boga.
Jeśli żyjący po świecku człowiek przerywa swoje związki ze świeckim duchem, to potem często i nie pragnąc tego, on czuje, że ten duch wlecze go do siebie. Jednak taki człowiek nie powinien rozpaczać. Ja myślę, że w podobnym przypadku sukcesem będzie i zaczynające się w grzeszniku dobre zaniepokojenie, które demaskuje jego duszę za popełnione występki i za to, że on mógł uczynić coś (dobrego), ale nie uczynił tego. Powoli toczy się walka, człowiek mimowolnie pokornieje i rozpacza dobrą rozpaczą, to znaczy, rozpacza z powodu swego „ja”. Wtedy on wyjaśnia wszystko dobre Łaską Bożą i zaprawdę wierzy w słowa, powiedziane przez Pana: „Beze Mnie nie możecie nic czynić” [78]. Jeśli następnie taki człowiek zacznie luboczestnie, z wielką pokorą trudzić się ascetycznie, pokładając przy tym nadzieję na Wszechmoc Bożą, to Dobry Bóg zmiłuje się nad nim.
Żal za nasze grzechy
- Geronda, jak człowiek może pomóc sobie nie powtarzać popełnionego przez niego występku?
- Jeśli człowiek zacznie prawdziwie odczuwać ból z powodu swego występku, to on go nie powtórzy. Dla tego aby człowiek poprawił się, powinna być w nim wewnętrzna skrucha ze szczerym pokajaniem. Dlatego święty Mark Asceta mówi: „Jeśli człowiek nie pożałuje, nie będzie ubolewać z powodu swego grzechu, odpowiednio do jego miary, to on znów łatwo wpadnie w tę samą sieć” [79]. Czyli, jeśli grzech jest niewielki, wymagane jest mniejsze pokajanie, jeśli grzech ciężki, wymaga się większego pokajania. Nie rozpatrując wielkości swego upadku i nie żałując z jego powodu odpowiednio z tą wielkością, człowiek łatwo wpada w te same albo nawet jeszcze większe grzechy.
- A jak my możemy zrozumieć, że smuciliśmy się, opłakiwaliśmy nasz upadek nieodpowiednio do jego wielkości?
- Dowodem nieodpowiedniości między upadkiem i żalem jest to, że wy znów wpadacie w ten sam grzech. Oprócz tego, obserwując siebie, nie ograniczajcie się wyłącznie (duchową) diagnostyką. Przecież wy bez końca zajmujecie się (duchowymi) mikrobiologicznymi badaniami. Znalazłszy swego (duchowego) mikroba, przyglądacie się mu i mówicie: „Trzeba tego robaczka zmiażdżyć”. Jednak leczenia tak i nie zaczynacie. No dobrze, oto przekonaliście się, że cierpicie na jakieś niedomaganie. Od razu więc trzeba myśleć o tym, jak tę chorobę wyleczyć. Jaki pożytek z tego, że będziecie stale zajmować się samą analizą, nie starając się poprawić? Wy mówicie: „U mnie jest taka-to namiętność, jest też u mnie inna namiętność”. Jednak nie odcinacie tych namiętności i, lamentując, pozostajecie w tym samym stanie namiętności. W ten sposób, wyrzucacie na wiatr swoje siły i trwonicie siebie na próżno. Trwonicie swój umysł, swoje serce. Z powodu rozstroju stajecie się chorzy i dlatego nic nie możecie robić. Potem, wyzdrowiawszy, znów zaczynacie lamentować: „Jakże to ja tak wtedy zachorowałam? Dlaczego to się wydarzyło?” Ja nie mówię, że nie trzeba obserwować siebie, nie. Nie pozwalajcie swoim grzechom przeskakiwać niezauważonymi. Ale, bracie ty mój, rozstrajać się też trzeba do pewnych granic! Nie można być obojętnym, ale przecież i uczucia niepowodzenia, nieszczęścia, smutku też trzeba unikać! Zrobiłaś coś nieprawidłowego? Przemyślałaś to? Zobaczyłaś, w czym był twój błąd? Uświadomiłaś go sobie? Wyspowiadałaś się z niego? Jeśli tak, to kontynuuj swoją drogę, nie grzęźnij na tym błędzie. Odłóż go tylko w swojej pamięci, aby następnym razem, kiedy znów spotka ciebie powód go powtórzyć, żebyś była uważna. Jeśli my nie staramy się naprawić swoich błędów, to rozstrajanie się z ich powodu jest bezużyteczne. Martwiąc się z powodu błędów, nie starając się ich naprawić to tak jakbyśmy bez przerwy płakali z powodu jakiegoś chorego, ale przy tym nie starali się pomóc mu wyzdrowieć.
- Geronda, martwić się nie trzeba nawet wtedy, kiedy zasłużenie cierpisz za jakiś popełniony przez ciebie błąd?
- Nie tak. W tym przypadku martwić się trzeba, jednak zmartwienie powinno być odpowiednie, proporcjonalne do twego błędu. Jeśli nie zaczniesz odczuwać bólu z powodu popełnionego przez ciebie błędu, to ty z lekkomyślności znów w niego wpadniesz – to znaczy pozostaniesz bez poprawy. Jednak, jeśli, zacząwszy od pokajannego smutku i żalu, ty dochodzisz do rozpaczy, znaczy, zasmuciłaś się więcej, niż trzeba było. W podobnych przypadkach koniecznie trzeba trochę podnieść się na duchu i odnieść się do popełnionego przez ciebie błędu z pewną dozą dobrej obojętności.
Powinniśmy ganić siebie, a nie rozpaczać
- Geronda, ale czy łatwo jest głęboko uświadomić sobie swoją grzeszność, będąc na początku duchowej drogi?
- Kiedy jesteśmy na początku naszego życia duchowego, Bóg ze Swojej miłości nie dopuszcza nam uświadomić sobie naszą grzeszność, abyśmy nie złamali się (pod jej ciężarem). Niektóre luboczestne i wrażliwe dusze nie mogłyby znieść świadomości swojej grzeszności i cierpiałyby z tego powodu szkodę. W taki sposób, Bóg oślepia nasze oczy i my nie widzimy wszystkich naszych grzechów jednocześnie. Na przykład, rękaw naszego ubrania może być pobrudzony ptasimi odchodami, a my, patrząc na niego, będziemy myśleć, że to nie odchody, a płatki kwiatów. Jednak, kiedy odnosimy sukcesy w naszej duchowej walce. Bóg powoli dopuszcza nam widzieć nasze błędy. Jednocześnie z tym On daje nam i siłę do tego, abyśmy się trudzili ascetycznie i te błędy naprawiali. Jeśli nie ma doświadczenia, to subtelna praca nie daje pożytku. To samo też dzieje się i z uświadomieniem dobrodziejstw Bożych. Gdyby człowiek, będąc na początku swego duchowego życia, widział dobrodziejstwa Boże, to u niego zaczął by się duchowy krwotok, ponieważ, widząc dobrodziejstwa Boże i uświadamiając sobie swoją niewdzięczność za nie, człowiek cierpi, topnieje.
- Geronda, a ja nie widzę swoich błędów, i moje serce jest jak kamień.
- Czasem Bóg dopuszcza naszym oczom nie widzieć naszych błędów, a naszemu sercu – być kamieniem, ponieważ w przeciwnym przypadku diabeł może wrzucić nas w rozpacz. Człowiek powinien odnosić się do swojej grzeszności z rozsądkiem. Pokajanie, w którym jest szarpanina duszy i rozpacz – nie od Boga, w takim pokajaniu nakręcił swoim ogonkiem tangałaszka. Człowiek powinien być uważny, ponieważ diabeł, przyłapawszy go „z prawej” – na pokajaniu, może rzucić go „w lewo” – w smutek i rozpacz. Diabeł chce złamać człowieka – duszą i ciałem – i doprowadzić go do niezdatności. Czyli on przynosi inną skruchę – przepełnioną trwogą duszy, dla tego aby skruszyć tą skruchą człowieka. Na przykład, diabeł może powiedzieć człowiekowi: „Ty jesteś tak wielkim grzesznikiem, że nie zbawisz się”. Udając, że troszczy się o duszę człowieka, diabeł wtrąca go w trwogę i rozpacz duszy! Dlaczego więc pozwalać diabłu robić wszystko, co on chce? Kiedy diabeł mówi tobie: „Ty jesteś grzesznicą”, odpowiadaj mu: „No a co cię to obchodzi? Ja powiem, że jestem grzesznicą, kiedy zechcę tego sama, a nie wtedy, kiedy zechcesz tego ty”.
- Geronda, a w czym jest przyczyna tego, że duszę często nawiedza przygnębienie?
- Przygnębienie i ciężkość duszy zwykle mają swoją przyczynę w wyrzutach sumienia, które dzieją się dlatego, że człowiek jest nadmiernie wrażliwy. W tym przypadku człowiek musi wyspowiadać się, aby być w stanie otrzymać pomoc od ojca duchowego. Przecież jeśli człowiek jest nadmiernie wrażliwy, to przewinienie, które on popełnił, może być bardzo maleńkie, jednak wróg wyolbrzymia to przewinienie w oczach takiego człowieka. On pokazuje mu to przewinienie przez mikroskop, dlatego aby strącić człowieka w rozpacz i doprowadzić do niezdatności.
Na przykład, diabeł może wpoić takiemu nadmiernie wrażliwemu człowiekowi, że on niby bardzo zmartwił swoich bliźnich, że stworzył im trudności i temu podobne. W ten sposób diabeł wtrąca człowieka w niepokój (rozstrojenie), które przekracza jego siły. Jednak, jeśli diabeł rzeczywiście troszczy się o dobro naszej duszy, to dlaczego on nie idzie wystawiać na próbę (budzić) sumienia nieczułego człowieka? Ale gdzie tam: człowiekowi nieczułemu – dlatego aby nie odzyskał on uczucia – diabeł wpaja uważać jego wielki grzech za nieznaczący.
Człowiek powinien poznać siebie takim, jakim on jest w rzeczywistości, a nie takim, jakim przedstawia go we własnych oczach wróg – diabeł. Przecież diabeł troszczy się tylko o jedno: jakby uczynić nam zło. Człowiek nigdy nie powinien rozpaczać – tylko aby było w nim pokajanie, ponieważ i grzechy jego są mniejsze, niż grzechy diabła, i łagodzące winę okoliczności u niego są – przecież on stworzony jest z ziemi, ale, będąc nieuważnym, pośliznął się i splamił się brudem.
Dla tego aby walka duchowa była prawidłowa, powinniśmy obracać koło (naszej duchowej maszyny) w stronę, przeciwną do tej, w którą kręci je diabeł. Diabeł wpaja nam, że my niby coś sobą reprezentujemy? Trzeba nam pielęgnować w sobie samoukorzenie. Wpaja, że nie jesteśmy niczym? Mówmy: „Bóg nade mną się zmiłuje”. Jeśli człowiek postępuje w ten sposób – z prostotą, zaufaniem Bogu i pokładaniem nadziei na Niego, to w jego życie wchodzi pokajanie, pokora i on wznosi się na duchowe wysokości.
- Geronda, to znaczy, samoukorzenie nie pomaga w duchowej walce?
- Pomaga, jednak potrzebny jest rozsądek, rozwaga. Na przykład, człowiek może mówić sam sobie: „Ach ty matoł taki…” jednak korzyc (ganić) siebie trzeba z pokorą, dlatego, aby pośmiać się z diabła, a także z męstwem, a nie uczuciem własnego nieszczęścia. Nam niezbędne jest samoukorzenie, a nie rozpacz.
Jeśli człowiek wierzy w to, że nie robi on nic dobrego; jeśli – w dobrym sensie tego słowa – on rozpacza o sobie, o swoim „ja”; jeśli on wierzy w to, że swoimi uczynkami on stale dodaje zera do zer, i przy tym kontynuuje swoją duchową walkę z nadzieją na Boga – to oznaka tego, że osiągnął on duchową dojrzałość. W tym przypadku Dobry Bóg, zobaczywszy zera jego dobrej woli, pożałuje go i postawi na początku tych zer jedynkę. W ten sposób jego zera nabiorą wartości, i on stanie się duchowo bogatym. W pokornym stanie rozczarowania sobą kryje się dobry duchowy stan.
Duchowa praca ze szkłem powiększającym
- Geronda, w jaki sposób człowiek może stale widzieć siebie grzesznym?
- Człowiek może widzieć siebie grzesznym, jeśli wypróbowuje, bada siebie z uwagą. Im z większą uwaga bada siebie człowiek, tym bardziej grzesznym on siebie widzi.
- A jak może zajmować się takim działaniem ten, kto obciążony jest mnóstwem trosk?
- Dobrze, jeśli w ciągu dnia taki człowiek choć trochę czasu przeznaczy na modlitwę Jezusową, a także ma określoną godzinę dla podsumowania swoich (duchowych) zysków i strat. Popatrzcie: gospodarz sklepu spożywczego liczy swoje pieniądze każdego dnia. Przecież, nie kontrolując swoich zysków i długów, on zbankrutuje, i wsadzą go za długi do jamy.
- Geronda, niektórzy ludzie nie wiedzą, co mają mówić na spowiedzi? Dlaczego?
- To pokazuje, że oni nie zajmują się subtelną pracą nad sobą. Jeśli my nie zajmujemy się taką pracą, to nie zauważamy za sobą nawet grubych uchybień. Nam trzeba oczyścić oczy naszej duszy. Ślepy człowiek nie widzi nic. Człowiek jednooki coś już widzi, jednak lepiej od innych widzi ten, kto ma oboje oczy i one są zdrowe. No a jeśli już taki człowiek ma pod ręką i teleskop z mikroskopem, to on będzie widzieć bardzo wyraźnie i to, co jest daleko-daleko, i to, co znajduje się bardzo blisko. Na przykład, niewielką rzeźbioną ikonę ja mogę skończyć w ciągu trzech dni, jednak, zostawiwszy ją poleżeć kilka dni i potem znów wziąwszy ją w ręce, znajdę w niej wiele niedociągnięć. Nad jedną ikoną ja mogę pracować i tydzień, i miesiąc i dwa lata. A jeśli zechcę, to mogę pracować nad nią i pięć lat. Jednak w tym przypadku powinienem pracować ze szkłem powiększającym. Ja chcę powiedzieć, że duchowe działanie też nie ma końca. Im większe duchowe sukcesy człowiek odnosi, tym czyściejsze stają się oczy jego duszy, i wtedy stopniowo on widzi swoje grzechy coraz większymi i większymi. W taki sposób człowiek pokornieje, i do niego przychodzi Łaska Boża. Święci, mówiący: „Ja jestem godnym potępienia grzesznikiem”, wierzyli w to, ponieważ oczy ich duszy stały się (duchowymi) mikroskopami. Im większe sukcesy oni odnosili, tym mocniejszy duchowy mikroskop zdobywali i, w ten sposób, widzieli siebie jako wielkich grzeszników. Oto, przykład, teraz nieuzbrojonym okiem patrzę na swoją rękę, i ona wydaje mi się piękną. Jednak jeśli popatrzę na nią przez szkło powiększające, to oto te włoski, które teraz są ledwie widoczne, ukażą się jak cały gaj cyprysów! „Bracie ty mój, – dziwię się ja, – cóż to, wychodzi, że jestem troglodytą (jaskiniowcem)?” Wykonując nad sobą takie duchowe działanie, wy brzydzicie się swoim starym (ulegającym rozkładowi) człowiekiem.
Nasz stary człowiek – to mieszkający w nas złośliwy „lokator”. Dla tego aby on odszedł, powinniśmy zburzyć jego mieszkanie i zacząć wznosić nowy budynek – budować nowego człowieka.
„A opamiętawszy się…” [80]
Bóg jest bardzo blisko nas, ale jednocześnie i bardzo wysoko. Dla tego aby człowiek „skłonił” Boga zstąpić i przebywać razem z nim, on powinien spokornieć i pokajać się. Wtedy, widząc pokorę tego człowieka, Wielcemiłosierny Bóg wywyższa go do niebios i żywi do niego wielką miłość. „Radość będzie na niebie z powodu jednego grzesznika kajającego się” [81]. – mówi Ewangelia.
Bóg dał człowiekowi rozum dla tego, aby ten rozmyślał, jak wielki jest jego grzech, kajał się i prosił o przebaczenie. Człowiek który nie pokajał się bardzo zatwardział i zgłupiał, ponieważ nie chce pokajać się i uwolnić się od tej małej piekielnej męki, w której on żyje i która prowadzi go w gorszą – wieczną mękę. W taki sposób, on pozbawia siebie i tych ziemskich rajski radości, które, przemieniając się w o wiele większe, wieczne radości, trwają w Raju obok Boga.
Będąc daleko od Boga, człowiek jest poza sobą. Popatrz, w Ewangelii jest napisane, że syn rozpustny, marnotrawny „opamiętawszy się mówi: idę do ojca mego”. To znaczy marnotrawny, rozpustny syn zdecydował się wrócić do ojca, opamiętawszy się (doszedłszy do siebie), pokajawszy się. Żyjąc w grzechu, on był poza sobą, żył bez rozumu i rozsądku, ponieważ grzech – jest poza zdrowym rozsądkiem.
- Geronda, Abba Ałonij mówi: „Jeśli człowiek chce, to od rana do wieczora on może osiągnąć boską miarę” [82]. Co on ma na myśli?
- Dla duchownego życia nie są wymagane długie lata. Pokajawszy się, człowiek w jednej chwili może przenieść się z piekielnej męki do Raju [83].Człowiek jest łatwozmienny. On może stać się Aniołem, a może stać się diabłem. Ach, jakąż siłę posiada pokajanie! Ono wchłania w siebie Bożą Łaskę. Jeśli człowiek weźmie sobie do głowy jedną-jedyną pokorną myśl, to on zbawia się. Jeśli on weźmie sobie do głowy myśl hardą i przy tym nie pokaja się i w takim stanie śmierć go zastanie, to koniec – on przepadł. Oczywiście pokornej myśli powinny towarzyszyć i wewnętrzne westchnienia, wewnętrzna skrucha. Ponieważ myśl jest myślą, jednak u człowieka jest i serce. „Całą duszą, i myślą, i sercem” [84], – mówi twórca pieśni. Ale ja myślę, że Abba Ałonij ma na myśli jakiś bardziej trwały stan. Dla tego aby osiągnąć dobry stan, koniecznie trzeba jakiegoś czasu. Ja potykam się, kajam się – i w tej samej chwili otrzymuję przebaczenie. Jeśli jest u mnie ascetyczny duch, to ja mogę powoli wzmocnić, utrwalić swój stan, jednak, póki to nie nastąpi, mnie będzie rzucać z boku na bok.
- Geronda, a czy może duchowo pomóc sobie człowiek starszy?
- Kiedy człowiek zestarzeje się, jest mu dawana szczególna możliwość pokajania się, ponieważ jego złudzenia rozwiewają się. Kiedy człowiek był młody, miał cielesne siły i nie doświadczał trudności, on nie widział swojej słabości i myślał, że jest w dobrym stanie. A w starości te trudności, z którymi on zderza się, i to narzekanie, które one wloką za sobą, pomagają mu zrozumieć, że nie jest on w porządku, że on (duchowo) kuleje, i, zrozumiawszy to, – pokajać się. Jeśli taki człowiek wyciągnie duchowy pożytek z tych niewielu lat życia, które mu zostają, i jeśli on wykorzysta doświadczenie, które zostawiły mu te wiele minionych lat życia, to Chrystus nie opuści go, On zmiłuje się nad tym człowiekiem.
Łzy pokajania
Pokajanie – to chrzest łzami. Kajając się, człowiek przechodzi przez nowy chrzest, odradza się. Apostoł Piotr swoim wyrzeczeniem się, w jakimś stopniu, zdradził Chrystusa. Jednak on „płakał gorzko” [85] i dlatego otrzymał przebaczenie w swoim upadku. Czyli szczere pokajanie obmyło apostoła Piotra, znów oczyściło go. Popatrz: przecież Bóg na początku stworzył ziemię, stworzył morze, wszystko pozostałe, a potem wziął ziemię i stworzył człowieka. Człowiek najpierw rodzi się cieleśnie, a potem, w Sakramencie Świętego Chrztu, on duchowo odradza się z wody – stworzenia Bożego o i od Świętego Ducha – Bożej Łaski. „Wodą i Duchem” [86] odradza się człowiek i staje się człowiekiem nowym.
- Geronda, czyli podobnie do tego jak Bóg przy tworzeniu człowieka wziął ziemię i stworzył go, tak i teraz w Sakramencie Świętego Chrztu On wykorzystuje wodę, dla tego żeby człowieka odtworzyć?
- Tak, woda ma oczyszczający sens, dlatego kapłan w Sakramencie Chrztu zanurza człowieka w wodę. Człowiek obmywa się z grzechu pierworodnego, oczyszcza się z grzechów, ocienia go Łaska Boża, on obleka się w Chrystusa i staje się nowym, odrodzonym człowiekiem. To rezultat Świętego Chrztu. Kiedy Nikodem, przyszedłszy do Chrystusa, zapytał Go, jak człowiek może rodzić się na nowo, Chrystus wyraźnie odpowiedział mu: „Amiń, amiń, powiadam tobie, jeśli kto nie narodzi się wodą i Duchem, nie może wejść do Carstwa Bożego” [87]. W Sakramencie Świętego Chrztu człowiek staje się nowym, doskonałym stworzeniem Boga po upadku w grzech. Dlatego jeśli człowiek nie skala swego Świętego Chrztu, to u niego będzie dużo Bożej Łaski. Ale nawet jeśli on zanieczyści siebie po Sakramencie Świętego Chrztu, to u niego jest chrzest pokajaniem. Jeśli człowiek uświadomi sobie swój grzech, jeśli zacznie ubolewać z jego powodu, to on, w jakiś sposób, obmywa się łzami pokajania i do niego znów przychodzi [88] Łaska Boża.
- Geronda, ja już wiele lat nie mogę płakać o swoich grzechach, u mnie nie ma ani jednej łezki. To znaczy, że nie ma u mnie prawdziwego pokajania?
- Ty co, nie ubolewasz z powodu grzechu który popełniłaś?
- Ubolewam, ale, pewnie, nie jest to ból głęboki.
- Nie wyciągaj wniosków na podstawie łez. Oczywiście, łzy – to typowa oznaka pokajania, jednak nie jedyna. Niektórzy ludzie płaczą i jeszcze z mokrymi od łez oczyma zaczynają śmiać się. Serdeczny ból i wewnętrzne wzdychanie – to te wewnętrzne łzy, które są wyżej, niż łzy zewnętrzne. Pewien nieszczęsny człowiek mówił mi: „Jaki ze mnie twardy człowiek, ojcze! U mnie nie ma ani jednej łezki! Moje serce skamieniało. Ach jakież u mnie twarde serce!” Będąc bardzo wrażliwym, ten nieszczęśnik odczuwał siebie bardzo zatwardziałym, dlatego że nie płakał. Jednak on głęboko wzdychał, jęczał, i było widać, że jęki i westchnienia dosłownie wychodzą z głębi serca tego nieszczęśnika! A ktoś inny może płakać i natychmiast śmiać się. Taki człowiek jest jak zmienna wiosenna pogoda. Na przykład, zobaczywszy pokrzywdzonego, taki człowiek może wzruszyć się, troszkę popłakać i natychmiast powiedzieć sobie: „Popatrz, jak ja współczuję cudzemu bólowi!” Albo, wylawszy niewiele łez w modlitwie, on mówi: „Skoro moja modlitwa czyniona jest ze łzami, to Bóg ją słyszy!” I w taki sposób on uspokaja swoją myśl.
A bywają i nieutulone łzy. Te łzy – od tangałaszki. W takich łzach nie ma pokajania, ale jest dotknięty egoizm. W tym przypadku człowiek egoistycznie płacze o swoim upadku. On jątrzy swoją ranę nie dlatego, że zmartwił Boga, a dlatego, że, będąc nieuważnym, upadł w oczach innych ludzi. W taki sposób, on cierpi podwójnie. Pamiętam jednego przywódcę bandy buntowników na wojnie domowej. Niech da Bóg pokajanie temu człowiekowi! Pewnego razu w jego ręce trafił biedny głowa rodziny, u którego było dziewięcioro dzieci. Ponieważ ten człowiek był niezgodny z komunistyczną ideologią, przywódca bandyckiej szajki powalił go na ziemię i zaczął bezlitośnie bić. A kiedyś ten nieszczęśnik był jego lokajem. „Słuchaj, – krzyczał nieszczęśnik, – czyż tobie mnie nie żal! Przecież ja mam dziewięcioro dzieci! Czyż ty nie pamiętasz, jak, kiedy ty byłeś dzieckiem, ja nosiłem ciebie na plecach? Co złego ja ci zrobiłem?” Widząc, jak przywódca okrutnie bije nogami tego nieszczęśnika, jeden z jego towarzyszy z szajki krzyknął mu: „Posłuchaj, co złego on ci zrobił? Czyż tobie go nie żal? Przecież on jest głową rodziny”. I natychmiast nastąpiła zadziwiająca zmiana: złoczyńca zaczął gorzko płakać, ponieważ uwaga towarzysza uraziła jego egoizm!
Takie zły są egoistyczne, one są podobne do pokajania Judasza. Judasz, zdradziwszy Chrystusa, poszedł do faryzeuszy, aby powiedzieć im „zgrzeszyłem”. Ale faryzeusze odpowiedzieli Judaszowi: „No a po co ty nam mówisz o tym, że zgrzeszyłeś?” Te słowa dotknęły Judasza, on rozzłościł się, rzucił faryzeuszom srebrniki, odszedł i z egoizmu powiesił się [89]. Ale gdyby Judasz pokajał się, poszedł do Chrystusa i powiedziałby Mu „wybacz”, to on by się zbawił.
Niekończące się rękodzieło pokajania
- Geronda, czym jest czyniący radość płacz?
- Czyniący radość płacz – to radość, która pochodzi od tego, że my płaczemy z powodu popełnionego przez nas jakiegoś grzechu. W czyniącym radość płaczu jest i ból i radość, dlatego on nazywa się i radosnym smutkiem. Od luboczestija człowiek smuci się dlatego, że zasmucił Chrystusa, jednak on i raduje się – ponieważ odczuwa boskie pocieszenie. Grzesznik który szczerze pokajał się otrzymuje od Boga przebaczenie, odczuwa w sobie boskie pocieszenie i może osiągnąć duchową radość.
- Geronda, czy człowiek trudzący się ascetycznie może żyć w pokajaniu całe swoje życie?
- Tak, trudząc się w ascezie prawidłowo, człowiek nie widzi swego sukcesu, ale same tylko upadki i żyje w ciągłym pokajaniu. On nie wie, że na początku walczył z jednym biesem, a teraz, być może, walczy z całym biesowskim wojskiem. Przecież z im większą siłą człowiek stara się wykorzenić z siebie namiętność i zasadzić w sobie cnotę, tym więcej wrogów zbiera się wokół korzeni tej namiętności (ciągną za nie w dół i przeszkadzają ascecie ją wykorzenić), Wtedy człowiek odnosi wielki sukces, pomimo tego, że nie widzi swoich postępów. I tak człowiek może żyć w takim stanie, dopóki nie umrze. On może nie widzieć swoich postępów, myśleć, że skoro on upada, to znaczy to, że on (duchowo) drepcze w miejscu. Jednak w rzeczywistości taki człowiek odnosi sukcesy, ponieważ on nieustannie pomnaża walkę i ściera się coraz z większą i większą liczbą tangałaszek.
Dla człowieka trudzącego się ascetycznie pokajanie – niekończące się rękodzieło. Kiedy ktoś umiera, to go opłakują, zakopują do ziemi, a potem zapominają… Ale o naszych grzechach płaczmy stale – dopóki nie umrzemy. Jednak wykonujmy to działanie z rozsądkiem i nadzieją na Chrystusa, Który przecierpiał Ukrzyżowanie dla tego, aby nas duchowo wskrzesić.
Zmiana życia
Dla tego żeby przestać wpadać w grzech, człowiek powinien starać się unikać tego wszystkiego, co prowokuje go do tego grzechu. Na przykład, jeśli pijak chce otrzymać pomoc i porzucić picie, to on nie powinien nawet przechodzić blisko piwiarni. Konieczna jest mała gorliwość i dobre usposobienie, i wtedy Doby Bóg pomoże nam pokonać trudności. Na przykład, u człowieka jest jakaś namiętność. On uznaję tę namiętność, trudzi się dlatego, aby ją odciąć, kaja się, korzy się. U niego jest nastawienie odciąć tę namiętność, to nastawienie zawiadamia Boga, i Bóg mu pomaga. Ale jak Bóg może dać człowiekowi Swoją Łaskę, jeśli ten nie przykłada gorliwości do tego, żeby zmienić się, i dalej grzeszy? Łaska Boża nie przychodzi do człowieka, będącego w nieprawidłowym stanie, ponieważ takiemu człowiekowi Łaska Boża nie pomaga. Przecież jeśli by Łaska pomagała i w takich przypadkach, to Bóg darował by ją nawet diabłu.
Człowiek, który wpadł w jakiś grzech, ale nie leży w nim, to znaczy nie pozostający w swoich grzesznych myślach, ale kajający się w swoim upadku i trudzący się ascetycznie w celu nie powtórzenia tego upadku, przyjmuje Łaskę Bożą i otrzymuje pomoc. Jednak jeśli u człowieka nie ma pokajania i on uważa grzech za modę, to jego stan jest demoniczny.
- Geronda, a w jaki sposób zbawił się jeden z rozbójników, ukrzyżowany obok Chrystusa?
- Ten rozbójnik przelazł przez płot i dostał się do rajskiego sadu! „Rozbójnicze pokajanie Raj okradło” [90]. Czyli swoim wielkim pokajaniem rozsądny rozbójnik potrafił „okraść” nawet Raj.
- Geronda, jeśli człowiek który zmienił swoje życie nie żyje według swoich starych grzesznych przyzwyczajeń, jednak czasem wpada w jakiś ze starych grzechów, czy to znaczy, że u niego nie ma pokajania?
- E, jeśli on upada przy tym, że przykłada niezbędne starania dla poprawy, to u niego są pewne łagodzące winę okoliczności. Na początku zmienić swoje życie nie jest łatwo. Jednak, rzeczywiście zrozumiawszy, jak ciężkie są grzechy, które on popełnił, człowiek przestaje w nie wpadać.
W dawnych czasach pokajanie było szczere. Jeśli człowiek kajał się, to on nie wracał z powrotem. Pamiętam pewną kajającą się kobietę. Jakże ona pomogła mi swoim prawdziwym pokajaniem! Ona prowadziła się bardzo skromnie, nic nie mówiła. Ubrana w czarne – podobne do mnisich – ubrania, ta kobieta przychodziła do jednej kapliczki i robiła tam porządek, zapalała łampady… Nawet po prostu patrząc na nią, otrzymywałeś ogromny pożytek. A teraz ja widzę, jak niektórzy ludzie, ledwie zdążywszy zmienić swoje poprzednie grzeszne życie, zaczynają pouczać innych, podczas gdy jeszcze i w nich samych żyje stary, ulegający zepsuciu człowiek. Oczywiście, jeśli ktoś pokaja się, przestanie żyć tak, jak żył wcześniej – w rozpuście i nierządności, – i zacznie żyć duchowo, to będzie to wielką pomocą dla innych. Jednak jeśli, ledwie przeszedłszy z jednego stanu do drugiego, on natychmiast zaczyna przedstawiać z siebie duchowego człowieka i głosić kazania, to jest to złudzenie.
- Być może, Geronda, tacy ludzie zachowują się tak, myśląc, że w ten sposób pomogą innym?
- Tak, oni postępują tak, dla tego aby pomóc innym. Jednak za ich działaniami – zwłaszcza jeśli są oni ludźmi choć trochę znanymi – ukrywa się harda myśl: „Teraz zapomną o Karaiskakisie [91] i Kołokotronisie [92] i będą mówić o mnie!” Z tego jasno wynika, jak zepsute są ich motywy pobudzające. Jeśli oni rzeczywiście ubolewają z powodu swoich grzechów, to w ciągu jakiegoś czasu im lepiej o nich pamiętać i unikać pewności siebie. Oni powinni być bardzo uważni. I kiedy u nich pojawiają się przeróżne obrazy albo pomysły z ich poprzedniego życia, oni powinni odpędzać je jak myśli bluźniercze. Takie wypędzenie będzie dowodem tego, że oni już nie przyjmują tych myśli, że ich (duchowy) organizm reaguje na nie (odmownie). To znaczy, dla tego aby prawdziwie zmienić się, człowiek powinien, zbrzydziwszy się swoją przeszłością, mieć wielką pokorę. Jeśli on zachowa ze swego poprzedniego życia tylko trochę – to, co będzie uważać za niezbyt szkodliwe, to potem od tego „nieszkodliwego” zabrudzi się i wszystko pozostałe. Od tej chwili jak człowiek będzie mieć choćby jedną najmniejszą myśl – małe mniemanie o sobie, zarozumiałość o swoim starym człowieku, Bóg przestanie podawać mu Swoją pomoc i to, co będzie robić ten człowiek, nie będzie czystym.
- Geronda, zmieniwszy swoje życie, człowiek powinien postarać się naprawić u ludzi te myśli, które oni mieli o nim wcześniej?
- Nie trzeba egoistycznie starać się naprawiać cudzej myśli. Jeśli człowiek postara się poprawić się sam, to i myśl u ludzi zniknie sama. A jeśli jego poprzednie grzeszne życie zostawiło bliznę w jego otoczeniu, to ta blizna zniknie sama, kiedy człowiek będzie prowadzić się prawidłowo, po chrześcijańsku. Człowiekowi, który pokajał się nie trzeba nic mówić ludziom. Sam Bóg będzie rozmawiać z ludźmi słowami jego pokajania.
„…grzech mój przede mną jest zawsze” [93]
- Geronda, czy pożytecznym jest zapisywać swoje przewinienia, dla tego aby nie zapomnieć ich przed spowiedzią?
- Jeśli ja rzeczywiście ubolewam z powodu popełnionych przeze mnie grzechów, to nie mogę ich zapomnieć. Mnie demaskuje moje sumienie. Moja dusza boli, i ja stale pamiętam o popełnionym grzechu. Cały czas między popełnieniem grzechu i spowiedzią grzech kontynuuje „pracować” we mnie, on rani moje serce i demaskuje mnie. Czyli ja cierpię, jednak odpowiednio z tym cierpieniem otrzymuję zapłatę od Boga. Jednak jeśli, popełniwszy jakiś grzech, ja o nim całkiem nie myślę, to znaczy to, że mój grzech w ogóle mnie nie rani. Ja zapominam o nim i pozostaję bez poprawy. Dlatego niektórzy ludzie usłyszawszy jak czynią im uwagi za jakiś występek, śmieją się – jakby wszystko to było drobnostką. W tym jest bezwstydność, obojętność. Tak odnosić się do swego grzechu – to całkowicie po-szatańsku. Pamiętasz, co mówił prorok Dawid? „Nieprawość moją ja obwieszczę i zatroszczę się o grzechu moim” [94]. I jeszcze: „Grzech mój przede mną jest zawsze”. Nie patrząc na to że Bóg przebaczył Dawidowi który się pokajał, on – z luboczestija – odczuwał wewnętrzny ból i dlatego stale przyjmował boskie pocieszenie.
A niektórzy ludzie stale zajmują się (duchową) „samodiagnostyką”, i to zajęcie ich wchłania. Oni bez końca skrupulatnie zapisują swoje przewinienia – jakoby dla tego, żeby zajmować się subtelnym duchowym działaniem, „rozkładają” te przewinienia na składowe części, zamraczają sobie głowę, ale nie poprawiają się. Gdyby natomiast oni jeden za drugim zauważali swoje poważne niedociągnięcia i podejmowali trud poprawienia siebie, to małe niedociągnięcia też by znikły.
- Geronda, jeśli człowiek nie żyje w pokajaniu i przy tym wysławia Boga, to czy przyjmuje Bóg jego wysławianie?
- Nie, jakże Bóg może przyjąć podobne wysławianie? Przede wszystkim konieczne jest pokajanie. Przecież jeśli człowiek przebywa w grzechu, to jaki mu pożytek od tego, że on powie: „Chwała Tobie Który ukazałeś nam światło…”? W tym jest bezwstydność. Oto jedyne wysławianie, które pasuje takiemu człowiekowi. „Dziękuję Tobie, Boże mój, za to, że Ty nie zsyłasz pioruna, aby spalił mnie”, ponieważ w wysławianiu takiego rodzaju jest pokajanie.
Wymuszone pokajanie
- Geronda, abba Isaak pisze: „Każde pokajanie, dokonywane bez własnej woli, nie zawiera w sobie radości, a także nie jest uważane za godne nagrody” [95]. W jaki sposób człowiek może kajać się bez swojej woli?
- Mowa jest o człowieku, który zmuszony jest pokajać się, ponieważ upadł w oczach innych, jednak pokory przy tym nie ma. Ja rozumiem słowa świętego Issaka tak.
- To znaczy bywa pokajanie bez naszej woli?
- Tak, bywa i wymuszone pokajanie. Na przykład, pragnąc uniknąć nieprzyjemnych dla mnie następstw, ja proszę, abyś ty wybaczyła mi za to zło, które tobie uczyniłem, jednak wewnętrznie przy tym nie zmieniam się. Człowiek, wyrafinowany w oszustwie, udaje, że pokajał się, on zachowuje się z chytrym oszukaństwem, z udawaną dobrocią kłania się ludziom, prosi ich o wybaczenie, dla tego aby ich zwieść, wprowadzić w błąd. Jednak i kiedy grzesznik idzie do ojca duchowego, aby opowiedzieć mu o swoich grzechach, ponieważ boi się trafić w piekielną mękę, – to też nie pokajanie. Jest to dla takiego człowieka cel nie w tym, aby pokajać się, a w tym, żeby nie trafić w piekielną mękę! Prawdziwe pokajanie – uświadomić sobie swoje grzechy, doznać za nie bólu, poprosić Boga o przebaczenie i potem wyspowiadać się. W taki sposób do człowieka przychodzi boskie pocieszenie. Dlatego ja zawsze polecam ludziom pokajanie i spowiedź. Samej tylko spowiedzi nie polecam nigdy.
Patrz: przecież kiedy zaczyna się trzęsienie ziemi, to widać, że ci, u kogo jest dobra wola, dochodzą do silnego niepokoju, kajają się i zmieniają swoje życie. Drudzy zaś – większość – na jakąś chwilę dochodzą do uczucia, jednak, kiedy niebezpieczeństwo mija, oni znów wracają do swego poprzedniego życia. Dlatego, kiedy jeden człowiek opowiedział mi, że w ich mieście było silne trzęsienie ziemi, ja zapytałem go: „To znaczy, was mocno zakołysało? Jednak czy rozbudziło was to trzęsienie ziemi?” – „Rozbudziło, rozbudziło!” odpowiedział on. „Rozbudzić to rozbudziło, – zauważyłem ja, – jednak wy znów zaśniecie”.
Pokajanie przynosi człowiekowi boskie pocieszenie
- Geronda, czym jest boskie pocieszenie?
- Czym jest boskie pocieszenie? Żebyście lepiej zrozumiały to, przytoczę jeden przykład. Powiedzmy, dziecko psuje niedrogą rzecz, na przykład, łamie jakieś narzędzie ojca, a potem rozstraja się i płacze, ponieważ uczynioną szkodę uważa za bardzo wielką. Jednak, im bardziej niepocieszenie płacze, uświadamiając sobie, że wyrządziło szkodę, i cierpi, tym bardziej ojciec pieści i pociesza je: „Nic strasznego, dziecinko moja, nie rozstrajaj się, niewielka bieda – kupimy nowe narzędzie”. Jednak dziecko, widząc czułą ojcowską miłość, z luboczestija płacze jeszcze bardziej niepocieszenie. „Ja nie mogę nie rozstrajać się, – mówi ono przez łzy. – Akurat teraz jest nam potrzebne to narzędzie, a ja je zniszczyłem”. „Dziecinko moja, – znów pociesza je ojciec, – nic strasznego, to narzędzie było stare”. Jednak dziecko dalej rozstraja się. I czym więcej ono rozstraja się, tym bardziej ojciec ściska je w swoich objęciach, całuje i pieści je. W taki też sposób, im bardziej cierpi i smuci się człowiek z powodu swojej grzeszności albo swojej niewdzięczności Bogu, luboczestnie płacząc o tym, że swoimi grzechami on zmartwił Boga – Swego Ojca, tym większą boską radością odpłaca mu Bóg i tym większa rozkosz wypełnia jego wnętrze. Choć w smutku takiego człowieka jest ból, jednak w nim jest nadzieja i pocieszenie.
Jednak ten, kto chce otrzymać boskie pocieszenie, o pocieszenie prosić nie powinien. Taki człowiek powinien odczuć swój grzech, pokajać się w nim, i wtedy boskie pocieszenie przyjdzie samo sobą. Pewnego razu na Świętej Górze pojawiła się jedna pokusa i niektórzy mnisi zmoczyli swoją reputację. Jeden z nich, przypadkowo spotkawszy mnie, zaczął mówić: „Ach, jakże ja chciałem ciebie zobaczyć, abyś ty mnie pocieszył”. On chciał, abym ja go pocieszył, bo dali mu niezłe trzepanie! I trzeba przyznać, że ten, kto zadał mu to trzepanie, słusznie zrobił! Ja słuchałem tego mnicha z wielkim zdziwieniem. Być winnym i przy tym prosić o pocieszenie! Gdyby, nie prosząc o pocieszenie, on upokorzył się i mówił: „Ja zgrzeszyłem, Boże mój”, to boskie pocieszenie pojawiłoby się u niego wewnątrz. Jednak, będąc winnym, on chciał, abym ja mu powiedział coś w rodzaju: „Nic strasznego, nie denerwuj się, przecież twoja wina nie jest tak wielka. W dodatku winien jesteś nie tylko ty, winni są i inni”. No, powiedzcie, proszę, co to za pocieszenie? To nie pocieszenie, a kpina. Boskie pocieszenie przychodzi od pokajania.
- Geronda, a kiedy po upadku w grzech człowiek przebywa w pokajaniu, jednak jednocześnie odczuwa załamanie duszy i ciała, to znaczy, że jego pokajanie jest niewłaściwe?
- Pierwszego dnia załamanie duszy i ciała jest usprawiedliwione, uzasadnione. Jednak jeśli u tego człowieka jest prawdziwe pokajanie, to on, przeżywając wewnętrzny smutek i ból, przy tym doświadcza i boskiego pocieszenia.
- Tak, ale przecież i grzechu swego on też nie zapomina?
- Tak, grzechu swego on nie zapomina. Taki człowiek smuci się i pociesza się, smuci się i pociesza się. On zadaje sobie cios za popełniony grzech, i Bóg go czule głaszcze, on znów bije siebie, i Bóg znów głaszcze go… I to właśnie jest pokajanie, które przynosi człowiekowi boskie pocieszenie.
„Czarne siły ciemności są bezsilne. Sami ludzie, oddalając się od Boga, czynią ich silnymi, ponieważ, oddalając się od Boga, ludzie dają diabłu prawa nad sobą”
Ponieważ często – pragnąc wam pomóc – opowiadałem o Raju, o Aniołach i o świętych, to teraz – znów pragnąc wam pomóc – opowiem wam trochę o piekielnej męce i o biesach, dlatego żebyście wiedziały, z kim prowadzimy walkę. Pewnego razu do mnie do celi przyszedł jeden młodzieniec – czarownik z Tybetu. On opowiedział mi dużo o swoim życiu. Jako trzyletnie dziecko – będąc tylko odstawionym od piersi matki – on był oddany przez swego ojca grupie tybetańskich czarowników z trzydziestu osób, dla tego aby oni wtajemniczyli go w tajemnice swojej czarodziejskiej sztuki. Ten młodzieniec doszedł do jedenastego stopnia czarodziejstwa – najwyższy stopień dwunasty. Kiedy skończył szesnaście lat, on wyjechał z Tybetu i pojechał do Szwecji, aby zobaczyć swego ojca. W Szwecji on przypadkiem zapoznał się z prawosławnym duchownym i zechciał porozmawiać z nim. Młody czarodziej całkiem nie wiedział, czym jest prawosławny duchowny. W sali, gdzie oni rozmawiali, młodzieniec, pragnąc okazać swoją siłę, zaczął pokazywać przeróżne czarodziejskie sztuczki. On wezwał jednego ze starszych biesów o imieniu Mina i powiedział mu: „Ja chcę wody”. Po tym jak on wypowiedział te słowa, jedna ze szklanek sama wzniosła się w powietrze, podleciała pod kran, woda odkręciła się, szklanka napełniła się i potem przez zamknięte szklane drzwi wleciała do sali, gdzie oni siedzieli. Młodzieniec wziął tę szklankę i wypił wodę. Potem, nie wychodząc z sali, on pokazywał siedzącemu przed nim kapłanowi cały Wszechświat, niebo, gwiazdy. On wykorzystywał czarodziejstwo czwartego stopnia i chciał dość do jedenastego. Potem on zapytał kapłana, jak ten ocenia wszystko, co widzi. „Gdyby on nabluźnił przeciwko szatanowi, mówił mi młody czarownik, – to mógłbym go zabić”. Jednak kapłan nic nie odpowiedział. Wtedy młodzieniec zapytał: „A czemu ty nie pokażesz mi jakiegokolwiek znaku?” – „Mój Bóg – Bóg pokorny”, – odpowiedział duchowny. Potem wyjął krzyżyk, dał go w ręce młodemu czarownikowi i powiedział mu: „uczyń jeszcze jakiś znak”. Młodzieniec wezwał Minę – starszego biesa, ale Mina, drżąc, jak osikowy liść, nie mógł zdecydować się zbliżyć się do niego. Wtedy młodzieniec wezwał samego szatana, ale ten, widząc w jego rękach krzyż, zachowywał się tak samo – bojąc się do niego podejść. Szatan nakazał mu tylko jedno: jak najszybciej wyjechać ze Szwecji i znów wrócić do Tybetu. Wtedy młodzieniec zaczął besztać szatana: „Teraz ja zrozumiałem, że twoja wielka siła w rzeczywistości – wielka bezsilność”. Potem młodzieniec został nauczony przez tego dobrego kapłana prawdziwej wiary. Kapłan opowiedział mu o Świętej Ziemi, o Świętej Górze Atos i innych świętych miejscach. Wyjechawszy ze Szwecji, młodzieniec odbył pielgrzymkę do Jerozolimy, gdzie widział Święty Ogień. Z Jerozolimy on pojechał do Ameryki, dlatego aby dać dobrą burę swoim znajomym satanistom i wstawić im mózgi (nawrócić na właściwa drogę). Bóg uczynił tego młodzieńca najwspanialszym kaznodzieją! Z Ameryki on przyjechał na Świętą Górę Atos.
W niemowlęctwie z tym nieszczęśnikiem obeszli się niesprawiedliwie, i dlatego Doby Bóg pomógł mu Sam, interweniując w jego życie bez wysiłków z jego strony. Jednak módlcie się za niego, ponieważ czarodzieje ze wszystkimi biesowskimi wojskami prowadzą przeciwko niemu wojnę. Skoro oni wszczynają jakąś bitwę przeciwko mnie – kiedy on przyjeżdża do mnie i prosi o pomoc, – to o ile większą bitwę oni prowadzą przeciwko niemu samemu! Kiedy kapłani czytają nad nim egzorcyzmy, żyły na rękach nieszczęśnika pękają i płynie krew. Biesy strasznie męczą nieszczęsnego młodzieńca, przecież wcześniej, kiedy on z nimi przyjaźnił się, one nie czyniły mu nic złego, a tylko pomagały mu i wypełniały wszystkie jego życzenia. Módlcie się. Jednak i on sam powinien być teraz bardzo uważnym, ponieważ w Ewangelii napisane jest, że nieczysty duch, wyszedłszy z człowieka, „Idzie i bierze z sobą siedem innych okrutniejszych od siebie, i wszedłszy żyją tam: i ostatnie będzie człowiekowi gorsze od pierwszego” [96].
Czarownicy wykorzystują i różne biesowskie „świętości”
- Geronda, kim są „przyciągacze” [97]?
- Czarodzieje. Oni wykorzystują w swoich wróżbach psalmy Dawida, imiona świętych i temu podobne, ale mieszają to z przywoływaniem biesów. To znaczy podobnie jak my, czytając Psałterz, wzywamy pomocy Boga i przyjmujemy Bożą Łaskę, oni, wykorzystując psalmy i świętości w podobny sposób, czynią wprost przeciwne: bluźnią przeciwko Bogu, odchodzą od Bożej Łaski, i potem biesy robią to, o co oni poproszą. Opowiadali mi o jednym chłopcu, który poszedł do czarodzieja, aby ten pomógł mu osiągnąć jakiś cel. Czarodziej przeczytał nad nim coś z Psałterza i chłopiec osiągnął to, co chciał. Jednak upłynęło całkiem niewiele czasu, i biedak zaczął wygasać, topnieć jak świeca. Co zaś uczynił czarodziej?
On wziął do ręki jakieś orzeszki, nasionka i zaczął czytać nad chłopcem pięćdziesiąty psalm. Doszedłszy do słów „ofiara Bogu” [98], on ściskał rękę i wyrzucał zaciśnięte w niej orzeszki, nasionka, składając w ten sposób ofiarę biesom, dla tego aby one spełniły jego prośbę. Tak z pomocą Psałterza ten czarodziej bluźnił Bogu.
- Geronda, a niektórzy z tych, kto zajmuje się magią, wykorzystują krzyż, ikony…
- Tak, ja wiem o tym. Z tego można zrozumieć, jakie oszustwo ukrywa się za wszystkimi ich działaniami! Wykorzystując święte przedmioty, oni okręcają nieszczęsnych ludzi wokół palca. Ludzie widzą, że czarownicy zapalają świece, „modlą się” przed ikonami, czynią podobne działania, – i ufają oszustom. Jeden człowiek opowiedział mi, że w mieście, gdzie on żyje, jakaś Turczynka postawiła na jeden kamień ikonę Przenajświętszej Bogarodzicy i teraz nazywa ten kamień „kamieniem, który pomaga ludziom”! Ona nie mówi, że ludziom pomaga Przenajświętsza Bogarodzica, ale mówi, że pomaga im kamień. Chrześcijan, którzy widzą ikonę Przenajświętszej Bogarodzicy wyprowadza to z rozumu. Ci z nich, u kogo nie w porządku ze zdrowiem, biegną do tego kamienia myśląc, że otrzymają od niego pomoc, a potem diabeł robi z nimi wszystko, co chce. Przecież, od tej chwili jak Turczynka mówi, że ludziom pomaga nie Boża Matka, a kamień, od razu w sprawę interweniuje diabeł, ponieważ te słowa – pogarda wobec Przenajświętszej Bogarodzicy. Od ludzi odchodzi Łaska Boża, i zaczyna się biesnowanie (opętanie). Oto chrześcijanie i biegną z całych sił do kamienia, aby on ich wyleczył – kamień razem z tangałaszką! A w ostatecznym efekcie oni kaleczą się (zostają kalekami), bo czyż można otrzymać pomoc od diabła? Jeśli by u tych ludzi było choć trochę zdrowego rozsądku w głowie, oni by pomyśleli: Turczynka – muzułmanka, jakiż więc związek może mieć ona z ikoną Przenajświętszej Bogarodzicy? Nawet gdyby ta Turczynka mówiła, że ludziom pomaga Przenajświętsza Bogarodzica, to należałoby się zastanowić: jakie odniesienie ona może mieć do Przenajświętszej Bogarodzicy, będąc muzułmanką? A już co tym bardziej mówić, jak ona przekonuje, że ludzi uzdrawia kamień! Usłyszawszy o tej historii, porosiłem swego znajomego powiadomić o tym co się dzieje odpowiednie osoby w Eparchialnym Zarządzie tego miasta, gdzie to się działo i podjąć odpowiednie działania, aby uchronić ludzi od tego zła.
- Geronda, ludzie proszą nas o ładanki*.
- Kiedy oni proszą was o ładanki, lepiej dawajcie im krzyżyki. Nie szyjcie ładanek, ponieważ ładanki wykorzystują teraz i czarownicy. Z zewnątrz oni przyklejają do łądanki ikonkę albo krzyżyk, ale do środka wkładają różne czarodziejskie przedmioty. Ludzie widzą z zewnątrz ikonkę albo krzyż i są zdezorientowani. Oto i dla mnie kilka dni temu przynieśli ładankę, wziętą u Turka o imieniu Ibrahim. Na tej ładance z zewnątrz był wyszyty krzyżyk. Opowiadali mi o jednym czarodzieju, całkiem nie bojącym się Boga, że on zwija w rurkę różne ikonki, a do środka wkłada sierść, jakieś drewienka, szpilki, różne koraliki i temu podobne przedmioty [99]. Kiedy Cerkiew zdemaskowała tego czarownika, to on powiedział, że jest on medium. A ponieważ medium w naszym kraju mają wolność, on i nadal robi wszystko, co mu przyjdzie na myśl. Ja powiedziałem jednemu człowiekowi, który doznał szkody od tego czarodzieja: „Pójdź wyspowiadaj się, ponieważ przyjmujesz biesowskie oddziaływanie”. On poszedł wyspowiadał się, potem wrócił do mnie i powiedział: „Ja nie odczuwam żadnej różnicy między teraźniejszym stanem i tym, w którym byłem przed spowiedzią”. – „Słuchaj no, być może, ty nosisz na sobie jakiś przedmiot, który dał tobie ten zwiedziony?” – zapytałem go. „Tak, – odpowiedział on, – mam przy sobie małe pudełeczko, zewnętrznie przypominające Ewangelię, które on mi dał”. Ja wziąłem to pudełeczko, otworzyłem je i znalazłem wewnątrz różne skręcone ikonki. Rozkręcając je znajdowałem w środku koraliki, kłaczki sierści, drzazgi i temu podobne przedmioty! Po tym jak zabrałem u nieszczęsnego to pudełeczko, on uwolnił się od biesowskiego oddziaływania. Widzisz, jaki mistrz z diabła!
Nieszczęśni ludzie noszą na sobie podobne ładanki, talizmany niby dla tego, aby otrzymać pomoc, i w ostatecznym efekcie oni męczą się. Tym, kto, splątawszy się, wpadłszy w ręce czarownika, otrzymał od niego jako „błogosławieństwo” podobne czarodziejskie przedmioty, trzeba spalić te przedmioty, a popiół zakopać do ziemi albo wyrzucić w morze. Potem takim ludziom trzeba pójść wyspowiadać się. Uwolnić się od biesowskiego oddziaływania można tylko tak. Pewnego razu do mnie do celi przyszedł młodzieniec, będący w bardzo ciężkim stanie, przy czym pod wieloma względami. On ciałem i duszą męczył się już ponad cztery lata. On żył grzesznym życiem, a w ostatnim czasie zamknął się u siebie w domu i nie chciał nikogo widzieć. Dwaj jego przyjaciele, regularnie przyjeżdżający na Świętą Górę, z wielkim trudem przekonali go aby pojechał z nimi. Oni zrobili to, aby przywieźć go do mnie. Od Uranopolis do Dafni [100] oni płynęli statkiem. Kiedy statek cumował przy różnych monasterach świętogórskich, młodzieniec z wyczerpania padał na pokład. Jego przyjaciele i mnisi, którzy byli na statku, starali się przywrócić go do przytomności, czyniąc modlitwę Jezusową. Z ogromnym trudem im udało się przyprowadzić go do mnie do celi.
Nieszczęśnik otworzył przede mną serce, opowiedział o swoim życiu. Zrozumiawszy, że on męczył się od jakiegoś biesowskiego oddziaływania, poradziłem mu pójść do pewnego atoskiego ojca duchowego, zrobić to, co ten mu powie, i w taki sposób otrzymać uzdrowienie. On rzeczywiście poszedł i wyspowiadał się. Kiedy wracając z Atosu, oni weszli na statek, młodzieniec powiedział swoim przyjaciołom, że ojciec duchowy kazał mu wyrzucić w morze talizman, podarowany mu przez znajomego, który on stale nosił na sobie. „Ale ja nie mogę go wyrzucić!” – mówił nieszczęsny. Jak nie przekonywali go przyjaciele aby wstał, i wyrzucił talizman w morze, on dosłownie skamieniał i nie mógł podnieść się ze swego miejsca. Wtedy go na rękach z wielkim trudem wynieśli na pokład. Przy pomocy przyjaciół młodzieniec zdjął z siebie biesowski talizman. On nie miał siły nawet rzucić go w morze. On po prostu rozwarł rękę, i biesowski talizman wpadł do morza sam. Natychmiast on poczuł, jak jego ręce otrzymały swobodę i jego wymęczone ciało od razu wzmocniło się. Pełen życia, młodzieniec zaczął z radowi skakać po pokładzie, a potem rzucił się wypróbowywać siłę swoich rąk na żelaznych poręczach i obiciu statku.
*Ładanka – to mały prawosławny amulet, noszony na szyi (zazwyczaj pod ubraniem, razem z krzyżykiem, albo przypinany do ubrania. Tradycyjnie to woreczek, pudełeczko lub medalik z wizerunkiem świętych, zawierający ładan (kadzidło), relikwie lub inną świętość. Uważany jest za ochronę przed złem i przypomnienie o modlitwie.
Ci, którzy zajmują się czarami, wymyślają i dużo kłamstw
- Geronda, czy czarownicy otrzymują jakieś objawienia o człowieku, bieżących wydarzeniach itp.?
- Bywa, że oni dowiadują się o czymś od diabła, jednak i sami wymyślają dużo różnych kłamstw. Te z was, które pełnią posłuszeństwo w archondariku [101], powinny być uważne. Wy nie powinniście wypuszczać dziejącego się tam spod kontroli. Musicie patrzeć jacy ludzie odwiedzają monaster, ponieważ może przyjść i ktoś zajmujący się czarami. Wydaje się wam to dziwne? Pewnego razu tu na jedno całonocne czuwanie przyszło dwie osoby, zajmujące się czarami. Oni przyczepiali się do ludzi i zawracali im głowę. Oni oszukiwali wszystkich i tym, że niby utrzymują związek z metropolitą Augustynem [102]. Pewnej kobiecie powiedzieli: „Na ciebie rzucili urok. Dawaj przyjdziemy do ciebie do domu i zdejmiemy z ciebie urok przy pomocy krzyża, który mamy”. A ludzie, widząc, jak czarownicy przychodzą na czuwanie i rozmawiają o duchowym, myślą: „Więc skoro oni chodzą na czuwania, to, znaczy, są ludźmi wierzącymi” – i otwierają przed oszukańcami swoje serce. Jak też oni zawracają ludziom głowy swoim łgarstwem! Jeden taki oszust, pragnąc oszukać panienkę, powiedział jej: „Ojciec Paisij miał widzenie o tym, że my z tobą pobierzemy się. Weź wiec ten przedmiocik i zawieś sobie na szyi. Ale tylko nie patrz co tam w środku!” I on dał jej jakiś czarodziejski talizman. Na szczęście dziewczyna nie włożyła go na siebie. „Ach, więc, znaczy, ojciec Paisij zajmuje się takimi oto „przedmiocikami!” – zakipiała ona. Niedługo myśląc, siadła do stołu i napisała do mnie list – pełen silnych wyrażeń. Cztery strony drobnym pismem! Ona zbeształa mnie najohydniejszymi słowami! „Zbesztaj mnie, zbesztaj mnie, – powtarzałem, czytając list, – to nic strasznego. Dla mnie twoje besztanie jest jak balsam – przecież ty nie dałaś się oszukać i nie włożyłaś na siebie biesowskiej ładanki!”
- Ona was znała, Geronda?
- Nie, nie znała. I ja ich nie znałem: ani jej, ani tego oszusta.
Biesowskie czarodziejskie działania
- Geronda, co Wy powiedzieliście uczniom, którzy przychodzili dziś i opowiadali Wam, że oni wywołują ducha?
- Co było im mówić? Najpierw zadałem im dobrą burę! Przecież wszystko to, co oni zrobili, było wyrzeczeniem się od chrześcijańskiej wiary. W tej samej chwili, kiedy ludzie wywołują diabła i przyjmują go, oni wyrzekają się Boga. Dlatego ja poradziłem im przede wszystkim pokajać się, szczerze wyspowiadać się i w przyszłości być uważnymi: chodzić do cerkwi, z błogosławieństwa swego ojca duchowego przyjmować Priczastije, dlatego żeby oczyścić się. Ale u tych uczniów – ponieważ są oni dziećmi – są łagodzące winę okoliczności. Oni zajmowali się tym tak, jakby to była zabawa. Gdyby to byli dorośli, to takie zajęcie niosłoby im ogromną szkodę: diabeł zdobył by nad nimi niemałą władzę. Ale i te dzieci wszystkie on już wyszarpał.
- Geronda, a czym konkretnie oni zajmowali się?
- Tym, czym zajmuje się wielu… Oni stawiają na stół szklankę z wodą, dookoła rysują okrąg z literami: alfa, beta, gamma i tak dalej. Potem zanurzają w wodę palce rąk i wywołują ducha, czyli diabła. Szklanka zaczyna jeździć po stole, zatrzymuje się przed literami i w taki sposób powstają słowa. Dzieci, które przychodziły dziś, wywołały ducha i, kiedy on przyszedł, zapytały: „Czy jest Bóg?” – „Boga nie ma!” – odpowiedział im diabeł. „A ty kto taki?” – zapytały dzieci. „Szatan!” – odpowiedział on im. „A szatan jest?” – zapytały dzieci. „Jest!” – odpowiedział on im. To jest taka bzdura, że w żadną bramę nie włazi! Boga nie ma, a diabeł jest! A kiedy oni znów zapytali go, czy jest Bóg, on odpowiedział im: „Tak, jest”. To tak, to nie. Tak że i same dzieci nie wiedziały, co pomyśleć. Tak urządził Bóg, żeby im pomóc. A potem jedna dziewczyna z ich grupy wzięła rozbiła tę szklankę. Ona rozbiła ją z opatrzności Bożej, aby pozostałe dzieci też się opamiętały.
Dzisiaj wielu, pragnąc zrobić komuś zło, ucieka się do pomocy czarowników, którzy posługują się woskową lalką. Woskowe lalki – to jak zabawki, hobby czarowników.
- Geronda, a co oni robią z lalką?
- Oni robią z wosku lalkę, podobną do człowieka. Kiedy do nich przychodzą i proszą, żeby, na przykład, ich wróg oślepł, to oni wtykają igłę w oczy lalki i przy tym wymawiają imię człowieka, którego chcą oślepić. Oni dokonują i inne biesowskie działania. I jeśli człowiek, na którego w ten sposób naprowadzają urok (szkodę), żyje grzesznym życiem i nie spowiada się, to biesowskie oddziaływanie poraża jego oczy. Z bólu one dosłownie wychodzą z orbit, z oczodołów! Człowiek badany jest przez lekarzy, ale lekarze nic nie znajdują.
A jakie zło czynią ludziom medium, ekstrasensory, „jasnowidzący” i podobni im! Mało tego, że oni wyciągają od ludzi pieniądze, oni jeszcze i rozbijają rodziny. Na przykład, człowiek idzie do „jasnowidzącego” i mówi mu o swoich problemach. „Uważaj, – odpowiada mu „jasnowidzący”, – jedna twoja krewna trochę śniada, wzrostu trochę powyżej średniego, naprowadziła na ciebie urok”. Człowiek zaczyna szukać, kto z jego rodziny ma takie cechy charakterystyczne. Nie może być, aby nikt z jego krewnych choć trochę nie był podobny do tej, którą opisał mu czarodziej. A-a, – mówi człowiek, znalazłszy „winowajczynię” swoich cierpień. – Tak więc, znaczy, ona naprowadziła ma mnie urok!” I opanowuje go nienawiść do tej kobiety. A sama ta biedaczka całkiem nie zna przyczyny jego nienawiści. Bywa, że ona okazała mu jakieś dobrodziejstwo, ale on kipi wobec niej nienawiścią i nie chce nawet jej widzieć! Potem on znów idzie do czarownika i ten mówi: „No cóż, teraz trzeba z ciebie ten urok zdjąć. Dlatego będziesz musiał zapłacić mi za to jakieś pieniądze”. – „No cóż, – mówi zagubiony człowiek, – skoro on znalazł, kto naprowadził na mnie urok, powinienem go wynagrodzić!” I wydaje pieniądze.
Widzisz, co robi diabeł? On tworzy pokusy. Podczas gdy człowiek dobry – nawet jeśli on i rzeczywiście dokładnie wie, że ktoś zrobił komuś coś złego, – nigdy nie powie tego cierpiącemu: „Taki-to zrobił tobie zło”. Nie, on postara się pomóc nieszczęsnemu. „Posłuchaj no, – powie mu, – nie przyjmuj ty różnych myśli. Pójdź wyspowiadaj się i niczego nie bój się”. W ten sposób on pomaga i jednemu i drugiemu. Przecież ten, kto skrzywdził bliźniego, widząc, jak ten zachowuje się wobec niego z dobrocią, zastanawia się – w dobrym sensie tego słowa – i kaja się.
Diabeł nigdy nie może uczynić dobra
- Geronda, a czy może czarownik uzdrowić chorego?
- Żeby czarownik uzdrowił chorego? Człowieka, którego męczy bies, czarownik może „uzdrowić” – posyłając tego biesa do innego człowieka. Przecież czarownik i diabeł – przyjaciele-koledzy. Czarownik mówi diabłu: „Wyjdź z tego człowieka i wejdź w tego”. To znaczy, wypędzając biesa z człowieka, który jest pod biesowskim oddziaływaniem, czarownik zwykle posyła go w tego z jego krewnych czy znajomych, kto dał diabłu prawo nad sobą. Potem człowiek, który miał w sobie biesa, mówi: „Ja cierpiałem, a taki-to uzdrowiciel mnie uzdrowił”. I oto czarownik zyskuje reklamę. Ale w ostatecznym efekcie bies, który wyszedł z człowieka krąż po jego krewnych i znajomych. Załóżmy, trafiwszy pod biesowskie oddziaływanie, człowiek stał się garbatym. Czarownik może wypędzić z tego człowieka biesa i posłać go do drugiego człowieka. W taki sposób, garbaty człowiek wyprostowuje się. Jednak, jeśli on stał się garbatym na skutek nieszczęsnego wypadku, czarownik nie może go uzdrowić.
Jakoś mi opowiedzieli, że jedna kobieta „uzdrawia” chorych, wykorzystując przeróżne święte (symbole i przedmioty). Usłyszawszy o tym, co ona robi, byłem wstrząśnięty wymysłem, „sztuką” diabła. W czasie swoich seansów czarownica bierze w ręce krzyż i śpiewa przeróżne cerkiewne pieśni. Na przykład, ona śpiewa „Bohorodice Diewo” (Bogarodzico Dziewico) i, doszedłszy do słów „Błahosłowien Płod czrewa Twojeho” (Błogosławiony Owoc łona Twego), pluje obok krzyża, czyli w taki sposób bluźni Chrystusowi, i dlatego tangałaszka jej pomaga. W taki sposób ona „uzdrawia”, na przykład, przygnębienia duszy (depresji) – niektórych ludzi, którzy zachorowali z powodu biesowskiego oddziaływania. Lekarze nie mogą wyleczyć tych ludzi, a ona ich „uzdrawia”, ponieważ wypędza z nich biesa, który uciska ich dusze. A potem posyła tego biesa do drugiego człowieka. A wielu z chorych uważają tę czarownicę za świętą! Oni radzą się jej, a ona cichutko pomału szkodzi ich duszom, gubi ich.
Niezbędna jest uwaga. Trzeba trzymać się jak najdalej od czarowników, od czarów, podobnie jak człowiek trzyma się z dala od ognia czy węży. Nie trzeba mieszać różnych rzeczy. Diabeł nigdy nie może zrobić nic dobrego. On może „uzdrowić” tylko te choroby, które sam wywołuje.
Ja znam taki przypadek. Jeden młodzieniec związał się czarownikiem i zaczął zajmować się czarami sam. Potem on doznał urazu, zachorował, i w ostatecznym końcu położyli go do szpitala. Leżał w szpitalu kilka miesięcy, i jego ojciec wydał bardzo dużo pieniędzy, ponieważ w tym czasie nie było ubezpieczeń i temu podobnego. Lekarze starali się znaleźć przyczynę jego choroby, ale nic nie znajdywali. Młodzieniec doszedł do tragicznego stanu. I co też wtedy zrobił diabeł? On ukazał się temu młodzieńcowi pod postacią Czcigodnego Poprzednika – patrona ich miejscowości. „Czcigodny poprzednik” powiedział choremu: „Ja uzdrowię ciebie, jeśli twój ojciec wybuduje cerkiew”. Młodzieniec opowiedział o widzeniu swemu ojcu, i nieszczęsny ojciec powiedział: „Przecież to moje dziecko. Ja oddam wszystko, co u mnie jest, aby on tylko wyzdrowiał”. I ojciec chorego dał obietnicę wybudować cerkiew ku czci Czcigodnego Poprzednika. Diabeł wyszedł z chorego, i młodzieniec wyzdrowiał. Diabeł uczynił… „cud”! Po wyzdrowieniu ojciec młodzieńca powiedział: „Ja dałem obietnicę wybudować cerkiew, a teraz przyszedł czas tę obietnice wypełnić”. Nadmiaru pieniędzy ci ludzie nie mieli, i, żeby wybudować świątynię, oni sprzedali wszystkie swoje działki. Ojciec młodzieńca zbankrutował, i wszystkie jego dzieci zostały pod gołym niebem. „A niech mu pusto będzie, temu Prawosławiu!” – powiedzieli oni w gniewie i zostali jehowymi. Widzisz, co czyni diabeł? Najprawdopodobniej, w tej miejscowości wcześniej nie było jehowych, i on wymyślił sposób zasiać jehowskie chwasty i tam!
W jakim przypadku czarodziejstwo ma moc
- Geronda, w jakim przypadku czarodziejstwo ma moc?
- Skoro czarodziejstwo zadziałało, znaczy, człowiek dał diabłu prawa nad sobą. Czyli on dał diabłu jakiś poważny powód i potem nie doprowadził siebie do porządku przez pokajanie i spowiedź. Jeśli człowiek spowiada się, to urok (uszczerbek) – nawet jeśli go podgarniają pod niego łopatą – nie wyrządzi mu szkody. To się dzieje, ponieważ, kiedy człowiek spowiada się i ma czyste serce, czarownicy nie mogą „zgrać się” z diabłem, aby temu człowiekowi zaszkodzić.
Pewnego razu do mnie do celi przyszedł człowiek w średnim wieku. On przyszedł z bezczelną i bezceremonialną postawą. Zobaczywszy go jeszcze z daleka, ja zrozumiałem, że jest on pod biesowskim wpływem. „Ja przyszedłem, żebyś ty mi pomógł, – powiedział on mi. – Pomódl się za mnie, ponieważ ja już długi czas męczę się strasznymi bólami głowy i lekarze nic nie znajdują”. – „W tobie bies, – odpowiedziałem mu. – On wszedł w ciebie, ponieważ dałeś diabłu prawa nad sobą”. – „A nie, nic ja takiego nie zrobiłem”, – zaczął on mnie przekonywać. „Niczego „takiego” nie zrobiłeś, – mówię. – A o tym, jak ty oszukałeś tę dziewczynę, co zapomniałeś? No więc tak, ona poszła do czarownika i rzuciła na ciebie urok. Teraz idź, proś ją o przebaczenie, potem wyspowiadaj się. Oprócz tego, nad tobą trzeba przeczytać i egzorcyzmy, abyś wyzdrowiał. Ale jeśli ty nie zrozumiesz, nie uświadomisz sobie swego grzechu i nie pokajasz się w nim, to nawet jeśli wszyscy duchowni z całego świata zbiorą się i będą modlić się za ciebie, bies i tak z ciebie nie wyjdzie”. Kiedy do mnie przychodzą ludzie z takim bezwstydem, ja rozmawiam z nimi bez niedomówień, nazywając rzeczy po imieniu.
Jeszcze jeden człowiek opowiadał mi o tym, że jego żona jest opętana przez nieczystego ducha, ona urządza w domu straszne skandale, zrywa się w nocy, budzi całą rodzinę i przewraca wszystko do góry nogami. „A ty spowiadasz się?” – zapytałem go. „Nie”, – odpowiedział on mi. „Wygląda na to, – powiedziałem mu, – wy daliście diabłu prawa nad sobą. Takie rzeczy ni z tego ni z owego nie dzieją się”. Ten człowiek zaczął opowiadać mi o sobie, i w końcu znaleźliśmy przyczynę tego, co działo się z jego żoną. On, okazuje się, odwiedził jednego hodżę, który „na szczęście” dał mu jakąś wodę, żeby ten okropił swój dom. Ten człowiek nie przywiązywał do tego biesowskiego okropienia żadnego znaczenia. A potem diabeł rozhulał się w jego domu nie na żarty.
W jaki sposób może być zniszczone czarownictwo
- Geronda, jeśli czary podziałały na człowieka, wzięły nad nim moc, to jak od nich uwolnić się?
- Uwolnić się od czarów można z pomocą pokajania i spowiedzi. Ponieważ przede wszystkim powinna być znaleziona przyczyna, z powodu której czary podziałały na człowieka. On powinien uznać swój grzech, pokajać się i wyspowiadać się. Iluż ludzi, wymęczonych narzuconym na nich urokiem, przychodzi do mnie do celi i proszą: „Pomódl się za mnie, abym uwolnił się od tej męki!” Oni proszą mnie o pomoc, ale przy tym nie przypatrują się sobie, nie próbują zrozumieć, od czego zaczęło się dziejące się z nimi zło, – dla tego aby usunąć tę przyczynę. To znaczy ci ludzie powinni zrozumieć, w czym była ich wina i dlaczego czarownictwo wzięło nad nimi moc, władzę. Oni powinni pokajać się i wyspowiadać się, dla tego aby ich męczarnie ustały.
- Geronda, a jeśli człowiek, na którego rzucili urok (szkodę), dochodzi do takiego stanu, że już nie może pomóc sam sobie? To znaczy jeśli on już nie może pójść wyspowiadać się, porozmawiać z kapłanem? Czy mogą inni mu pomóc?
- Jego bliscy mogą zaprosić do domu kapłana, żeby on dokonał nad nieszczęśnikiem Sakrament Jeleoświaszczeniaja (namaszczenia olejem świętym) albo odsłużył moleben (nabożeństwo) poświecenia wody. Człowiekowi będącemu w takim stanie, trzeba dawać pić świętą wodę, aby zło choć troszkę odstąpiło i w niego choć trochę wszedł Chrystus. Jedna kobieta, której dziecko było w stanie, o jakim mówicie, postępowała w ten sposób, i od tego dziecko otrzymało pomoc. Ona opowiedziała mi, że jej syn bardzo cierpiał, ponieważ narzucili na niego urok. „On powinien pójść wyspowiadać się”, – poradziłem jej. „Ojcze, – wykrzyknęła ona, – a jakże on może pójść wyspowiadać się w tym stanie?” – „W takim razie, – powiedziałem jej, – poproś swego ojca duchowego aby przyszedł do was do domu, aby dokonać molebnu poświecenia wody, i daj swemu synowi wypić tej świętej wody. Jednak czy będzie on ją pić?” – „Będzie”, – odpowiedziała ona. „No cóż, – mówię, zacznij od molebna poświęcenia wody, a potem postaraj się, aby twój syn porozmawiał z kapłanem. Jeśli on wyspowiada się, to będzie mógł daleko odrzucić od siebie diabła”. I rzeczywiście: ta kobieta posłuchała się mnie i jej syn otrzymał pożytek. Minęło trochę czasu, i on mógł wyspowiadać się i wyzdrowiał.
A wiecie, co wymyśliła inna nieszczęsna kobieta? Jej mąż splątał się z czarownikami i nie chciał nawet wkładać na siebie krzyżyka. Dla tego aby choć troszkę mu pomóc, ona wszyła maleńki krzyżyk w kołnierz jego marynarki. Pewnego razu jej mężowi trzeba było przejść przez most na drugą stronę rzeki. Wspiąwszy się na most, on usłyszał, jak jakiś głos wciska mu: „Anastasij! Anastasij! Zdejmij ty swoją marynarkę, abyśmy razem przeszli przez most”. Na szczęście, pogoda stała się chłodna, i on odpowiedział: „Gdzież tam zdejmować? Strasznie zimno!” – „Zdejmij, – namawiał go ten sam głos, – zdejmij, abyśmy przeszli przez mostek”. A cóż ci, diable! Diabeł chciał zrzucić tego człowieka z mostu do rzeki, jednak nie mógł tego zrobić, ponieważ na nim był krzyżyk. I w ostatecznym końcu diabeł mógł odrzucić nieszczęsnego tylko do krawędzi mostu. Krewni szukali całą noc i w końcu znaleźli go leżącego na moście. Gdyby nie było zimno, on zdjąłby swoją marynarkę, i wtedy diabeł zrzucił by go do rzeki. Tego człowieka uratował wszyty w jego ubranie krzyż. Jego nieszczęsna żona była wierząca. Przecież gdyby u niej nie było wiary, czyż zaczęłaby wszywać krzyżyk w jego ubranie?
Współpraca czarodziejów i biesów
- Geronda, a czyż człowiek, posiadający świętość, nie może pomóc jakiemuś czarodziejowi?
- A jakże on mu pomoże? Tu oto mówisz człowiekowi, u którego jest trochę bojaźni Bożej, żeby on był uważny, ponieważ, żyjąc tak, on idzie fałszywą drogą, – i taki człowiek, nawet mając bojaźń Bożą, mimo wszystko nadal dmie w swoją trąbkę. A co już mówić o czarodzieju, który współpracuje z diabłem. Jak można pomóc takiemu człowiekowi? Ty zaczniesz mówić mu duchowe rzeczy, a on wszystko jedno będzie pozostawać z diabłem. Czarownikowi nie pomożesz niczym. Tylko w przypadku, jeśli czynisz Jezusową modlitwę, kiedy on jest przed tobą – wtedy bies może zmieszać się i czarownik nie będzie w stanie wykonać swojej roboty.
Pewien człowiek był niezdrowy. I oto czarownik – szarlatan taki że poszukać – przyszedł do niego do domu, żeby „pomóc”. A chory czynił modlitwę Jezusową. On był bardzo prostym człowiekiem i nie wiedział, że ten kto przyszedł do niego – jest czarownikiem. Dlatego Bóg i interweniował w dziejące się. I popatrzcie, co dopuścił Bóg, dla tego żeby nieszczęsny zrozumiał, z kim ma do czynienia! Chory czynił Jezusowa modlitwę, i biesy zaczęły bić czarownika, tak że czarownik sam zaczął prosić o pomoc człowieka, do którego domu przyszedł, żeby go „uzdrowić”!
- Geronda, chory, co, widział biesa swoimi oczami?
- On nie widział biesa, on widział, że dzieje się coś niewyobrażalnego. Czarownik krzyczał: „Pomocy!” – koziołkował po podłodze, padał, zakrywał się rękoma od uderzeń niewidzialnych wrogów. Tak więc nie myślcie, że czarownicy mają słodkie życie i biesy zawsze robią dla nich wszystko, o co tylko poproszą. Biesom wystarczy już tego, że czarownicy jeden raz wyrzekną się Chrystusa. Na początku czarownicy zawierają z biesami umowę, aby te im pomagały, i przez kilka lat biesy podporządkowują się ich rozkazom. Jednak upływa trochę czasu, i biesy mówią czarownikom: „Z jakiego układu my będziemy z wami cackać się?” A jeśli czarownicy nie radzą sobie z zadaniami biesów, to wiecie, jak potem im się dostaje?
Pamiętam, porozmawialiśmy na podwórku celi z tym młodym czarownikiem z Tybetu, o którym opowiadałem wam wcześniej. Nagle on podskoczył, schwycił mnie za ręce i założył je na plecy. „Niech przyjdzie teraz Hadżifiendi [103] i uwolni ciebie!” – wyzywająco powiedział mi. „Ach ty, diable! – zakipiałem ja. – A no poszedł stąd!” Popchnąłem bluźniercę, i on upadł na ziemię. A co, słuchać, jak on znieważa Świętego?! Potem on zerwał się i chciał uderzyć mnie nogą, jednak i tego nie mógł zrobić: jego noga zatrzymała się bezpośrednio przed moimi wargami. Mnie uchronił Bóg. Ja zostawiłem go stać na podwórku i poszedłem do Celi. Mija jakiś czas, i patrzę: on – cały w kolcach, w jakichś gałęziach – wychodzi ze znajdującego się obok mojej celi zarośniętego burzanem parowu. „Szatan ukarał mnie, – powiedział mi, – ponieważ nie byłem w stanie ciebie pokonać. To on zaciągnął mnie w ten gąszcz”.
Czarne moce ciemności są bezsilne. Sami ludzie, oddalając się od Boga, czynią ich silnymi, dlatego że, oddalając się od Boga, ludzie dają diabłu prawa nad sobą.
- Geronda, ile biesów było w opętanym z Gadary? [104]
- „Biesów wiele” [105], – napisane w Ewangelii. Dlatego-to nieczysty duch ustami opętanego i powiedział, że imię jego „legion” [106]. I popatrzcie, podobnie do tego jak w człowieku, opętanym przez nieczystego ducha, może mieszkać wiele biesów, tak i w sercu wierzącego człowieka mogą pomieścić się wszyscy święci. I skoro w sercu chrześcijanina mieści się Sam Chrystus, to co już mówić o świętych! To wielka tajemnica! Pewnego razu, kiedy żyłem w celi Czcigodnego Krzyża, do mnie przyszedł odwiedzający i zastukał żelazną kołatką przy bramie. Kiedy wyjrzałem przez okno, moim oczom ukazało się straszne widowisko! Zobaczyłem człowieka, za którym szła cała falanga biesów. Otaczał go cały czarny biesowski rój! Ja po raz pierwszy zobaczyłem człowieka, będącego pod władzą tak wielu nieczystych duchów. Ten nieszczęśnik był ekstrasensem. Między słowami cerkiewnych modlitw on wstawiał wezwania biesów, chrześcijańskie książki mieszał z okultystyczną literaturą, i po tym wszystkim biesy otrzymywały nad nim władzę. Straszna rzecz! Zobaczywszy go, ja bardzo rozstroiłem się.
Są psychiatrzy, którzy uważają ludzi, opętanych przez nieczystych duchów, za psychicznie chorych. Są kapłani, którzy swoją drogą uważają niektórych psychicznie chorych – za opętanych. Podczas gdy psychicznie chory i opętany nieczystym duchem powinni otrzymywać pomoc w różnych miejscach w różne sposoby. Jak psychiatra może pomóc opętanemu? [107]
- Geronda, a czy opętany jest w stanie zrozumieć, w czym była jego wina i dlaczego wszedł w niego nieczysty duch?
- Tak, on może to zrozumieć, oprócz tych przypadków, kiedy już uległ uszkodzeniu i jego rozsądek, umysł, rozum. W ostatnim przypadku pomóc opętanemu jest bardzo trudno. Jeśli zaś on jest po prostu opętany, to znaczy jeśli jego rozum nie jest uszkodzony, to z nim łatwo można dojść do porozumienia i okazać pomoc. Jednak taki człowiek powinien być posłuszny. W przeciwnym razie jak on może otrzymać pomoc?
Pewnego razu do mnie do celi przyszedł jeden odwiedzający z Południowej Grecji. On związał się z różnymi tam hindusami, i w rezultacie wszedł w niego nieczysty duch. On bluzgał ohydnymi przekleństwami, z jego ust szła piana. Oczy nieszczęśnika były dzikie, one wyłaziły z orbit. „Nie mów tych bluźnierstw, ponieważ w ten sposób ty przywołujesz biesów”, – przekonywałem go, jednak on mnie nie słuchał. I jednocześnie on prosił, abym mu pomógł. „Pomóż mi, – błagał on mnie, – tylko ty możesz mi pomóc”. – „Posłuchaj, odpowiadałem mu, – no jak ja tobie pomogę? Ty chcesz, abym ja pomodlił się o to, abyś ty Łaską Chrystusa uwolnił się od nieczystego ducha, i jednocześnie ty sam tych nieczystych duchów wzywasz! Pójdź wyspowiadaj się, niech nad tobą przeczytają modlitwy egzorcyzmów, a potem przyjdź do mnie znów i my porozmawiamy”. – „Nie pójdę”, – odpowiedział on mi. „Ech, no cóż, w takim razie chodźmy chociaż do cerkwi, pomażę ciebie olejkiem z łampady”, – zaproponowałem mu. „Nie chcę, – odpowiada. – Ja chcę, abyś ty mi pomógł”. Potem on odszedł na bok i zaczął rozmawiać z jednym z odwiedzających, będących u mnie na podwórku. A ja w tym czasie rozmawiałem z grupą pielgrzymów o tym, że Bóg dopuszcza wypróbowania dla naszego zbawienia. Usłyszawszy moje słowa, opętany, nie podchodząc do mnie zakrzyczał: „No ty, co ty tam pleciesz o tym, że Bóg trudzi się nad tym, żeby ludzie zbawili się? U nas jeden ojciec na niebie i jeden ojciec na ziemi! A ponad wszystkim mamy jeszcze jednego księcia!” – „Przestań głosić biesowstwo!” – odpowiedziałem mu i zacząłem czynić modlitwę Jezusową. „Tak, – mówi, – teraz ty mnie spętałeś!” – powiedział on. „A no, odejdź!” – nakazałem mu, i on odleciał na bok. Potem on zaczął mnie pytać: „A sam to ty z kim jesteś?” – „Z Chrystusem”, – mówię. „Kłamiesz, – mówi, – ty nie z Chrystusem, ponieważ Chrystus – to ja, a ty mnie bijesz”. Diabeł wszystko przedstawiał mu na lewą stronę (do góry nogami).
- Geronda, to wszystko mówił sam diabeł?
- Tak, diabeł, ale popatrz, przecież Bóg dał temu człowiekowi siłę, dla tego aby on mógł przyjechać na Świętą Górę. Będąc w takim stanie, przyjechać na Atos z drugiego końca Grecji – to nie żarty! Ale co zrobisz: on nie słucha ciebie, i jego stan się pogarsza. A oto gdyby on okazywał posłuszeństwo, to otrzymałby i pomoc.
Mając diabelską dumę, człowiek może stać się opętanym
Ten, u kogo wielka duma, hardość, – jest człowiekiem zamroczonym. Jego głowa zamglona, jakby zadymiona spalinami. On popełnia grube grzechy i nie rozumie tego. „Ja, – oświadczył mi jeden taki człowiek, – kocham wszystkich i diabła też kocham. Przecież diabeł nie jest złośliwy, nie…” – „A cóż ty takiego gadasz? – sprzeciwiłem się mu. Przecież gdyby Bóg pozwolił diabłu gospodarzyć całkiem swobodnie, to on wszystkich nas by rozszarpał. Kto widział od diabła cokolwiek dobrego, abyś ty też mógł oczekiwać podobnego?” Jednak ten nieszczęsny doszedł do takiego zamroczenia, że nic nie rozumiał – co byś nie mówił, mając nadzieję okazać mu pomoc. On od razu zaczynał mówić, że ty „poddajesz go uciskowi”! Ale czyż (próba uwolnienia go od tej myśli) – to ucisk? Ten człowiek nie jest zwariowany, przecież jego mózg pracuje. On powinien zrozumieć, że mówić tak – to równoznaczne z wyrzekaniem się Chrystusa, że (twierdzić, że diabeł nie jest złośliwy) jest bluźnierstwem.
I taką oto drogą ludzie powoli dochodzą do oddawania czci szatanowi. Kiedy widzisz satanistów – staje się oczywiste, że ci ludzie zniewoleni są przez diabła. Nawet na ich wyglądzie odcisnęło się coś biesowskiego. Ciemne siły z pomocą satanistycznej muzyki ukierunkowują i nieszczęsne dzieci tam, dokąd chcą. Dochodzi nawet do twego, że szatana wzywają na pomoc. Ja słyszałem, że jeśli wysłuchać niektóre dyski z rock-muzyką od tyłu, to można usłyszeć pieśni z wzywaniem szatana [108]. Dochodzi nawet do tego, że „wysławiają” szatana: „Szatanie, ja poświęcam siebie tobie”. Jakież to straszne!
- Geronda, to znaczy duma może doprowadzić człowieka do opętania?
- Tak. Przypuśćmy, że człowiek popełnia jakiś grzech i usprawiedliwia siebie. Jeśli ludzie zwrócą mu uwagę, żeby mu pomóc, on mówi, że oni traktują go niesprawiedliwie. Wierząc, że sam jest lepszy od tych, kto czyni mu uwagę, on osądza ich. Potem stopniowo on zaczyna osądzać świętych. Najpierw nowych świętych, potem starych świętych… „Ten święty nie uczynił żadnych cudów, – mówi taki człowiek, – a ten miał takie-to niedociągnięcie…” Upływa trochę czasu, i taki człowiek, zachodząc coraz dalej w swoim osądzaniu, zaczyna osądzać Sobór naszej Cerkwi. „I na wszystkich tych Soborach, – mówi on, – napodejmowali wszelkich tam decyzji…” Znaczy więc, jego zdaniem, i Sobory naszej Cerkwi myliły się. W ostatecznym efekcie taki człowiek dochodzi do tego, że oświadcza: „No i dlaczego Bóg uczynił to tak, jak to uczynił?” No cóż więc, jeśli człowiek dochodzi do takiego stanu, to on nie wariuje – nie. On staje się opętanym.
Pewnego razu do mnie do celi przyszedł jeden opętany, który nazywał siebie bogiem. On przyszedł do mnie ze swoim ojcem. Ten opętany chodził do jednego ojca duchowego, żyjącego nie na Świętej Górze Atoskiej, i ten, wystraszywszy się, że diabeł może narzucić się na niego powiedział opętanemu: „No cóż, w takim razie mnie błogosław!” Co ty tu powiesz? Dobrze, lepiej zostawić to… I oto potem ten opętany zaczął mówić swemu ojcu: „Oto zobaczysz, i ojciec Paisij też zgodzi się z tym, że ja jestem bogiem”. I tak on założył się z ojcem na wszystkie pieniądze, które miał przy sobie, że ja przyjmę go jak boga. Ale gdy tylko zacząłem modlić się z czotkami, opętany podskoczył jak użądlony. „Co ty robisz tym swoim brzękadłem? – wykrzyknął on. – Ja popełniłem wszystkie grzechy, jakie bywają! Ja popełniłem i taki-to grzech, i taki-to… Ja mam w sobie diabła. Ja stałem się bogiem. Ty powinieneś się zgodzić z tym, że ja jestem bogiem. A ty, taki-siaki, nie zrobiłeś nic! Ty tylko stale brzęczysz tym swoim brzękadłem!” Wiecie, jakie obrzydliwości on mówił? Ja rozgniewałem się. A no, wynoś się stąd, stracony człowieku!” – krzyknąłem na niego. Dałem mu burę! Tu on całkiem wściekł się, oszalał, zrobił się jak bestia. Wyciągnął z kieszeni pieniądze i rzucił je ojcu. „Bierz, – mówi, – swoją wygraną, ja przegrałem”.
Opętany przez biesa reaguje na każdą świętość
- Geronda, a jak można zrozumieć, że człowiek jest opętany czy chory psychicznie?
- To może zrozumieć nawet prosty pobożny lekarz. Ludzie, cierpiący od biesa, przybliżając się do świętości, pobudzają się, tracą spokój, zaczyna ich trząść. Stąd całkowicie jasno widać, że w nich bies. Jeśli proponujesz takim ludziom wypić trochę świętej wody czy chcesz przeżegnać ich świętymi relikwiami, to oni sprzeciwiają się, ponieważ Łaska Boża krępuje biesów, znajdujących się w nich wewnątrz. A jeśli ludzie cierpią od jakiejś choroby duszy, oni całkiem nie sprzeciwiają się świętości. Opętani niepokoją się, zaczyna ich trząść, nawet jeśli ty po prostu zbliżasz się do nich, mając na sobie krzyż. Pewnego razu ja przyszedłem na całonocne czuwanie do jednego świętogórskiego monasteru. Bracia monasteru powiedzieli mi, że mają pomysł o tym, że jeden z pielgrzymów którzy przyszli do monasteru jest opętany przez nieczystego ducha. Ja siadłem w stasydii obok tego człowieka i dotknąłem go swoim krzyżem, do którego wstawiona jest cząstka Czcigodnego Drzewa Krzyża Pańskiego. Opętany zatrząsł się, podskoczył i odszedł w najdalszy kąt świątyni. Kiedy ludzie po czuwaniu rozeszli się, ja ostrożnie, po-dobremu, próbowałem z nim porozmawiać. Ale znów powtórzyło się to samo. I zrozumiałem, że ten człowiek rzeczywiście jest opętany.
Czasem do mnie do celi przywożą dzieci i mówią, że są one opętane przez biesa. Czasem, dlatego żeby zrozumieć, czy rzeczywiście tak jest, ja biorę cząstkę relikwii Arsienija Kapadockiego i zaciskam ją w dłoni. I byście tylko zobaczyli: obie moje ręce są zaciśnięte, jednak, jeśli dziecko opętane jest przez nieczystego ducha, ono ze strachem patrzy na tę rękę, w której ukryta jest cząstka świętych relikwii. A oto jeśli u dziecka nie ma żadnego opętania, ale ono po prostu cierpi z powodu jakiejś, na przykład, choroby mózgu, to ono całkiem nie reaguje na relikwie, nie opiera się im. A czasem daję dzieciom wodę, do której wcześniej zanurzam cząstkę świętych relikwii. Ale jeśli w dzieciach jest bies, to one tej wody nie piją – uciekają. Pewnego razu przynieśli do mnie jednego opętanego malucha. Najpierw porządnie nakarmiłem go słodyczami, aby rozpalić jego pragnienie, a potem przyniosłem wody od świętych relikwii. „Naszemu Janakisowi, – powiedziałem, – dam wypić wody smaczniejszej, niż innym”. Wypiwszy ciut-ciut tej wody, maluch zaczął krzyczeć: „Ta woda mnie pali, co w niej jest?” – „Nic w niej nie ma”, – odpowiedziałem. „Co ty ze mną robisz? Ona mnie pali!” krzyczał nieszczęsny maluch. „Ona nie ciebie pali, – powiedziałem, – ona pali kogoś innego”. Zacząłem żegnać głowę malucha, i zatrzęsło go, on wpadł w kryzys opętania. Bies będący w maluchu, skręcił jego ciało.
A pamiętacie tego studenta, który wiele lat temu przychodził tu, do monasteru? „We mnie żyje bies, – mówił on mi, – i on bardzo męczy mnie. Ja strasznie cierpię od tego biesa, ponieważ oprócz wszystkiego innego on zmusza mnie mówić różne podłości. Doszedłem do rozpaczy. Ja czuję, jak on uciska mnie od wewnątrz, dusi mnie to tu, to tam”, – i nieszczęsny młodzieniec pokazywał na swój brzuch, na piersi, na żebra, na ręce. Ten nieszczęśnik był bardzo wrażliwy. Więc, dlatego, aby go nie ranić i pocieszyć, powiedziałem: „Słuchaj no, przecież nie ma w tobie żadnego biesa. To, co dzieje się z tobą, – to zewnętrzne biesowskie oddziaływanie”. Kiedy weszliśmy z nim do świątyni, poprosiłem znajdujące się tam siostry modlić się za nieszczęsne Boże stworzenie. A sam wszedłem do ołtarza, wziąłem cząstkę relikwii Świętego Arsienija, wyszedłem z ołtarza, przybliżyłem się do nieszczęsnego i znów zapytałem go: „Więc w jakim miejscu uciska i męczy ciebie bies? Jak ty sam myślisz, gdzie on siedzi?” Tu on pokazał na swoje boki. „Gdzie? Tutaj?” – zapytałem go i dotknąłem do niego świętymi relikwiami. Och, jakże on wtedy zawył! „Ty mnie opaliłeś, ty mnie opaliłeś! Ja nie wyjdę, nie wyjdę!” On krzyczał, wykrzykiwał brzydkie słowa, wymawiał różne obrzydliwości. Wtedy zacząłem odmawiać bezgłośnie modlitwę Jezusową: „Hospodi, Iisusie Christie, Hospodi, Iisusie Christie, izhoni nieczystoho ducha iz Twojeho sozdanija” (Panie, Jezusie Chrystusie, wygoń nieczystego ducha z Twego stworzenia). Modląc się, żegnałem nieszczęsnego świętymi relikwiami. To trwało około dwudziestu minut. Potem bies zaczął go trząść, powalił na ziemię, i nieszczęśnik zaczął taczać się po podłodze. Jego garnitur od kurzu stał się podobny do podłogowej szmaty. Postawiliśmy nieszczęsnego na nogi. On trząsł się całym ciałem i ostro, konwulsyjnie szarpał się. Dla tego aby ustać na nogach, on trzymał się za ikonostas. Jego ręce pokryły się zimnym potem – jak rosa na porannej trawie. Wkrótce bies wyszedł z niego i nieszczęsny uspokoił się. On uwolnił się od nieczystego ducha i teraz żyje, jest zdrowy i czuje się wspaniale.
Nie bierzcie pod uwagę słów opętanego człowieka
- Geronda, na co trzeba zwracać uwagę, rozmawiając z opętanym?
- Trzeba czynić Jezusową modlitwę i zachowywać się z takim człowiekiem życzliwie.
- Geronda, a czy pamiętają opętani to, co mówili oni w czasie ataku opętania?
- Co pamiętają, czego nie pamiętają. My nie wiemy, jak działa Bóg. Czasem On dopuszcza nieszczęsnym pamiętać to, co oni powiedzieli w ataku opętania, dlatego aby spokornieli i pokajali się.
Jeśli opętany o coś prosi, to niełatwo zrozumieć, w jakim przypadku on prosi o to, będąc pod działaniem diabła, a w jakim przypadku sam – jako człowiek – odczuwa w tym potrzebę. Pewnego razu ja spotkałem się z jedną opętaną panienką. Ona naczytała się książek Kazandzakisa [109] i wierzyła w te bluźnierstwa, które były w tych książkach. W rezultacie tego wszystkiego opanował ją nieczysty duch. Kiedy rozmawialiśmy z nią, nagle doznała ataku biesowskiego i zaczęła krzyczeć strasznym głosem: „Ja płonę, ja płonę!” Krewni trzymali ją, abym ja mógł ją przeżegnać. Potem ona zakrzyczała: „Wody, wody!” – „Przynieście wody”, – poprosiłem krewnych. „Nie, nie! – odpowiedzieli oni. – Jeden człowiek powiedział nam, abyśmy nie słuchali się diabła”. – „Teraz, – powiedziałem, – nieszczęsna chce pić. Przynieście wody”. Ja rozumiałem, kiedy pieczenie, którego ona doznawała, pochodziło od diabła, a kiedy – od tego, że ona odczuwała pragnienie. Nieszczęsna wypiła dwie szklanki wody. „We mnie, – mówiła ona potem, – jakby płonące węgle, takie odczuwam pragnienie. Nawet jeśli wypiłabym całe wiadro wody, to mimo wszystko płomień, który odczuwam w sobie, nie zgasłby”. Tak ją paliło!
- Geronda, a jeśli opętany krzyczy, to jak można zrozumieć, w jakim przypadku jego ustami mówi diabeł, w jakim przypadku mówi on sam – jako człowiek?
- Kiedy mówi diabeł, wargi opętanego poruszają się nienaturalnie. One poruszają się mechanicznie. A kiedy opętany mówi jako człowiek, jego wargi poruszają się naturalnie. Jeśli nad opętanym czytają modlitwę egzorcyzmu i on krzyczy, to może dziać się od tego, że męczy się sam człowiek i, na przykład, mówi diabłu: „Odejdź, dlaczego ty nie odchodzisz?” A w drugim przypadku sam diabeł oczernia człowieka czy kapłana, który odmawia nad nim egzorcyzm. Bywa, że diabeł oczernia Chrystusa, Przenajświętszą Bogarodzicę i świętych. Czasem diabeł mówi kłamstwo, a czasem moc imienia Chrystusowego zmusza go powiedzieć prawdę. Bywają przypadki, kiedy opętany wykrzykuje coś z przeczytanych przez niego duchowych książek i temu podobne. Co tu powiesz? Wszystko to jest bardzo zagmatwane. Dlatego, rozmawiając z opętanym człowiekiem, bądźcie bardzo uważni. Nie bierzcie pod uwagę jego słów. Na przykład, on może powiedzieć: „Ty mnie palisz”. Jeśli ty naprawdę go palisz i, zgodziwszy się z tym, powiesz: „Ja go palę”, to koniec – ty (duchowo) spłonęłaś. Jeśli zaś uwierzyłaś w to, że palisz diabła, podczas gdy w rzeczywistości nic podobnego się nie dzieje, to ty spłonęłaś dwukrotnie. Albo, na przykład, opętany krzyczy: „Ach wy, ohydne baby!” – a jakiejś jednej mniszce może powiedzieć: „A oto ty – czysta”. Jeśli ta mniszka powierzy powiedzianym przez diabła słowom, to koniec, ona przepadła. Dlatego nie trzeba przeprowadzać z diabłem eksperymentów.
Pewnego razu do jednego z monasterów przyprowadzili opętanego. Ihumen zebrał braci w cerkwi, żeby oni modlili się za niego z czotkami. W tym monasterze przechowywana była głowa Świętego Parfienija, biskupa Lampsakos [110]. Łaska Boża zaczęła bardzo naciskać biesa. Bracia modlili się za opętanego z czotkami, i jednocześnie ihumen polecił jednemu monasterskiemu hieromnichowi przeczytać nad opętanym modlitwy egzorcyzmu. Ten hieromnich przedstawiał się zewnętrznie czcigodnym i pobożnym, jednak wewnątrz miał ukrytą dumę. On trudził się (cieleśnie), wypełniał wszystko, co wymagał statut. On był wykształconym i dawał innym duchowe rady. Jednak sam nie otrzymał pomocy od nikogo – ponieważ inni bracia, widząc, jak on robi coś nie tak, z szacunku do niego nie decydowali się mu o tym powiedzieć. U tego człowieka zaczęły się iluzje o sobie. On uważał siebie za najcnotliwszego mieszkańca monasteru i pielęgnował inne myśli tego rodzaju. Tego dnia zły duch znalazł sprzyjającą możliwość uczynić temu hieromnichowi zło. On przyłożył całą swoją chytrość, dla tego aby u nieszczęsnego pojawiło się wrażenie, że to on wypędza biesa z opętanego. Tak więc, kiedy on zaczął czytać nad opętanym egzorcyzmy, bies zakrzyczał: „Ja płonę! Dokąd ty mnie zapędzasz, bezlitosny? Hieromnich zaczął myśleć, że bies płonie, dlatego że modlitwy czyta właśnie on, podczas gdy w rzeczywistości biesa wypędzały modlitwy innych braci. Nieszczęsny hieromnich odpowiedział biesowi: „Wejdź we mnie”. Tak, z żywota Świętego Parfienija wiadomo, że w jednym podobnym przypadku on rzeczywiście powiedział biesowi takie słowa. Ale przecież to był Święty! Rzeczywiście, pewnego razu ze Świętym Parfienijem wydarzył się taki przypadek. On wypędzał biesa z opętanego, i bies krzyczał: „Ja płonę, płonę! Dokąd mam iść?” Wtedy Święty Parfienij odpowiedział mu: „Wejdź we mnie”. I bies odpowiedział Świętemu: „I samo tylko imię twoje opala mnie, Parfienij!”– i wyszedł z opętanego człowieka, którego męczył. I oto ten hieromnich, o którym jest mowa, zechciał przedstawić z siebie Świętego Parfienija i sam został opętanym. Od tego momentu bies otrzymał nad nim władzę. Całe lata potem nieszczęsny męczył się i nigdzie nie mógł znaleźć spokoju. On stale krążył, nie siedział na jednym miejscu. To wędrował po świecie, to po Świętej Górze Atos. Cóż on, nieszczęsny, wycierpiał! Stan, w którym on przebywał, doprowadził go do wyczerpania duszy i cielesnego znużenia. Jego trzęsło jak w gorączce. Popatrzcie, przecież kiedyś on był dobrym kapłanem, a będąc w takim stanie, już nie mógł odprawiać Boskiej Liturgii [111]. Widzicie, co robi diabeł?
- Geronda, a czy jest jakiś związek między stosowaniem kawy i zachowaniem się opętanego?
- Kiedy system nerwowy człowieka jest podekscytowany i on pije dużo kawy, to jego nerwy rozstrajają się, psują się jeszcze bardziej, a tangałaszka wykorzystuje ten stan. Nie to, żeby w kawie było coś biesowskiego – nie, ale tangałaszka wykorzystuje działanie kofeiny na nerwy i potem opętanemu staje się jeszcze gorzej.
Pomoc opętanym
- Geronda, gdzieś jest napisane, że diabeł wprowadza się w serce opętanego człowieka, jednak nie chce, żeby ten o tym wiedział i zaczął walczyć z nim z pomocą Jezusowej modlitwy. To rzeczywiście tak?
- Tak, ponieważ bies ma prawo żyć w opętanym jakiś czas. On może przyczaić się w człowieku i siedzieć ciszej od wody, niżej od trawy. A kiedy z nim walczą przy pomocy Jezusowej modlitwy, to robi się mu ciężko, on oburza się i może wyjść z człowieka. Modlitwa Jezusowa – to ciężka artyleria przeciwko diabłu. Pewnego razu do mnie do celi przywieźli jednego opętanego młodzieńca, który nieustannie powtarzał Jezusową modlitwę. Ojciec nieszczęsnego był mnichem, jednak zrzucił sutannę, wrócił do świata i ożenił się. I oto jego nieszczęsne dziecko urodziło się opętane. Bóg dopuścił to, żeby ten chłopiec otrzymał od Niego odpłatę dla tego, aby zbawił się jego ojciec, a także dla tego, abyśmy my – mnisi – mieli przed oczyma przykład mnichów, powracających do świata i teraz męczących się. Podczas naszej rozmowy bies zaczął męczyć opętanego, i on bardzo głośno zagdakał jak kura. „Co z tobą?” – zapytałem go. W tym czasie ja mówiłem następujące: „W imię Jezusa Chrystusa wyjdź nieczysty duchu ze stworzenia Bożego”. – „A ja i sam chcę wyjść, – zakrzyczał bies, – ponieważ ten człowiek bardzo męczy mnie! Przecież on nieustannie klepie modlitwy! Ach, jakże ja chcę odjechać do Pakistanu i choć trochę odpocząć!”
- Geronda, dlaczego więc bies nie wychodził z tego chłopca, skoro on czynił modlitwę Jezusową?
- Widocznie, i sam on dał diabłu jakieś prawa nad sobą. Ale przecież i u biesa jest „przełożony”, i on otrzymuje od niego polecenia.
- Geronda, jakie konkretnie słowa należy mówić, modląc się za opętanego?
- Przede wszystkim trzeba wysławić Boga. Trzeba powiedzieć: „Dziękuję Tobie, Boże mój, za to, że Ty pomogłeś mi i ja jestem w normalnym stanie, podczas gdy mógłbym być na miejscu tego nieszczęśnika, i wtedy we mnie żyłoby nie pięć-sześć biesów, a całe tysiące. Proszę Ciebie, pomóż Twemu niewolnikowi (słudze), który tak bardzo się męczy”. Czyli najpierw trzeba odmówić serdeczną modlitwę, a potem kontynuować modlić się modlitwą Jezusową: „Hospodi, Iisusie Christie, pomiłuj raba Twojeho” (Panie, Jezusie Chrystusie, zmiłuj się nad niewolnikiem, (sługą) Twoim).
Czasem, modląc się za opętanego, sami stajemy się przyczyną tego, że bies z niego nie wychodzi. Tak dzieje się dlatego, że my modlimy się z dumą, hardością. Jeśli przyjmiemy tylko jedną hardą myśl, na przykład, pomyślimy: „Oto teraz ja swoją modlitwą uczynię tak, że bies jak kula wyleci z opętanego”, to taka myśl od razu przeszkodzi boskiej pomocy, i my pomożemy diabłu pozostawać w nieszczęsnym.
Modląc się za ludzi, opętanych przez ducha nieczystego, zawsze róbmy to z sercem, bólem i miłością. Pamiętam jedną opętaną kobietę, o której bardzo bolała moja dusza. Ta nieszczęsna uległa grzechowi, powiedziała diabłu „tak”, i od tej pory już wiele lat nieczysty duch strasznie ją męczy. On pali jej ciało. Ona i jej mąż jeżdżą do różnych monasterów i wożą z sobą swoją szesnastoletnią córkę. Noce ta rodzina spędza w świątyni i wypełnia całonocne czuwania. Gdyby ta nieszczęsna była mężczyzną, to ja ścisnąłbym ją w swoich objęciach. Jeśli mocno, z boską miłością, ścisnąć opętanego człowieka w swoich objęciach, to znajdujący się w nim nieczysty duch bardzo męczy się.
Jeśli nie rozdrażnić opętanego człowieka i nie przeczyć mu, ale odczuwać z jego powodu ból, to bies wychodzi – na krótszy czy dłuższy czas. Pokora – jest najsilniejszym szokowym ciosem w diabła. W jednym monasterze po nabożeństwie wynieśli pielgrzymom relikwie dla pokłonienia się. Nagle jeden z pielgrzymów, mający w sobie nieczystego ducha, podskoczył do ihumena i dzikim głosem zapytał: „Co – na siłę, czy co, zmusisz mnie kłaniać się tym relikwiom?” Ihumen z pokorą i dobrocią odpowiedział: „Nie, nie na siłę, a według waszej własnej woli”. Wtedy zakrzyczawszy: „A ja pójdę pod przymusem!” – opętany rzucił się ku świętym relikwiom i przyłożył się do nich. Widzicie, pokora i dobroć ihumena nie spodobały się biesowi. Przecież biesy boją się pokory i dobroci.
- Geronda, a czy pomaga opętanym przez nieczystego ducha łaska świętych, kiedy w dniu ich pamięci nieszczęśni idą na świąteczne nabożeństwa do świątyni, poświęconej imieniu świętych?
- Lepiej żeby opętani nie chodzili na odpusty (parafialne święta), ponieważ oni odrywają ludzi od modlitwy. W świątyni dzieje się nieporządek. Niech przychodzą innego dnia, aby przyłożyć się do relikwii świętego czy ikony. I nawet jeśli krewni opętanego człowieka wiedzą, że na parafialnym święcie będzie obecny jakiś (pełen łaski, czcigodny) człowiek, który będzie mógł im pomóc, im mimo wszystko nie trzeba prowadzić tam opętanego w dzień, kiedy zbiera się dużo ludzi. Nie reklamą będziemy się przecież zajmować!
Co więcej, ludzie nie powinni zbierać się wokół opętanego, który jest podczas ataku opętania. Kilka dni temu jeden nieszczęsny opętany dzieciak poskarżył się mi: „Ja stałem się manekinem grochowym”. Kiedy on był podczas ataku opętania, wokół niego zebrał się tłum ludzi – jak stado wron. To było przy mojej celi. „Odejdźcie, – prosiłem tych ludzi, – czyż to cyrkowe przedstawienie?” Ale ci ludzie mnie nie słyszeli i nie odchodzili. Ludzie nie rozumieją, że jeśli człowiek ma wadę i ta wada staje się jawna przed wszystkimi, to człowiek staje się pośmiewiskiem dla innych.
- Geronda, czy pomaga opętanym Boskie Priczastije?
- Dla tych, kto już urodził się opętanym przez nieczystego ducha, częste Boskie Priczastije – to najskuteczniejsze lekarstwo, ponieważ nieczysty duch wszedł w tych ludzi nie z ich własnej winy. Jeśli tacy ludzie nie narzekają, do tego czasu póki Łaska Boża nie uwolni ich od nieczystego ducha, to oni otrzymają wielką nagrodę. Cierpiąc, tacy ludzie zaliczają się do męczenników, i dlatego oni muszą często przyjmować Priczastije. Jednak jeśli człowiek został opętany przez nieczystego ducha z powodu swojej własnej nieuwagi, to on powinien pokajać się, wyspowiadać się i – dla tego aby wyzdrowieć – dokonać trudu ascetycznego. A przyjmie Priczastije on z błogosławieństwa swego ojca duchowego, kiedy będzie to możliwe (po tym jak ten człowiek odbędzie odpowiednią epitymię (karę)). Jeśli taki człowiek przyjmie Święte Chrystusowe Tajemnice (Dary Priczastija) nie pokajawszy się i nie wyspowiadawszy się, to nieczysty duch zapanuje nad nim jeszcze silniej. Kiedy pewnego opętanego podprowadzali do Świętej Czaszy, aby udzielić mu Priczastija, to on wypluwał Święte Chrystusowe Dary. Chrystus złożył Siebie w Ofierze, zniżył się do tego, że dał człowiekowi Swoje Ciało i Krew, – a ten nieszczęsny wypluwał Święte Chrystusowe Dary! Jakie to straszne! Widzicie: diabeł nie przyjmuje pomocy.
- Geronda, a czy można dawać imiona opętanych dla wspomnienia na proskomidii?
- Tak, oczywiście. Kiedy kapłani z bólem wspominają imiona opętanych podczas proskomidii, nieszczęśnicy otrzymują pomoc.
- Geronda, czasem bywa tak: opętany pokajał się, spowiada się i przyjmuje Priczastije regularnie, jednak przy tym dalej pozostaje pod biesowskim oddziaływaniem. Co dzieje się w tym przypadku?
- Bies nie odchodzi, ponieważ duchowy stan tego człowieka jeszcze nie ustabilizował się. Jeśli Bóg od razu pomoże człowiekowi uwolnić się od biesowskiego oddziaływania, to on natychmiast da biesowi powód wejść w niego ponownie. Dlatego Bóg – ze Swojej wielkiej miłości – dopuszcza złu odstępować powoli, stopniowo. W taki sposób człowiek i odpłaca za popełniony przez niego grzech, i jednocześnie czyni swój duchowy stan bardziej stabilnym. I im bardziej stabilnym on czyni swój duchowy stan, tym szybciej odstępuje zło. To, jak szybko człowiek uwolni się od biesowskiego oddziaływania, zależy od niego samego. Pewnego razu ojciec, mający opętane dziecko, zapytał mnie: „Kiedy moje dziecko stanie się zdrowe?” – „Kiedy ty uczynisz swój duchowy stan stabilnym, – odpowiedziałem mu, – wtedy otrzyma pomoc i twoje dziecko”. To nieszczęsne dziecko na początku żyło duchowym życiem, jednak ojciec temu sprzeciwiał się i mówił, że ono straci rozum, jeśli nie zmieni swego stylu życia. Potem ojciec sam zaczął prowadzać własnego syna do domu publicznego. W efekcie dziecko zostało porwane przez grzech i w niego wszedł nieczysty duch. Potem, kiedy znajdujący się w nim bies brał nad nim władzę, nieszczęsny rzucał się na swoją matkę z nieczystymi zamiarami. Aby uchronić się przed nieczystymi zalotami, wtargnięciami ze strony własnego syna, nieszczęsna matka była zmuszona wyjechać na jedną z wysp. Ojciec nieszczęsnego dziecka pokajał się i starał się prowadzić duchowe życie, jednak jego syn mimo wszystko nie stawał się zdrowym. On wyzdrowiał dopiero wtedy, kiedy jego ojciec odwiedził razem z nim wszystkie monastery i święte miejsca, przeczytał i dobrze zrozumiał i przyswoił Żywoty wszystkich świętych i uczynił swój duchowy stan stabilnym.
O odczytce (egzorcyzmie)
- Geronda, dzisiaj do nas do monasteru przyprowadzili opętaną kobietę i poprosili wezwać kapłana, aby przeczytał nad nią modlitwy egzorcyzmu. Co powinnyśmy były zrobić?
- W tym przypadku wam lepiej byłoby powiedzieć tym, kto ją przyprowadził, żeby ojciec duchowy tej nieszczęsnej zdecydował, czy koniecznie trzeba odczytywać nad nią egzorcyzmy czy nie. Przecież jeśli w niej znajduje się diabeł, to znaczy to, że albo ona sama, albo jej rodzice popełnili poważny grzech i tym samym dali diabłu prawa nad tą nieszczęsną. Przecież grzech przyprowadza za sobą diabła. Jeśli ludzie, którzy popełnili grzech, nie pokajają się i nie wyspowiadają się, to grzech nie odchodzi, a więc, nie odchodzi i diabeł. A być może, Bóg dopuścił tej nieszczęsnej wpaść w opętanie z jakiegoś innego powodu, którego my nie znamy.
- Geronda, czy pomaga opętanym odczytka?
- Różnym opętanym – w różny sposób. Odczytywanie egzorcyzmów pomaga w tym przypadku, kiedy egzorcyzmy czytane są nad opętanym dzieckiem, które nie dawało diabłu praw nad sobą i nie rozumie, czym jest spowiedź. Albo też odczytka może pomóc dorosłemu człowiekowi, który stracił rozum i nie może spowiadać się. Jeśli opętany jest umysłowo zdrowy, to przede wszystkim trzeba pomóc mu znaleźć swoją winę – przyczynę, z powodu której stał się opętanym. On powinien pokajać się, wyspowiadać się i dopiero potem – jeśli będzie to konieczne – nad nim można przeczytać egzorcyzmy. Przecież bies może wyjść z opętanego i po tym, jak będzie przeczytana nad nim rozgrzeszająca modlitwa w Sakramencie Spowiedzi.
Niektórzy duchowni zbierają razem i tych, którzy opętani są przez nieczystego ducha, i tych, którzy są chorzy, i czytają nad tymi wszystkimi ludźmi razem egzorcyzmy. Pamiętam, jak na odczytkę przywieźli człowieka, u którego była choroba Parkinsona! A oto i dzisiaj przywieźli tu jednego starszego człowieka i mówili, że jest on opętany przez nieczystego ducha. Lewa ręka tego nieszczęśnika drży. Czasem miewa on ataki. „Od jakiego czasu, – zapytałem go, – ty jesteś w takim stanie?” – „Od dzieciństwa”, – odpowiedział on mi. Ja zdziwiłem się. Potem zauważyłem, że z lewej strony na głowie tego nieszczęsnego było niewielkie wgniecenie. Widocznie, to wgniecenie było skutkiem urazu porodowego, i to, co działo się z nim, było rezultatem właśnie tego. Wyobrażacie: człowiek chory, a jemu mówią, że w nim siedzi nieczysty duch, czytają nad nim egzorcyzmy, nakazują: „Wyjdź nieczysty duchu…”, i w rezultacie on staje się pośmiewiskiem w ochach ludzi! Tak nie można! Ile dzieci, których uważają za opętanych, w rzeczywistości nie ma w sobie żadnego biesa! Pewnego razu przywieźli do mnie dwudziestopięcioletniego chłopca, o którym mówili, że jest opętany. Ja dałem mu wypić świętej wody, i nieszczęsny w ogóle nie zareagował na to. „A jak objawia się to, o czym wy mówicie? – zapytałem jego ojca. – Od jakiego czasu on zaczął cierpieć na tę dolegliwość?” – „Od szóstego roku życia, – odpowiedział on mi. – My prowadziliśmy sklep, i pewnego dnia przynieśli tam ciało jego zabitego dziadka. Od rzazu po tym zaczęły się z nim wszystkie te dziwactwa”. Ta więc oto co: nieszczęsny dzieciak po prostu przeżył wstrząs nerwowy. Gdyby na jego miejscu był dorosły człowiek, to nawet u niego, po takich przeżyciach, mogłoby ucierpieć jego zdrowie. A cóż dopiero mówić o małym dziecku! I oto, proszę: teraz nieszczęsnego nazywają opętanym!
- Geronda, egzorcyzmy mogą być czytane nie na głos, a po cichu?
- Po cichu nawet lepiej. Podstawowe przy czytaniu modlitw egzorcyzmu jest to, że one powinny być czytane z bólem, z pokorą, a nie z dumą. Kiedy kapłan głośno i dumnie „rozkazuje” nieczystemu duchowi: „Wyjdź, duchu nieczysty”, to rozwściecza to diabła, on rozwściecza się, szarpie za egoizm opętanego i może nawet powiedzieć mu: „Popatrz no, przecież on przed całym światem zrobił z ciebie pajaca, ośmieszył ciebie! A no daj temu popowi po karku!” Opętany, nakręcony przez nieczystego ducha, zaczyna bić kapłana, w efekcie czego ucieka nie bies, a kapłan ze swoim modlitewnikiem… Pewnego razu jeden kapłan podczas odczytki powiedział opętanemu: „Ja każę tobie, nieczysty duchu, wyjść z tego człowieka!” – ”No tak, wszystko dobrze, – odpowiedział diabeł ustami opętanego. Ja dlatego nie wychodzę, że ty mi nakazujesz…” Dlatego ja radzę kapłanom, czytając modlitwy egzorcyzmów, nigdy nie krzyczeć słów: „Wyjdź, nieczysty duchu!”.. Można pomyśleć, że biesy ich nie słyszą!
I krewnym opętanego nie trzeba opowiadać innym o tym, że oni zaprosili do siebie do domu duchownego, dlatego aby ten przeczytał egzorcyzmy. Lepiej powiedzieć ludziom. Że batiuszka przyszedł odsłużyć moleben. A egzorcyzmy – żeby nie przyciągać niczyjej uwagi – lepiej przeczytać cichym głosem.
U opętanych męczeńskie życie
Co by nie mówić, a ci, którzy mają w sobie biesa, bardzo cierpią. Przecież tacy ludzie pokornieją, jednak i męczą się od biesa! Pewnego razu w monasterze Stawronikity spotkałem dwudziestotrzyletniego chłopca, opętanego przez nieczystego ducha. Skóra i kości! Było strasznie zimno, w świątyni palił się piec, a młodzieniec, odziany w cienką koszulę z krótkimi rękawami, siedział w przedsionku świątyni. Ja nie wytrzymałem, poszedłem i dałem mu ciepły wełniany sweter. „Włóż ten sweter, – powiedziałem mu. – Czyż tobie nie zimno?” – „Jakie tam zimno, ojcze, – odpowiedział on mi. – Ja cały płonę!” Widzicie jak: to najprawdziwsza męczarnia.
Bywają opętani, którzy z natury wyróżniają się szczególną wrażliwością. Takim ludziom tangałaszka wpaja, że oni nie zbawią się, i namawia ich do samobójstwa. Jakie to straszne! To sprawa nie na żarty! Ja znałem pewnego opętanego, którego mieli dość nawet kapłani. Nieszczęsny przychodził do świątyni, żeby przeczytali nad nim egzorcyzmy, a kapłani go wypędzali. Potem diabeł zaczął mówić jemu i o mnie: „I do tego też nie idź, on też ciebie nie przyjmie”. Diabeł pogrążył go w rozpacz.
Pamiętam jeszcze jednego opętanego, który łaską Świętego Arsienija Kapadockiego uwolnił się od nieczystego ducha. Jakąż pokusę urządził mu potem diabeł! Już uwolniwszy się od nieczystego ducha, on jakoś przyjechał tu do monasteru, aby pokłonić się świętym relikwiom priepodobnego Arsienija. Jednak monaster był zamknięty [112]. Wtedy przy dolnej bramie monasteru zjawił mu się diabeł w postaci Świętego Arsienija i powiedział: „Żeby nogi twojej tu więcej nie było. Ani ja, ani Paisij nie chcemy ciebie widzieć”. Tak diabeł go przepędził. Ty rozumiesz? Po tym nieszczęsny zaczął bluźnić Świetego Arsienija, besztać mnie… No dobrze, mnie-to, zrozumiałe, zbesztać należy, ale bluźnić Świetego!.. W rezultacie nieszczęsny znów został opętanym. Tak, tu jeśli człowiek zachowa się wprost bezwstydnie, to od niego odchodzi Łaska Boża. A co mówić o tych, którzy bluźnią świętym! Potem on przyjechał na Świętą Górę Atos, przyszedł do mnie do celi i zaczął krzyczeć” „Co złego ja ci zrobiłem, że ty nie chcesz mnie widzieć? Dlaczego ty też nie chcesz mi pomóc? Co, chcesz, żebym ja się męczył?” – „Głupiutki, – przekonywałem go. – Ten, kto tobie się ukazał i wypędził ciebie, był diabeł. To nie był święty. Święci ludzi nie przepędzają”. Ale on mnie nie słuchał. On wierzył swojej myśli. Wiecie, jak cierpią, jak męczą się ci nieszczęśni każdego dnia?
Ale wielu opętanych męczy się dlatego, aby wzięli się za rozum inni. Przecież widząc, jak męczą się opętani, pozostali zastanawiają się, opamiętują się i kajają się. Nie trzeba myśleć, jakoby u opętanych grzechów więcej, niż u pozostałych. Jednak Bóg dopuszcza im wpadać w opętanie, w efekcie czego oni upokarzają się, pokornieją, odpłacają za swoje grzechy i otrzymują nagrodę sami. Jednak i inni, patrząc na ich męki, też otrzymują pomoc.
Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że są ludzie, którzy nie stają się opętanymi, mimo tego że popełniają wielkie mnóstwo grzechów. Dlaczego tak się dzieje? A oto dlaczego: kiedy człowiek dochodzi do całkowitej zatwardziałości, to on już nie jest poddawany biesowskim atakom, ponieważ Bóg widzi, że ten człowiek nie otrzyma (od takiego ataku) pożytku. Przecież my musimy wiedzieć, że urażenie (zranienie), poddanie biesowskiemu oddziaływaniu – to też, w pewnym sensie, dar Boga grzesznemu człowiekowi, dla tego żeby on spokorniał, upokorzył się, pokajał się i zbawił się.
Trud ascetyczny i złudzenie
-Geronda, ja boję się złudzeń (urojeń, uroków).
- Słusznie robisz. Ten, kto boi się złudzeń, nie wpada w złudzenie, ponieważ taki człowiek, będąc uważnym, wyznaje (Starcowi) wszystkie swoje myśli. On nie ukrywa niczego i w taki sposób otrzymuje pomoc.
- Geronda, a czym jest skłonność do złudzeń?
- Być skłonnym do złudzeń – znaczy mieć ideę (myśl) o tym, że ty coś sobą reprezentujesz, i pokazywać innym to, że zajmujesz się jakimiś działaniami. Być skłonnym do złudzeń – znaczy uważać, że osiągnęłaś duchowych wyżyn, ponieważ, na przykład, dokonujesz jakiegoś trudu ascetycznego, a o innych myśleć, że oni nie zrozumieli sensu duchowego życia, i zachowywać się wobec nich z pychą. Jeśli człowiek egoistycznie zmusza siebie do ascetyzmu, pragnąc osiągnąć poziom jakiegoś świętego i tego, aby inni im się zachwycali, – to jest to początek złudzenia. Jedna sprawa – wymagać, a druga – zmuszać siebie do ascezy. Pewnego razu powiedziałem jednemu człowiekowi: „Bądź uważnym, aby nie wpaść w złudzenie z powodu niewłaściwego podejścia do życia duchowego. Ty jesteś w duchowym niebezpieczeństwie”. – „Ja wpadam w złudzenie? – oburzył się on. – Przecież ja nawet mięsa i to nie jem!” Tymczasem ten człowiek nie chodził nawet do spowiedzi. Swoje grzechy on „spowiadał” ikonie. „A ty jesteś prawosławny czy protestant? – zapytałem go. W jakiej książce ty przeczytałeś, że tak trzeba spowiadać się?” – „A co? – pyta on mnie. – Czyż Chrystus mnie nie słyszy?” Rozumiesz, co się dzieje!
- Geronda, czy pomaga cielesny trud ascetyczny w walce przeciwko namiętnościom?
- Jeśli cielesny (fizyczny) trud ascetyczny wykorzystywany jest dla tego, żeby pokonać namiętności, to pomaga. Ciało upokarza się, i materia podporządkowuje się duchowi. Jednak jeśli ktoś zajmuje się „suchą” ascezą [113], to w rezultacie powstają u niego iluzje. Przecież asceza tego rodzaju kultywuje namiętności duszy, rozwija hardość, pomnaża pewność siebie i prowadzi do złudzenia. Wtedy, patrząc na swoją „suchą” ascezę, człowiek dochodzi do wniosków o swoich duchowych sukcesach. „Ja zajmuję się takim-to i takim-to cielesnym działaniem, – mówi on. – A oto taki-to brat w tej dziedzinie kuleje, zostaje w tyle. Ja już doszedłem do poziomu takiego-to świętego, a innego świętego przewyższyłem…” – i on zwiększa swoje posty i czuwania. Jednak cały dokonywany przez niego trud ascetyczny idzie na marne, ponieważ człowiek dokonuje go nie w celu odcięcia namiętności, a dla tego, aby otrzymać egoistyczną satysfakcję. Ja znałem jednego mnicha, który z pychy zajmował się cielesnym działaniem, i jego myśl mówiła mu, że jest on wielkim ascetą. On doszedł do punktu bez wyjścia, do utraty sił: nie jadł, całkiem nie prał ubrania i leżał w strasznym smrodzie i brudzie. Od brudu jego ubranie całkiem zgniło. Jakoś wziąłem jego ubranie, żeby uprać. Ale co tam było prać! Pewnego razu on powiedział mi: „Priepodobnego Ioanna Kuszcznika [114] ja już wyprzedziłem”. – „A cóż ty, – mówię, – gadasz? Według ciebie, święty Ioann Kuszcznik osiągnął świętość przez brud?” Minęło jeszcze kilka dni, on znów przyszedł do mnie i ogłosił: „Priepodobnego Maksima Kawsokaliwitę [115] ja też zostawiłem z tyłu za sobą”. – „To znaczy jakże ty go zostawiłeś z tyłu?” – zapytałem. „ A tak, – odpowiedział, – bardzo prosto: kręcę się jak bąk po Świętej Górze Atos!” – „Ależ ty, – mówię, – dajesz! Priepodobny Maksim osiągnął stan bezcielesnych i latał, a nie kręcił się jak ty – bączkiem!” potem ten człowiek zaczął „pielęgnować” w sobie pamięć śmiertelną i w myślach wpajał sobie: „Teraz ja jestem w piekle”. Minęło jeszcze trochę czasu, i on – niby dla tego żeby spokornieć – zaczął mówić: „Teraz ja stałem się diabłem, stałem się szatanem i pójdę zbierać swoich zwolenników”. W taki sposób ten człowiek wpadł w złudzenie.
Uwaga wobec wyobraźni
-Geronda, Wy mówiliście, że podczas modlitwy nasz umysł powinien unikać wyobrażania różnych obrazów z życia Chrystusa i temu podobnego. Dlaczego takich obrazów należy unikać?
- Dlatego, żeby diabeł nie skusił nas przy pomocy fantazji, wyobraźni. Wyobraźnia – dobra rzecz, i jeśli jest ona wykorzystywana z sensem, to posiada wielką siłę. Są ludzie, którzy, na przykład, mogą zobaczyć jakiś pejzaż, a po roku przypomnieć go dokładnie takim, jaki on jest w rzeczywistości, i utrwalić go na obrazie. Taką zdolność daje człowiekowi Bóg, jednak diabeł wykorzystuje ją w swoich celach. Ludzie podatni na złudzenia, wyobrażają zobaczone czy przeczytane przez nich tak, jak im się chce. A potem wierzą, że obraz, narysowany ich wyobraźnią, jest rzeczywisty. Dla tego aby ci nieszczęśni otrzymali pomoc, oni powinni być pod stałym (duchowym) nadzorem, ponieważ diabeł stale okręca ich wokół palca.
Dlatego, kiedy człowiekowi, obdarzonemu z natury (bogatą) wyobraźnią, mówią, że on myśli niepoprawnie, on musi zastanowić się i stawiać po swojej myśli znaki zapytania. Ja znałem jedną prostą kobietę, która stale modliła się i prosiła Chrystusa o to, aby zobaczyć Go tu, w tym życiu, ponieważ – jak ona mówiła – w innym życiu ona i tak by Go nie zobaczyła. I rzeczywiście, kiedy podeszła przyjąć Priczastije, Chrystus ukazał się jej w Świętej Czaszy w postaci Dzieciątka z zakrwawionymi włosami. Potem widzenie znikło i kobieta mogła przyjąć Priczastije. Po tym wydarzeniu wróg zaczął obrabiać ją myślami o tym, że ona coś sobą reprezentuje, a potem rozpalił jej wyobraźnię i stale urządzał jej swoje „filmy”. Pewnego razu, wyjechawszy ze Świetej Atoskiej Góry w świat, ja zastałem tę nieszczęsną kobietę w jednym domu i usłyszałem, jak ona opowiadała swoje fantazje zgromadzonym tam mężczyznom i kobietom. Kosztowało mnie wiele trudu doprowadzić ją do opamiętania się. Ja porządnie ją obstawiłem na oczach wszystkich, dla tego aby jej złudny stan stał się jawnym i ona spokorniała.
- Geronda, te widzenia były jej fantazją?
- Fantazją i złudzeniem.
- Geronda, ona co, nie opowiadała swemu ojcu duchowemu o tych widzeniach?
- Wiesz, co dzieje się w podobnych przypadkach? Szatan oszukuje takich ludzi tym, co oni widzą. Oni nie działają swoim umysłem, i im nawet do głowy nie przychodzi to, że o podobnych „widzeniach” trzeba opowiedzieć ojcu duchowemu. Jakiż mistrz z diabła! Straszna rzecz!
Jeśli człowiek nie jest uważny wobec swojej wyobraźni, to kusiciel może pogrążyć go w złudzenie, wykorzystawszy nawet jakieś najprostsze, naturalne wydarzenie. Kiedy żyłem w monasterze Stomion, to, czytając zimą wieczernię, rozpalałem w piecu. Kobiety, które czasem przychodziły do monasteru z miasta, zaczęły zauważać, że podczas wieczerni od ikony Przenajświętszej Bogarodzicy w ikonostasie rozlegał się jakiś chrzęst. Ja na ten chrzęst nie zwracałem uwagi, a kobiety zaczęły szeptać między sobą: „Wyobrażacie! Kiedy mnich czyta wieczernię, od ikony Bożej Matki rozlega się chrzęst!” Usłyszawszy jak one szepczą, pomyślałem: „Daj-no popatrzę na ikonę, od której słychać chrzęst”. Ja nie chcę powiedzieć, że nie wierzę w boskie wydarzenia, – nie, ja wierzę, że Boża Matka objawia się ludziom i rozmawia z nimi i ci, którzy są w dobrym duchowym stanie, Ją widzą; jednak w podobnych przypadkach konieczna jest uwaga. No cóż, wziąłem krzesło, stanąłem na nie i popatrzyłem, co dzieje się z ikoną. Co zaś się stało? Deska, na której była napisana ikona, była stara, z wstawionymi w nią z tyłu wpustami. Kiedy piec rozgrzewał się jak należy, jeden wpust nagrzewał się, rozszerzał się i wydawał chrzęst. Potem wbiłem w ikonę gwoździk i ona przestała trzeszczeć. Po tym zapytałem te kobiety: „No co, teraz słyszycie jakiś chrzęst?” – „Nie”, – odpowiedziały one mi. „No więc, – mówię, – nie trzeba nadawać znaczenia podobnym rzeczom”. Koniecznie trzeba być uważnym, ponieważ jeśli powoli w człowieku rozwinie się wyobraźnia, to całe jego życie staje się nic nie warte.
- Geronda, a w jaki sposób można zrozumieć: od Boga czy od diabła było jakieś (nadprzyrodzone) zdarzenie?
- To widać. Jeśli zdarzenie nie od Boga, to diabeł przynosi człowiekowi harde myśli. A oprócz tego, widzenia od diabła – topornej roboty: one dochodzą nawet do bluźnierstwa. Pewnego razu do mnie do celi przyszedł człowiek, będący w złudzeniu i mający w sobie nieczystego ducha. Ja porozmawiałem z nim, i to poszło mu na pożytek. I wiecie, co on mi potem powiedział? „Takie, – mówi, – przemądre rzeczy ja słyszałem po raz pierwszy! Ja nawet w Ewangelii takiego nie czytałem!” To tak jakby on mówił mi: „To, co ty powiedziałeś, było lepsze od tego, co powiedział Chrystus”. Rozumiesz, co robi diabeł dla tego, aby przynieść ci hardą myśl? Co by tam nie mówić, ale jeśli człowiek nie zrozumie, że sam swoją siłą on nie może nic zrobić, a to, co on robi, dokonuje się siłą Chrystusa, to taki człowiek nie dokona niczego, nawet jeśli on będzie wypędzać z opętanych tysiące biesów.
Diabeł ukazuje się w postaci anioła światłości
Jeśli człowiek, który nie doświadczył wyższej rajskiej radości, – czyli nie mający duchowego doświadczenia (boskich nawiedzeń) – jest nieuważny, to on może łatwo wpaść w złudzenie. Diabeł jest przebiegły. On lekko podrażnia serce człowieka i daje mu odczuć coś przyjemnego. W taki sposób, stwarzając u człowieka wrażenie o tym, że ta przyjemność była duchowa i boska, diabeł pogrąża go w złudzenie. On okrada serce człowieka, i ten myśli, że dziejące się z nim – jest duchowo słuszne. „Ja nie odczuwam żadnego niepokoju”, – mówi taki człowiek. Tak, niepokoju ty rzeczywiście nie odczuwałeś, jednak to, co ty odczułeś, nie było rzeczywistą duchowa radością. Radość duchowa jest czymś Niebiańskim.
Diabeł może pojawić się w postaci anioła czy w postaci świętego. Bies zamaskowany (przebrany) za anioła czy za świętego, rozprzestrzenia wokół siebie niepokój, zamęt – to, co ma w sobie. Podczas gdy prawdziwy Anioł czy święty zawsze rozprzestrzeniają rajską radość i niebiańską wesołość. Pokorny czysty człowiek, nawet będąc niedoświadczonym, odróżnia Anioła Bożego od biesa który zjawił się w postaci anioła. To dzieje się dlatego, że taki człowiek ma duchową czystość i jest w pokrewieństwie z Aniołem. A oto egoista i człowiek cielesny łatwo podlega złudzeniu i pokusie przez złego, przebiegłego diabła. Diabeł pojawia się w postaci anioła światłości, ale wystarczy człowiekowi włączyć do roboty jedną pokorną myśl, jak diabeł znika. Pewnego wieczoru, po wieczerni, siedziałem u siebie w celi na ławeczce (żyłem w monasterze Stomion) i czyniłem modlitwę Jezusową. Nagle usłyszałem, jak z jednego budynku, znajdującego się niedaleko od monasteru i służącego za hotel dla pielgrzymów, dochodzą dźwięki strunowych instrumentów muzycznych i klarnetu. Ja bardzo zdziwiłem się! „Cóż to za muzykę słychać tak blisko?” – powiedziałem sobie. Święto parafialne w monasterze już minęło. Wstałem z ławeczki, podszedłem do okna popatrzeć, co się dzieje na podwórku. Patrzę: dookoła pełna cisza i milczenie. Wtedy zrozumiałem, że cała ta muzyka była od przewrotnego – dlatego abym przerwał modlitwę. Wróciłem na ławkę i kontynuowałem Jezusową modlitwę. Nagle pokój napełnił się jasnym światłem. Sufit i górne piętro nade mną zniknęły, dach otworzył się, i widziałem słup światła, który dochodził do nieba. Na szczycie tego słupa światła widniała twarz jasnowłosego młodzieńca z długimi włosami i brodą, który był podobny do Chrystusa. Połowa jego twarzy była przede mną zasłonięta, dlatego wstałem z ławki, aby zobaczyć całą jego twarz. W tym momencie usłyszałem wewnątrz siebie głos: „Ty dostąpiłeś zaszczytu zobaczyć Chrystusa”. – „A kimże ja jestem, żeby widzieć Chrystusa?” – odpowiedziałem i przeżegnałem się. W tej samej chwili światło i fałszywy Chrystus zniknęły i zobaczyłem, że sufit wrócił na swoje miejsce. Jeśli czyjaś głowa nie jest zamknięta jak należy „na zamek”, to przewrotny może przynieść takiemu człowiekowi myśl hardości i uwieść go z pomocą fantazji i fałszywych świateł, które nie wznoszą do Raju, ale strącają w chaos. Dlatego nigdy nie trzeba prosić o zobaczenia światła, otrzymanie boskich darów czy coś podobnego. Prosić trzeba o pokajanie. Pokajanie przyniesie człowiekowi pokorę, potem Dobry Bóg da mu to, co niezbędne. Pewnego razu, kiedy żyłem na Synaju w pieczarze Świętej Epistimii, tangałaszka zechciał… okazać mi usługę! Niedaleko od celi były trzy-cztery stopnie schodków. Nocą, kiedy niebo było jasne i świeciły gwiazdy, odchodziłem do pieczar i, żeby zejść po tych schodkach, świeciłem zapalniczką. Pewnej nocy chciałem zapalić zapalniczkę, ale ona nie zapalała się. Nagle z jednej skały wystrzelił jasny promień światła, jak reflektor! Uch, wszystko wokół stało się jasne! „Nie, – mówię, – od takich „reflektorów” trzeba trzymać się jak najdalej! Wróciłem z powrotem, i światło natychmiast zniknęło. Oto jaki jest diabeł: on nie chciał, abym zszedł po schodkach, podświetlając zapalniczką! „No czyż nie żal, – pożałował on mnie, – że człowiek tak się męczy! Daj-no ja mu poświecę!” Oto jaka „dobroć”!
- Geronda, a jak wy zrozumieliście, że to światło było nie od Boga?
- To zrozumiałe… Straszna rzecz!
Sny fałszywe (kłamliwe)
- Geronda, mnie męczą nieczyste sny…
- Zobaczywszy nieczysty sen, nigdy nie trzeba wspominać, co i jak ty widziałaś. Przecież, jeśli zły nie mógł skusić ciebie w dzień, on przyjdzie w nocy. Czasem i Bóg dopuszcza złemu kusić nas we śnie, dlatego abyśmy zobaczyli, że nasz stary ulegający rozkładowi człowiek jeszcze żyje. A bywa i tak, że wróg zbliża się do człowieka we śnie i pokazuje mu różne sny, dla tego żeby, przebudziwszy się, taki człowiek wpadł w zamieszanie. Dlatego snom całkiem nie należy nadawać żadnego znaczenia: ocień siebie znakiem krzyża, ocień znakiem krzyża poduszkę, połóż na niej krzyż i kilka ikonek i, zasypiając, odmów Jezusową modlitwę. Im większe znaczenie będziesz okazywać snom, tym częściej będzie przychodzić wróg i ciebie kusić. Diabeł pokazuje swoje sny nie tylko dorosłym ludziom, ale i dzieciom. Diabeł przychodzi nawet do śpiących maluchów, nie patrząc na to że są one maleńkimi aniołami. One w strachu podskakują i przerażone, ze łzami biegną w objęcia matki. A czasem do śpiących dzieci przychodzi Anioł, i one z radości śmieją się podczas snu albo, doświadczając wielkiej radości, budzą się. W taki sposób, przynoszone przez złego sny są zewnętrznym wrogim oddziaływaniem na człowieka w tym czasie, kiedy on śpi.
- Geronda, a jeśli podczas snu czujesz niezrozumiały ciężar duszy, co to jest?
- Czasem przyczyną takiego ciężaru może być stan trwogi, w którym człowiek żyje podczas dnia, albo doznawane prze niego przeróżne lęki, podejrzenia i temu podobne. I oczywiście, wszystko to może wykorzystać tangałaszka. On zdolny jest przetasować te lęki, trwogi i podejrzenia w dowolnej kombinacji, aby tylko wprowadzić człowieka w niepokój. A często człowiek śpi tak delikatnie, że myśli, że on nie śpi i modli się o to, żeby ten ciężar, który utrudnia nawet jego oddychanie, odszedł.
A czasem bywa i tak: diabeł może oblec się w każdą postać, nawet świętego, i zjawić się we śnie. Pewnego razu on zjawił się jednemu choremu we śnie w postaci Świętego Arsienija Kapadockiego i powiedział mu: „Ja – Święty Arsienij. Ja przyszedłem powiedzieć tobie, że ty umrzesz. Ty mnie słyszysz? Ty umrzesz!” Człowiek przeraził się. Ale święty nigdy nie mówi w ten sposób. I nawet jeśli chorego rzeczywiście oczekuje śmierć i zjawi się mu Święty, aby uprzedzić go o śmierci, to on powie o tym po-dobremu: „Bóg zobaczył, jak ty męczysz się, i dlatego On zabierze ciebie z tego świata. Postaraj się przygotować się”. Święty nigdy nie powie choremu: „Ty mnie słyszysz? Ty umrzesz!”
- Geronda, a kiedy człowiek krzyczy we śnie, dlaczego to się dzieje?
- Kiedy krzyczy – lepiej, przecież w tym przypadku on się budzi… Wiele snów pochodzi z trwogi. Kiedy człowiek trwoży się albo jest zmęczony, to ta trwoga albo zmęczenie gryzie go od wewnątrz i on widzi trwożne sny. Ja często w dzień spotykam ludzi, wysłuchuję ich przeróżne problemy. A potem we śnie obstawiam kogoś: „Ach ty, bezbożniku, – krzyczę, – na nikim ci nie zależy!” I budzę się od własnych krzyków.
- Geronda, a czy może człowiek zrozumieć ze swoich snów, że niektóre wydarzenia nastąpią w rzeczywistości?
- Nie, snom nie trzeba nadawać znaczenia. Jakie by sny nie były, przyjemne czy nieprzyjemne, nie trzeba im wierzyć, ponieważ jest niebezpieczeństwo wpaść w złudzenie. Przecież dziewięćdziesiąt pięć procent snów jest fałszywych. Dlatego Święci Ojcowie mówią, że snom nie trzeba nadawać znaczenia. Snów, pochodzących od Boga, jest bardzo niewiele, ale, dla tego aby zinterpretować nawet takie sny, trzeba mieć czystość i inne niezbędne przesłanki – jak sprawiedliwy Józef [116] i prorok Daniel, którzy mieli Łaskę od Boga. „Ja, – powiedział Daniel Nawuchodonosorowi, – opowiem ci o tym, jaki sen ty widziałeś, i o tym, co on znaczy” [117]. Ale jaki stan osiągnął prorok Daniel! On siedział razem z lwami w rowie, i lwy, pomimo tego że były głodne, nie zaczepiały go [118]. Kiedy Awwakum przywiózł Danielowi jedzenie, ten powiedział: „Czyż Bóg wspomniał o mnie?” [119] Bo gdyby Bóg nie pamiętał o proroku Danielu, to o kim by On wtedy pamiętał?
- Geronda, a niektórzy ludzie nie widzą snów.
- I dobrze, że nie widzą! Nie tracą pieniędzy ani na bilety, ani na benzynę! We śnie w ciągu jednej minuty można zobaczyć wydarzenia, które w rzeczywistości trwały by kilka godzin albo kilka dni. Dlatego że podczas snu czas zostaje zniesiony. Oto stąd człowiek i może zrozumieć słowa psalmu: „…tysiąc lat przed oczyma Twoimi, Panie, jak dzień wczorajszy, który przeminął…” [120].
Uwaga na widzenia
- Geronda, co odpowiadać ludziom, którzy opowiadają nam o widzeniach które mieli, o tym, że oni widzieli jakiegoś świętego, albo o czymś podobnym?
- Lepiej radźcie takim ludziom być ostrożnymi, powściągliwymi. Takie podejście do widzeń jest bardziej pewne, ponieważ nie wszyscy ludzie są w stanie odróżnić, od Boga było widzenie czy też od diabła. Ale nawet jeśli widzenie od Boga – człowiek nie powinien go przyjmować od pierwszego razu. Bóg, widząc, jak Jego stworzenie – człowiek – nie przyjmuje widzenia (nie smuci się, ale przeciwnie), w jakiś sposób, dochodzi do wzruszenia. Przecież takie podejście do widzenia pokazuje, że u człowieka jest pokora. Jeśli Święty, który ukazał się człowiekowi, rzeczywiście był Świętym, a człowiek tego widzenia nie przyjął, to Bóg wie, w jaki sposób powiadomić duszę tego człowieka i przyprowadzić ją tam, dokąd On chce. Niezbędna jest uwaga, ponieważ (zamiast Świętego) może przyjść tangałaszka, który włączy (biesowski) „telewizor” i zacznie swoją audycję…
Pamiętam jedną kobietę, która nie otrzymała od ludzi żadnej pomocy i dlatego miała prawo do pomocy Bożej. Bóg, pragnąc pomóc tej kobiecie, dał je pewne widzenie. Jednak po tym widzeniu diabeł wpoił jej następującą myśl: „Kto wie, być może, Bóg zaszczycił ciebie takim widzeniem, ponieważ On przeznacza ciebie do jakiejś wyższej misji!” Od tej chwili jak ona zaczęła wierzyć podobnym diabelskim sugestiom, diabeł zaczął swoją robotę i ona wpadła pod jego władzę. Jednak w ostatecznym końcu Bóg znów nad nią zlitował się. Jej było dane widzenie, i ona usłyszała głos, mówiący jej: „Napisz list do ojca Paisija i opisz wszystkie widzenia, które miałaś”. Ona napisała mi list i opowiedziała o wszystkich widzeniach które miała. Przewrotny poturbował ją porządnie. Tak, wszystkie jej widzenia były prawdziwe, jednak prawie wszystkie one były od kusiciela. Ze wszystkich jej widzeń tylko pierwsze i ostatnie były od Boga. Pragnąc doprowadzić ją do rozsądku i pomóc jej uwolnić się od złudzenia, Bóg pozwolił wydarzyć się temu ostatniemu widzeniu. W ostatecznym efekcie nieszczęsna posłuchała się moich rad i potrafiła wyplątać się (z sieci) tych diabelskich widzeń, które miała.
Charakterystyczne cechy uwiedzionego człowieka
- Geronda, a jak można zrozumieć, że człowiek jest uwiedziony w złudzenie?
- To można zrozumieć nawet po jego zewnętrznym wyglądzie. Człowiek uwiedziony w złudzenie zewnętrznie obleczony jest w jakąś fałszywą „beznamiętność”. On wygląda na pokornego i łagodnego, jednak w nim ukrywa się wielkie mniemanie o sobie, pycha – wielka myśl, jaką on ma o sobie. Spojrzawszy w oczy uwiedzionego człowieka, zobaczycie, że na wszystkich pozostałych on patrzy jak na nieszczęsnych, jak na mrówki. Jednak uwiedzionego można rozgryźć i po tych słowach, które on wypowiada. Pamiętam jednego uwiedzionego, którego wielu ludzi uważało za świętego. On opowiadał, że Chrystus jakoby objawił się mu, siedząc na koniu. W rękach Chrystus niby trzymał flaszkę z winem, z której dał wypić temu człowiekowi, po czym ten jakoby otrzymał dar przenikliwości, jasnowidzenia, przewidywania przyszłości! Pewnego razu, kiedy ten „jasnowidz” rozmawiał z ludźmi, jeden człowiek zapytał go: „A dlaczego ja też nie mogę czynić cudów?” – „Dlatego, że ty popełniłeś taki-to i taki-to grzech…” – odpowiedział uwiedziony i zaczął wyliczać mu grzechy, które ten rzeczywiście popełnił. Nieszczęsny człowiek zaczął panikować i przyjechał do mnie, aby wszystko to mi opowiedzieć. „Posłuchaj-no, – powiedziałem mu, – czyż ty myślisz, że Święci wystawiają ludzi na pośmiewisko? Ludzi wystawia na pośmiewisko tylko diabeł. Czyż ty nie rozumiesz, że (ustami tego uwiedzionego) mówi diabeł? I jeśli to, co on mówi, – prawda, to tę prawdę wszystko jedno mówi diabeł”. A jeszcze jedna kobieta opowiadała mi o tym, jak ona poprowadziła jedną opętaną do człowieka, o którym chodziły słuchy, że on wypędza biesy i czyni temu podobne cuda. Ten „cudotwórca” zaprowadził obie kobiety do jednej zaniedbanej kaplicy. Jak tylko oni weszli do świątyni, on wziął epitrachelion i włożył na siebie. Kobieta bardzo zdziwiła się! Świecki człowiek i wkłada na siebie epitrachelion! „Ty co – batiuszka?” zapytała go ona. „A co znaczą ci wszyscy batiuszki!” – odpowiedział on i zaczął osądzać duchownych. W taki sposób nieszczęsne kobiety zrozumiały, że on jest w złudzeniu, zerwały się na nogi, wyskoczyły z kaplicy i uciekły.
Uwiedzenie (złudzenie) i szaleństwo
- Geronda, człowiek, będący w złudzeniu, jest chory i na jakąś chorobę duszy?
- Nie zawsze. Złudzenie – to jedno; choroba duszy – drugie. Niektórzy ludzie po prostu wpadają w złudzenie. Inni wpadają w złudzenie i w chorobę duszy. Ja znałem jednego mnicha na Świętej Atoskiej Górze, który nikogo nie słuchał. On odszedł ze swego monasteru i błąkał się po Atosie. Cztery czy pięć razy przychodził on do mnie dal tego, aby wziąć błogosławieństwo na prowadzenie niby ascetycznego życia, i każdy raz radziłem mu wrócić do tego monasteru, gdzie przyjął postrzyżyny. W ostatecznym końcu on kupił celę i żył w niej sam. Po siedmiu miesiącach takiego pustelniczego życia on przyszedł do mnie do celi. „Wracaj do swego monasteru”, – namawiałem go. „Teraz, – odpowiadał on, – wziąłem z monasteru zwalniające pismo i mnie już nie przyjmą z powrotem”. – „Bądź uważny, – upominałem go, – bądź bardzo uważny. Przynajmniej, postaraj się przywiązać się do jakiegoś starca, aby żyć w posłuszeństwie, a nie według własnej woli”. – „A oto posłuszeństwo, – odpowiedział on mi na to, – ja będę okazywać woli Bożej”. – „Dawaj, dawaj, – próbowałem przekonać go, – poproś o przyjęcie do jakiegoś monasteru”. – „Ja, – odpowiadał on mi na to, – zostałem pustelnikiem, będę wracać z powrotem? To ty idź i wpraszaj się do monasteru”. – „Dlaczego ja mam wpraszać się sam, – mówię, pragnąc mu pomóc. – Jeśli chcesz, abym ja wpraszał się do monasteru razem a tobą, to zrobię to z całego serca”. – „Oto co, – odpowiedział mi na to, – posłuchaj no mnie uważnie. Jeśli tobie obrzydło życie w milczeniu i ty chcesz wprosić się do monasteru, to idź i wpraszaj się!” Zobaczywszy, że on zachowuje się w ten sposób – bezwstydnie – ja też zostawiłem go w spokoju. Minęło niewiele czasu, i dowiedziałem się, że w tego mnicha wprowadził się nieczysty duch i, oprócz tego, on oszalał. Ukazał mu się diabeł w postaci Przenajświętszej Bogarodzicy i powiedział: „Dziecko moje, jeśli ty pokłonisz się mi do nóg, to ja dam tobie siedem darów Świętego Ducha…” Nieszczęsny pomyślał: „Teraz ja otrzymam siedem darów Świętego Ducha i wszystkim utrę nosa!” I, padłszy do ziemi, pokłonił się diabłu. Jak tylko on pokłonił się, diabeł wstrząsnął go i w niego wszedł nieczysty duch. Jednak od tego diabelskiego wstrząsu wstrząsnął się i stan jego duszy. On zapragnął zostać protepistatą, przyszedł do Świętego Kinota (Świętej Wspólnoty) [121], zamknął na klucz będących w budynku mnichów, wziął pastorał i, zachwycając się sobą, zaczął schodzić po schodach. Mnisi w Kariesie zdziwili się, widząc, jak po schodach Świętej Wspólnoty schodzi nowy „protepistata”! Niektórzy z mnichów powoli pojechali za chorym samochodem i trochę dalej od Kariesa wsadzili go do samochodu i odwieźli do szpitala psychiatrycznego. Teraz odnośnie opętania jego stan poprawił się, jednak choroba psychiczna pozostaje przy nim.
- Geronda, a człowiek, będący w złudzeniu, czy nie jest, w jakimś sensie, opętanym?
- No a kimże on jest? On nie po prostu opętany – będący w złudzeniu może mieć w sobie więcej biesów, niż ma w sobie opętany. Jednak będący w złudzeniu – jedna sprawa, a opętany – inna.
Trzeba być uważnym z uwiedzionymi (będącymi w złudzeniu)
(W świecie) jest dwóch-trzech ojców duchowych, u których niewielka czcigodna pobożność połączona jest z nieporządkiem w głowie. Ci ojcowie duchowi mącą ludziom w głowach. I wszystkim stawiają oni diagnozę opętania. Oni nikogo nie słuchają. „Ja, – mówią oni, – jestem kapłanem i dlatego posiadam władzę!” Jeśli wam opowiadają o takich przypadkach, to tłumaczcie ludziom, co się dzieje, zmuszajcie ich zastanowić się, ponieważ tacy duchowni czynią Cerkwi zło. Mówcie ludziom, którzy wpadli pod wpływ takich ojców duchowych: „Znajdźcie prawidłowego (nieuwiedzionego) ojca duchowego i korzystajcie z jego porad, aby otrzymać pomoc”. Ci „starcy” dochodzą do tego, że wykorzystują moje imię i nawet moją fotografię, – aby ludzie mieli wrażenie, że niby oni utrzymują ze mną kontakty.
Zrozumiałe, że ci ojcowie duchowi – ludzie niewielkiego umysłu, i dlatego mają oni łagodzące winę okoliczności. Jednak są i tacy nie mający sumienia, którzy świadomie podają ocet zamiast wina. Jeden z takich – były księgowy – teraz jeździ po całej Północnej Grecji i udaje z siebie mego nowicjusza. On mówi, że ja dałem mu dar przenikliwości i jeszcze „pięć sztuk darów”. W ten sposób on uwodzi w złudzenie ludzi i zbiera pieniądze.
- Geronda, ten człowiek – jest duchownym?
- Nie, świeckim. Pewnego razu on spotkał mnie w Dafni, ale zdążył ukryć się, abym ja go nie zobaczył. „Prawdziwe dziecko”! Dobre choć to, że on lubi wypić. Od niego pachnie spalenizną. Niektórzy ludzie widzą, jak on chwieje się, i zaczynają w niego wątpić.
Och, jak wielu jest takich oszustów, którzy bogacą się na bólu ludzi i przekształcają ten ból w biznes! Jeden z takich łajdaków powiedział pewnej wdowie: „Jedna ręka twego zmarłego męża nie rozłożyła się w grobie, ponieważ jego dusza potrzebuje modlitwy”. – „Więc co ja mam teraz robić? – pomyślała nieszczęsna. – Dam więc mu pieniędzy, aby on pomodlił się za duszę mego męża”. Wziąwszy od niej dość dużo pieniędzy, on po niedługim czasie powiedział jej: „No cóż, pierwszego niebezpieczeństwa my uniknęliśmy. Teraz stan twego męża troszkę się poprawił…” Nieszczęsna dalej dawała oszukańcowi pieniądze; on przejął połowę jej majątku niby dla tego, aby dusza jej męża zaznała spokoju!
A są tacy uwiedzieni, którzy, szepcząc sobie pod nosem jakieś słowa, ocieniają chorych dużym znakiem krzyża i jakoby uzdrawiają ich. I ludzie oszukują się, nie idą do spowiedzi, nie zapraszają do siebie do domu kapłana aby on dokonał nad nimi Sakramentu Jeleoswiaszczenija (namaszczenia chorych) albo przeczytał odpowiednią modlitwę, jednakże idą do tych oszustów. I, w dodatku, zostawiają u tych oszustów całą kupę pieniędzy. Opowiadali mi, że w jednej wsi dwóch uwiedzionych w złudzenie urządzili bardzo korzystny biznes – prawdziwą spółdzielnię!.. Diabeł naprowadzał na kogoś ze współmieszkańców, na przykład, silny ból głowy, albo pod działaniem diabła u kogoś z mieszkańców tej wsi chwytało lędźwie (krzyża). Potem diabeł szedł do jednego z tych uwiedzionych i informował go: „U takiego-to człowieka mocno boli głowa z takiego-to powodu”. Znalazłszy dogodną okazję, ten uwiedziony mówił choremu współmieszkańcowi: „Ja wiem, dlaczego boli ci głowa” – i natychmiast opowiadał o „przyczynie” jego choroby. „I prawda! – zdumiewał się chory. – Ty popatrz, jakie objawienie! I co ja mam teraz robić, że by głowa przestała boleć?” – „Idź do takiego-to, i on tobie pomoże”, – mówił uwiedziony i posyłał go do drugiego uwiedzionego. Widzicie, jaką chytrość wymyślił diabeł, żeby utrzymać ludzi w złudzeniu? Zjednoczył dwóch uwiedzionych w złudzenie w „medyczną spółdzielnię”! Jeden stawiał diagnozę, a drugi jakoby uzdrawiał! Diabeł uczynił to, żeby utrzymać ludzi jak najdalej od Cerkwi.
Tanie dary uwiedzionych
- Geronda, a dlaczego, mając jakiś problem, ludzie często przybiegają do uwiedzionych?
- Dlatego, że dary diabła są tanie i łatwo je zdobyć. Przecież uwiedzieni nie żądają od tych, którzy do nich przychodzą, czegoś ciężkiego, oni uspokajają, usprawiedliwiają ludzi w namiętnościach. I oto nieszczęśni, zamiast pokajać się w grzechach, zamiast tego żeby pójść do ojca duchowego i wyspowiadać się, znajdują takich oto uwiedzionych w złudzenie – czyli samego diabła – i proszą, aby oni rozwiązali ich problem. A potem męczą się i nie rozumieją że diabeł spętał ich i zdobył nad nimi władzę.
- Geronda, dlaczego wiec ludzie wierzą takim złudzeniom?
- U ludzi zamroczona jest głowa. Wiecie, jak wiele jest tych, którzy twierdzą, że prowadzą ludzi właściwą drogą, podczas gdy sami niosą na ramionach worek, w którym przyczaił się nie kto inny, a diabeł! Jednak Dobry Bóg nie dopuszcza diabłu pozostać całkiem niezauważonym. Czasem z worka, który niosą oszuści, wysuwa się róg albo ogon diabła. Ludzie widzą to i w przerażeniu krzyczą: „Ach, co to? Róg? Ogon?” – „A nie, cóż wy takiego mówicie! Jaki tam róg, jaki tam ogon! Przecież to po prostu… bakłażan”, – uspokajają ich oszuści, aby owinąć ich wokół palca i przedstawić diabelstwo jako coś dobrego i pożytecznego.
I tu, do monasteru, pewnego razu przyszła taka grupa na czele z niejakim złudzonym. Oszust zgromadził wokół siebie z dziesięć osób i udawał z siebie ich starca. „Wy co, należycie do jakiejś chrześcijańskiej organizacji? – zapytałem ich. Oni nic nie odpowiedzieli. „Do jakiegoś stowarzyszenia?” Oni milczeli. „A macie wy ojca duchowego?” Milczenie. Potem oni zaczęli podchodzić do mnie i czynić mi pokłony. Ten złudzony (oczarowany) przywiózł ich tu dlatego, aby utrzymać ich w złudzeniu. Potem on będzie mówić: „My byliśmy u Starca Paisija, i on z nami zgadza się!” Ty to rozumiesz? Nie powinienem był nawet spotkać się z nim, bo sam ten fakt, że ja z nim spotkałem się, będzie na rękę temu człowiekowi. On wyglądał bardzo podejrzanie! A oto po jego nieszczęsnych zwolennikach, którzy stali na kolanach, było widać, że są zwiedzeni przez tego oszusta.
- Geronda, Wy nic im nie powiedzieliście?
- Powiedzieć to ja im powiedziałem, jednak przewrotny diabeł, jak tylko oni odejdą stąd, będzie mówić im co innego. Jak nie myciem to wałkowaniem (jak nie w ten, to w inny sposób) on znów sprowadza ich na swoją drogę.
- Geronda, a jak można ochronić siebie przed złudzonymi?
- To można zrobić, pozostając pod ochroną naszej Cerkwi. Oczywiście, jeśli człowiek podąża za złudzonym z niewiedzy, to Bóg go nie opuści. Bóg pomoże takiemu człowiekowi zrozumieć swój błąd i przywróci go do prawdy.
Poprawa uwiedzionego
- Geronda, a co pomoże człowiekowi, mającemu jakieś złudne idee, wrócić do normalnego stanu?
- Jemu pomoże uświadomienie sobie swego do niczego nie zdatnego stanu, wyznanie ojcu duchowemu swoich myśli i posłuszeństwo ojcu duchowemu we wszystkim, co on mówi. Taki człowiek powinien stale prosić o miłosierdzie Boże, aby do niego znów powróciła Łaska Boża. To znaczy, dla tego aby powrócić do normalnego stanu i zbawić się, on musi ukorzyć się, spokornieć.
I popatrz: sądy, rady Boże są bezdennością. Ach, Jego miłość nie ma granic! Pewien człowiek z głową, pełną złudnych idei, często przyjeżdżał na Atos i przychodził do mnie do celi. Co bym mu nie mówił, on nic nie słuchał. Wszystko interpretował odwrotnie. A opuściwszy Świętą Górę, on zaczynał głosić kazania i wyrządzał ludziom wielką (duchową) szkodę. On mówił, że jakoby ja poleciłem mu głosić kazania, i w ten sposób zamraczał ludziom głowy. Kiedyś dawno temu dałem mu w błogosławieństwo kilka książek, tak więc nawet te książki on pokazywał ludziom, aby oni uwierzyli w to, że on ze mną naradza się. Ale pewnego razu, podczas jednego takiego „kazania”, na jakąś chwilę Boża Łaska całkiem go opuściła i on zaczął samymi najohydniejszymi słowami bluźnić Chrystusa i Przenajświętszą Bogarodzicę. Usłyszawszy takie bluźnierstwa, ludzie przerazili się i rozbiegli się. Potem przyjechał policyjny samochód i odwieźli go do szpitala psychiatrycznego. Widzicie, do jakiego stopnia dochodzi miłość Boża! Bóg dopuszcza być zbluźnionemu nawet Swemu Imieniu – aby tylko jego stworzenia otrzymały pomoc i uniknęły zła!
- Geronda, a jeśli jakiś złudzony, zrozumiawszy, że jest w złudzeniu, pokaja się, to czy pokajają się jego zwolennicy?
- Jeśli jego pokajanie jest prawdziwe, to on powinien ukorzyć się, powiedzieć swoim zwolennikom, że on mylił się, i postarać się wyprowadzić ich na właściwą (duchową) drogę. Jednak, kiedy złudne idee takiego człowieka staną się znane, a sam on będzie dalej pozostawać w złudzeniu, jego zwolennicy powinni być łagodnie, akuratnie oświeceni i ostrzeżeni. Przecież niektórzy złudzeni dochodzą do tego, że rozpowszechniają swoje idee wewnątrz Cerkwi. A dlatego jest niebezpieczeństwo, że zwolennicy takich ludzi, nagle dowiedziawszy się o tym, że to, czego ich uczono, było złudzeniem, ulegną pokusie (uwiedzeniu) i oderwą się od Cerkwi.
O uwiedzeniu pięćdziesiątników [123]
- Geronda, ci, którzy wykolejają się w złudzenie pięćdziesiątników, opowiadają, że bywają u nich widzenia, oni rozmawiają w różnych językach i temu podobne. To, o czym oni opowiadają, – ich fantazja czy też to rzeczywiście się dzieje pod biesowskim oddziaływaniem?
- To dzieje się pod biesowskim oddziaływaniem. Przecież, wykolejając się w herezję pięćdziesiątników (zielonoświątkowców) i przyjmując od nich chrzest, ludzie depczą dokonany nad nimi Święty Chrzest Świętej Prawosławnej Cerkwi. „Wyznaję jeden Chrzest w odpuszczenie grzechów”, – mówi Symbol Wiary. I oto, przyjmując taki sekciarski chrzest, ci nieszczęśni wpadają pod biesowskie oddziaływanie i zaczynają wydawać różne niezrozumiałe dźwięki – jakoby rozmawiali w różnych językach. „To, – mówią pięćdziesiątnicy, – mówi święty duch pięćdziesiątnicy”. Ale to w rzeczywistości nie Święty Duch Pięćdziesiątnicy, a cała kupa duchów nieczystych. I jakież to rozmawianie w różnych językach! Oni szerzą różne bezsensowne bzdury: nawet sami nie rozumieją tego, co mówią. A w dodatku zapisują wszystkie te bzdury na magnetofon i potem prowadzą obrachunki, na podstawie których dochodzą do wniosku: „Na tej taśmie tyle-to razy „Alleluja” wypowiedziano w takim-to języku, tyle-to razy – w takim-to…” I czego już tam: przecież w całej tej abrakadabrze istotnie można odnaleźć jakieś dźwięki, które będą podobne do „Alleluja” w jakimś z języków świata! Popatrz, przecież takie „rozmawianie językami” – dzieło biesowskie. Jednak tą biesowszczyznę oni uważają za działanie Świętego Ducha i przekonują, jakoby oni przeżywają to, co przeżyli w dniu Świętej Pięćdziesiątnicy świeci apostołowie. To, w co oni wierzą, jest bluźnierstwem (na Boga), i dlatego ci ludzie stają się opętanymi.
- Geronda, a dlaczego oni ponownie chrzczą się?
- Ponieważ oni mówią: „Ja byłem chrzczony jako niemowlę i nie wiedziałem tego, co zamierzają ze mną robić, a oto teraz ja chrzczę się, będąc tego świadomym”. W taki sposób, oni ponownie chrzczą się i jakoby usprawiedliwiają swoje grzechy (popełnione przed tym sekciarskim chrztem). Ale gdyby Cerkiew nie dokonywała chrztu niemowląt, to co byłoby z duszami dzieci, które umierają nieochrzczone? Dlatego w Sakramencie Świętego Chrztu chrzestny staje się poręczycielem za niemowlę, on wymawia (za nie) Symbol Wiary i ponosi za maleństwo odpowiedzialność, póki to nie podrośnie. I czyż chrzcić niemowlęta – to niesprawiedliwość wobec nich? Oczywiście, nie. Przeciwnie – ochrzczone dziecko otrzymuje boską pomoc, dlatego że przyjmuje Priczastije Świętych Chrystusowych Tajemnic. A jeśli, stawszy się dorosłym, ono splami Sakrament Świętego Chrztu jakimś grzechem, to i to nie znaczy, że trzeba chrzcić się ponownie! W Cerkwi jest Pokajanie i Spowiedź, które obmywają człowieka z popełnionego przez niego grzechu.
O chodzących po ogniu [124]
- Geronda, opowiadają, że w święto Świętego Konstantyna chodzący po ogniu chodzą po rozżarzonych węglach i nie spalają się. Co to za zjawisko?
- To biesowskie zjawisko i jednocześnie oszustwo. A to, że oni tańczą na węglach, trzymając w rękach jakąś ikonę czy krzyż, – to bezwstydność, ponieważ postępować tak – znaczy wyrzekać się wiary. Od takich ludzi oddala się Łaska Boża, i dlatego im pomaga diabeł. Bo jak to możliwe, żeby po tym wszystkim diabeł im nie pomógł? Przecież oni „mają prawo” do jego pomocy!
Ale w tej sprawie, w chodzeniu po węglach, im pomaga i ich własna chytrość. Chodzący po ogniu przychodzą na miejsce, gdzie będzie odbywać się przedstawienie wcześniej, i wszystko przygotowują. To znaczy oni palą gałęzie platanu, które zostawiają po sobie mało węgli i dużo popiołu, i, tańcząc, wiedzą gdzie stąpać. Dlaczego, ciekawe, oni nie kładą do ogniska gałęzi dębu albo drzewa poziomkowego, po spaleniu których węgle długo nie gasną? Oto niech ktoś inny rozpali im ognisko, a oni potem niech pójdą i potańczą tam na węglach!
Jeden człowiek powiedział mi: „Oto przecież cud! Chodzący po ogniu chodzą gołymi nogami po węglach i nie spalają się”. – „I to wydaje ci się dziwne? – zapytałem go. – Biesy przebywają w ogniu piekielnej męki wiele lat, a teraz już wieków, i też nie spalają się! To właśnie trzeba podziwiać, a nie to, że ktoś nie spala się, trochę pochodziwszy po węglach i popiele”.
Reinkarnacja [125]
- Geronda, dlaczego niektórzy ludzie, nawet wykształceni, wierzą w reinkarnację?
- Reinkarnacja zadowala ludzi, zwłaszcza ludzi bezbożnych, niewierzących. Ta fałszywa nauka – największa chytrość diabła. Diabeł utrzymuje takich ludzi w grzesznym życiu myślą o tym, że ich dusze jakoby odchodzą z tego świata i znów do niego wracają. „Pomyślisz, jaka sprawa, – wpaja diabeł zwolennikom reinkarnacji. – Jeśli tym razem ty pocierpisz niepowodzenie, to powodzenie oczekuje ciebie następnym razem, kiedy ty znów wrócisz do tego życia. A jeśli pocierpisz niepowodzenie znów, to ty znów powrócisz, a potem jeszcze raz… Ty przejdziesz ewolucję!” Po tym ludzie mówią: „Nic strasznego w tym, że ja popełnię jeszcze i ten grzech” – i na wszystko machają ręką. Oni żyją nieuważnie, nie kajają się. Widzisz, jak diabeł oślepia tych ludzi i utrzymuje ich w piekle! Ja nie widziałem chytrości i wymysłu diabła większego, niż fałszywa nauka o reinkarnacji: on wymyślił to dla tego, żeby gromadzić ludzi w piekle. A jeśli diabeł jeden raz pochwyci ciebie, to myślisz, on pozwoli tobie wrócić z powrotem? Teoria reinkarnacji – najgorsza ze wszystkich hinduistycznych teorii.
Pewnego późnego wieczoru do mnie do celi przyszedł jeden młodzieniec. „Ty przyszedłeś do mnie o takiej porze, kiedy ja zamierzam czytać wieczernię”, – powiedziałem mu. „I ty ciągle jeszcze zajmujesz się taką bzdurą?” – odpowiedział on i odszedł. Następnego dnia znów przyszedł i zaczął opowiadać mi o widzeniach które miał. „A ty, – mówię, – wcześniej haszyszem nigdy nie bawiłeś się?” – „Tak, – mówi, – wcześniej bawiłem się. Jednak tym razem, kiedy miałem te widzenia, ja nie paliłem żadnego haszyszu!” – „A być może, – zapytałem go, – ty czytałeś książki o reinkarnacji?” – „Tak”, – odpowiedział on mi. Oto i na tym on się sparzył. On naczytał się o reinkarnacji, do tego domieszał się egoizm, i diabeł zaczął pokazywać mu sny o tym, że tysiąc lat twemu on był wielkim człowiekiem! Pieniędzy kury nie dziobały (miał ich mnóstwo)! Potem w widzeniu on był „porwany na niebo”, jednak na niebie jeszcze „nie był zapisany”, i dlatego kazali mu zejść. Do tego stanu doprowadził go diabeł. „Wszystko, o czym ty mi opowiedziałeś, – powiedziałem mu, – to nierzeczywistość, fikcje. A ty im uwierzyłeś?”
Niestety, są i wykształceni ludzie, którzy wierzą w podobne głupoty. U mnie przy celi pasł się jeden osiołek. Był żwawy, rozbrykany, i dlatego nazwałem go Naserem [126]. Pewnego razu do mnie przyszedł pielgrzym – Grek, żyjący w Szwajcarii. On usłyszał, jak nazywałem osiołka Naserem, i, przyjechawszy następnym razem, przywiózł z sobą dwa pudełka ze słodyczami – jedno proste, drugie upominkowe. „Te słodycze tobie”, – powiedział mi i wręczył pudełko z prostymi słodyczami. „A oto te wykwintne – dla Nasera. Ja jeszcze tamtym razem zrozumiałem, że on prawdziwy Naser. Kiedy spotkałem się z nim, on popatrzył na mnie tak smutnym spojrzeniem, że przebił mi serce!” To znaczy on myślał, że Naser reinkarnował i stał się osłem! I wierzył w to! „Bracie ty mój, – powiedziałem mu, – czy ty jesteś w swoim rozumie? Ja nazywam osła Naserem, ponieważ on jest zwinny!” Ale, pomimo wszystkich moich starań on mnie nie rozumiał.
Ale to nie wszystko! Opowiem wam o jeszcze jednym przypadku. Kilka lat temu na Kretę przyjechała grupa Niemców, aby uczcić pamięć niemieckich żołnierzy, zabitych podczas okupacji Grecji przez Niemców. Kiedy Niemcy przeprowadzali swoją imprezę, obok nich przechodził jeden chrześcijanin z osłem, załadowanym zakupami. Zobaczywszy tłum ludzi, osioł zaczął ryczeć. Jeden z Niemców zrozumiał to w ten sposób, że ryczący osioł był jego zabitym na wojnie bratem, inkarnowanym w osła! Zrozumiawszy, że „brat” poznał go i powitał swoim rykiem, Niemiec stanął na baczność i wyciągnął do przodu rękę w geście wojskowego salutu… I śmiech i grzech!.. Niedługo myśląc, Niemiec podbiegł do chłopa i zapytał go: „Ile ty chcesz za osła? Ja go kupię”. – „A idź ty, wiesz gdzie”. – Odpowiedział mu chłop. Jednak Niemiec, nie słuchając go, już odliczał marki: więcej, jeszcze więcej… „A idź ty, – odmawiał go chłop, – daj mi przejść”. Jeszcze więcej, jeszcze więcej… W ostatecznym końcu jeden z obserwujących tę scenę powiedział chłopowi: „Dureń, ty, dureń. Przecież on płaci tobie za osła tyle co za „Mercedesa”. Więc oddaj mu go”. Chłop postał, pomyślał, potem rozjuczył osła, zdjął z niego siodło i przekazał zwierzę Niemcowi. Niemiec ze złami w oczach zabrał osła i powiózł go do Niemiec!
- Geronda, to wszystko poważnie?
- Poważniej nie bywa! Ja i sam bym w to nie uwierzył, gdybym nie usłyszał tej historii od jednego poważnego człowieka.
O ascetycznych ćwiczeniach w hinduizmie [127]
- Geronda, hinduiści osiągają pewne panowanie nad sobą, dlatego że pomagają im wzmożone ćwiczenia, którymi oni zajmują się w jodze?
- Zajmować się wszystkimi tymi ćwiczeniami oni zajmują się, tylko co osiągają w ostatecznym efekcie? Prawosławna wstrzemięźliwość i w ogóle duchowa asceza zawsze ma na uwadze wyższy duchowy cel – uświęcenie duszy. A szatańska światowa asceza tych, o kim rozmawiamy, dokonywana jest dla tego, aby ciało stało się elastycznym, żeby można było kręcić rękami i nogami, podobnie do papierowego Karagiozisa [128], żeby tymi „ascetami” zachwycali się niektórzy nierozumni ludzie i dla tego, żeby wyśmiewali się z nich godne pośmiewiska biesy. Ten, kto zajmuje się taką wschodnią ascezą, od dziecięcego wieku zaczyna rozciągać sobie nogi, jedną nogę zakłada za jedno ramię, drugą – za drugie i, siedząc w takiej pozycji, modli się. Oni nabijają odciski na rękach, ponieważ przez długie godziny uderzają pięściami o worek z grysem, i dlatego mogą rozbijać kamienie, deski i temu podobne.
Ale odczucia i przeżycia, o których opowiadają zwolennicy wschodnich religii, podlegają wyjaśnieniu. Na przykład, dotykając się językiem do czubka nosa czy też, przeciwnie, wciągając go do środka i dotykając końcem języka do krtani, oni odczuwają jakieś podrażnienie, podniecenie doświadczają pewnej słodyczy łaskotania i mówią: „My wypiliśmy nektar (napój bogów)”. Potem tacy „asceci” przyciskają palcami nerwy przy uszach i zaczynają słyszeć jakieś buczenie: „U-u-u…” Muzyka!.. Albo też oni naciskają palcami na oczy, i w ich oczach zaczynają migać gwiazdki! A to, bywa, wytrzeszczą szeroko otwarte oczy na słońce, potem przymrużą oczy i widzą światło! „Oto, – mówią, – osiągnęliśmy to, czego chcieliśmy. Zobaczyliśmy niestworzone światło!” A potem diabeł mówi im: „A-a, więc chcecie wy światła? No więc cóż, ja wam go dam”. Diabeł rozpala ich wyobraźnię, i w efekcie oni widzą „światło”, już nie naciskając na oczy palcami i nie patrząc na słońce. Nas (prawosławnych mnichów) diabeł często stara się skusić (oczarować), pokazując jakieś światło albo coś podobnego. My go nie prosimy o to, nawet odwracamy się do tego światła plecami a on mimo wszystko nas kusi! Cóż wtedy mówić, jeśli sam człowiek prowokuje do tego diabła! Przecież diabłu tylko daj powód!
- Geronda, to znaczy diabeł pokazuje im różne obrazy?
- Tak, on rozpala, wyostrza ich wyobraźnię do wysokiego stopnia i potem wtrąca ich w złudzenie.
A niektórzy nasi rodacy jadą do hinduistycznych nauczycieli. Hinduiści uczą ich mówić w swoim języku różne bluźnierstwa o Chrystusie, o Przenajświętszej Bogarodzicy, o Świętych. Jedni z nich wiedzą, że to bluźnierstwo, drudzy – nie wiedzą. I, w ten sposób, ci ludzie stają się opętanymi. Potem oni zaczynają wypowiadać „niewypowiedziane słowa”. Oni dochodzą do szaleństwa, niepoczytalnego stanu nie do panowania, a ludzie, widząc ich, myślą, że ci są w duchowym stanie! Ale stan ten – biesowski.
Hinduizm wyrządził wiele zła
Hindusi – naród mądry. Oni (nie zadawalają się ziemskim), ich niepokoi (interesuje) to, co leży poza granicami natury. I oni obdzieleni są bogatym sercem. Ale, pomimo tego, oni zajmują się niby filozofią, czarującymi (wprowadzającymi w złudzenie) naukami i magią, czarownictwem. Hindusi demoralizują europejczyków swoimi teoriami. I popatrz na tych, którzy przewodzą wschodnim ruchom religijnym: sami oni z budowy ciała są jak byki podczas gdy większość ludzi w tych krajach umiera z głodu! Ci nauczyciele przyjeżdżają i do nas do Grecji, tumanią ludzi nirwaną – możliwością popróżnowania, reinkarnacją… Poza tym wszystkim oni wykorzystują w swoich książkach fragmenty z Pisma Świętego, z Dobrotolubia (Filokalii), z patrystycznych książek i w ten sposób przyciągają do siebie ludzi. Czyż można było sobie wyobrazić w poprzednich czasach prawosławnych, wierzących hinduistycznym teoriom! A teraz nawet niektórzy, jakby to lepiej powiedzieć, poprawni, pozytywni ludzie podtrzymują, popierają podobne głupoty i dają tym nauczycielom mnóstwo pieniędzy. Hinduizm wyrządził nam ogromne zło.
- Geronda, a czy są w Indiach prawosławni chrześcijanie?
- Bardzo mało. Zostawało niewielu członków tej Cerkwi, którą założył w Indiach apostoł Tomasz, ale odstąpili i oni. Jedni z nich zostali katolikami, drudzy – protestantami. Dzisiaj prawosławnych w tych krajach można policzyć na palcach.
To, co inne religie czy ruchy religijne uznają za cuda, nie ma najmniejszego związku z cudami naszej wiary. Chrystus chce od nas luboczestija. On nie chce, abyśmy kochali Go, dlatego że jest On wszechmocny. Gdyby On zechciał, to mógłby dokonać jakiegoś cudu i cały świat natychmiast uwierzyłby w Niego. Jednak, postąpiwszy tak, On związałby wolność człowieka. Dlatego Chrystus mówi: „Błogosławieni, którzy nie widzieli i wierzą” [129].
W Prawosławiu jest cudo i Boża Łaska. W hinduizmie – czarodziejstwo i filozofia. Cudo hinduizm zastępuje czarami, a Bożą Łaskę – filozofią. Diabeł daje siły guru, czarodziejom i temu podobnym, ponieważ oni sami dają mu prawa nad sobą. W taki sposób, ci ludzie mogą czynić jakoby cuda, widząc które, inni zachwycają się.
Od tego momentu jak człowiek, zafascynowany wschodnimi religijnymi naukami, widzi, że ten, kto czyni fałszywe cuda, nie ma najmniejszego pokrewieństwa z Chrystusem, on powinien zrozumieć, że wszystko, czynione przez takiego „cudotwórcę”, jest diabelskim oszustwem. Diabeł nie jest zdolny mówić prawdy. On mówi same kłamstwa i wprowadza w zbłądzenie stworzenia Boże. Jeśli ludzie, którzy związali się ze wschodnimi naukami, wcześniej trochę poznali Prawosławie i mają dobre usposobienie, to oni zastanawiają się, widząc, że życie wschodnich czarodziejów jest nieczyste, zaplątane, podczas gdy w Prawosławiu oni znajdują czyste życie i wyższe (duchowe) dary. W Prawosławiu oni znajdują ludzi, mających świętość i czyniących prawdziwe cuda.
Dobroć w Prawosławiu jest przelaniem miłości człowieka do Boga i do swego bliźniego. Wszystkie pozostałe formy dobroci, które praktykowane są prze innowierców, oczarowanych, złudzonych, i podobnych do nich, nie mają duchowych podstaw (życia) w Chrystusie, jednak mogą mieć w sobie jakieś pozytywne ludzkie podstawy. Ten, kto prawidłowo żyje prawosławnym życiem, ma pokorę, miłość i całkowicie oddaje siebie bliźniemu, składa siebie w ofierze. I swoje ascetyczne trudy, posty, czuwania on też dokonuje z miłości do Boga, a nie dla tego, aby odczuć coś przyjemnego.
Chrystus przyszedł na ten świat dlatego, aby przecierpieć ukrzyżowanie z miłości do Swego stworzenia. Najpierw On przecierpiał ukrzyżowanie, a potem zmartwychwstał. Prosić o duchowe radości – to prosta (tania, bezwartościowa) sprawa. Inna sprawa, jeśli niebiańskich słodkości da skosztować człowiekowi Sam Chrystus. A oto ci, kto zajmuje się, na przykład, przeróżnymi hinduistycznymi filozofiami, jogą i temu podobnymi, robią to, dążąc osiągnąć jakoby duchowy stan, ekstazę. Oni dążą doświadczyć rozkoszy albo wznieść się ponad innych – przy tym nie mając do nikogo żadnego współczucia, zainteresowania.
Załóżmy, że zwolennik wschodniej religii siedzi na morskim brzegu i zajmuje się „samokoncentracją”. Jeśli, w tym czasie jak on zajmuje się swoją sprawą, w morzu będzie tonąć człowiek i krzyczeć: „Pomóżcie!” – to wyznawca wschodniego kultu pozostanie całkiem obojętny do jego krzyku. On nawet nie poruszy się, nie zejdzie ze swego miejsca, aby nie stracić rozkoszy, której doświadcza. A oto gdyby na jego miejscu był prawosławny mnich, który czyniłby modlitwę Jezusową, to, usłyszawszy krzyk tonącego, on natychmiast odłożyłby na bok czotki i rzuciłby się w morze ratować człowieka.
Jak dają zwodzić się ludzie
- Geronda, kiedy przed Drugim Przyjściem na Ziemię przyjdą prorocy Ilja i Jenoch dla głoszenia pokajania, to czy zrozumie świat ich głoszenie, czy dojdzie on do czucia, opamięta się?
- Ci, u kogo jest dobre usposobienie, zrozumieją. A ci, u kogo dobrego usposobienia nie ma, nie zrozumieją i zostaną zwiedzeni, ulegną złudzeniu. Chrystus uprzedzał nas o tym, że powinniśmy być bardzo uważni, ponieważ „powstaną fałszywi chrystusowie i fałszywi prorocy i dadzą znaki i cuda aby uwieść jeśli możliwe i wybranych” [130].
Są ludzie, którzy przyjmują niektórych uwiedzionych w złudzenie za proroków. Kilka lat temu jeden protestant, nie przestając, jeździł z jednego miasta do drugiego, mając przy sobie skórzaną walizeczkę, na której była naklejka z napisem po angielsku: Ja – Eliasz Prorok!” Ten protestant był odziany w koszulę z krótkimi rękawami, miał przy sobie Pismo Święte w języku angielskim i mówił ludziom, że on zstąpił z nieba! Kiedy go pytali, w co on wierzy i do jakiej religii odnosi się, on odpowiadał: „E, teraz wszystko to nie ma żadnego znaczenia! W tym czasie, kiedy ja jeszcze żyłem na ziemi, żadnych religii nie było!” Ty to rozumiesz? Znaczy więc, wszyscy: katolicy, protestanci, pięćdziesiątnicy, wszystkie herezje i wszystkie heretyckie odłamy – dla tego protestanta nie miały żadnych różnic. Ale czyż po tym nie staje się jasne, co to za „prorok”? A ile listów on mi przysyłał! Wszystkie jego listy upstrzone były cytatami Pisma Świętego i przeróżnymi protestanckimi ideami. On przysyłał całą kupę listów i innym ludziom: jednym – z Anglii, drugim – z innych miejsc. Niektórzy uwierzyli mu i nawet chcieli opublikować w pewnym czasopiśmie artykuł o tym, że Przyszedł Prorok Eliasz. „A wy macie rozum? Powiedziałem tym ludziom. – Cóż wy zamierzacie robić?” Nieszczęśni ludzie: u nich całkiem zamroczona głowa!
Nawet po prostu słuchając to, co mówią złudzeni, człowiek grzeszy. Niektórzy mówią: „Jeśli ty uwierzysz w to, że jakieś wydarzenie nastąpi, to ono nastąpi”. Taka wiara – wiara w swoje „ja”, jednak za tym „ja” ukrywa się tangałaszka. Tacy ludzie czynią swoje „ja” bogiem i pozbawiają się Bożej Łaski. I oto podobnymi teoriami niektórzy starają się wprowadzić ludzi w zbłądzenie. Jeden taki złudzony, około czterdziestopięcioletni, udawał że jest absolwentem szkoły teologicznej na Chałki [131] i głosił przeróżne hinduistyczne teorie. „Rozprzestrzeniając wszystkie te uszlachetnione hinduistyczne głupoty, – powiedziałem mu, – i jednocześnie podając się za absolwenta szkoły na Chałki, ty szkodzisz i sobie samemu i ludziom. Bądź uważny: bo możesz zostać opętanym”.
- Geronda, a dlaczego niektóre rozpowszechnione w Grecji pseudoreligijne (antyreligijne) ruchy starają się przedstawić siebie jako niereligijne zrzeszenia, kluby, społeczności i temu podobne? Dlaczego oni nie mówią o tym, że treść ich nauczania jest religijna?
- Oni robią to dlatego, żeby oszukać, uwieść ludzi. I popatrz: przecież jeszcze równy apostołom Konstantin Wielki zniósł bałwochwalstwo i uczynił chrześcijaństwo państwową religią całego ówczesnego imperium Rzymskiego. I oto dzisiaj znów chcą wrócić do bałwochwalstwa. (Na szczeblu państwowym) pozwalają budować meczety, różnym tam guru – zakładać u nas swoje monastery, swobodnie występować z wykładami, otwierać przeróżne centra prozelityzmu… Masoni działają u nas swobodnie, jehowi też… Na Prawosławie ruszyła cała kupa przeróżnych religijnych nauk. Ale wszystko to nie utrzyma się – rozpadnie się jak karciany domek.
Nieszczęśni ludzie dają się wciągnąć przez te wszystkie fałszywe nauki, ponieważ oddalili się oni od Boga i doszli do zamroczenia! Dwóch młodzieńców opowiadało mi, jak, podróżując po Świętej Ziemi, oni przyjechali do Chewronu pokłonić się grobowi Abrahama, i tam ich puścili do grobu tylko pod tym warunkiem, że oni włożą żydowskie czapeczki. Ale jeśli ty włożyłeś na swoją głowę rzecz, która stosowana jest w żydowskim religijnym kulcie, to jak pomoże ci prawosławna pielgrzymka?
I co tu powiesz! Dzieje się straszny (duchowy) bałagan! W Paryżu przy wejściu do jednej rzymsko-katolickiej cerkwi powiesili tabliczkę: „Dajemy lekcje Jezusowej modlitwy według metody jogi”. Do czegoż oni się stoczyli! A potem u takich „modlitewników” zaczynają się nieporządki z głową i oni tracą rozum. Oni nie wiedzą, o co proszą. Niektórzy rzymscy-katolicy, protestanci i podobni im dowiadują się o tym, że podczas Chrztu w Prawosławnej Cerkwi człowiek zmienia się, odradza się. I oto ci ludzie uważają, że, jeśli oni też ochrzczą się Prawosławnym Chrztem, stan ich psychiki znów wróci do normy. Jeden protestant chciał zostać prawosławnym. Kiedy ci, kogo on poprosił o Chrzest, przyszli do mnie, ja powiedziałem im: „Posłuchajcie, nie trzeba go chrzcić. On nie jest gotowy do Chrztu”. – „Nie, – odpowiedzieli mi oni, – jeśli on ochrzci się, to otrzyma pomoc”. – „Ale przecież on nie jest gotowy do Chrztu! Czyż wy tego nie rozumiecie?” Ale oni mnie nie posłuchali, odwieźli tego protestanta na morze i ochrzcili! Po dwóch-trzech dniach on przychodzi do mnie do celi i oświadcza: „Ja ochrzciłem się, ale stanu mojej psychiki Chrzest nie poprawił”. – „Posłuchaj-no, a czyż ty chrzciłeś się dla tego, aby poprawił się stan twojej psychiki? – zapytałem go. – Patrz: gdybyś ty odczuwał konieczność Chrztu, gdybyś rozumiał jego godność i dla tego wielkiego majestatu dążył byś do tego Sakramentu, wtedy i twoja psychika wróciłaby do normy. Ale teraz, kiedy przystąpiłeś do Sakramentu Świętego Chrztu tylko dlatego, aby poprawić nieporządki z psychiką, jakże one naprawią się, te nieporządki? Myślisz, że one naprawią się magicznie?”
Ci ludzie mylą magię z cudem. Oni nie mogą odróżnić złota od brązu. Ty popatrz: jakiś protestant może przyjąć, na przykład, Prawosławny Chrzest, a potem zostać katolikiem, potem, powiedziawszy: „Nie, to mi tę się nie podoba”, znów wrócić do protestantyzmu albo do Prawosławia. Pewien katolik przyjął Prawosławny Chrzest, został mnichem i dziewięć lat przeżył w prawosławnym monasterze. Jakoś przyszedł on do mnie do celi i oświadczył: „Jako prawosławny ja jeszcze nie żyłem świeckim życiem i dlatego chcę odejść do świata i ożenić się!” Ty tylko posłuchaj! I oprócz wszystkiego innego, kiedy mu mówisz, jak ciężkim grzechem jest tak myśleć, on ci odpowiada: „A dlaczego to ciężki grzech? Ja zrozumieć tego nie mogę”.
Powrót do Prawosławia
Dzisiejsi dziwni ludzie znajdują zadowolenie w tym, co dziwne, a nie w tym, co właściwe, słuszne. Na przykład, oni jadą do Indii, które są na drugim krańcu ziemi i które słyną ze swojej magii, czarów. A o Świętej Górze Atos, która jest w ich Ojczyźnie, obok nich i zachowuje prawdziwe życie w Chrystusie, oni nie wiedzą, lekceważą ją! Pewien student opowiadał mi o tym, że on jeździł do Indii i przeżył tam trzy i pół roku. On próbował poznać i zrozumieć, jaka religia jest prawdziwa. W ostatecznym końcu jeden hindus powiedział mu: „Dlaczego ty tu przyjechałeś? To, czego ty szukasz, jest w Prawosławiu. Światło idzie stamtąd. Jedź na Świętą Górę Atos, i znajdź tam to, czego szukasz [132]. W taki sposób, młodzieniec wrócił do Grecji i przyjechał na Świętą Górę.
- Geronda, kiedy prawosławny chrześcijanin, który związał się z różnymi wschodnimi religijnymi kultami, kaja się w tym, to Prawosławna Cerkiew znów przyjmuje go do grona Swoich członków?
- Takiemu człowiekowi niezbędne jest wielkie pokajanie i pomazanie Świętym Mirem. Jeśli on zechce powrócić do Prawosławia i znów stać się członkiem Cerkwi, to według reguł on powinien najpierw pisemnie wyrzec się złego głosicielstwa wschodnich kultów, wyznać prawosławną wiarę, a po tym kapłan powinien przeczytać nad nim modlitwy o nawracającym się do prawdziwej wiary [133] i pomazać (namaścić) go Świętym Mirem.
Ja widzę jak niektórzy młodzi ludzie – nasi rodacy, nie przeczytawszy ani linijki z Ewangelii, zaczynają czytać bramińską i buddyjską literaturę, Koran i temu podobne. Jadą oni i do hinduskiego guru. Potem tam im nie podoba się i oni wracają do Prawosławia, jednak już zaraziwszy się w tych wschodnich kultach całą kupą różnych (duchowych) mikrobów. Ludzie ulegają zepsuciu, i potem im trudno znaleźć prawdę. Niech człowiek najpierw (przez życiowe doświadczenie) pozna Prawosławie, a potem – jeśli Prawosławie mu nie podoba się – odchodzi z niego. Niech on pozna Prawosławie właściwie i potem porówna je z różnymi religijnymi naukami, o których słyszy. Przecież, poznawszy Prawosławie, człowiek będzie mógł odróżnić podróbkę od złota albo zrozumieć, jak czyste jest złoto, ile w nim karatów. Takiego człowieka nie oszukasz plewami, on nie przyjmuje za złoto tego wszystkiego, co błyszczy.
Ja zwróciłem uwagę oto na co: z Prawosławia odchodzą tylko egoiści. Człowiek pokorny z Prawosławia nigdy nie odchodzi.
„Dla tego aby doznać wewnętrznego spokoju, trzeba wyczyścić siebie z nieczystości. To trzeba zrobić poprzez spowiedź. Odkrywając serce ojcu duchowemu i wyznając mu swoje grzechy, człowiek pokornieje. W ten sposób otwierają się mu niebiańskie drzwi, jego szczodrze ocienia Łaska Boża i on staje się wolnym”
Przy pomocy spowiedzi człowiek uwalnia się
- Geronda, w pierwsze lata chrześcijaństwa wszyscy członkowie Cerkwi spowiadali się publicznie. Czy jest pożytek od takiej publicznej spowiedzi?
- Pierwsze lata chrześcijaństwa – to jedno, a nasze lata – inna sprawa. Dzisiaj pożytku od takiej publicznej spowiedzi nie ma.
- Dlaczego, Geronda? W tamtych czasach u chrześcijan było więcej gorliwości?
- I gorliwości u nich było więcej i tego, do czego my dotoczyliśmy się dzisiaj, u nich nie było. Dzisiaj nie tak, jak dawniej, – ni z tego ni z owego rozwodzą się małżonkowie, rozpadają się rodziny.
Oddaliwszy się od Sakramentu Spowiedzi, ludzie duszą się w myślach i namiętnościach. Wiecie, ilu ludzi przychodzi do mnie i prosi, abym pomógł im w jakiejś trudności? Ale przy tym ci ludzie ani do spowiedzi, ani do cerkwi nie chcą iść! „A do cerkwi to ty choć chodzisz?” – pytam. „Nie”, – odpowiadają oni. „A ty choć kiedykolwiek spowiadałeś się?” – pytam znów. „Nie. Ja przyszedłem do ciebie, abyś ty mnie uzdrowił (postawił na nogi)”. – „Ale jak ja ciebie uzdrowię? Ty powinieneś pokajać się w swoich grzechach, trzeba wyspowiadać się, chodzić do świątyni, przyjmować Priczastije – jeśli masz na to błogosławieństwo swego ojca duchowego, – a ja będę modlić się o twoje zdrowie. Czyż ty zapominasz o tym, że jest i inne życie i do niego my musimy przygotowywać się?” – „Posłuchaj-no, ojcze, – sprzeciwiają się w odpowiedzi tacy ludzie, – wszystko to, o czym ty mówisz – cerkwi, inne życie i temu podobne, – nas nie interesuje. Wszystko to bajki. Ja byłem u czarowników, byłem u ekstrasensów, jasnowidzów, i oni nie mogli mnie uzdrowić. I oto dowiedziałem się, że uzdrowić mnie możesz ty”. Wyobrażasz, co się dzieje! Ty mówisz im o spowiedzi, i przyszłym życiu, a oni odpowiadają, że „wszystko to bajki”. Ale jednocześnie proszą: „Pomóż mi, bo siedzę na tabletkach”. Ale jak ja im pomogę? Czyż wyzdrowieją oni w magiczny sposób (bez wysiłku ascetycznego)?
I popatrz, wielu ludzi, wymęczonych problemami, które sami sobie stworzyli swoimi grzechami, nie idą do ojca duchowego, który może im rzeczywiście pomóc, lecz kończą tym, że „spowiadają się” u psychologa. Oni opowiadają psychologom historię swojej choroby, radzą się z nimi o swoich problemach, i ci psychologowie (swoimi radami) jakby wrzucają swoich pacjentów w środek rzeki, którą im trzeba przejść. W rezultacie nieszczęśnicy albo toną w tej rzece, albo jednak dopływają do drugiego brzegu, jednak nurt znosi ich bardzo daleko od tego miejsca, w którym chcieli oni się znaleźć… A oto przyszedłszy na spowiedź do ojca duchowego i wyspowiadawszy się, tacy ludzie bez ryzyka i strachu przejdą rzekę po moście. Przecież w Sakramencie Spowiedzi działa Łaska Boża i człowiek uwalnia się od grzechu.
- Geronda, niektórzy ludzie tłumaczą się: „My nie możemy znaleźć dobrego ojca duchowego i dlatego nie idziemy spowiadać się”.
- Wszystko to wymówki. Każdy ojciec duchowy, skoro jest on obleczony w epitrachelion, posiada boską władzę. On sprawuje Sakrament, on posiada Bożą Łaskę, i kiedy czyta nad tym kto pokajał się rozgrzeszającą modlitwę, Bóg zmazuje wszystkie grzechy, z których ten wyspowiadał się ze szczerym pokajaniem. To, jaką korzyść my otrzymujemy od Sakramentu Spowiedzi, zależy od nas samych. Pewnego razu do mnie do celi przyszedł człowiek, u którego był nieporządek z psychiką. On miał myśl, że ja jestem obdarzony darem przenikliwości (jasnowidzenia) i będę mógł mu pomóc. „Co ty o mnie przewidzisz?” – zapytał on mnie. „Znajdź ojca duchowego i wyspowiadaj się mu, – odpowiedziałem. – Wtedy będziesz spać jak dziecko i wyrzucisz tabletki, które przyjmujesz”. – „W naszych czasach, – odpowiedział on, – dobrych ojców duchowych nie ma. Wcześniej byli, a teraz wyginęli”. Oto jak ci ludzie przychodzą do mnie z dobrą myślą otrzymania pożytku, jednak nie słuchają tego, co ja im mówię. No więc cóż: tylko niepotrzebnie wydali pieniądze na bilety do Atosu.
Jednak ja widzę, że diabeł wymyślił nową pułapkę dla tego, aby złapać ludzi. Diabeł wpaja ludziom myśl o tym, że, jeśli oni wypełniają jakąś złożoną przez nich obietnicę, na przykład jadą na pielgrzymkę do świętego miejsca, znaczy, duchowo są oni w porządku. I oto często widzisz, jak wielu pielgrzymów z wielkimi świecami i ze srebrnymi zawieszkami, które oni obiecali podwiesić do tej czy innej cudotwórczej ikony, jeżdżą po monasterach, po świętych miejscach, wieszają tam te srebrne zawieszki, ocieniają siebie szerokim znakiem krzyża, wycierają napływające do oczu łzy i zadowalają się tym. Ci ludzie nie kajają się, nie spowiadają się, nie poprawiają się i tym samym cieszą tangałaszkę.
- Geronda, czy może mieć wewnętrzny spokój człowiek, który nie spowiada się?
- Jak też on będzie mieć wewnętrzny spokój? Aby odczuć wewnętrzny spokój, koniecznie trzeba wyczyścić siebie od nieczystości. To koniecznie trzeba uczynić poprzez spowiedź. Odkrywając swoje serce ojcu duchowemu i wyznając mu grzechy, człowiek korzy się, pokornieje. W ten sposób otwierają się mu niebiańskie drzwi, jego szczodrze ocienia Łaska Boża i on staje się wolnym.
Przed spowiedzią (duchowy) szczyt człowieka pokryty jest mgłą. Człowiek widzi przez tę mgłę bardzo niejasno, niewyraźnie – i usprawiedliwia swoje grzechy. Przecież jeśli umysł zamroczony jest grzechami, to człowiek widzi jak przez mgłę. A spowiedź jest jak silny wiatr, od którego rozwiewa się mgła i rozjaśnia się horyzont. Dlatego jeśli ludzie, którzy przyszli do mnie poprosić o radę, nie spowiadali się, to przede wszystkim posyłam ich do spowiedzi i mówię, żeby przyszli porozmawiać ze mną już po niej. Niektórzy zaczynają odmawiać się: „Geronda, jeśli ty jesteś w stanie zrozumieć, co ja mam zrobić dla rozwiązania mego problemu, to po prostu powiedz mi o tym”. – „Nawet jeśli ja rzeczywiście jestem w stanie zrozumieć, co ty powinieneś zrobić, – odpowiadam im, – to ty tego zrozumieć nie będziesz w stanie. Dlatego najpierw pójdź wyspowiadaj się, a potem przyjdź i my porozmawiamy”. I prawda, jak można nawiązać z człowiekiem kontakt i dojść do wzajemnego porozumienia, jeśli on „pracuje” na innej (duchowej) częstotliwości?
Poprzez spowiedź człowiek wyczyszcza siebie od wewnątrz od wszystkiego niepotrzebnego – i duchowo owocuje. Pewnego razu, kiedy kopałem swój ogród, aby posadzić kilka krzaków pomidorów, przyszedł do mnie jeden odwiedzający i zapytał: „Co ty robisz, Geronda?” – „Co ja robię? – powiedziałem. – A oto spowiadam swój ogród”. – „A jakże to, Geronda, – speszył się on. – Czyż ogród też potrzebuje spowiedzi?” – „Oczywiście, potrzebuje. Ja przekonałem się, że kiedy wyspowiadam ogród, to znaczy wyczyszczę ziemię z kamieni, chwastów, cierni i temu podobnego, to owoce które on rodzi, są mocne, zdrowe jak do prezentacji! A jeśli ogród zostawić bez spowiedzi, to i wyrosną na jego grządkach jakieś niedorozwinięte żółte i pomarszczone pomidorki!”
Bóg chce, aby człowiek poprawiał się za pośrednictwem człowieka
- Geronda, kiedy ja zderzam się z jakąś trudnością i modlę się o to, aby ją rozwiązać, jak mogę zrozumieć, na czym polega wola Boża?
- Woli Bożej w taki sposób nie odnajdziesz. Lepiej tobie pytać o swoje trudności innych. Nie proś o informację od Boga, jeśli możesz poradzić się z człowiekiem. Przecież inaczej możesz wpaść w złudzenie. Pewien człowiek, przychodząc do świątyni, stawał przed ikonostasem i zaczynał mówić: „Władczyni moja, czy mam wziąć pieniądze ze skrzynki na ofiary?” – „Bierz”, – odpowiadała mu jego myśl. „Dobrze, więc ja je wezmę”, – odpowiadał on swojej myśli i brał pieniądze. Kiedy to zdarzyło się kilka razy, jeden z członków rady parafialnej zauważył, że ze skrzynki na ofiary znikają pieniądze. „Cóż to się dzieje? – zdziwił się on. – Czyż ktoś kradnie pieniądze?” On postanowił dowiedzieć się, kto tym się zajmuje. I co też on zobaczył? Wkrótce przyszedł ten człowiek i wszystko powtórzyło się: „Władczyni moja, czy mam wziąć pieniądze ze skrzynki?.. Dobrze, więc ja je wezmę”. Tak członek rady parafialnej przyłapał go na gorącym uczynku.
Zawsze, kiedy obok jest duchowy człowiek, trzeba go prosić o radę. A oto jeśli człowieka, u którego można spytać, nie ma – na przykład, jesteś gdzieś na pustyni, – jednak żyje w tobie pragnienie posłuszeństwa, wtedy Doby Bóg Sam staje się twoim Starcem. On oświeca i informuje ciebie. Załóżmy, ty nie możesz znaleźć człowieka, który mógłby wyjaśnić ci jakiś fragment z Pisma Świętego. Ale w tym przypadku oświeca ciebie Bóg, i ty rozumiesz ten fragment.
- Geronda, a jak można zrozumieć, w czym jest przyczyna jakiegoś zjawiska w moim duchowym życiu – czy to pokusa przewrotnego czy winna moja własna nieuwaga?
- Trzeba pójść i zapytać.
- Znaczy, człowiek nie może tego zrozumieć sam?
- Nawet jeśli on to i rozumie, pewnym być nie może. Bo tu nawet ten, kto ma doświadczenie, idzie i pyta drugiego. Jeśli sprawa dotyczy osobiście mnie, to ja zawsze pytam kogoś. Kiedy mowa jest o tym, co dotyczy mnie osobiście, to moją własną decyzję – jakby mądrą ona się nie wydawała – ja uważam za największą głupotę. I przy tym ja idę pytać nie tego człowieka, który zawczasu wie, jaka decyzja mi się spodoba, a tego, kto tego nie wie. Popatrz, przecież i lekarz, dla tego żeby być pewnym, że stawia on właściwą diagnozę w ciężkim przypadku, radzi się z innym lekarzem. Tym bardziej powinien radzić się jakiś student! Jak bardzo duchowym nie byłby człowiek, jak dobrze nie umiałby on rozkładać na półeczki dotyczące go sprawy – on nie może znaleźć wewnętrznego spokoju, ponieważ Bóg chce, aby człowiek otrzymywał pomoc od człowieka i poprawiał się przez człowieka. Dobry Bóg urządza to dla tego, aby człowiek ukorzył się, spokorniał. Człowiek powinien wyrażać swoje myśli i to, co się z nim dzieje, swemu ojcu duchowemu, naradzać się z nim i nie rozwiązywać problemów samodzielnie. On też nie powinien sam próbować pokonać tych trudności, które napotyka w swojej duchowej walce – przecież robiąc to, on czyni eksperymenty na samym sobie, przewrotny zły duch może zaplątać go i stworzyć mu (nowe) problemy. Niektórzy ludzie dochodzą do tego, że sami ustalają sobie epitymie. Takie rzeczy są bardzo niebezpieczne.
Chrześcijanin, nie mający ojca duchowego, z którym on mógłby naradzać się, poruszając się po swojej duchowej drodze, zaplątuje się, wybija się z sił, wlecze się w ogonie. Osiągnąć postawiony celu takiemu człowiekowi jest bardzo niełatwo. Jeśli człowiek sam rozwiązuje swoje problemy, to, jak mądrym by on nie był, on zostaje zamroczonym, ponieważ prowadzi się z pewnością (ufnością) sobie i pychą. A oto ten, kto korzy się, z ufnością i samowyrzeczeniem idzie do swego ojca duchowego i prosi o jego zdanie, otrzymuje pomoc. Dzieje się tak, ponieważ w ostatnim przypadku Bóg obowiązkowo oświeca ojca duchowego i ojciec duchowy daje człowiekowi poprawną odpowiedź. Tak oto i w przypadku ze mną. Kim ja przecież jestem? Pokrywką od puszki konserwowej. Jednak jeśli do mnie przychodzi człowiek z myślą, że ja – Święty, to ja zauważam, że doświadczam w sobie jakiejś przemiany i odczuwam, że mówię nie od siebie. Stąd mi jest jasne jak dwa razy dwa to cztery, że człowiek który przyszedł do mnie, przyszedł z czcigodną pobożnością i Bóg, dla tego aby nie postąpić z tym człowiekiem niesprawiedliwie, doprowadza mnie do tego dobrego stanu. W podobnych przypadkach, jeśli pytają ciebie o coś poważnego, Bóg informuje ciebie i ty możesz powiedzieć człowiekowi o tym, co wydarzy się, kiedy wydarzy się i jak on powinien do tego odnieść się.
W duchowym życiu niezbędny jest duchowy kierownik
Dzisiaj najbardziej niezbędne dla ludzi – to znaleźć ojca duchowego, spowiadać się mu, ufać mu i naradzać się z nim. Jeśli, mając ojca duchowego, ludzie urządzają swoje życie tak, aby było w nim miejsce modlitwie i czytaniu duchowych książek, jeśli oni chodzą do świątyni, przyjmują Priczastije, to nie mają w tym życiu czego bać się.
Dla tego żeby dusza nie zbłądziła z drogi, powinien obserwować ją ojciec duchowy. W duchowym życiu bardzo pomaga, na przykład, czytanie duchowych książek, jednak, nie mając duchowego kierownika, człowiek może zinterpretować przeczytane według swego uznania i w ten sposób wpaść w złudzenie. Popatrz, przecież człowiek, który jedzie dokądś samochodem i źle zna drogę, może spoglądać na mapę, jednak, oprócz tego, on zatrzymuje się, żeby zapytać ludzi, jak ma jechać, jak nie zbłądzić z drogi. Na przykład, człowiek wyjeżdża z Aten i kieruje się do Floriny. Mapa to u niego, oczywiście, jest i on do niej zagląda, ale jednak on zatrzymuje się obok jakiegoś kiosku i pyta, czy prawidłowo jedzie, czy dobra przed nim droga. A jeśli nie będzie pytać, to wpadnie w niebezpieczeństwo albo skręci nie tam, gdzie trzeba, i zamiast do Floriny trafi do Kawali, albo spadnie z samochodem z urwiska i rozbije się na śmierć.
Oczywiście, może być i coś takiego: człowiek pyta innych o to, jak ma dojechać gdzie mu trzeba, jednak, usłyszawszy odpowiedź (że trzeba skręcić w drugą stronę), jednak jedzie swoją drogą i w efekcie trafia nie tam, dokąd zmierzał. A jeszcze on może nie zwrócić uwagi na te drogowe niebezpieczeństwa, o których go uprzedzali, i wpaść w wypadek albo w inną jakąś nieprzyjemność. Jednak ten, kto wskazywał mu prawidłową drogę i uprzedzał: „Bądź uważny: w takim-to miejscu ostry zakręt, a w takim-to droga biegnie po krawędzi wysokiego urwiska…”, otrzymuje swoją nagrodę. To samo powinno dziać się i w duchowym życiu. Wierzący musi mieć ojca duchowego, który pomagałby mu poprzez Sakrament Spowiedzi, udzielał rad. Tylko tak człowiek może żyć duchowym życiem i być pewny tego, że znajduje się na właściwej drodze.
Oczywiście, duchowego kierownika człowiek wybiera sobie (sam). Powierzać swojej duszy każdemu spotkanemu-przeciwnemu nie trzeba. Podobnie temu jak, dbając o zdrowie cielesne, człowiek poszukuje dobrego lekarza, tak samo, troszcząc się o zdrowie duszy, trzeba postarać się znaleźć dobrego ojca duchowego i chodzić do tego ojca – lekarza duszy – regularnie.
Posyłajcie ludzi do ojca duchowego
- Geronda, często ludzie, którzy przychodzą do nas do monasteru, widzą, że my odziane jesteśmy w sutanny, i to zachęca ich rozmawiać z nami o swoim bólu, o swoich problemach – nawet spowiadać się. Jak mamy odnosić się do takich ludzi?
- Kiedy ludzie zwracają się do was z zapytaniem o to, co ich męczy, najpierw pytajcie ich: „Czy macie ojca duchowego?” I ja też mówię tym, którzy przychodzą do mnie do celi: „Ja nie jestem ojcem duchowym. Idźcie do swego ojca duchowego i róbcie to, co on wam powie”. Ludzie powinni pokajać się. Oprócz tego, oni powinni mieć ojca duchowego i spowiadać się przed nim – aby diabeł został pozbawiony tych praw, które oni sami mu nad sobą dali. Jeśli mniszka jeden raz podzieli ból jakiejś umęczonej kobiety, która przyszła do monasteru opowiedzieć o swoich problemach, i, wysłuchawszy, pośle ją do ojca duchowego, ja to rozumiem. Jednak prowadzić rozmowy z tą nieszczęsną kobietą regularnie – to nieprawidłowo. Jeśli zaś jakiejś kobiety nie zadawala jej ojciec duchowy, albo ona nigdy nie była na spowiedzi, albo jest w stanie rozpaczy, to niech mniszka – wysłuchawszy ją jeden raz – znowuż odeśle ją do ojca duchowego, a kobiecie powie, że sama też będzie za nią modlić się.
Do obowiązków mniszki nie wchodzi pomagać ludziom, stale wysłuchując ich problemów. Poza tym od takiego wysłuchiwania nie otrzymują pożytku i sami ludzie. Przecież z człowiekiem mogą zachodzić zmiany trzech rodzajów: on zmienia się sam z siebie, przez innych i przez diabła. I oto ludzie przychodzą tu, do monasteru, znajdują tu ludzkie pocieszenie, jednak, jak tylko wychodzą oni z monasteru, natychmiast wracają do poprzedniego życia, i tak dalej ciągnie się ich stara pieśń. (Dlatego) i kobiety, i mężczyźni, powinni iść do swoich ojców duchowych. Jeśli (zamiast tego) oni opowiadają o swoich problemach mniszce, to nieprawidłowo. Ponieważ potem ludzie usprawiedliwiają siebie: „Ja o sobie opowiedziałem, to znaczy zrobiłem to, co trzeba”. Czyli tacy ludzie fałszywie uspokajają swoje myśli i nie idą do ojca duchowego. A to podstępna sztuczka diabła, żeby ludzie nie spowiadali się.
Powinnyście zrozumieć, jaka jest misja każdej z was jako mniszki, i nie dążyć zajmować się fałszywym misjonarstwem. Przecież w takie „misjonarstwo” my wdajemy się dlatego, że nie rozumiemy naszej mnisiej misji. Jako mnisi zobowiązani jesteśmy modlić się o ludzkich problemach – jednak rozplątywać tych problemów nie mamy obowiązku. A oto w zakres obowiązków ojca duchowego ludzkie problemy wchodzą, (co więcej) on ponosi za to odpowiedzialność. Jeśli zaś ludzie rozmawiają o swoich problemach z wami, to oni przekładają tę odpowiedzialność na was, podczas gdy ojciec duchowy może obserwować ludzi z bliska i znajdować rozwiązanie ich problemów. To znaczy z ludźmi trzeba pracować, ale ta praca – nie zadanie mniszek. Od nas ludzie mogą wymagać tylko modlitwy. Jeśli oni przysyłają nam list z imionami i prośbą pomodlić się o nich, to nam trzeba – na ile można – modlić się za tych ludzi na czotkach.
„Leczący ojciec duchowy”
Podobnie jak człowiek troszczy się o to, żeby jego rodzinny lekarz był możliwie niedaleko od niego, tak też on powinien starać się, żeby obok niego był jego ojciec duchowy. Zwykły lekarz, będąc blisko chorego, może okazać mu pomoc o wiele większą, niż profesor medycyny, – nawet jeśli jego doświadczenie i nie jest tak bogate. Przecież, będąc blisko chorego, lekarz może go regularnie zbadać, a kiedy będzie potrzeba – posłać go na konsultację do specjalisty. Kiedy ja leżałem na oddziale przeciwgruźliczym [134], to zwróciłem uwagę na następujące rzeczy: wielu bogaczy, chorując na gruźlicę, nie kładli się na oddział, a zostawali u siebie w domu. Leczyć ich przychodzili profesorowie medycyny. Jednak, jak pokazało doświadczenie, takie leczenie okazało się całkowicie nieskuteczne, ponieważ profesorowie nie mogli regularnie obserwować chorych w domach. Dlatego w sanatorium byli zmuszeni otworzyć specjalny oddział dla bogatych – aby oni leczyli się stacjonarnie i mogli być pod stałą medyczną obserwacją. Ja chcę powiedzieć następujące: lekarz, będąc blisko chorego, obserwuje go, zaleca mu takie czy inne leczenie, i widzi, czy pomagają mu leki, które on przypisał, czy też powodują one uboczne niepożądane działanie. Na podstawie swoich obserwacji lekarz zwiększa albo zmniejsza wyznaczoną dawkę, a jeśli jest taka potrzeba, może wyznaczyć choremu całkiem inną kurację. Tak samo i ojciec duchowy: on powinien obserwować duszę (osobę) z bliska, ponieważ od czasu do czasu w człowieku zachodzą przeróżne zmiany, których nie można zauważyć z daleka, dlatego aby pomóc mu skutecznie. Kiedyś poradziłem pewnej kobiecie, będącej w pokusie: „Zrób to i tamto i zobaczysz, że tę pokusę będziesz mogła pokonać”. I rzeczywiście: ona mnie posłuchała, pokusa odeszła. Jednak po niedługim czasie ona wpadła w całkiem przeciwną pokusę i popróbowała pokonać ją w ten sam sposób, jak i pierwszą. W rezultacie ona łyknęła niemało biedy! Ale przecież ta dziwaczka mogła wysłać do mnie jakiegoś człowieka czy też napisać list, aby zapytać mnie, co powinna zrobić, ponieważ trudność, z którą się zderzyła, była innego rodzaju. I ja przypisałbym jej nowe „lekarstwo” – to znaczy udzieliłbym innej rady. Ale ona nie znalazła możliwości zapytać mnie, ponieważ byłem daleko od niej. Dlatego – jeśli ja nie znam człowieka jak należy i nie jestem z nim w bliskim kontakcie – z daleka rad nie udzielam.
Ojciec duchowy w rodzinie
- Geronda, jakie książki mogą pomóc małżonkom?
- Małżonkom pomoże oto co: żadne z nich nie powinno siebie usprawiedliwiać. Jeśli każde z małżonków usprawiedliwia siebie, to – ile by duchowych książek oni nie przeczytali – pożytku nie otrzymają. A jeśli mąż i żona usposobieni są po dobremu, jeśli jest u nich ojciec duchowy i oni okazują mu posłuszeństwo, to oni będą mogli uniknąć problemów. Bez duchowego „polubownego sędziego” (normalne życie w rodzinie) jest niemożliwe.
Najlepiej jeśli małżonkowie mają jednego ojca duchowego. Nie tak, żeby u męża był jeden ojciec duchowy, a u żony – drugi. Jeśli dwie deski będzie obciosywać dwóch różnych cieśli – każdy po swojemu, to dopasować jednej deski do drugiej nie uda się. A jeśli małżonkowie mają jednego ojca duchowego, to duchowny „obciosuje” ich „wypukłości” – niedostatki. On obciosuje niedostatki jednego, obciosuje niedostatki drugiego, i w ten sposób wyrównują się, wygładzają się trudności (w ich relacjach). Jednak teraz nawet w tych małżeńskich parach, które żyją duchowo, mąż i żona mają różnych ojców duchowych. Rzadkość, jeśli oboje małżonkowie mają jednego ojca duchowego. Dlatego oni i nie otrzymują pomocy. Ja znałem małżeńskie pary, w których małżonkowie idealnie pasowali jedno do drugiego, jednak nie mieli jednego ojca duchowego, który mógłby im pomóc, i dlatego oni rozwiedli się. Jednocześnie znam takie rodziny, w których mąż i żona, mając jednego ojca duchowego, żyli harmonijnie, zgodnym małżeńskim życiem, pomimo tego, że (jako ludzie) jedno do drugiego nie całkiem pasowali.
Oczywiście, jeśli cała rodzina ma jednego ojca duchowego, to jest to jeszcze lepiej. Kiedy w takiej rodzinie pojawi się problem, ojciec duchowy wysłucha wszystkich członków rodziny i rozwiąże go, znając go ze wszystkich stron. W jednym przypadku ojciec duchowy surowo poleci zrobić coś ojcu czy matce, a w drugim – jeśli nie będzie w stanie zorientować się w problemie i rozwiązać go na podstawie tego, co mówią rodzice, – zaprosi do siebie dzieci. Jeśli w rodzinie są problemy, w których winna jest, na przykład, żona, to ojciec duchowy może zaprosić do siebie męża, aby poradzić, jak ma postępować. W końcu, on może poprosić o rozsądną pomoc kogoś z krewnych czy znajomych.
Zmiana ojca duchowego
- Geronda, jeśli człowiek z jakiegoś powodu musi zmienić ojca duchowego, to on znów powinien wyznać nowemu ojcowi te grzechy, które on wcześniej wyznawał staremu?
- Dobrze, jeśli człowiek powiadomi swego nowego ojca duchowego (o tym, na jakie duchowe choroby on chorował), podobnie jak chory opowiada nowemu lekarzowi historię swojej choroby, żeby ten miał możliwość pomóc mu bardziej skutecznie.
- Geronda, a jeśli człowiek chce zmienić ojca duchowego i pyta nas o to, czy jest to słuszne, co trzeba mu odpowiedzieć?
- (Aby znaleźć sobie nowego ojca duchowego) trzeba wziąć błogosławieństwo od ojca starego. W łatwej zmianie ojców nie ma nic dobrego. Jeśli przy budowie budynku będą często zmieniać się inżynierowie, to ten budynek nie będzie wzniesiony jak należy. W dawniejszych czasach lidzie szli do Starców, aby poradzić się z nimi o swoich trudnościach i otrzymać pomoc. Dzisiaj wielu idzie do Starców nie dla tego, żeby z nimi poradzić się, a dla tego, aby usprawiedliwić samych siebie albo żeby potem opowiedzieć innym, że on naradzał się z takim-to Starcem. „Ja byłem u takiego-to Starca i u takiego-to, – mówią tacy ludzie, – i ojca Paisija ja też w tej sprawie pytałem”. A w rzeczywistości może być, że, kiedy on mnie pytał, ja go obstawiłem, zrugałem. Albo bywa nawet coś takiego: on doszedł do moich drzwi, ale w ostatniej chwili zląkł się zapukać i odszedł. W taki sposób, ci ludzie kończą tym, że krążą od jednego duchowego ojca do drugiego, nie mając stałego ojca duchowego. W rezultacie oni zaplątują się.
A są jeszcze ludzie, którzy, popełniając grzech, nie idą wyznać go do swego ojca duchowego, a opowiadają o nim innemu duchownemu – aby nie stracić swojej reputacji. Mija niewiele czasu, oni popełniają ten sam grzech znów i opowiadają o nim jakiemuś trzeciemu duchownemu, potem jakiemuś jeszcze… W rezultacie przed każdym z tych duchownych oni przedstawiają sprawę tak, jakoby ten grzech popełniony był tylko jeden raz. Z tego powodu tacy ludzie nadal grzeszą i nie poprawiają się.
Ja zauważyłem, że bywają i tacy, którzy unikają tego, aby opowiedzieć o czymś swemu ojcu duchowemu, nawet wiedząc, że on im pomoże, a także rozumiejąc, że i mowy być nie może o tym, że ten ojciec duchowy roztrąbi tajemnicę ich spowiedzi komuś jeszcze. Jednak zamiast wyznania (spowiedzi) ojcu duchowemu oni opowiadają o sobie znajomemu, który nie może im pomóc i który, niewątpliwie, opowie o wszystkim innym ludziom. Pamiętam, kiedy byłem nowicjuszem w jednym wspólnotowym monasterze [135], przyszedł do nas człowiek, który chciał zostać mnichem. Po tym jak on przeżył w monasterze jakiś czas, pomysły zaczęły wpajać mu odejść z monasteru. I oto on „wyspowiadał” swoje myśli nie ihumenowi, nie jakiemuś innemu duchowemu ojcu monasteru, a – jak myślicie komu! – jednemu robotnikowi z Ierissosu [136], który pracował w monasterze. Kiedy ten mnich opowiadał o sobie robotnikowi, ja znalazłem się obok, ponieważ czyściłem cebulę niedaleko od kuchni, i słyszałem ich rozmowę. Mnich i robotnik byli dwa metry ode mnie, i mnich zaczął głośno „spowiadać się” robotnikowi. „Ja, – zaczął on, – pokajałem się w tym, że zostałem mnichem”. – „Tak co też, – zdziwił się robotnik, – przyszedłszy do monasteru, czyż ty nie żyłeś w nim przed postrzyżynami jakiś czas, aby przyjrzeć się, przyzwyczaić się?” – „Tak ja całe dwa lata przyglądałem się!” żalił się mnich. „No no, – dziwił się robotnik. – A dlaczego więc ty wcześniej nie odszedłeś?” – „A co teraz pytać, żalił się ten, Widzisz przecież, że nie odszedłem”. – „A masz tobie! – wytrzeszczał oczy robotnik. – Ale czy na mnicha ciebie pod przymusem postrzygli?” – „Nie, – smucił się ten, – ja i sam tego chciałem”. – „Oto tobie, – kręcił głową robotnik. – A ihumenowi ty o tym opowiadałeś?” – „Nie”, – odpowiedział mu mnich. „No a dla mnie-to, – dziwił się robotnik, – ty dlaczego to wszystko opowiadasz? Jaki ci w tym pożytek?” Tak mniciedział robotnikowi wszystkie swoje skryte szczegóły. Widzicie jak? On powinien był opowiedzieć o tym wszystkim ihumenowi, aby otrzymać pomoc, jednak zamiast tego poszedł „wyspowiadać się” robotnikowi. A ten robotnik, siedząc w najbliższym wolnym czasie w jakiejś kawiarni swego miasteczka, przekaże jego „spowiedź”, aby rozweselić swoich kumpli od kieliszka, a ci rozniosą to dalej, i potem o mnichu-nieudaczniku będą pleść językami na wszystkich zakątkach. I nie można powiedzieć, że ten mnich był upośledzonym. Wiecie, ile on miał słowników? Starogrecki język on znał doskonale.
- Geronda, a jeśli u świeckiego człowieka ojciec duchowy jest nieobecny, to czy może on poradzić się w sprawie trudności czy pokusy które u niego się pojawiły z kimś ze swoich duchowych braci?
- A co, on nie może zadzwonić do swego ojca duchowego i poradzić się z nim? Duchowy brat czasem jest w stanie nam pomóc, a czasem – całkiem nie jest w stanie. Albo nawet, pomimo dobrego usposobienia aby nam pomóc, duchowy brat może zaszkodzić. W razie konieczności można zadzwonić do ojca duchowego i, w taki sposób, rozstawić sprawy na swoje miejsca. Jeśli zaś człowiek nie może połączyć się ze swoim ojcem duchowym, a sprawa, z którą on się zderzył, poważna i nie cierpi zwłoki, to niech zapyta jakiegoś innego ojca duchowego. Będzie dobrze, jeśli człowiek zawczasu dowie się od swego ojca duchowego o tym, do jakiego duchownego on może zwracać się w podobnych przypadkach. Koniecznie trzeba radzić się z człowiekiem, który ma ten sam duch, co i twój ojciec duchowy. Przecież jeden inżynier planuje tak, a drugi – inaczej. I u tego, i u drugiego inżyniera plany mogą być dobre, jednak oni różnią się jeden od drugiego.
Trzeba bandażować swoją ranę
- Geronda, kiedy w mojej duchowej walce zdarzają się upadki, ja zaczynam panikować.
- Nie bój się. Walka jest walką. I rany w tej walce też będą. Te rany leczy spowiedź. Przecież żołnierze, otrzymując w bitwie rany, natychmiast biegną do szpitala. Im bandażują ich rany, i oni z luboczestijem znów rwą się do boju. Poza wszystkim innym, od zranienia żołnierze zdobywają doświadczenie i chronią się od wrogich kul i odłamków lepiej, niż wcześniej, – aby znów ich nie zraniło. Tak i my: jeśli otrzymujemy rany podczas naszej duchowej walki, to nie powinniśmy tchórzyć, a biec do lekarza-ojca duchowego, pokazywać mu naszą ranę, duchowo uzdrawiać się i znów kontynuować „dobry trud ascetyczny” [137]. Źle będzie, jeśli nie zaczniemy odnajdywać namiętności, tych strasznych wrogów duszy, i nie będziemy trudzić się ascetycznie, aby je zniszczyć.
- Geronda, a niektórzy nie idą do spowiedzi, z powodu (rzekomego) luboczestija. „Skoro ja mogę znów wpaść w ten sam grzech, – mówią tacy ludzie, – to poco mami iść spowiadać się? Aby zadrwić z batiuszki, czy co?”
- To nieprawidłowo! To jakby żołnierz, otrzymawszy rany w bitwie, powiedziałby: „Skoro wojna jeszcze nie skończyła się i znów mogę zostać zraniony, dlaczego mam opatrywać swoją ranę?” Ale przecież, jeśli nie opatrzyć rany, on utraci dużo krwi i umrze. Być może, ci ludzie nie idą do spowiedzi rzeczywiście z luboczestija, jednak w ostatecznym końcu oni doprowadzają siebie niezdatności. Widzisz jak: (dla tego aby oszukać człowieka) diabeł wykorzystuje i te dary, którymi człowiek jest obdarzony. Jeśli, padając i brudząc się w błocie, my nie oczyszczamy swojej duszy spowiedzią, usprawiedliwiając siebie myślą, że znów upadniemy i znów zabrudzimy się, to zaschnięte warstwy naszego starego brudu pokrywają się ciągle nowymi i nowymi brudnymi warstwami. Oczyścić cały ten brud potem nie jest łatwo.
Konieczność spowiedzi
- Geronda, priepodobny Mark Asceta mówi: „Znawca sprawy, który poznał prawdę, spowiada się Bogu nie wspomnieniami o tym, co uczynił, a znoszeniem (cierpieniem) tego, co spotyka go” [138]. Co on ma na myśli?
- Trzeba spowiadać się na oba sposoby. Wierzący spowiada się ojcu duchowemu, a przed tym jak zacznie modlić się, on pokornie spowiada się Bogu, obnażając się (przed Bogiem): „Boże mój, ja zgrzeszyłem, ja jestem taki i siaki”. Ale jednocześnie z tym chrześcijanin cierpi smutki, boleści, które nakładają się na niego jak lekarstwa. Priepodobny Mark mówi nie o tym, że nie trzeba spowiadać się Bogu i ojcowi duchowemu i zadawalać się tylko cierpieniem smutków. Co znaczy słowo „spowiadać się”? Czyż to nie znaczy „otwarcie wyznawać, objawiać to, co ja mam w sobie” [139]? Jeśli masz w sobie dobre, to „spowiadasz się przed Panem” [140], to znaczy wysławiasz Boga. Mając w sobie zło, ty wyznajesz swoje grzechy.
- Geronda, przyszedłszy do spowiedzi pierwszy raz, trzeba opowiadać ojcu duchowemu o całym swoim dotychczasowym życiu?
- Przyszedłszy do ojca duchowego pierwszy raz, trzeba odbyć ogólną, generalną spowiedź z całego swego życia. Kiedy chory idzie do szpitala, on daje lekarzowi historię swojej choroby. Na przykład, on mówi: „W przeszłości u mnie była taka to choroba płuc, ale teraz ona minęła, miałem taką-to operację pod ogólnym czy miejscowym znieczuleniem” – i tak dalej. Dokładnie tak samo na pierwszej spowiedzi kajający się powinien postarać się opowiedzieć spowiednikowi szczegółowo o swoim życiu, a ojciec duchowy znajdzie (duchową) ranę tego człowieka, aby ją uzdrowić. Przecież często jeden prosty uraz, jeśli zostawić go bez uwagi, może mieć poważne dla zdrowia następstwa. Oczywiście, kiedy człowiek przyjdzie do ojca duchowego pierwszy raz, on przyniesie z sobą, załóżmy, sto grzechów, z których trzeba mu będzie wyspowiadać się. Przyszedłszy do spowiedzi po raz drugi, on przyniesie ze sobą już sto dziesięć grzechów: przecież diabeł – ponieważ ten człowiek wyspowiadał się i „zawalił mu całą robotę” – wszczyna przeciwko niemu wielką walkę. Za trzecim razem trzeba będzie spowiadać się już ze stu pięćdziesięciu grzechów. Jednak potem liczba grzechów będzie stale zmniejszać się, póki sprawa nie dojdzie do tego, że człowiek będzie przynosić z sobą na spowiedź znikomą ilość grzechów, o których trzeba mu będzie opowiedzieć.
Prawidłowa spowiedź
- Dlaczego czasem my nie podejmujemy niezbędnej walki dla tego, aby poprawić się, nie patrząc na to że demaskuje nas sumienie?
- To może zdarzyć się i z powodu jakiegoś załamania duszy. Jeśli człowiek ogarnięty jest przez panikę z powodu atakującej go pokusy, to on chce podjąć duchową walkę, jednak nie ma do tego usposobienia, nie ma sił duszy. W tym przypadku trzeba mu wewnętrznie uporządkować siebie z pomocą spowiedzi. Z pomocą spowiedzi człowiek pociesza się, wzmacnia swoje siły i Łaską Bożą znów znajduje zdecydowanie do walki. Jeśli zaś człowiek nie uporządkuje siebie w taki sposób, to na niego może zwalić się jeszcze i jakaś pokusa. W efekcie, będąc w takim bolesnym przygnębionym stanie, on załamuje się jeszcze bardziej, jego gnębią myśli, on wpada w rozpacz i potem całkiem nie może trudzić się ascetycznie.
- A jeśli to, o czyn Wy mówicie, zdarza się często?
- Jeśli to zdarza się często, to doprowadzać siebie do duchowego porządku też trzeba często. Człowiek powinien otwierać swoje serce ojcu duchowemu, aby znów otrzymywać zdecydowanie, siłę w walce. A doprowadziwszy siebie do wewnętrznego porządku, człowiek powinien rozkręcić swoją (duchową) maszynę, on powinien luboczestnie i z napięciem trudzić się w ascezie, dla tego aby następować na pięty (uciekającemu) diabłu.
- Geronda, a w czym jest przyczyna tego, że ja nie czuję konieczności spowiedzi?
- Być może, ty nie obserwujesz siebie? Przecież spowiedź – to Sakrament. Chodź do spowiedzi i po prostu mów ojcu duchowemu o swoich grzechach. Ty co, myślisz (że u ciebie ich mało)? Czyż u ciebie nie ma uporu? A egoizmu? Ty nie ranisz siostry? Nigdy nie osądzasz? Myślisz, ja, kiedy przychodzę do spowiedzi, kajam się w jakichś szczególnych grzechach? Nie, ja spowiadam się: „Zgrzeszyłem gniewem, osądzeniem…”, i ojciec duchowy czyta nade mną rozgrzeszającą modlitwę. Jednak drobne grzechy też mają swój ciężar. Kiedy, nie mając jakichś poważnych grzechów, przychodziłem na spowiedź do batiuszki Tichona [141], to on mówił: „Piaseczek, synku, piaseczek!” Maleńkie grzeszki zbierają się w całą kupę piasku, która ciężarem może przewyższyć jeden wielki kamień. Człowiek, który popełnił wielki grzech, stale myśli o nim, kaja się i pokornieje. A u ciebie – mnóstwo maleńkich grzeszków. Jednak porównawszy te warunki, w których ty wyrosłaś, i warunki, w których wyrósł człowiek, który popełnił ten wielki grzech, ty zobaczysz, że jesteś gorsza od niego.
Oprócz tego, staraj się być podczas spowiedzi konkretną. Na spowiedzi nie wystarczy tylko wymienić swoje grzechy, na przykład, „ja zazdroszczę, gniewam się” i temu podobne, trzeba wyspowiadać i swoje konkretne upadki dla tego, aby otrzymać pomoc. A już jeśli ty spowiadasz się z ciężkiego grzechu, takiego, na przykład, jak oszustwo, to powinnaś szczegółowo przyznać się i do tego, co myślałaś, popełniając ten grzech, i do tego, jakie były twoje konkretne działania. Nie dokonując takiej konkretnej spowiedzi, ty wyśmiewasz się z Chrystusa. Jeśli człowiek nie wyznaje ojcu duchowemu prawdy, nie otwiera mu swego grzechu, dla tego żeby ojciec duchowy mógł mu pomóc, to on mocno sobie szkodzi, podobnie jak chory, który poważnie szkodzi swemu zdrowiu, ukrywając swoją chorobę przed lekarzem. Podczas gdy jednak człowiek pokazuje siebie ojcu duchowemu dokładnie takim, jaki on jest w rzeczywistości, to ojciec duchowy może zrozumieć tego człowieka lepiej i pomóc mu bardziej skutecznie.
Oprócz tego, ten, kto niesprawiedliwie postąpił z człowiekiem albo zranił kogoś swoim postępowaniem, powinien najpierw pójść do skrzywdzonego przez niego, pokornie poprosić go o przebaczenie, pogodzić się z nim, a potem mu trzeba wyspowiadać się ze swego upadku przed ojcem duchowym, aby otrzymać rozgrzeszenie. W taki sposób przychodzi Łaska Boża. Jeśli człowiek wyzna taki grzech ojcu duchowemu, nie poprosiwszy o przebaczenie tego, kogo on zranił, to jego dusza nie może dojść do spokojnego nastroju, ponieważ, (człowiek który popełnił grzech) w tym przypadku nie korzy się. Wyjątkiem jest przypadek, kiedy skrzywdzony człowiek umrze albo też nie można go odszukać, ponieważ zmienił on miejsce zamieszkania, i nie można poprosić o przebaczenie choćby listownie. Ale jeśli u kajającego się jest usposobienie to zrobić, to Bóg, widząc to usposobienie, wybacza mu.
- Geronda, a jeśli my poprosiliśmy o przebaczenie u człowieka, skrzywdzonego przez nas, a on nam nie wybacza?
- W tym przypadku módlmy się, aby Bóg zmiękczył jego serce. Jednak Bóg może nie zmiękczyć serca tego człowieka i z tego powodu, że, jeśli on nam wybaczy, my możemy łatwo wpaść w ten sam grzech ponownie.
- Geronda, a czy dopuszczalne jest, popełniwszy jakiś ciężki grzech wyspowiadać się z niego nie od razu?
- A po co odkładać go na potem? Dlatego aby on skwaśniał? Przecież im dłużej ty nie wyrzucasz jakiejś zgnilizny, tum bardziej ona się psuje. Dlaczego czekać dwa-trzy miesiące, a potem iść i spowiadać się z ciężkiego grzechu? Trzeba iść jak można najszybciej. Jeśli mamy otwartą ranę, czyż trzeba czekać, póki minie miesiąc, i dopiero potem ją leczyć? Nie. W takim przypadku nawet nie trzeba czekać, kiedy ojciec duchowy będzie miał więcej czasu czy więcej możliwości aby poświecić nam uwagę. Trzeba natychmiast biec do ojca duchowego, krótko wyznać mu popełniony grzech, a potem, kiedy on będzie miał czas, można pójść do niego, aby porozmawiać albo otrzymać duchowe pouczenie.
Dlatego aby obrysować ojcu duchowemu sytuację, w której się znajdujemy, dużo czasu nie trzeba. Jeśli sumienie pracuje prawidłowo, to człowiek opisuje swój stan w dwóch słowach. Jednak jeśli wewnątrz człowieka bałagan, to on może wypowiadać wiele słów i przy tym nie dawać ojcu duchowemu wyobrażenia o swoim stanie. Niektórzy ludzie przysyłają mi całe zeszyty z opowiadaniami o sobie i o swoich problemach. Po dwadzieścia – trzydzieści stron drobnym pismem, a w końcu jeszcze kilka stron dopisku… Choć wszystko, o czym oni piszą, mogłoby zmieścić się na jednej stronie.
Usprawiedliwiając siebie podczas spowiedzi, my obciążamy swoje sumienie
- Geronda, jeśli podczas spowiedzi kajający się nie odczuwa tego bólu, który on odczuwał, popełniwszy grzech, to znaczy, u niego nie ma prawdziwego pokajania?
- Jeśli od tego momentu, jak on popełnił ten grzech, upłynął jakiś czas, to rana zaciąga się i tak silnego bólu on nie odczuwa właśnie dlatego. Ale trzeba być uważnym oto do czego: podczas spowiedzi nie należy siebie usprawiedliwiać. Przychodząc do spowiedzi, i kajając się przed ojcem duchowym w tym, że ja, na przykład, na kogoś rozgniewałem się, – mimo że w dokładniejszym rozrachunku temu, na kogo rozgniewałem się, należało dać i szturchańca, – ja nie opowiadam ojcu duchowemu o tym, że ten człowiek był rzeczywiście winien, żeby duchowny nie zaczął mnie usprawiedliwiać. Człowiek, który, spowiadając się, usprawiedliwia siebie, nie otrzymuje wewnętrznego spokoju – jakby on nie deptał swego sumienia. Te samousprawiedliwienia, którymi on przykrywa się podczas spowiedzi, kładą się ciężarem na jego sumienie. A oto ten, kto, mając subtelne sumienie, wyolbrzymia ciężar popełnionych przez niego grzechów i przyjmuje od ojca duchowego ciężką epitymię, – odczuwa niewypowiedzianą radość. Są ludzie, którzy, zerwawszy bez pozwolenia jeden winogron, czują się tak, jakby ukradli wiele koszy winogron, i stale myślą o swoim grzechu. Oni nie śpią całą noc, póki nie wyspowiadają się z tego grzechu. A inni, kradnąc winogron całymi koszami, usprawiedliwiają siebie i mówią, że oni wzięli tylko jedną kiść winogron. Jednak wiecie, jakiego boskiego pocieszenia doznają ludzie, którzy nie tylko nie usprawiedliwiają siebie ale i wyolbrzymiają swój znikomy grzech, przeżywają i bardzo cierpią z powodu jakiegoś maleńkiego popełnionego przez nich przewinienia? W tym przypadku widoczna jest boska sprawiedliwość, widać to, jak odpłaca ludziom Dobry Bóg.
Ja zauważyłem, że ludzie pokornie ujawniający swoje grzechy przed ojcem duchowym i poniżający siebie, promienieją – ponieważ przyjmują Łaskę Bożą. Jeden emerytowany oficer z bardzo wielką skruchą opowiadał mi o tym, co on zrobił, będąc ośmioletnim chłopcem. On zabrał drugiemu dziecku piłkę. Tę piłkę on przetrzymał u siebie tylko jedną noc, a następnego ranka ją zwrócił. Opowiadając mi o tym przypadku, ten człowiek płakał z powodu tego, że sprawił cierpienie swemu bliźniemu. Odszedłszy na emeryturę, on odszukał wszystkich, kogo z obowiązku swojej służby czymś zmartwił, wypełniając swoje służbowe obowiązki, – i poprosił tych ludzi o przebaczenie! Mnie poraził ustrój tego człowieka: on brał na siebie całą winę. Teraz on żyje na wsi i ze swoich oszczędności daje jałmużnę potrzebującym. Jego dziewięćdziesięciopięcioletnia złamana paraliżem matka jest przykuta do łóżka, i on sam opiekuje się nią. Ponieważ, pielęgnując, on zmuszony jest widzieć ciało swojej matki, męczy go taka myśl: „Jeśli Cham, zobaczywszy ciało swego ojca, był za to ukarany, to co oczekuje mnie, widzącego nagość swojej matki!” [142] Ten człowiek nieustannie płakał. Jego twarz była rozjaśniona. Jakiż pożytek okazała mi jego skrucha!
- Geronda, a czy może człowiek wyolbrzymiać swoje grzechy dla tego, aby pokazać ojcu duchowemu, że on zajmuje się takim działaniem?
- To sprawa innego rodzaju. W tym przypadku człowiek szczyci się swoją „pokorą”.
Po spowiedzi
- Geronda, czy usprawiedliwionym jest po spowiedzi odczuwać na duszy jakiś ciężar?
- Dlaczego odczuwać jakiś ciężar? Prawidłową spowiedzią wszystko stare wyciera się. Otwierają się nowe „księgi kredytowe”. Przychodzi Łaska Boża, i człowiek całkowicie się zmienia. Znikają zmieszanie, rozzłoszczenie, trwoga duszy, i przychodzi spokój, uciszenie. Ta zmiana jest tak zauważalna nawet zewnętrznie, że ja radzę niektórym ludziom zrobić sobie zdjęcie przed spowiedzią i po niej, żeby oni też przekonali się w tym dobrym przemienieniu, jakie z nimi nastąpiło. Przecież wewnętrzny duchowy stan człowieka odbija się na jego twarzy. Sakramenty Cerkwi czynią cuda. Zbliżając się do Bogoczłowieka Jezusa Chrystusa, człowiek i sam staje się bogiem (według Łaski), na skutek czego on promieniuje światło i Boża Łaska ujawnia go innym.
- Geronda, to znaczy od razu po szczerej spowiedzi ten kto pokajał się odczuwa radość?
- Nie zawsze. Na początku można nie odczuć radości, ale potem radość powoli będzie zradzać się u ciebie wewnątrz. Po spowiedzi ten kto pokajał się musi luboczestnie uznać (to, że Bóg okazał mu miłosierdzie). Trzeba czuć się tak, jak człowiek, któremu odpuszczono jego dług, i on z luboczestija czuje się wdzięcznym i zobowiązanym wobec swego dobroczyńcy. Dziękuj Bogu, ale jednocześnie z tym przeżywaj słowa psalmu: „nieprawość moją ja znam i grzech mój przede mną jest zawsze” [143], dla tego żeby nie dać sobie woli i nie wpaść znów w te same grzechy.
- Geronda, ja gdzieś czytałam, że w przyszłym życiu biesy będą męczyć nas nawet za jedną złą myśl, której nie wyznaliśmy na spowiedzi.
- Patrz, kiedy, pokajawszy się i nie mając zamiaru czegoś ukryć, człowiek powie ojcu duchowemu o tym, co on pamięta, to sprawa zamknięta – tangałaszki nie mają nad nim żadnej władzy. Jednak jeśli on nie wyspowiadał się z jakichś swoich grzechów świadomie, to za te grzechy będzie męczyć się w innym życiu.
- Geronda, jeśli człowiek, wyspowiadawszy się ze swoich młodzieńczych grzechów, znów myśli o nich i męczy się, to taki stosunek do grzechów jest słuszny?
- Jeśli, silnie smucąc się z powodu swoich młodzieńczych grzechów, człowiek z nich wyspowiadał się, to powodu do cierpień nie ma, ponieważ, od tego momentu jak on powiedział o tych grzechach na spowiedzi, Bóg mu je wybaczył. Po tym nie trzeba rozgrzebywać swoich starych, zwłaszcza cielesnych grzechów, ponieważ, czyniąc to, można sobie zaszkodzić. Na przykład, podczas bitwy obok żołnierza pada granat, jednak Bóg chroni tego żołnierza, i granat nie wybucha. Ale oto bitwa zakończona, żołnierz znajduje niewybuch, bierze go do ręki, zaczyna rozkręcać, z ciekawością oglądać – i w efekcie granat wybucha i rozrywa go na strzępy nie podczas bitwy, a po niej.
Zaufanie ojcu duchowemu
- Geronda, jeśli ojciec duchowy obstawi człowieka za jakiś grzech i ten, mocno rozstroiwszy się z tego powodu, wpada w smutek, to jest w tym egoizm?
- Tak, oczywiście, tu nie obchodzi się bez egoizmu. Jeśli u człowieka smutek w Bogu, to on będzie mieć boskie pocieszenie. I odnosić sukcesy on też będzie, ponieważ postara się tego grzechu więcej nie popełniać. Kajający się powinien mówić swemu ojcu duchowemu o swoich trudnościach, myślach, upadkach – i z radością przyjmować od duchownego i łagodne i surowe słowo, ponieważ i w pierwszym, i w drugim przypadku ojciec duchowy, pobudzany miłością i troską, dba o sukcesy jego duszy.
- Geronda, a jeśli ja nie przyjmuję od ojca duchowego nagany czy nawet prostej uwagi?
- Jeśli ty tego nie przyjmujesz, to pozostajesz bez poprawy. Ci, którzy nie przyjmują uwag nawet od ludzi, którzy ich kochają, w ostatecznym końcu pozostają (duchowo) nieociosanymi i sami doprowadzają siebie do duchowej niezdatności. Jak deski, które nie przyjmują struga stolarza, są odrzucane na bok i idą na betonowy szalunek albo na rusztowania budowlane, a w ostatecznym końcu zadeptane i ochlapane cementem spalane są razem z innymi budowlanymi odpadami, tak w ostatecznym efekcie giną i ludzie, nie przyjmujący uwag.
- Geronda, jeśli człowiek w czymś nie zgadza się ze swoim ojcem duchowym, co powinien robić?
- On powinien prosto i pokornie odkryć duchownemu swoją myśl. Oczywiście, przy wyborze ojca duchowego koniecznie trzeba dużo uwagi, aby człowiek mógł ufać duchownemu i znajdować pocieszenie w jego kierownictwie.
- Geronda, a jeśli człowiek widzi coś nie tak, jak jego ojciec duchowy, to czy korzystne jest dla duszy takiego człowieka upierać się przy swoim zdaniu?
- Nie, nie korzystne, ponieważ ten człowiek nie wie, co ukrywa się za tym czy innym działaniem, które on może uważać za nieprawidłowe. Na przykład, dla tego aby człowiek zrozumiał, co ukrywa się za tym czy innym działaniem ojca duchowego, ten musiałby złamać tajemnicę spowiedzi i opowiedzieć mu o tym, co on usłyszał na spowiedzi od kogoś innego. A czyż można złamać tajemnicę spowiedzi? Oczywiście, nie. Na przykład, człowiek dogadał się ze swoim duchownym, że przyjdzie do niego na rozmowę o takiej-to porze. Jednak o wyznaczonej godzinie jednocześnie z nim do ojca duchowego przychodzi i inny człowiek, którym owładnęły myśli o samobójstwie, i duchowny najpierw poświęca czas właśnie jemu. Czekający zaczyna myśleć: „Najpierw on zaprosił do rozmowy jego, znaczy, mnie zlekceważył”. Ale jak ojciec duchowy może wytłumaczyć mu, że drugi człowiek doszedł do tego, że dokonał próby samobójstwa? Jeśli on mu to wyjaśni, to zrujnuje i zniszczy drugiego człowieka. Podczas gdy, jeśli człowiek, pozostający za drzwiami, ulegnie pokusie, albo nie na długo spuści nos, to zło nie będzie już tak wielkie. Pewnego razu w podobny sposób skusili się pewni ludzie, którzy przyszli do mnie do celi. Jednocześnie z nimi znalazł się u mnie człowiek, którego jego krewni z ogromnym trudem mogli namówić przyjechać do mnie porozmawiać. Ja przyjąłem tego człowieka z ogromną radością. Objąłem go, dałem mu czotek i ikonek. Drudzy obrazili się. „A na nas Starec, – powiedzieli oni. – zero uwagi!” Ale nieszczęsny, o którym oni skusili się, był rozpustnikiem, ja znałem szczegółowo jego życie. Ode mnie on odszedł innym człowiekiem. Dlatego, nawet gdyby ci ludzie ulegli pokusie choć tysiąc razy, ja mimo wszystko zrobiłbym to samo. Przecież ty nie masz prawa niszczyć człowieka dlatego, aby uspokoić czyjąś (egoistycznie) skuszoną duszę.
Prawidłowy związek z ojcem duchowym
Duchowy człowiek, pragnąc komuś pomóc, stara się związać go nie z samym sobą, a z Chrystusem. Jeśli udało się mu to zrobić, to on raduje się, a ten, kogo on związał z Chrystusem, trudzi się ascetycznie ze względu na Chrystusa. W tym przypadku i jeden i drugi mają swoją nagrodę i wszystko idzie swoją drogą, jak należy. Jednak jeśli trudzący się ascetycznie próbuje sprawić przyjemność temu, kto stara się związać go z Chrystusem, to znaczy jeśli zatroskany jest tym, na ile jego postępek zdenerwuje albo uraduje opiekuna, ale nie zastanawia się nad tym, że ten postępek widzi Chrystus, to tym samym on nie raduje ani człowieka, który mu pomaga, ani Chrystusa, a i sam nie otrzymuje pożytku, ponieważ nie przyjmuje boskiej pomocy. Czyli jego działania nie tylko nie przynoszą radości ani Chrystusowi, ani ojcu duchowemu, ale i sam on nie otrzymuje od nich niezbędnej pomocy. Załóżmy, siostra śpiewa na chórze i myśli: „Ciekawe, jak ja śpiewam? Dobrze? Czy będzie zadowolona matuszka ihumeni?” No cóż, taka siostra nie otrzyma żadnego pożytku. A oto jeśli ona śpiewa ze względu na Chrystusa, to wszystko idzie jak trzeba: i śpiewać ona będzie dobrze, i matuszka będzie zadowolona.
- Geronda, a czy winien jest człowiek, który nieprawidłowo zrozumiał to, co powiedział mu ojciec duchowy?
- Patrz, jeśli on zawczasu chciał usłyszeć od duchownego zadawalającą go odpowiedź i jeśli jego umysł był pogrążony w to pragnienie, to on i tak jest winien – nawet pomimo tego że nieprawidłowo zrozumiał ojca duchowego. Niektórzy swoją własną wolę przekształcają w „wolę Bożą”. Na przykład, człowiek pyta swego ojca duchowego o problemie, z którym on się zderzył, ale przy tym już ma w swojej myśli ten sposób rozwiązania tego problemu, który mu się podoba. Ojciec duchowy mówi temu człowiekowi, co trzeba zrobić, a ten rozumie powiedziane w taki sposób, że duchowny polecił mu postąpić właśnie tak, jak chciał on sam. On z radością robi po swojemu i przy tym jeszcze myśli, że okazuje posłuszeństwo. A jeśli potem ojciec duchowy zapyta go: „Dlaczego też ty to zrobiłeś?” – to on mu odpowie: „No a czyż ty nie kazałeś mi tak postąpić?”
Jednak, bywa, że nie można dosłownie przyjmować tego, co mówi ojciec duchowy. Czasem powiedziane prze ojca słowa mogą być po prostu obrazem wyrażenia jego myśli. Przytoczę przykład. Jedna czterdziestopięcioletnia nauczycielka starszych klas, mająca dzieci, skusiła na grzech swego szesnastoletniego ucznia. Chłopiec opuścił dom i zamieszkał wspólnie ze swoją nauczycielką. Kiedy jego ojciec przyszedł do mnie do celi i odkrył mi swój ból, ja powiedziałem mu postąpić tak, jak poleci mu jego ojciec duchowy. Nieszczęsny poszedł do swego ojca duchowego, ale potem znów przyszedł do mnie. Tego dnia, kiedy on do mnie przyszedł, ja przyjmowałem u siebie przedstawicieli Patriarchatu Ekumenicznego i dlatego, widząc, że nie będę mógł znaleźć dla niego czasu, powiedziałem mu: „Zrób to, co kazał tobie twój ojciec duchowy”. Ale ten człowiek nie odchodził – i dzięki Bogu, że on nie odszedł i jednak doczekał się spotkania ze mną. Kidy udało mi się znaleźć dla nie go chwilkę, on powiedział mi: „Geronda, ja postanowiłem zabić tę kobietę, ponieważ tak polecił mi mój ojciec duchowy”. – „Czekaj-no, przyjacielu, speszyłem się, – co konkretnie powiedział tobie ojciec duchowy?” – „On powiedział mi: „Tę łajdaczkę zabić to mało!” Rozumiecie? Ojciec duchowy powiedział, że „tę łajdaczkę zabić to mało” nie dla tego, żeby on rzeczywiście zabił tę kobietę! On po prostu wyraził tymi słowami całe oburzenie! Po tym przypadku ja już nikomu nie mówię: „Zrób to, co każe tobie twój ojciec duchowy”, ale najpierw pytam każdego, co konkretnie kazał zrobić mu jego ojciec duchowy…
- Geronda, a czy może człowiek, poprosiwszy swego ojca duchowego o pomoc, jednocześnie zaproponować mu jakieś swoje rozwiązanie problemu?
- Jakże on wtedy prosi o pomoc? Jedna sprawa, jeśli człowiek pokornie, jako myśl, mówi swemu ojcu duchowemu o czymś, co, jak on myśli, może mu pomóc. To on musi zrobić. Ale całkiem inna sprawa, jeśli on nalega na tym, że jego myśl jest słuszna. To akurat ten przypadek, w którym człowiek pozostaje bez sukcesu. On jakby szedł do lekarza i mówił mu: „Wypisz mi takie-to lekarstwo”. Ale chory musi okazać lekarzowi posłuszeństwo, on nie powinien podpowiadać lekarzowi, jakie lekarstwo ten ma mu przypisać. Przecież lekarstwo – to nie „sprawa smaku”, jak potrawy i słodycze, o których człowiek może powiedzieć: „Ja chcę ciasto albo piankę”. Lekarz przypisuje choremu lekarstwo odpowiednio do jego choroby.
Konieczność mieć dobrych ojców duchowych
Dzisiejsi ludzie są zmęczeni, przez grzech i egoizm oni doprowadzeni są do ogłupienia i zamroczenia. Dlatego teraz – bardziej niż w jakąkolwiek inną epokę – doświadczamy konieczności mieć dobrych i doświadczonych ojców duchowych, którzy po prostu i z nieudawaną miłością będą odnosić się do ludzi i z rozsądkiem kierować nimi, aby ci doznali spokoju. Jeśli nie ma dobrych ojców duchowych, to pustoszeją świątynie i napełniają się kliniki psychiatryczne, więzienia i szpitale. Ludzie powinni uświadomić sobie: oni męczą się, ponieważ są daleko od Boga. Oni powinni pokajać się i pokornie wyspowiadać się ze swoich grzechów.
Praca ojca duchowego – to wewnętrzne uzdrowienie człowieka. Nie ma lepszego lekarza, niż doświadczony ojciec duchowy, który swoją świętością budzi zaufanie do siebie, wyczyszcza z wrażliwych stworzeń Bożych myśli, które przynosi im tangałaszka, i bez lekarstw – Łaską Bożą – uzdrawia dusze i ciała.
Mając boskie oświecenie, Ducha Bożego, ojciec duchowy rozumie i rozróżnia stany, w których są ludzie, i może dawać im właściwe ukierunkowanie. Dobrze, jeśli ojciec duchowy nie jest obciążony mnóstwem trosk, aby miał możliwość poświęcać każdej duszy niezbędny czas i właściwie wykonywać swoją pracę. W przeciwnym razie ojciec duchowy wpada w sytuację dobrego chirurga, który, robiąc każdego dnia po kilka operacji, męczy się i potem, naturalnie, nie jest w stanie poświęcać każdemu choremu tyle czasu, ile trzeba. Dlatego ojcu duchowemu nie trzeba interweniować w małoważne rodzinne sprawy, ale lepiej ograniczać się do tego, co w każdym konkretnym przypadku jest istotne dla duszy każdego konkretnego przychodzącego do niego człowieka. Wtedy u niego będzie czas pomóc tej duszy skutecznie. Jednak i sam przychodzący do spowiedzi człowiek nie powinien zawracać głowy ojcu duchowemu (tymi nieduchowymi) sprawami, o które można zapytać kogoś bardziej kompetentnego: na przykład, jaki dom wybrać do zamieszkania, na jakie przygotowawcze kursy zapisać dziecko i temu podobne.
Podczas spowiedzi ponoszą odpowiedzialność i kajający się i spowiadający. W sprawie kierowania duszą bardzo pomaga duchowa wolność, swoboda. To znaczy ojciec duchowy, kierując duszami ludzi, powinien kierować się tym, co mówią święci ojcowie, a nie tym, co nakazują inni. On powinien działać z rozsądkiem, odpowiednio do upadku człowieka i jego pokajania. Jednak czasem (nawet wśród niektórych osób duchownych) nie ma szczerości. Na przykład, człowiek splątał się z czarownikami, ze złudzonymi, zwiedzionymi i temu podobnymi, a niektórzy z osób duchowych, odpowiedzialnych za dusze ludzi, nie mogą porozmawiać z nieszczęsnym, uczynić mu upomnienie i zmusić go trochę się zastanowić. Oni (boją się) wyrazić swoje zdanie. Oni unikają tego, aby nie dorobić się nieprzyjemności od wszystkich tych czarowników, złudzonych i im podobnych. Co więc z tego wynika: dla tego aby nie zepsuć relacji z jednym, ani z drugim, aby mówili o nas dobre słowa, my będziemy ku radości diabła oddawać człowieka na pohybel?
Rozważność i doświadczenie ojca duchowego
- Geronda, jak Wy uważacie, w naszych czasach, kiedy w świat weszło tyle grzechu, czy duchowna posługa nie bywa czasami trudna?
- Tak, bywa. Dlatego dobrze, jeśli na początku ojciec duchowy stara się naprawić najcięższe grzechy kajających się – aby stworzenia Boże uwolniły się od wielu grzechów i lepiej poddawały się (duchowemu kierownictwu). Ojciec duchowy powinien obchodzić się z kajającymi się wyrozumiale, ale jednocześnie on powinien zaleźć do kierowanego prze niego człowieka takie podejście, aby ten uświadomił sobie swoje grzechy i poprosił Boga o przebaczenie. Konieczni trzeba, aby ojciec duchowy przypominał człowiekowi, który przyszedł do niego do spowiedzi, że ten potrzebuje pokajania, zmiany życia – dla tego aby przyjąć miłosierdzie Boże. Oprócz tego, będzie niemało pożytku, jeśli ojciec duchowy zacznie z miłością mówić przychodzącym do niego ludziom o wielkiej miłości Bożej – tak, aby w nich samych zaczęło pracować luboczestije, aby oni poczuli swoje błędy i porzucili złe nawyki.
Dopóki ojciec duchowy nie zdobędzie wystarczającego doświadczenia, lepiej mu pomagać ludziom w lżejszych przypadkach. Przecież jakiś „trudny” kajający się, stale urządzając swemu ojcu duchowemu „dywersje”, może przeszkadzać jego duchowemu rozwojowi i zabierać mu cały czas. Jeśli młody ojciec duchowy nie jest uważny, to, mając dobre usposobienie (pomóc człowiekowi), on będzie zawsze okazywać zbytnie znaczenie scenom, które ten będzie urządzać, bez pożytku tracić na takiego człowieka siły i cierpieć. Zdobywszy doświadczenie, ojciec duchowy będzie wiedzieć, kiedy trzeba zwracać na coś uwagę, a kiedy można przepuścić coś mimo uszu. Oto, na przykład, i ja, otwierając przysłane mi listy, przebiegam je jednym spojrzeniem i, jeśli w liście jest coś poważnego, zwracam na to bardziej wnikliwą uwagę. Przecież często przewrotny (zabija nasz czas) odciąga, rozprasza na mało znaczące sprawy. Są tacy ludzie, którzy mogą powiedzieć tobie: „Poczekaj dwie minutki, nie zamykaj drzwi, ja powiem tobie coś szybko, nawet wchodzić nie będę” – i po tym trzymają ciebie na progu całą godzinę. Oto i stoisz, spocony, na progu przy otwartych drzwiach, przewiewa ciebie przeciąg, zaczynasz trząść się, a ten człowiek jakby nic się nie stało opowiada tobie różne (puste) historie. Czyż to jest od Boga? Potem, zachorowawszy, ty nie możesz modlić się ani za świat, ani za siebie samego i dochodzisz do niezdatności na kilka dni. I kiedy do ciebie przychodzi człowiek, doświadczający prawdziwej wymuszonej potrzeby, ty już nie możesz mu pomóc.
Oprócz tego, (ojciec duchowy powinien mieć na uwadze i to, że) ludzi, mających jakąś poważną potrzebę, nie wystarczy po prostu wysłuchać i, zobaczywszy, że oni rzeczywiście cierpią, powiedzieć im: „Połknij tabletkę aspiryny”.
„Ja zatrzymam ciebie tylko na jedną minutkę, ponieważ czeka na mnie samochód”, – mówią niektórzy i nagle opowiadają tobie o jakimś bardzo poważnym problemie. To tak jakby człowiek, chory na raka, prosił lekarza: „Zoperuj mnie szybciej, ponieważ spóźnię się na samolot!” Każda choroba wymaga określonego czasu, żeby zwrócić uwagę na to, od czego ona zaczęła się, jakie u chorego objawy i temu podobne. Poważnej sprawy nie można rozwiązywać pośpiesznie. Pewnego razu podczas Jasnego (Paschalnego) Tygodnia szliśmy po Świętej Górze Krestnym chodem (procesją). Jak tylko zaczęliśmy wchodzić na wzgórze, jeden nowicjusz podszedł do mnie i zaczął prosić, aby opowiedzieć mu o modlitwie umysłu. On tyle razy przychodził wcześniej do mnie do celi i nigdy o to nie pytał, a tu, podczas wspinaczki, na niego, czy widzicie, naszło natchnienie. Ale sprawy delikatne i poważne ani w marszu, ani przy wchodzeniu pod górę nie są rozpatrywane.
To, jak często wierzący przyjmuje Priczastije, ustala jego ojciec duchowy
- Geronda, apostoł Paweł pisze: Jedzący bowiem i pijący niegodnie, sąd sobie je i pije, nie rozróżniając Ciała Pańskiego” [144]. Kiedy człowiek przyjmuje Priczastije niegodnie?
- Podstawa wszystkiego w tym, żebyśmy przychodzili do Bożego Priczastija, uświadamiając sobie swoją niegodność. Chrystus oczekuje od nas skruchy i pokory. Jeśli nasze sumienie coś niepokoi, to powinniśmy zrobić z sobą porządek. Na przykład, jeśli z kimś pokłóciliśmy się, to przed tym, jak iść do Świętego Priczastija, trzeba pogodzić się z tym człowiekiem i przyjmować Priczastije dopiero po tym.
- Geronda, niektórzy ludzie, choć i mają błogosławieństwo od ojca duchowego, mimo wszystko nie decydują się przystępować do Priczastija.
- Nie należy decydować samowolnie, trzeba przyjmować Piczastije czy nie. Jeśli człowiek będzie sam podejmować takie decyzje, wykorzysta to diabeł i zacznie obrabiać tego człowieka (pokusami). Przecież często my uważamy, że jesteśmy godni Świetego Priczastija, podczas gdy w rzeczywistości nie jest tak. A w innych przypadkach, jeśli rozpatrywać nas z literą prawa, to my rzeczywiście okazujemy się niegodnymi Świętego Priczastija, jednak, zgodnie z duchem Świętych Ojców, dla leczenia potrzebujemy boskiej transfuzji krwi. Albo też potrzebujemy boskiego pocieszenia – ponieważ od wielkiej skruchy pokajania wróg może wtrącić nas w rozpacz i podkraść się do nas „z prawej strony”.
- Geronda, jak często można przyjmować Priczastije?
- Nie można wszystkich ludzi podpędzać pod jeden grzebień w tej sprawie, jak często trzeba przyjmować Priczastije i ile dni przed przyjęciem Świętego Priczastija trzeba pościć. Ojciec duchowy z rozsądkiem powinien określić to, jak często powinien przyjmować Priczastije wierzący, i to, ile on powinien pościć przed Świętym Priczastijem. Wszystko zależy od tego, ile człowiek ma sił. Jednocześnie ojciec duchowy powinien prowadzić człowieka i do duchowego postu – wstrzemięźliwości od namiętności. Intensywność takiego duchowego postu też trzeba regulować odpowiednio z duchową wrażliwością człowieka, to znaczy zgodnie z tym, jak głęboko on uświadamia sobie swój grzech. Oprócz tego, ojciec duchowy powinien mieć na uwadze i to, jakie zło może wyrządzić wróg duszy wrażliwego człowieka, podejmując przeciwko niemu walkę w celu doprowadzenia go do rozpaczy. Na przykład, człowiek upadł tym cielesnym upadkiem, który pociąga za sobą odłączenie od Priczastija na czterdzieści dni. Ale trzydziestego piątego dnia tej epitymii diabeł znów obala człowieka w ten sam grzech, i jeśli na grzesznika będzie nałożona nowa czterdziestodniowa epitymia, to diabeł weźmie górę nad tą duszą, tak że ona dojdzie do zmieszania i rozpaczy. W takich przypadkach po pierwszych dniach epitymii ojciec duchowy może powiedzieć kajającemu się: „Uważaj, nie przyjmuj Priczastija jeszcze jeden tydzień”, a po tygodniu błogosławić mu przyjmować Priczastije na każdej Bożej Liturgii. Dusza człowieka okrzepnie, i on będzie mógł pokonać diabła. Jeśli zaś człowiek prowadzi uważne duchowe życie, on może przystępować do Sakramentu Świętego Priczastija wtedy, kiedy odczuwa konieczność tego, a nie po prostu z przyzwyczajenia. Ale i taki człowiek powinien mieć na to błogosławieństwo ojca duchowego.
- Geronda, czy pomaga nieskazitelne przestrzeganie przykazań mieć żywe uczucie Boga?
- Jakich przykazań? Zakonu (Prawa) Mojżeszowego?
- Nie, ewangelicznych.
- Przestrzeganie przykazań pomaga, ale jednak robić to trzeba właściwie, ponieważ można przestrzegać przykazań w sposób skażony. W duchowym życiu wymagane jest nie suche stosowanie zakonu, a boska sprawiedliwość. My widzimy, że nawet Święci Ojcowie uczyli stosować Święte Kanony z wielką rozwagą! Wasilij Wielki, najsurowszy z ojców naszej Cerkwi, który ułożył najsurowsze reguły kanoniczne, po jednej z nich – w której mowa jest o kanonicznej karze za jakiś grzech – dodaje: „Badaj nie czas, ale sposób pokajania” [145]. To znaczy, na dwóch ludzi, którzy popełnili ten sam grzech, ojciec duchowy, uwzględniając pokajanie każdego z nich, może nałożyć różne epitymie: jednego odłączyć od Priczastija na dwa lata, a drugiego – na dwa miesiące. Taka wielka różnica!
- Geronda, czy pomaga epitymia w odcięciu namiętności?
- Kto pokajał się powinien zrozumieć, że nałożona na niego epitymia pomoże mu. W przeciwnym razie jaki w niej sens? Starając się poprawić człowieka na siłę, ty nic nie osiągasz. W dniu Strasznego Sądu Chrystus zapyta tego, kto próbował poprawić swego brata siłą: „Ty co, byłeś nowym Dioklecjanem?”, a temu, kogo próbowali naprawić, powie: „Ty wszystko zrobiłeś pod przymusem, a nie według swojej woli”. Pragnąc posłać człowieka do Raju, my powinniśmy nie naciskać go, a pomóc mu tak, aby on sam zechciał wziąć na siebie trud ascetyczny. On powinien osiągnąć stan, w którym będzie radować się z tego, że on żyje, radować się z tego, że oczekuje go śmierć.
(Miara epitymii) podlega rozważaniu ojca duchowego. Wobec tych, którzy świadomie idą na grzech, ojciec duchowy powinien być nieustępliwie surowy. Człowiekowi, który pokonywany jest przez namiętność, ale potem kaja się, korzy się, skłoniwszy głowę, prosi o przebaczenie, ojciec duchowy powinien rozważnie pomagać znów przybliżyć się do Boga. Przecież wielu świętych postępowało właśnie tak. Na przykład, priepodobny Arsienij Kapadocki, będąc ojcem duchowym, zwykle nie nakładał na ludzi epitymii. On starał się doprowadzić kajających się do uczucia, tak, aby z luboczestija oni sami poprosili go o błogosławieństwo na trud ascetyczny: na jałmużnę albo na dobre uczynki innego rodzaju. A kiedy priepodobny widział opętanego przez nieczystego ducha albo osłabione (sparaliżowane) dziecko i rozumiał, że przyczyna cierpienia nieszczęsnego – jego rodzice, to najpierw on uzdrawiał dziecko, a potem nakładał na jego rodziców epitymię, aby w przyszłości byli oni uważni.
A niektórzy mówią: „Wiecie, a taki-to ojciec duchowy bardzo utrzymuje się patrystycznego ukierunkowania! Jest taki wymagający i mądry, wszystko rozumie, „Pidalion” [146] zna na pamięć!” Jednak ojciec duchowy, który zbyt dosłownie stosuje kanony, zawarte w „Pidalionie”, może uczynić zło Cerkwi. Wyobraź sobie, że ojciec duchowy bierze do rąk „Pidalion” i zaczyna mówić przychodzącym do niego grzesznikom: „Tak, no więc, jaki ty tam popełniłeś grzech” Aha, taki-to. Zobaczmy, co u nas tu napisane o podobnych przypadkach? Odłączenie od Świętego Priczastija na tyle-to lat! Teraz następny… A ty co narobiłeś? Oj-oj-oj! Teraz przeczytamy, co tobie za to należy się… Aha, oto taka to epitymia!” W tym nie ma żadnej korzyści.
- Geronda, ojciec duchowy powinien uwzględniać dziesiątki okoliczności…
- Tak, zwłaszcza w obecnych czasach nie da się z nierozsądną surowością stosować całego zakonu Cerkwi. Zamiast tego ojciec duchowy powinien wypielęgnować w ludziach luboczestije. Najpierw on powinien pracować nad sobą, aby być w stanie pomagać ludziom. W przeciwnym zaś razie (swoją nierozsądnością) duchowny będzie rozbijać ludziom głowy.
„Podalion” nazywa się tak, ponieważ ta książka kieruje człowiekiem do zbawienia to jednym, to drugim sposobem, podobnie jak sternik, kierujący statek do brzegu, obraca ster to w prawo, to w lewo. Stale podążając prostym kursem, nie obracając steru, tam gdzie trzeba, sternik wsadzi statek na rafy, zatopi go i zgubi ludzi. Jeśli ojciec duchowy wykorzystuje kanony jak armaty [147], czyli nierozsądnie, nie biorąc pod uwagę konkretnego człowieka, miarę i sposób jego pokajania i temu podobnego, to, zamiast tego żeby uzdrawiać dusze, on będzie popełniać przestępstwa.
Rozgrzeszająca modlitwa
Niektórzy duchowni mają następujący „typikon”: w przypadkach, kiedy spowiadający się nie może przyjąć Priczastija, oni nie czytają nad nim modlitwy rozgrzeszającej. Niektórzy duchowni nawet mówią: „Modlitwę rozgrzeszającą czyta się nie we wszystkich przypadkach – to nasza zasada”. To jest już podobne do protestantyzmu… Kiedyś do mnie do celi przyszedł jeden młodzieniec, w którego życiu zdarzały się różne grzeszne upadki. On był u ojca duchowego, wyspowiadał się z tych upadków, jednak ojciec duchowy nie przeczytał nad nim modlitwy rozgrzeszającej. Nieszczęsny wpadł w rozpacz. „Skoro ojciec duchowy nie przeczytał nade mną modlitwy rozgrzeszającej, – zaczął myśleć on, – znaczy, prawdopodobnie, Bóg też mi nie wybacza”. I od tych myśli on zaczął myśleć o samobójstwie. „Pójdź do ojca duchowego, – powiedziałem młodzieńcowi, – i niech on przeczyta nad tobą modlitwę rozgrzeszającą. A jeśli ten ojciec duchowy mimo wszystko odmówi czytać nad tobą modlitwy, to pójdź do innego ojca duchowego”.
Jeśli nad kajającym się nie czytać modlitwy rozgrzeszającej, to on będzie stale upadać, ponieważ diabeł zachowuje nad nim swoje prawa. A jak człowiek może walczyć, jeśli diabeł po dawnemu panuje nad nim? Taki człowiek nie jest uwolniony, on przyjmuje biesowskie oddziaływania. Podczas gdy, jeśli rozgrzeszająca modlitwa jest nad człowiekiem przeczytana, biesowskie oddziaływania są odcinane i (Łaska Boża) znów zajmuje „przyczółek” (człowieka). W taki sposób nieszczęsny otrzymuje pomoc i może podjąć jakąś (duchową) walkę, trud ascetyczny, aby uwolnić się od namiętności.
Umiejętność obchodzenia się z duszą – sprawa delikatna
- Geronda, jak można pomóc ludziom, posiadającym trudny, nieustępliwy, „kosoboki”* charakter?
- Będąc cieślą, ja pracowałem z wykrzywionymi, „kosobokimi” deskami i belkami. Jednak przy pracy z takim drewnem potrzebna była cierpliwość, ponieważ, z której byś strony nie strugał wykrzywionej deski, ona mimo wszystko „sztywnieje” (przeciwstawia się), stawia zadziory. Dlatego, kiedy musiałem pracować z takimi deskami, brałem podwójny strug i starannie, powoli skrobałem je to z jednej, to z drugiej strony – i w taki sposób osiągałem, co chciałem i trzeba powiedzieć, po obróbce takie deski wyglądały bardzo pięknie – odkrywał się piękny rysunek ich słojów. Oprócz tego, rzeczy, zrobione z takich desek, bywają bardzo mocne, niełatwo je połamać. Tymczasem, nie wiedząc o tym majster mógłby wyrzucić taką deskę, widząc, że ona jest trochę kosoboka. Ja chcę powiedzieć, że ludzie, mający trudny charakter, posiadają wewnętrzne siły, i, dawszy ci popracować nad sobą, oni będą w stanie poruszać się w duchowym życiu siedmiomilowymi krokami. Jednak na pracę z takimi ludźmi koniecznie trzeba poświęcić wiele czasu.
Poza tym, chcąc połączyć dwie wykrzywione deski, ja nigdy nie używałem wielkich gwoździ. Najpierw strugałem takie deski strugiem, na ile możliwe wyrównywałem je, a potem łączyłem ze sobą cieniutkim gwoździkiem. Jeśli dwie wykrzywione deski rozłączały się jedna od drugiej, to ja nigdy nie przyciskałem ich na siłę, zbijając wielkimi gwoździami: przecież jeśli połączysz takie deski w ten sposób – na siłę, to po jakimś czasie one i tak pękną, rozpadną się i okaże się, że cała nasza praca poszła na marne.
Tym, którzy mają zajęcie z ludzkimi duszami, niezbędny jest rozsądek (rozważność) i jeszcze raz rozsądek. W duchowym życiu nie ma jednej recepty, jednego kanonu (na wszystkich). Każda dusza odróżnia się od drugiej jakością i pojemnością. Przecież są naczynia z wielką, i są naczynia z małą pojemnością. Jedne zrobione z plastyku i nie posiadają dużej trwałości, drugie – metalowe, bardziej trwałe. Poznawszy jakość i pojemność duszy, ojciec duchowy będzie działać odpowiednio z jej możliwościami, z jej dziedzicznością, a także odpowiednio z tym, na ile dusza odnosi sukcesy. Ojciec duchowy powinien postępować według spowiadającego się odpowiednio do tego stanu, w którym ten człowiek znajduje się, uwzględniać popełnione przez niego grzechy i mnóstwo innych okoliczności. W odniesieniu do człowieka bezwstydnego ojciec duchowy powinien być uważny, żeby nie dać mu prawa (powodu) do bezwstydności. Jeśli dusza spowiadającego się jest (nadmiernie) wrażliwa, to ojciec duchowy powinien postarać się pomóc mu mężnie pokonać jego problemy.
Oprócz tego, ojciec duchowy powinien być uważnym i nie polegać na tym, co widzi w człowieku zewnętrznie. On nie powinien łatwo wierzyć usłyszanemu i na podstawie usłyszanego wyciągać jakieś wnioski – zwłaszcza jeśli duchowny nie jest obdarzony darem widzieć człowieka głębiej. Niektóre deski, które z zewnątrz wydaja się bardzo mocnymi, w środku – są spróchniałe. Jeśli troszkę ostrugać takie deski strugiem, to od razu widać, co jest w ich środku. A inne deski zewnętrznie wydają się do niczego nie przydatnymi, podczas gdy w środku ich drewno jest bardzo mocne.
Umiejętność postępowania z duszą – sprawa bardzo subtelna. W receptach nie powinno być błędów. Popatrz, przecież organizm każdego człowieka potrzebuje tej witaminy, której mu brakuje, i każda choroba leczona jest odpowiednim lekarstwem.
*Kosoboki – (z ros.) – krzywy, pochyły, przechylony.
Nie dawajmy człowiekowi uspokajać się w swoich namiętnościach
- Geronda, jeśli jakaś kobieta powie nam: „Mój ojciec duchowy mnie nie zrozumiał”, co należy jej odpowiedzieć?
- Odpowiedzcie jej: „Być może, to ty sama nie dałaś duchownemu ciebie zrozumieć? Być może, winna jesteś ty?”. Zderzając się z podobnymi przypadkami, zmuszajcie człowieka zastanowić się, nie znajdujcie mu łatwego usprawiedliwienia. Te sprawy są bardzo delikatne. Tu czasem widać, jak ludzie uchytrzają się zaplątać nawet ojca duchowego.
- A jeśli ona powie nam, że ojciec duchowy jej nie podoba się?
- Skoro on jej nie podoba się, to, możliwe, w tym też winna ona sama. Możliwe, że ona chce, aby ojcu duchowemu podobała się jej samowola, aby on usprawiedliwiał ją w tym. Załóżmy, jakiś człowiek całkiem nie troszczy się o swoją rodzinę i z tego powodu u nich z żoną stałe awantury. I oto taki człowiek, pragnąc rozwieść się, przychodzi do mnie i zaczyna skarżyć się na żonę, uważając, że ja stanę po jego stronie. Jeśli mu odpowiem: „Ty sam jesteś winien w całej tej historii”, to, nie uświadomiwszy sobie swojej winy, on powie, że moja odpowiedź mu się nie podoba. Czyli niektórzy ludzie mówią, że ojciec duchowy nie podoba się im, ponieważ duchowny nie pozwala robić tego, co zamyślą.
Jeśli ojciec duchowy usprawiedliwia namiętności każdego człowieka, to on może podobać się wszystkim, jednak pożytku od tego ludzie nie otrzymają. Jeśli my chcemy każdemu podobać się w jego namiętnościach, to wtedy dawajcie „przypodobajmy się” i diabłu. Na przykład, ty przychodzisz do mnie i zaczynasz skarżyć się: „Taka-to siostra nagadała mi nieprzyjemności”. – „A, – mówię ja tobie, – nie zwracaj ty na nią uwagi”. W taki sposób, ja usprawiedliwiam ciebie, i to ci się podoba. Trochę później przychodzi do mnie ta siostra która sprawiła ci nieprzyjemności i zaczyna skarżyć się, na ciebie: „A taka-to siostra uczyniła to i tamto”. – A cóż ty, masz rację! – mówię jej. – Czyż ty nie wiesz, co to za człowiek? Nie traktuj jej poważnie”. W taki sposób ja usprawiedliwiłem tę siostrę, a jej to też się spodobało. W taki sposób ja podobam się wszystkim, jednak wszystkim przy tym podstawiam nogę! Podczas gdy powinienem odpowiedzieć tobie tak: „A no, podejdź tu! Skoro siostra mówiła ci nieprzyjemności, znaczy, dałaś jej powód!” Od tych słów ty szybciej uświadomisz sobie swoją winę i poprawisz się. Przecież od tego momentu, jak człowiek uświadamia swoją winę, wszystko idzie dobrze.
Prawdziwy wewnętrzny spokój przychodzi, kiedy człowiek zajmuje prawidłową (duchową) pozycję. Nasze zadanie w tym, żeby znaleźć spokój w Raju, a nie na ziemi. Niektórzy ojcowie duchowi uspokajają, usprawiedliwiają myśli człowieka, który potem mówi: „Ten ojciec duchowy bardzo mi się podoba!” – jednak przy tym taki człowiek pozostaje nie poprawiony. A przecież ojciec duchowy powinien pomóc człowiekowi znaleźć jego niedociągnięcia, aby on się poprawił, i potem kierować nim, wskazując mu właściwy kierunek. Rzeczywiste uspokojenie przychodzi tylko w tym przypadku. A usprawiedliwienie człowieka w jego namiętnościach – nie jest mu pomocą. Dla mnie to przestępstwo.
Dla tego aby ojciec duchowy mógł pomóc dwóm osobom, związanym z sobą, on powinien mieć kontakt z każdą z nich. Na przykład, słysząc o tym, że dwoje ludzi nie zgadza się w swoich myślach, ojciec duchowy powinien znać duszę każdego, ponieważ każdy może przedstawiać sprawę w ten sposób, jak sam ją rozumie. Ojciec duchowy powinien brać na siebie rozwiązanie niezgod tych ludzi tylko wtedy, kiedy oni zgodzą się z tym, że on rozwiąże je zgodnie z Ewangelią. Ponieważ wszystkie inne decyzje będą nieustającym bólem głowy, i trzeba będzie stale łykać aspirynę. Oprócz tego, ojciec duchowy powinien stawiać każdego z niezgodnych na swoje miejsce, on nie powinien nikogo usprawiedliwiać. On powinien wskazać każdemu z ludzi wady. W taki sposób i jedna i druga krzywizna będzie obciosana, a ludzie będą dochodzić do zgody i do wzajemnego zrozumienia.
Ja nie mam ani jednej dobrej cechy, poza tą: ja nigdy nikogo nie usprawiedliwiam – nawet jeśli człowiek jest niewinny. Na przykład, jeśli do mnie przychodzą kobiety i zaczynają skarżyć się na mężów, daję im dobrą burę. Kiedy przychodzą do mnie mężczyźni i skarżą się na swoje żony, ja daję burę mężom. Ja nie uspokajam ich myśli, ale wskazuję każdemu na jego niedostatki, mówię każdemu to, co jest mu potrzebne, aby był pożytek. A w przeciwnym razie i mąż i żona odchodzą od człowieka, do którego oni przychodzili poradzić się, uspokojeni, jednak w domu zaczynają skandal jedno z drugim: „Nie, jednak racje miał batiuszka, kiedy powiedział mi, kim ty jesteś tak naprawdę!” – zarzuca jedno drugiemu, a w odpowiedzi słyszy: „A mi, wiesz, co on o tobie naopowiadał!” Ja chcę powiedzieć, że nikogo nie usprawiedliwiam w jego namiętnościach. I nie tylko nie usprawiedliwiam: niektórych ludzi bardzo rugam – oczywiście, że dla ich własnego dobra, – i oni rzeczywiście odchodzą wewnętrznie uspokojeni. To znaczy oni mogą odchodzić ode mnie zasmuceni, jednak rozumieją, że moja gorycz jest większa niż ich własna.
- Geronda, niektórzy, kiedy wy ich obstawiacie, mimo wszystko czują się jak za kamiennym murem.
- Tak, ponieważ ja nie obstawiam człowieka sucho, formalnie. Ja mówię mu, że u niego są cnoty, z których trzeba wyciągnąć pożytek, i niedociągnięcia, które trzeba naprawić. Jeśli nie powiedzieć człowiekowi prawdy, to w jakimś momencie, nie usłyszawszy (ulubionego przez niego) pochlebstwa, on straci równowagę.
Jak odnosić się do ludzi, którzy wpadli w rozpacz
Kiedyś do mnie przyszedł jeden wzburzony młodzieniec i powiedział: „Geronda, ja nie jestem w stanie poprawić się. Mój ojciec duchowy powiedział mi: „To wszystko u ciebie jest dziedziczne…”” Od takich słów młodzieniec wpadł w rozpacz. Jeśli ktoś zwierzy mi się ze swoich problemów, ja powiem takiemu człowiekowi: „To dzieje się z takiej-to i takiej-to przyczyny. Dlatego żeby zmienić się, ty powinieneś uczynić to i to”. Na przykład, przychodzi do mnie człowiek, który męczy się jakąś myślą i nie może zasnąć. On łyka tabletki o bólu głowy i żołądka i pyta mnie: „Być może lepiej mi ich nie łykać?” – „Nie, – odpowiadam, – tabletki na razie łykaj. Wyrzuć tę myśl, która ciebie męczy, a potem możesz odstawić i tabletki. Jeśli ty nie wyrzucisz myśli, twój stan nie zmieni się, ty będziesz dalej męczyć się. Przecież jaki będzie pożytek temu człowiekowi, jeśli on przestani łykać tabletki, ale nie przestanie utrzymywać w sobie męczącej go myśli?
Dobrze, jeśli ojciec duchowy nie doprowadza sprawy do takiego stanu, kiedy (przed spowiadającym się) trzeba zapalać czerwone światło, ale odnosi się do niektórych rzeczy z cierpliwością. Ale, oczywiście, i sam spowiadający się, aby otrzymać pomoc, powinien trudzić się w ascezie prawidłowo. Pewnego razu jeden młody człowiek w jakiejś sprawie zaczął naciskać na dziewczynę, z którą był zaręczony. Kto go wie, co on jej nagadał… Ona rozgniewała się, wsiadła do samochodu, odjechała i po drodze rozbiła się. Po tym młody człowiek chciał popełnić samobójstwo, ponieważ czuł, że stał się przyczyną śmierci. On przyszedł do mnie i opowiedział o tym. W istocie, on popełnił przestępstwo, jednak ja pocieszyłem go i doprowadziłem do normalnego stanu. Zresztą, on potem i całkiem przestał wspominać o tym wydarzeniu, stał się całkiem obojętnym człowiekiem, i w dodatku związał się z drugą dziewczyną. I oto, kiedy w takim stanie po trzech latach on znów przyszedł do mnie, zadałem mu niezłe trzepanie, ponieważ niebezpieczeństwa, że on podniesie na siebie ręce, już nie było. On nie widział, nie uznawał swojej winy, i dlatego bura była niezbędna. „Czyż naprawdę ty nie rozumiesz, – powiedziałem mu, – że poprzednim razem popełniłeś zabójstwo i stałeś się przyczyną śmierci dziewczyny?” Gdyby ten młody człowiek pracował nad sobą prawidłowo, to, nie zapominając o tym wydarzeniu, on dalej by cierpiał, jednak za to cierpienie nagrodzony byłby boskim pocieszeniem, i wtedy on nie stoczyłby się do takiej cynicznej obojętności.
Dlatego, trzeba być bardzo uważnym. Przecież ktoś, popełniwszy grzech, wpada w rozpacz. W tym momencie ty możesz go pocieszyć, ale, żeby on nie odniósł szkody, potrzebne jest i jego własne luboczestije. Pewnego razu do mnie do celi przyszedł młodzieniec, który wpadał w cielesny grzech i nie mógł uwolnić się od tej namiętności. Nieszczęsny doszedł do rozpaczy. Przede mą on był u dwóch ojców duchowych, którzy surowo próbowali wyjaśnić mu, że on ciężko grzeszy. Chłopiec stracił wszelką nadzieję. „Skoro ja wiem, że popełniam grzech, – zdecydował on, – i nie mogę poprawić się, to lepiej mi zerwać wszelkie relacje z Bogiem”. Kiedy ja usłyszałem o tym, co się z nim dzieje, poczułem ból z powodu nieszczęśnika, i powiedziałem mu: „Posłuchaj mnie, błogosławiona duszo. Nigdy nie zaczynaj swojej walki od tego, czego nie możesz zrobić, ale zaczynaj ją od tego, co zrobić możesz. Dawaj zobaczymy, co jest według twoich sił, i zaczniesz od tego. Czy możesz chodzić do cerkwi każdą niedzielę?” – „Mogę”, – odpowiedział on. „A czy możesz ty pościć każdą środę i piątek?” – zapytałem znów. „Mogę”, – odpowiedział on. „A możesz rozdawać w jałmużnę dziesiątą część twoich poborów albo też odwiedzać chorych i pomagać im?” – „Mogę”. – „A czy możesz ty – nawet wpadłszy w grzech – modlić się każdego wieczoru i prosić: „Boże mój, zbaw moją duszę”?” – „Geronda, powiedział on mi, – ja będę wszystko to robić”. – „No tak więc, – mówię, – zaczynaj wprost od dzisiaj robić wszystko, co według twoich sił, a Wszechmocny Bóg uczyni to jedyne, co przekracza twoje siły”. Nieszczęsny młodzieniec uspokoił się i nie przestawał powtarzać: „Dziękuję tobie, ojcze”. Widzisz: u niego było luboczestije i Dobry Bóg pomógł mu.
Do bezwstydnych trzeba odnosić się surowo, do luboczestnych – pobłażliwie z wyrozumiałością
Jeśli człowiek, mając dobrą wolę, nie otrzymał pomocy w wieku dziecięcym, to powiedzieć mu o tym dobrym, że widzisz w nim (coś dobrego), nie będzie służalczością i pochlebstwem. Przecież od tego człowiek otrzymuje pomoc i zmienia się, ponieważ do boskiej pomocy on też ma prawo. Ja powiedziałem pewnemu człowiekowi: „Przecież ty jesteś dobry. To, co ty robisz, do ciebie nie pasuje”. Powiedziałem mu to, ponieważ zobaczyłem (w jego sercu) dobrą niwę i rzucone na nią niedobre siemię. Zobaczyłem, że wewnątrz człowiek był dobrym, i zło, które on czynił, było zewnętrznym. Powiedziałem mu o tym, że jest on dobry nie dla tego, aby mu pochlebić, a żeby pomóc mu, aby zaczęło pracować w nim luboczestije.
Niektórzy żyją według następującego „typikonu” (zasady): niezależnie od tego, czy ma człowiek dary (talenty) czy nie, oni w każdym przypadku mówią mu: „Ty jesteś beztalencie” – rzekomo dla tego, aby on nie wpadł w pychę i nie odniósł szkody. To znaczy zrównują wszystkich pod jeden mianownik. Jednak jeśli człowiek rozpacza i z powodu tego zła, które on czyni, i z powodu tego dobra, które ma w sobie, to jak on może posiąść pewność siebie, niezbędną do tego, aby z gorliwością wziąć się za duchowy trud? A oto jeśli powiedzieć człowiekowi o tym dobru, które on ma w sobie, i wypielęgnować w nim luboczestije i szlachetność, to on otrzymuje pomoc, rozwija się i odnosi sukcesy.
Mój typikon jest taki: jeśli widzę, że człowiek wyróżnia się jakimś darem albo też odnosi sukcesy w duchowej walce, to mówię mu o tym. No a jeśli widzę w nim krzywiznę – biorę w ręce ciężką pałę… Ja nie myślę o tym, że pierwszy czy drugi sposób może poszkodzić duszy człowieka, ponieważ i w pierwszym i w drugim przypadku obecna jest miłość. Jeśli on dozna szkody od tego, jak ja wobec niego postąpię, to będzie znaczyć, że on miał już w sobie uszkodzenie. Na przykład, jeśli jakaś mniszka napisze ładną ikonę, to ja powiem jej o tym, że ikona napisana jest dobrze. Jeśli zaś zobaczę, że stała się dumna i harda, to odtąd w relacji z nią będę zachowywać pewien dystans. Oczywiście, jeśli mniszka, pełniąca posłuszeństwo w pracowni pisania ikon, stanie się harda, to spod jej pędzla będą wychodzić nie ikony, a karykatury, i ona otrzyma burę jeszcze i od innych. A jeśli ona znów spokornieje, to znów będzie robić dobrą robotę. Chorobliwe zjawiska mi się nie podobają. Ja nie mogę znosić różnych szpetnych dziwactw. Ja postaram się tym czy innym sposobem wrócić wszystko do normalnego stanu. A jakże inaczej? Przykrywać różne chorobliwe odchylenia od normy?
- Geronda, a jeśli bezwstydny człowiek, kiedy przejawiają do niego życzliwość, staje się jeszcze bardziej bezwstydnym, to jak mu pomóc?
- Ja oto co ci powiem: jeśli ja widzę, że moja życzliwość, dobroć, miłość nie idą człowiekowi na pożytek, to decyduję, że nie mam bliskości z tym człowiekiem, i jestem zmuszony już nie zachowywać się wobec niego z dobrocią. Według (duchowego) prawa, z im większą dobrocią postępują wobec ciebie, tym bardziej powinieneś się zmienić, rozsypać się w proch, topnieć, jak świeca.
Dawno temu zapoznałem się z jednym człowiekiem, i na początku naszej znajomości, pragnąc mu pomóc, opowiedziałem mu o niektórych przeżytych przeze mnie boskich wydarzeniach. Jednak, zamiast tego żeby podziękować Bogu: „Boże, jak mam Tobie dziękować za to pocieszenie…” – i obalić się w proch z wdzięczności, ten człowiek dał sobie wolę i zaczął zachowywać się bezczelnie. Wtedy przyjąłem wobec niego surową pozycję. „Ja pomogą mu z daleka, modlitwą”, – postanowiłem. I postąpiłem tak nie dlatego, że nie lubiłem tego człowieka, a dlatego, że taki sposób postępowania był mu na pożytek.
- Geronda, a jeśli człowiek zrozumie swój błąd i poprosi o przebaczenie?
- Jeśli on to zrozumie – inna sprawa. Wtedy możemy dojść z nim do wzajemnego zrozumienia. W przeciwnym zaś razie – jeśli moje luboczestije nie idzie mu na pożytek, ja nie znajduję w tym człowieku odzewu i nie odczuwam, że jestem z nim w pokrewieństwie. Jeśli u człowieka jest luboczestije, pokora i nie ma bezczelności, to i ty w stosunku do niego postępujesz prosto. Wobec wszystkich ludzi ja na początku postępuję z serdecznością i prostotą. Ja całkowicie oddaję siebie innemu, aby on otrzymał pomoc, aby dać możliwość rozwoju dla (wytworzonej między nami) atmosfery miłości. A potem powoli zaczynam wskazywać człowiekowi jego wady. W zależności od wieku mego rozmówcy ja patrzę na niego jak na mego brata, ojca czy dziadka. Ja ogrzewam człowieka, jak słoneczko, aby na zewnątrz wyszły wszystkie żmije, skorpiony i chrząszcze – czyli jego namiętności, – a potem pomagam człowiekowi je uśmiercić. Jednak jeśli widzę, że ten człowiek nie ceni (mojej miłości do niego) i nie otrzymuje od mego zachowania pomocy, ale, grając na mojej prostocie albo mojej prawdziwej miłości, zaczyna zachowywać się bezczelnie, to powoli odchodzę od niego, aby on nie stał się jeszcze bezczelniejszym. Ale początkowo ja oddaję siebie człowiekowi całkowicie, i dlatego moje sumienie pozostaje spokojnym. Żyjąc w monasterze Stomion, wziąłem do siebie jednego chłopca, aby pomóc mu i jednocześnie nauczyć ciesielskiego rzemiosła. Odnosiłem się do niego po-dobremu, uważałem go za brata. Jednak widziałem w młodzieńcu pewne cechy, które mi się nie podobały. Pewnego razu zapytałem go: „Która godzina?” – „Godzina – ugrzęzła w twojej łepetynie!” – odpowiedział on mi. No cóż, pomyślałem wtedy: „Nie, w takim duchu lepiej dalej nie trwać. Trzeba i dla mnie trochę pomyśleć swoją „łepetyną”, ponieważ inaczej młodzieniec będzie pokrzywdzony”. Przecież ja odnosiłem się do niego tak, że gdyby było u niego luboczestije, to według (duchowych) zakonów powinien byłby z wdzięczności rzucić się w proch. Jednak ja zobaczyłem, że on nie przyswajał, nie rozumiał mnie. I dlatego on odszedł ode mnie sam. Ja go nie wypędzałem. Widzisz: cierpliwość, miłość czynią bezwstydnego bardziej bezwstydnym, luboczestnego – bardziej luboczestnym.
Dobroć szkodzi człowiekowi, który nie pokajał się
- Geronda, pamiętam, kiedyś Wy mnie tak zrugaliście…
- Jeśli będzie trzeba, ja ciebie jeszcze raz zrugam, abyśmy wszyscy razem poszli do Raju. Ale już tym razem zastosuję drakońskie środki!.. Przecież u mnie taki typikon: najpierw daję człowiekowi zrozumieć, że on potrzebuje tego, aby go zrugano, a już potem zdejmuję z niego wiórki (zaczynam go besztać, rugać). Prawda, dobra metoda? Ja widzę, jak człowiek popełnia jakiś poważny występek, rugam go za to i zrozumiała rzecz – staję się „wredotą”. Ale co ja mogę zrobić? Uspokajać każdego w jego namiętności, aby udawać dobruśkiego, a potem całą czcigodną kompanią znaleźć się w piekle? Kiedy człowiek, którego ja zrugałem albo też zwróciłem uwagę, rozstraja się, to mnie za to nigdy nie męczy sumienie, ponieważ ja rugam człowieka z miłości do niego, dla jego też własnego dobra. Ja widzę, że człowiek nie rozumie, jak bardzo zranił on Chrystusa tym, co uczynił, i dlatego rugam go. Rugając człowieka, ja doświadczam bólu, przemęczam się, jednak moje sumienie nie męczy mnie za to. Potem ja mogę spokojnie – bez spowiedzi – iść do Świętego Priczastija. Ja doświadczam w sobie pocieszenia, radości. A pocieszenie i radość dla mnie – zbawienie duszy.
- Geronda, czasem myśl mówi mi, że Wy rozmawiacie ze mną pocieszająco dlatego, że surowość mi nie odpowiada, albo dlatego, że Wy już wiele razy mówiliście mi o czymś i, ponieważ ja tego nie wypełniłam, postanowiliście machnąć na mnie ręką.
- Oto błogosławiona dusza! Ty co myślisz, że ja będę bawić się zbawieniem twojej duszy? To ktoś niedoświadczony może prowadzić takie eksperymenty. A u dojrzałego człowieka jest zdolność do opiniowani, i on idzie, nie zbaczając ani w prawo, ani w lewo. Czuj się bezpiecznie. Jeśli ja zobaczę w tobie nieporządek, to będę od ciebie blisko czy daleko, powiem ci o nim. Ty miej w sobie zaufanie i spokój. Ach, wy mnie jeszcze całkiem nie zrozumiałyście! Czyż ty myślisz, że ja tak łatwo będę uspokajać wasze myśli? Co ja, według was, powiem człowiekowi, widząc, że jego dusza (nadmiernie) wrażliwa albo że ona jest wstrząśnięta od świadomości swego grzechu? W tym przypadku ja pocieszam człowieka, żeby on nie wpadł w rozpacz. Jednak, widząc, że serce człowieka twarde, jak kamień, ja rozmawiam z nim surowo, aby rozkołysać tan kamień i odsunąć go z miejsca. Przecież, jeśli, widząc idącego do przepaści, będę mówić mu: „Idź-idź, jesteś na bardzo dobrej drodze”, czyż to nie będzie przestępstwem z mojej strony? Ale w niektórych ludziach jest następująca zła cecha: kiedy mówisz im, żeby nie niepokoili się, oni nie wierzą tobie i zadręczają się. Czyż, zobaczywszy w człowieku coś złego, ja mu o tym nie powiem? A czyż ja mogę nie powstrzymać tego, kto kieruje się do piekielnej męki? Ponosząc za człowieka odpowiedzialność, ty, kiedy jest taka potrzeba, zaczniesz nawet krzyczeć (pragnąc go zbawić). Zrozumiałe, że osobiście dla mnie lepiej milczeć, ale ja nie mogę milczeć, ponieważ ponoszę odpowiedzialność za innych.
Na przykład, ty robisz mi jakieś zło, i ja ci przebaczam. Ty znów robisz mi jeszcze jakieś zło, i ja znów ci przebaczam. U mnie to wszystko w porządku, ale jeśli ty nie poprawisz się od tego, że ja ci przebaczam, to twój stan jest bardzo ciężki. Inna sprawa, jeśli ty (chcesz poprawić się), ale nie możesz zrobić tego do końca. Jednak powinnaś postarać się poprawić się, na ile to możliwe. Ty nie powinnaś uspokajać swojej myśli i mówić: „Skoro on mi wybacza, to u mnie wszystko jest wspaniale i nie ma powodu do niepokoju. Rozstrajać się nie trzeba”. Człowiek może grzeszyć, jednak, kiedy on kaja się, płacze, ze skruchą prosi o przebaczenie, chce poprawić się, wtedy u niego jest świadomość grzechu i ojciec duchowy powinien mu przebaczać. A oto jeśli człowiek nie kaja się i kontynuuje swoją taktykę, to ten, kto ponosi odpowiedzialność za jego duszę, nie może odnosić się do tego niepoważnie, lekceważąco, z uśmiechem. Dobroć szkodzi człowiekowi, który nie pokajał się.
Szacunek wobec wolności innych
- Geronda, czy możliwe jest, aby człowiek świadomie ukrywał swój upadek przed ojcem duchowym?
- Tak, jest to możliwe, ale i w tym przypadku, jeśli ojciec duchowy wie czy domyśla się o jego upadku, nie ma sensu i pożytku mówić o tym upadłemu człowiekowi. Często, widząc, że w duchowym życiu człowieka coś się wydarzyło, domyślając się czy wiedząc, że on coś uczynił, ja – szanując go – nic nie mówię mu o tym, jeśli on sam nie powie. Ja uważam za przemoc, pohańbienie powiedzieć człowiekowi o czymś w tym momencie, kiedy on sam nie chce, abym ja o tym się dowiedział. To delikatna sprawa, ponieważ, powiedziawszy człowiekowi o czymś co zdarzyło się z nim wbrew życzeniu, ty wystawisz go na pośmiewisko. Czyż można zmuszać innego? Istnieje ludzka wolność. Ja powiem człowiekowi, że wiem o nim coś tylko w tym przypadku, kiedy zobaczę, że on jest w niebezpieczeństwie i innej możliwości pomóc mu nie ma. Albo też ja zrobię to, widząc, że jest on w niewiedzy i grozi mu całkowita porażka i zguba.
Lepiej – jeśli sam człowiek poprosi ciebie o to – dać mu zrozumieć, w czym jest winien, aby on sam zaczął bić swego starego, ulegającego rozkładowi człowieka, ponieważ wtedy on będzie odczuwać mniejszy ból. Popatrz: przecież jeśli maluch upadnie sam i uderzy się, to on płacze nie tak bardzo jak gdyby upadł, dlatego że popchnęło go inne dziecko. Aby jeden człowiek powiedział drugiemu, co ten powinien robić, słuchający powinien być pokorny, a mówiący – dziesięć razy pokorniejszy od niego, i, oprócz tego, on sam powinien starać się stosować w swoim życiu to, czego uczy innego. Jeśli ja radzę zrobić coś na sto procent, to znaczy to, że ja sam robię to na sto pięćdziesiąt procent. Ale nawet i w tym przypadku ja mimo wszystko pomyślę, czy warto mu o tym mówić.
Oczywiście, w każdym przypadku demaskować można tylko bliskich i znajomych ludzi. Ojciec duchowy powinien uwzględniać, jakie prawa nad sobą dał mu człowiek i jaką odpowiedzialność on za niego ponosi. Jeśli duchowny wziął na siebie odpowiedzialność za czyjąś duszę, to on zobowiązany jest ją demaskować, upominać – naturalnie z rozwagą. Jednak nie ma pożytku w tym, że ty stajesz się czyimś nauczycielem i demaskujesz złe nawyki człowieka, który nie dawał tobie na to praw. To tak jakby ktoś przyszedł do mojej celi i zacząłby przestawiać w niej wszystko po swojemu: przestawił by łampadkę, łóżko przesunął by w ten oto kąt, a czotki przewiesił na ten gwóźdź, nie pytając mnie o to.
Miłość ojca duchowego do spowiadającego się
Pełen łaski ojciec duchowy kocha duszę i boleje o nią, ponieważ znana jest mu jej wielka godność. On pomaga duszy w pokajaniu, sprawia jej ulgę poprzez spowiedź, uwalnia ją od trwogi duszy i prowadzi ją do Raju. Ojciec duchowy nazywany jest „ojcem duchowym” – dlatego on powinien postarać się być ojcem prawdziwym: pouczać (ukierunkowywać) swoje dzieci z boską miłością i czułością. On powinien stawiać siebie na miejsce każdego przychodzącego do niego na spowiedź człowieka i przeżywać jego ból tak, aby ten widział swój własny ból odzwierciedlony na twarzy ojca duchowego. To szczególnie konieczne jest w naszych czasach, kiedy ludziom potrzebna jest świeża woda, a nie mocny ocet. Większość ludzi, podlegając biesowskim oddziaływaniom, z trudem przyjmuje duchową radę czy uwagę. Dlatego nawet obstawiać ludzi trzeba z miłością: wskazywać im na błąd subtelnie, taktownie, rozcieńczając to śmiechem czy żartem.
Jeśli w kimś jest miłość, to ludzie ją widzą; jeśli zaś ktoś ma namiętności duszy, to one zdradzają go. Jeśli nie ma u nas miłości, to, kiedy robimy jakiemuś człowiekowi „piękną” uwagę, on sztywnieje, upiera się, staje na dyby. Podczas gdy, jeśli obstawiamy człowieka z bólem i miłością, on może denerwować się, jednak w głębi duszy go to nie rani, ponieważ on odczuwa miłość. Ja znam jednego ojca duchowego – o bardzo tęgiej, otyłej budowie ciała. Oczywiście, jedna z przyczyn jego otyłości w jego budowie ciała, ale, oprócz tego, być może, batiuszka powinien by być trochę uważniejszy odnośnie jedzenia… Jednak wiecie, jak ten batiuszka ubolewa z powodu bliźniego, jak on troszczy się o cierpiących? U tego ojca duchowego jest pokora, ponieważ, mało trudząc się w ascezie i osądzając siebie za to, on jednocześnie ma niemałą dobroć. I dlatego wielu ludzi znajduje u niego więcej spokoju swoim duszom, niż u jakiegoś duchownego-ascety.
Jeśli u ojca duchowego nie ma zdecydowania pójść z miłości do swoich duchowych dzieci nawet na piekielna mękę, to nie jest to ojciec duchowy.
Przypisy.
[1] W patrystycznym ascetycznym leksykonie słowo „myśl” może oznaczać jak prostą myśl, pojawiająca się w umyśle, tak i ruch duszy, skierowany ku dobremu czy złemu. Oprócz tego, pod „myślą” może być rozumiana dobra czy zła skłonność (wleczenie), nabyta z pomocą umysłu, sumienia, uczucia woli. Każde działanie poprzedzają myśli, dlatego, aby duchowa walka była prawidłowa, ona powinna być skierowana w pierwszej kolejności na rozpatrzenie myśli, dlatego aby pielęgnować myśli dobre i wypędzać złe. Wszyscy chrześcijanie powinni zajmować się tym działaniem, ale szczególnie dogłębnie zajmują się nim mnisi.
[2] Czwarta księga Machabejska
[3]W tłumaczeniu rosyjskim patrz 2 Machabejska 6:7
[4] J.7:24
[5] Por. 1Kor.6:19 i 3:16.
[6] Patrz Mt.3:16; Mk.1:10; Łk.3:22 i J.1:32
[7] Luboczestije. To słowo wielokrotnie spotyka się w mowie Starca Paisija, który podkreśla znaczenie luboczestija w duchowym życiu. We współczesnym języku odpowiednika temu słowu nie ma. Niedosłownie możne je przetłumaczyć jako wielkoduszność, skłonność do ofiarności czy poświęceń, lekceważenie do spraw materialnych w imię moralnego czy duchowego ideału.
[8] Uranupolis – najbliższe od Świętej Góry świeckie osiedle, niewielka wioska na południowo-wschodnim wybrzeżu półwyspu Atoskiego.
[9] Afoniada (Atoska Cerkiewna Akademia) – położona na Świętej Górze Atos zamknięta placówka szkolna dla chłopców. Założona w 1753 r. Oprócz przedmiotów objętych programem nauczania w szkole średniej, uczniowie Afoniady uczą się teologicznych i stosowanych w Cerkwi dyscyplin (Pismo Święte, Żywoty Świętych, liturgikę, starogrecki język, bizantyjski śpiew cerkiewny, pisanie ikon i inne).
[10] Jak opowiada się w jednym z dawnych monasterskich opowiadań, pewnego razu przywódca rozbójniczej szajki zamyślił ograbić dobrze umocniony żeński monaster. W tym celu on przebrał się w mnisie odzienie, przyszedł do bramy monasteru i poprosił się na nocleg. Ihumeni i siostry przyjęły go z wielką czcią – jak wielkiego abbę. Wszystkie mieszkanki monasteru zebrały się, aby wziąć od niego błogosławieństwo. Wodę, którą obmyły nogi „abby”, mniszki zostawiły jako pewną świętość. Jedna osłabiona siostra z wiarą umyła się tą wodą i otrzymała uzdrowienie z niemocy. Ku ogólnemu zdziwieniu, ona wstała z łóżka i sama podeszła po błogosławieństwo do „abby”. Cud który się wydarzył wewnętrznie zmienił przywódcę rozbójników. On pokajał się i wyrzucił schowany pod mnisią sutanną miecz. W krótkim czasie i on, i jego wspólnicy, zostawszy mnichami, zaczęli prowadzić surowe ascetyczne życie.
[11] Odpowiada 6 klasie ruskiej szkoły średniej.
[12] Łk.23:39.
[13] Porównaj Łk.23:41.
[14] Nilews Karamados – znany konstantynopolski śpiewak drugiej połowy XIX wieku, twórca wielu cerkiewnych pieśni i teoretyk bizantyjskiego śpiewu cerkiewnego.
[15] Patrz Swiatitiel Grigorij Dialog. Rozmowa o życiu Italskich ojców i o nieśmiertelności duszy. M., Błahowiest, 1996. Str.54.
[16] Tak Starec nazywał diabła.
[17] To znaczy przesłanek, predyspozycji duchowych – pobożności, pokory posłuszeństwa Cerkwi czy przesłanek zewnętrznych – wykształcenia, zdolności, znajomości języka greckiego itp.
[18] W rosyjskim przekładzie S. I. Sobolewskiego: „Kiedy pokonujesz namiętności pokorą, a nie wywyższaniem się”. Por. Który wśród Świętych Ojca naszego abby Isaaka Syryjczyka. Słowa Ascetyczne. M. 1993. Str.255.
[19] Początkowe słowa irmosu pierwszej pieśni kanonu Zwiastowania Przenajświętszej Bogarodzicy.
[20] W ascetycznym leksykonie „prirażeniejem” (rażeniem, atakiem) nazywa się myśl umysłu albo ruch serca któremu nie towarzyszą obrazy. Pojawienie się ipozostawanie grzesznych obrazów i marzeń świadczy o „zespoleniu, zgodzeniem się” z myślą, która jest wewnętrznym ustępstwem grzechowi i wymaga wyleczenia przez pokajanie. Patrz Święty Mark Asceta. 200 rozdziałów o duchowym zakonie (prawie). Rozdziały 139-142 i Dobrotolubije (Filokalia) w rosyjskim przekładzie Tom I. Swiato-Troickaja Siergijewa Ławra. 1992. Str.532.
[21] Dzień pamięci duchownego-męczennika Kipriana jest 2 października.
[22] Pamięć priepodobnego Moisieja Murina jest 28 sierpnia.
[23] Patrz godne pamięci opowieści o trudach ascetycznych świętych i błogosławionych ojców. M. 1845. Str. 147.
[24] Ps.149:6.
[25] Mt.14:28-31.
[26] Po udzieleniu Priczastija świeckim, zakończeniu liturgii i rozdaniu antidoru kapłan albo diakon spożywa pozostałe w Świętej Czaszy Święte Dary.
[27] Ps.50:12.
[28] Mt.15:19.
[29] Por. Łk.6:45.
[30] Starec Charłampij (1914-1998) – świętogórski mnich, trudzący się na Kapsale, współczesny Starcowi Paisijowi.
[31] Znane słowa z Akafistu Przenajświętszej Bogarodzicy, wychwalające Jej boskie poczęcie, Narodziny i Nieskalane Dziewictwo.
[32] Masa z sezamu o konsystencji kaszy.
[33] Łk.4:8.
[34] Gra sów: utworzone przez Starca słowo „wilkolot” w greckim języku jest współbrzmiące ze słowem „wiertolot” (helikopter).
[35] Najemcy lokali mieszkalnych i biurowych, zgodnie z ustawą o czynszu, mają prawo do jego przedłużenia nawet po upływie poprzedniego terminu.
[36] Jedno z centralnych greckich więzień.
[37] „Ewergetinos” – systematyzowany zbiór ascetycznych pouczeń świętych ojców, sporządzony około XI wieku przez założyciela i ihumena konstantynopolitańskiego monasteru „Ewergetis” Pawła i po raz pierwszy wydany w końcu XVIII w. przez priepodobnego Nikodima Swiatogorca.
[38] Łk.16:25.
[39] Mówiąc o europejczykach, Starec nie poniża narodów Zachodniej Europy, ale pragnie ochronić nas od panującego w tych krajach ducha racjonalizmu.
[40] Humanizm – kulturalny ruch, w którego centrum stoi samorządny (samosterowalny) czyli oderwany od Boga i Cerkwi – człowiek; otrzymał swój rozwój na Zachodzie w pośredniowiecznej (nowożytnej) epoce.
[41] Pewnego razu w 1950 roku, kiedy Starec Paisij pierwszy raz przyszedł na Świętą Górę Atos i szukał ścieżki, która prowadziła z Kawsokaliwii do Skitu Świętej Anny, on spotkał pustelnika, którego twarz promieniała światłem. „Z wyglądu miał on lat siedemdziesiąt, i po jego ubraniu można było wnioskować, że nie miał on żadnych kontaktów z ludźmi… Ze wszystkiego było widać, że przede mną stał święty”. Kiedy Starec Paisij zapytał pustelnika, gdzie on żyje, ten odpowiedział: „Tu” – i wskazał na wierzchołek Świętej Góry. Potem doświadczeni starcy potwierdzili ojcu Paisijowi, że na szczycie Atosu żyje w zapomnieniu dwunastu pustelników. Patrz Starec Paisij. Otcy-swiatogorcy i swiatogorskie historie. Swiato-Troicka Siergijew Ławra, 2001. Str. 45-47.
[42] Wypowiedziane w listopadzie 1988 r.
[43] Samotniczy (samoutrzymujący się) monaster – przeciwność wspólnotowego (cenobitycznego). Monaster, nie mający ihumena i zarządzany przez epitropów. Mieszkańcy samotniczych monasterów kierują się indywidualną regułą mnisiego życia, nie mają wspólnych posiłków i otrzymują od monasteru pieniężne wynagrodzenie za wypełniane posłuszeństwa. Ostatni samotniczy monaster Świętej Góry Atos był przekształcony we wspólnotowy w 1992 r.
[44] W latach 1956-1959.
[45] Wigła – pustynna miejscowość w południowo-wschodniej części Atoskiego półwyspu.
[46] Duchowi bracia – mnisi, którzy otrzymali mnisie postrzyżyny od jednego i tego samego Starca.
[47] Ps.24:7.
[48] Patrz Rdz.3:11-13.
[49] U Starca gra słów.
[50] Patrz Rdz.37:20 i niżej.
[51] Rdz.41:41.
[52] Por. J.14:12.
[53] Ustawszczyk – mnich, odpowiedzialny za przestrzeganie ustawu (regulaminu) nabożeństw i w ogóle za porządek w świątyni.
[54] Striemma – miara powierzchni, równa 1000 m2.
[55] Patrz Rdz.13:1-13.
[56] W języku cerkiewnosłowiańskim „mnohobłahoutrobnyj” (dosł: wielcedobroserdeczny, wg słownika: wielce miłościwy)
[57] Od Czasownika „oczyszczać, destylować; przeczyszczać, przecedzać; stawać się przejrzystym”.
[58] W wojsku Starec był radiotelegrafistą.
[59] Jezuici – założony przez Ignacego Loyolę w XVI wieku katolicki zakonny porządek, znany z surowej wewnętrznej dyscypliny i wykorzystywania skrajnych środków dla osiągnięcia swoich celów. W przenośnym sensie jezuitami nazywają ludzi, surowo przestrzegających reguły formalnej pobożności, ale nie mających przy tym odpowiedniego wewnętrznego stanu.
[60] Porównaj Mt.5:41.
[61] Porównaj Mt.5:40.
[62] Łk.22:64.
[63] Ps.50:12.
[64] Patrz: Stary Paterikon. Moskwa. 1899. Str. 87.
[65] Patrz: Jeejesgiefjińt, F.Br, 1996. Strona 34 i niżej.
[66] Patrz: Starec Paisij. Ojcowie-świętogórcy i świętogórskie historie. Swiato-Troickaja Siergijewa Ławra. 2001. Str. 63.
[67] Łk.11:4.
[68] Patrz Łk.18:9-14.
[69] Epir – rejon w Zachodniej Grecji.
[70] Starec ma na myśli technikę jogi i medytacji, którą zwolennicy wschodnich religii wykorzystują dla tego, aby osiągnąć stan tak zwanej nirwany, rozumianej przez nich jako wyzwolenie.
[71] II Król. (2Samuela)12:13.
[72] Konica – miasteczko w Zachodniej Grecji, gdzie upłynęły dziecięce i młodzieńcze lata Starca Paisija.
[73] Włachy – lud bałkański, zamieszkujący w górskich rejonach Grecji i rozmawiający w romańskim dialekcie.
[74] Kastoria – miasto w Zachodniej Grecji, duże centrum przetwórstwa futer.
[75] Porównaj: Świętego ojca naszego Isaaka Syryjczyka. Słowa ascetyczne. M. 1993. Str. 97.
[76] Porównaj: św. Grigorija z Nysy. Dzieła, cz. I. Dzieła świętych ojców w przekładzie rosyjskim, wydane przez Moskiewską Duchową Akademię. T. 37. M. 1861.
[77] 1994 r.
[78] J.15:5.
[79] Porównaj: Dobrotolubije w rosyjskim tłumaczeniu. T. I. Swiato-Troickaja Siergijewa Ławra, 1992. Str. 560.
[80] Łk.15:17.
[81] Łk.15:7.
[82] Godne pamięci opowieści o ascetyzmie świętych i błogosławionych ojców. Swiato-Troickaja Siergijewa Ławra, 1993. Str. 42.
[83] W tym przypadku Starec ma na myśli nie pozagrobową dolę człowieka, a powstanie grzesznika z upadku i zmianę stanu jego ziemskiego życia.
[84] Patrz: Wielki Kanon modlitewny do Przenajświętszej Bogarodzicy. Pieśń 7.
[85] Mt.26:75 i Łk.22:62.
[86] J.3:5.
[87] J.3:5.
[88] W danym kontekście, mówiąc „Przychodzi Łaska Boża”, Starec ma na myśli, że Łaska Boża znów zaczyna działać, objawia Swoją moc w grzeszniku, który się pokajał.
[89] Patrz: Mt.27:3-5.
[90] Patrz: Oktoich. Ton 1. Na Niedzielnej jutrzni ipakon.
[91] Karaiskakis Gieorgos (1782-1827) – narodowy bohater Grecji. Wybitny działacz greckiej rewolucji 1821 r.
[92] Kołokotronis Fieodoros (1770-1843) – narodowy bohater Grecji. Wybitny działacz greckiej rewolucji 1821 r.
[93] Ps.50:5.
[94] Ps.37:19.
[95] Porównaj: Świętego Ojca naszego Isaaka Syryjczyka. Słowa ascetyczne. M. 1993. Str. 11.
[96] Mt.12:45.
[97] Patrz: Księga Reguł. Swiato-Troickaja Siergijewa Ławra. 1992. Str. 101. 61 Reguła VI Soboru Powszechnego.
[98] Ps.50:19.
[99] 61 Kanon VI Soboru Powszechnego ustala poddawać sześcioletniej epitymii „twórców ochronnych talizmanów”, a w przypadku ich niepokajania odłączyć ich od Cerkwi. Kanon ma na uwadze czarowników, wytwarzających ładanki czy talizmany, do których wkładają oni przeróżne czarodziejskie przedmioty (na przykład, włosy, sierść, pazury, kości węża czy nietoperza itd.). Te przedmioty czarodzieje z pomocą czarodziejstwa najpierw poddają biesowskiemu oddziaływaniu.
[100] Dafni centralna świetogórska przystań.
[101] Archondarik – miejsce przyjęcia gości w greckich monastrach.
[102] Augustyn (Kandiotis) (ur. 1907). Metropolita Floryny od 1967 do 1999 roku.
[103] Czyli Święty Arsienij Kapadocki.
[104] Patrz: Łk.8:26 i niżej.
[105] Łk.8:30.
[106] Łk.8:30; legion (w jęz. cerkiewnosłowiańskim legieon) jednostka armii rzymskiej licząca od 3 do 6 tysięcy żołnierzy.
[107] Starec mówił, że psychicznie chory człowiek potrzebuje medycznej pomocy dobrego, wierzącego psychiatry i duchowej pomocy ojca duchowego, podczas gdy opętany przez nieczystego ducha (w przypadku, jeśli jego umysł nie jest uszkodzony) musi znaleźć swoją winę – przyczynę, z powodu której on stał się opętanym, pokajać się i wyspowiadać się, dla tego aby uwolnić się od nieczystego ducha.
[108] Starec ma na myśli zawartą na niektórych dyskach informację, odbieraną przez słuchacza na poziomie podświadomości. W książce greckiej badaczki rock-muzyki E. Dady „Rock-muzyka” przytoczonych jest 16 konkretnych przykładów pieśni i dysków znanych zachodnich i greckich wykonawców rock- i pop-muzyki, zawierających przyjmowane na poziomie podświadomości wezwania do kłaniania się szatanowi, stosowania narkotyków, zajmowania się rozpustą itp.
[109] Kazandzakis Nikoe (1885-1957) – znany grecki bluźnierca i antychrześcijański pisarz, autor bluźnierczego romansu „Ostatnie kuszenie” (znanego dla wielu z filmu M. Skorceze) i innych książek, bluźniących przeciwko Chrystusowi, Cerkwi i świętości wiary.
[110] Pamięć Świętego Parfienija z Lampsakos obchodzona jest 7 lutego.
[111] Patrz Starec Paisij. Ojcowie-świetogórcy i świętogórskie historie. Swiato-Troickaja Siergijewa Ławra. 2001. Str. 101.
[112] W wielu greckich monasterach poza Świętą Górą Atos w postne dni tygodnia (poniedziałek, środę i piątek) bramy monasteru nie otwierają w ciągu całego dnia, aby mnisi mieli możliwość nie kontaktować się w te dni ze światem i zajmować się pracą duchową nad sobą. W inne dni tygodnia monasterskie bramy otwarte są w określonych godzinach, kiedy pielgrzymi mogą odwiedzać monaster i pokłonić się jego świętościom.
[113] „Suchym” Starec nazywa ascetyzm, który dokonywany jest jako cel sam w sobie, a nie jako środek dla oczyszczenia serca i osiągnięcia doskonałości w Chrystusie.
[114] Pamięć priepodobnego Ioanna Kuszcznika obchodzona jest 15 stycznia.
[115] Pamięć priepodobnego Maksima Kawsokaliwita obchodzona jest 13 stycznia.
[116] Patrz: Rdz.37:5-11.
[117] Patrz: Dn.2:25-46.
[118] Patrz: Dn.6:16 i niżej.
[119] Patrz: Dn.14:30-42.
[120] Ps.89:5.
[121] Święty Kinot (Wspólnota) Świętej Góry Atos składa się z przedstawicieli 20 wspólnotowych świętogórskich monasterów. Na posiedzeniach Świętego Kinotu omawiane są ogólne sprawy, dotyczące życia świętogórskich monasterów, koordynowane jest ich działanie itp. Dla rozwiązywania bieżących spraw corocznie powoływana jest Święta Epistasija (komisja), składająca się z czterech osób – epistatów. Protepistat jest przewodniczącym Świętej Epistasii i Św. Kinotu.
[122] 2Tm.3:13’
[123] Pięćdziesiątnicy – sekta protestancka, założona w USA w 1907 r. Według heretyckich poglądów pięćdziesiątników, oni przyjmują „chrzest świętym duchem”, w rezultacie czego jakoby otrzymują charyzmatyczne dary: „mówienia w nieznanych językach” (tak zwane „głossolalija”), proroctwa i inne. Pięćdziesiątnicy uznają właściwości Cerkwi jedynie w swojej sekcie, trzymają się poglądów chiliastycznych, nie uznają Świętej Tradycji itp.
[124] „Chodzący po ogniu” – zwolennicy, wyznawcy pogańskiego obyczaju chodzenia po palących się węglach, rozpowszechnionego w niektórych osiedlach Tracji i Macedonii (Północna Grecja).
[125] Przeistoczenie (reinkarnacja) – fałszywe religijne wyobrażenie (pojęcie), według którego po cielesnej śmierci dusza wchodzi w ciało innego człowieka czy zwierzęcia, wykonując niekończący się cykl narodzin i śmierci.
[126] Naser Gamal Abdel (1918-1970) – prezydent Egiptu w latach 1956-1970.
[127] Powiedziane przez Starca w tym rozdziale ma odniesienie nie tylko do hinduizmu, ale i ogólnie do religijnych nurtów Nowej Epoki (New Age), wykorzystujących technikę jogi i medytacji.
[128] Karagiozis – główny bohater greckiego teatru cieni, błazen.
[129] J.20:29.
[130] Mk.13:22.
[131] Teologiczna szkoła na wyspie Chalki (Książęce wyspy, niedaleko od Konstantynopolu) – szkolna instytucja Ekumenicznego Patriarchatu. Założona w 1844 roku. Miała trzy gimnazjalne i cztery akademickie klasy (podobnie do rosyjskich Duchowych Seminariów i Akademii). Teologiczny oddział zamknięto przez rząd turecki w 1971 r. a oddział gimnazjalny – w 1984 r.
[132] Wiadomo, że człowiekowi mającemu dobre usposobienie, Bóg może odkryć Swoją wolę na różne sposoby. Jednym z licznych przykładów jest oślica, która przemówiła ludzkim głosem dla tego, aby odwrócić Balaama od działań, niezgodnych z wolą Bożą (patrz: Lb.22:18-35).
[133] Patrz: Jeeczplgjpn f MEgb. uiznbj, jekd. „yyfJus”. 1986. Y. 591.
[134] W 1966 r.
[135] W monasterze Esfigmen w 1953-1956 latach.
[136] Ierissos – miasteczko na Chalkidiki, niedaleko od Świętej Góry Atos.
[137] 1Tm.6:12.
[138] Porównaj Św. Mark Asceta. Do tych, którzy myślą usprawiedliwić się uczynkami, rozdział 155. Dobrotolubije, w ros. przekładzie. T. I. Swiato-Troickaja Siergijewa Ławra. 1992. Str. 553.
[139] Porównaj. greckie „Eopmpłpgpchmbj”.
[140] Porównaj: Ps.106:1.
[141] O Starcu Tichonie patrz w książce Starca Paisija Ojcowie-światogorcy i świętogórskie historie. Swiato-Troickaja Siergijewa Ławra 2001. Str. 13-39.
[142] Patrz: Rdz.9:20-27.
[143] Ps.50:5.
[144] 1Kor.11:29.
[145] „Jednakże wypada… leczenie mierzyć nie czasem, a obrazem pokajania”. Patrz: Św. Wasilij Wielki. Pierwsze kanoniczne posłanie do Amfiłochija, biskupa Ikonium. Reguła 2 w „Księdze Reguł”. Swiato-Troickaja Siergijewa Ławra. 1992 Str. 310. Św. Wasilij Wielki. Trzecie Kanoniczne posłanie do Amfiłochija biskupa Ikonium. Reguła 74.
[146] „Pidalion” (dosłowne znaczenie słowa: ster, kierownica statku) – najpełniejszy i najbardziej autorytatywny zbiór Świętych Kanonów Prawosławnej Cerkwi z wyjaśnieniami, opracowany około 1793 roku przez priepodobnego Nikodima Swiatogorca i mnicha Agapita.
[147] Gra słów: „kavovas” – reguła, kanon, „kavovi” – armata.
Tłumaczenie Eliasz Marczuk