Do strony głównej


Z życia wzięte


Codzienne cuda

W świecie zdarza się codziennie w naszym życiu wiele cudów Bożych dzięki wstawiennictwu świętych. Niestety, przeważnie nie dostrzegamy ich, albo nazywamy zbiegami okoliczności czy przypadkami. Oto kilka z nich, o których słyszałem i nie mogę przemilczeć.

Pewien znajomy opowiedział:

…W sobotę, 26 listopada 2022 roku wybrałem się odwiedzić chorego. W białym, małym pudełku po wazelinie wiozłem choremu kawałeczek prosfory. Po drodze zatrzymałem się przy sklepie żeby zrobić zakupy. Z kieszeni kurtki (w której była prosfora) wyjąłem okulary i poszedłem na zakupy. Po zakupach zawiozłem jeszcze bioodpady do kompostownika na ogródku i pojechałem do chorego. Mówię: zaraz dam kawałeczek prosfory. Sięgam do kieszeni, a pudełka nie ma. Przeszukałem inne kieszenie – bez skutku. Pomyślałem, że może pudełko wysunęło się z kieszeni w samochodzie. W myślach poprosiłem o pomoc w znalezieniu pudełka św. Mikołaja: „Swiatitielu Otcze Nikołaje pomogi”. I poszedłem szukać prosfory, bo to przecież świętość. W samochodzie nie znalazłem, przy samochodzie na śniegu też nie. Pomyślałem „a, to pewnie wypadło jak wyjmowałem okulary” i „Hospodi, pomóż, przecież to święty chleb”, i pojechałem pod sklep. Szukałem w miejscu gdzie był zaparkowany samochód, bez skutku, pomyślałem „może ktoś wdeptał w śnieg, a może wypadło w sklepie”. Poszedłem do sklepu, obejrzałem miejsca w których byłem – bez skutku, przepytałem pracownice czy nic takiego nie znaleziono – bez skutku. Znów w myśli: „Hospodi, pomóż, pobłogosław znaleźć”. Pojechałem pod kompostownik. Tam więcej nieudeptanego śniegu. Przeglądnąłem miejsce gdzie stał samochód – nie widać, już zaczynałem wątpić, ale nie straciłem nadziei całkowicie. Idę poprzednimi śladami do pojemnika na kompost i się rozglądam, i ciągle w myślach „Hospodi, daj abym znalazł, przecież to święty chleb”. Dochodzę do kompstownika, tam górka śniegu, a w niej sterczy wbity biały (na kant) pojemniczek po wazelinie, wystaje ponad śnieg około centymetra. Wielka radość. Przeżegnałem się „sława Tobie Boże, dziękuje tobie Swiatitielu Nikołaju za pomoc”. Zawiozłem prosforę choremu. Czyż to nie cud, znaleźć w śniegu białe małe pudełeczko wystające około centymetra?

 

Pewien znajomy opowiedział:

Na początku listopada 2022 roku pojawił się mi na czole guzek. Mało widoczny, ale bolący, dokuczający. Mocno bolał kiedy żegnając się dotykałem go palcami. Z dnia na dzień powiększał się i mocniej bolał, nawet bez dotykania i w nocy. Zastanawiałem się czy pójść do lekarza, bo smarowanie lekami, które miałem w domu nic nie dawało. Po około dwóch tygodniach poszedłem w środę do cerkwi. Podczas Liturgii klękałem i czyniłem pokłony do ziemi starając się tym guzkiem dotykać ziemi i prosząc w sercu Boga, Bogarodzicę i wszystkich świętych o pomoc. Odczułem ulgę. Wieczorem guzek był mniejszy i delikatnie pobolewał tylko przy dotyku. Następnego dnia rano po guzku nie było żadnego śladu. Sława Bohu.

 

 

Parę dni temu - początek sierpnia 2022 roku miało miejsce następujące wydarzenie.

W pokoiku do którego właściciel zachodził tylko przy okazji prac w ogródku aby się przebrać, wiszą na ścianach ikony, między innymi ikona Cudotwórcy Nikołaja. Pod tą ikoną stoi rozkładany fotel. Wieczorem po pracy na ogródku właściciel pokłonikł się ikonom, zamknął pokoik, wszystko było w porządku. Następnego dnia, kiedy znów miał trochę popracować, wszedł do pokoiku i... skamieniał. Ikona Cudotwórcy Nikołaja nie wisiała na haku na ścianie a stał na podłodze przed fotelem, oparta o fotel w pozycji pionowej, tak jak wisiała. Spadając, według logiki, musiała uderzyć o oparcie fotel, potem o siedzisko fotela i dopiero spaść na podłogę. Tak sugeruje ludzka logika. Cudem jest, że ikona nie zmieniła pozycji, nie stłukło się szkło. Dziwne też, że w ścianie pozostał haczyk, na którym wisiała, wprawdzie haczyk z małym zagięciem, ale pozostał.

Czyż to nie cud?

 

 

Znajomy opowiedział: Na początku grudnia zaczęły boleć mi plecy – mięsień lewego ramienia i okolice kręgosłupa. Przechodziły ciarki, pojawiał się skurcz i ból. Z dnia na dzień ból narastał i rozprzestrzeniał się, zaczął sięgać do barku i do szyi, aż do ucha. Skurcze czasami były tak silne, że aż mnie wykręcało. Czasami ból łagodniał, czasami narastał. Narastał zwłaszcza rano po przebudzeniu, kiedy się modliłem i wieczorem. Potęgował się zwłaszcza kiedy szedłem do cerkwi, tak że musiałem się schylać i skręcać głowę w lewą stronę, to dawało lekką ulgę. Zauważyłem, że w cerkwi, podczas Liturgii objawy mocno łagodniały, prawie zanikały. Kiedy opowiedziałem o tym znajomej, to poradziła: „To może w cerkwi zostawaj na stałe”. Doszło do tego, że już nawet w nocy ból i skurcze nie dawały mi spać. Chciałem udać się do lekarza, ale te „teleporady”. Nadszedł dzień 18 grudnia. Wieczorem wybrałem się do cerkwi na całonocne czuwanie przed świętem Św. Mikołaja Cudotwórcy. Przed wyjściem i w czasie drogi powtarzałem w myślach: „Światitielu Otcze Nikołaje moli Boha o mnie”. Ból z każdym krokiem się nasilał, jakby chciał mnie zawrócić, do cerkwi ledwie doszedłem zgięty i skręcony na lewo. W cerkwi znów odczułem ulgę, ból prawie ustał, często powtarzałem w myślach modlitwę: „Światitielu Otcze Nikołaje moli Boha o mnie”. Do domu wróciłem prawie nie odczuwając dolegliwości. Żona w między czasie przygotowała jakąś maść i chciała na noc natrzeć mi bolące miejsce, ale podziękowałem mówiąc: Święty Mikołaj już pomógł. Przed pójściem spać pomazałem bolące miejsce św. olejkiem który wziąłem z czoła (podczas nabożeństwa było pomazanie olejem i przyniosłem go na czole do domu). W nocy wreszcie się wyspałem nie odczuwając żadnych dolegliwości. Skurcze ustały, minął już tydzień, pozostał lekki, niedokuczliwy ból. Dziękuję Tobie Święty Mikołaju za wstawiennictwo u Boga.

Pewien człowiek opowiadał: Zaczęło boleć mu prawe ucho, potem za uchem. Myślał, że może przejdzie samo. Po kilku dniach zaczęła boleć po prawej stronie szczęka, czaszka. Zastanawiał się nad wizytą u lekarza, ale te „teleporady”, jak lekarz przez telefon może go zbadać. Zaczęła boleć prawa strona gardła i w ogóle szyi. Bolała cała prawa strona głowy od czubka aż do barku. Z bólem przełykał ślinę, jadł, rozmawiał. Pewnego wieczoru „oprzytomniał”, pomodlił się gorliwie z wiarą i nadzieją do Bogarodzicy, pomazał bolące miejsce święconą wodą i położył się spać. Już w nocy poczuł ulgę, rano bolało znacznie mniej, a po dwóch dniach ból ustał.

 

Inny starszy człowiek opowiadał: Pewnego dnia poszedł do toalety, usiadł i stracił przytomność. Po jakimś czasie oprzytomniał. Okazało się, że leży na podłodze i nie może wstać, jest bezwładny. Próbował na różne sposoby, przesunął się trochę, próbował schwycić się wanny i innych sposobów. Nie miał jednak siły. Żadne próby nie dawały efektu, zmęczył się tylko i znów był na skraju utraty przytomności. I wtedy przypomniał sobie, że niedawno przeczytał książkę „Cuda Świętego Mikołaja”. Zaczął gorliwie modlić się do Światitiela Mikołaja. Po krótkim czasie odzyskał siły, wstał, podszedł do telefonu, zadzwonił i opowiedziawszy wszystko synowi poprosił go o pomoc.

Tenże człowiek opowiadał: Pojechał rowerem na święto do odległych o około 10 kilometrów. Tokar. W Tokarach wziął butelkę święconej wody. Wracając położył wodę na bagażniku roweru. Wrócił do domu, a wody na bagażniku nie ma. Butelka po drodze wysunęła się spod przycisku bagażnika. No i problem: zastanawiał się, co robić, wracać i szukać wody, czy nie. Był zmęczony, bo przecież wiek swoje robi (około osiemdziesięciu lat). Poza tym nie wiadomo jak daleko butelka spadła, mogła stoczyć się do rowu, mógł ktoś ją znaleźć, albo jakiś samochód mógł na nią najechać. Przypomniał o cudownych pomocach Świętego Mikołaja. I pomodlił się: „Światitielu Otcze Nikołaje wierni mnie wodu”. Poszedł spać z tą modlitwą w sercu. Następnego dnia wychodzi na ułeczkę między jego podwórkiem i sąsiedzkim, patrzy i oczom nie wierzy. W otworze w betonowym słupie elektrycznym wetknięta jest jego butelka z wodą. Modlitwa sama wyszła z serca „Światitielu Otcze Nikołaje, sława Tiebie”. Sprawdził: tak to ta butelka ze święconą wodą. Rozmawia o tym z sąsiadem i dowiaduje się: Sąsiad jechał ciągnikiem tą samą drogą. Zauważył leżącą na drodze butelkę. Pomyślał, że jest w niej… „Odruchowo” się zatrzymał, sprawdził że jest w niej „tylko woda” i „odruchowo” włożył ją do ciągnika. Kiedy przyjechał na podwórko, butelka była mu niepotrzebna, więc znów „odruchowo” wcisnął ją do otworu w stojącym między podwórkami słupie. Wierzący człowiek najwyraźniej widzi, że te odruchy były przez Kogoś podyktowane.

 

Pewna znajoma jechała delikatnym samochodem. Kiedy wjeżdżała na parking położony bezpośrednio przy ulicy, uderzył w przód jej samochodu rozpędzony „twardy” samochód. Delikatny samochód znajomej został zmiażdżony. Stłuczony cały przód, aż do skrzyni biegów włącznie przesunięty i popękany pulpit, zdeformowana cała karoseria z dachem włącznie. Znajoma wyszła z pojazdu o własnych siłach i praktycznie bez uszczerbku na zdrowiu. Jedynie niewielkie otarcia spowodowane pasami. Wszyscy, którzy widzieli wrak pojazdu dziwili się, że jadąca przeżyła i jednogłośnie twierdzili: „To cud Boży”. Znajoma, kierująca pojazdem zawsze wsiadając do samochodu żegnała się, miała w samochodzie kilka ikonek, i inne świętości.

Podobnych cudów jest mnóstwo. Dzięki Tobie Boże.


Sława Bohu za wspomohu,
Sława, sława, sława Bohu.