Powrót


Na podstawie www.golden-ship.ru Tłumaczenie E. Marczuk


MIŁOŚCIĄ BESTIĘ OSWOIWSZY

Wśród rozpalonych przez słońce piasków Jordańskiej Pustyni jakie może być życie? Kto jest w stanie łykać gorące, parzące wnętrzności powietrze, cierpieć od pragnienia, od upalnego wiatru, wbijającego w płuca, usta i oczy kłujące ziarnka piasku, kto może wytrzymać tu przynajmniej jeden dzień? Mało kto. Pustynia nie jest w ogóle rozpieszczona miłością. Charakter jej surowy, gniewny, być może, właśnie dlatego: nielubiane dziecko matuli przyrody. Wieczna pasierbica przy ukochanych córkach - szerokich polach, lasach, nadmorskich rozkosznych gajach. Ale pojawiali się, byli we wszystkich czasach i jej wybrańcy. Niedaleko od Jerozolimy (dawni powiedzieliby - w 35 stadiów od niej) w Jordańskiej Pustyni osiadł pustelnik. Nazywał się Gierasim, imię to z greckiego tłumaczy się jak «dostojny». Poszedł on w pustynię, zapragnąwszy wyczynów duchowych, osiągnąwszy duchową nędzę. Czas szedł, a Gierasim żył sobie w gorącej pustyni. Pociągnęli do niego tacy sami, jak i on, szermierze. Założył Gierasim monaster, a jeszcze głębiej w pustyni mnisie cele. To dla tych, którzy, pożywszy w monasterze, nie uciekali na złamanie karku od surowego charakteru samotnego klasztoru, którzy przyjmowali z należytą pokorą wszystkie przypadające na nich trudności.

Reguła pustelnicza była surowa. Pięć dni całkowitego milczenia. Praca (głównie wyplatanie koszy), modlitwa, znów praca, znów modlitwa. Pokarm: trochę suchego chleba, woda, korzonki. Nawet ognia w celi nie można było rozpalać, żeby nie przychodziły myśli o gotowanym posiłku. W niedzielę wszyscy zbierali się w monasterze. Tu już prepodobny Gierasim błogosławił mnichom świąteczny stół: gotowany posiłek i trochę wina. Potem znów cele, znów tydzień milczenia i nieustającej pracy. Gierasim gorliwie doglądał, aby u mnichów nie pojawiała się żadna własność. „Służbowo” należało się im zniszczone ubranie, mata do spania i niewielkie naczynie z wodą. Zamków w celach nie było, każdy mógł wejść do każdego mieszkania i wziąć, co było mu potrzebne. „jedno serce i jedna dusza” – według tego apostolskiego prawa żyli. Girasim sam był przykładem ascetycznego, pobożnego życia. On surowo pościł, cały Wielki Post przed Paschą nie jadł w ogóle, odchodził na modlitwę daleko w pustynię, próżnych rozmów nie prowadził, dużo i ofiarnie pracował.

Pewnego razu, kiedy odszedł na pustynię, aby się pomodlić, spotkał się z lwem. Najpierw wystraszył się oczywiście, ale później zauważył, że lew patrzy na niego jakoś prosząco. On leżał, wyciągnąwszy do przodu łapę i cicho stękał. Spojrzał Gierasim na łapę. Łapa była wzdęta, spuchnięta, a w środku zaropiałej rany sterczał wielki kolec. Przeżegnał się Gierasim, pochylił się nad lwem, ostrożnie dotknął rany. Lew milczał i patrzył na człowieka. Ostrożnie, starając się nie sprawić zwierzęciu dodatkowych cierpień, Gierasim, wyciągnął kolec, oczyścił ranę z ropy, zawinął łapę chustką. I poszedł swoją drogą w stronę monasteru. A przed monasterem jakby kroki jakieś usłyszał z tyłu. Obejrzał się. Ostrożnie stąpając na chorą łapę, szedł za nim wyleczony lew. Przykuśtykał pod monasterskie wrota, pokornie położył się. Gierasim wyniósł mu chleba, pogłaskał po miękkiej sierści. Lew patrzył z oddaniem, ocierał się o rękę starca. Tak i pozostał lew przy monasterze.

Prepodobny Gierasim, żeby lew nie jadł swego chleba za darmo, przydzielił go „do monasterskiego obowiązku”. W monasterze był osioł, na nim mnisi wozili wodę z Jordanu. Oto i przydzielono lwu obowiązek ochrony osła, pilnować go, kiedy ten się pasie. Wszystko szło dobrze, wszyscy byli niezmiernie zadowoleni. I lew, i osioł, i bracia, i sam prepodobny Gierasim. Ale potem pech. Przychodzi pewnego razu lew z pastwiska sam, bez osła i patrzy z poczuciem winy.

- Gdzie osioł? Ostro zapytał Gierasim. A lew tylko głowę opuścił.

- Zjadłeś osła – domyślił się asceta – jednak wezbrał w tobie twój drapieżny charakter. No cóż, poniesiesz karę. Nie mamy w monasterze drugiego osła, a pracy, sam wiesz, ile. Będziesz musiał teraz za osła pracować.

Naładowali na króla zwierząt ciężkich beczułek i powlókł się ze skruchą opuściwszy ogon, na daleki brzeg Jordanu po wodę dla braci. Od tej pory i przezwali go „Jordan”. Tak i żyli. Każdy ze swoim obowiązkiem. Bracia pletli kosze, lew – „w zaopatrzeniu”, zaopatrywał monaster w jordańską wodę. Ułaskawienie przyszło nieoczekiwanie. Wstąpił do monasteru pomodlić się pewien bogaty żołnierz. A na spotkanie mu objuczony lew.

- Jak żyję nie widziałem czegoś takiego – zdumiał się żołnierz – żeby dzikie zwierzę wodę woziło?! Wyjaśnij, starcze, tę zagadkę.

- A nie ma żadnej zagadki – odpowiedział Gierasim. Lew zawinił, zagryzł naszego osła-robotnika. Teraz zamiast niego wypełnia obowiązki.

Długo dziwił się żołnierz, a w końcu pożałował króla zwierząt. Za trzy złote monety kupił mnichom nowego osła. Lew otrzymał amnestię.

On jak wcześniej deptał po piętach za Gierasimem. Jeśli ten szedł na pustynię, on koniecznie wlókł się w ślad. Jeśli Gierasim chował się w swojej celi, lew posłusznie kładł się przed wejściem. Był pokorny, nikogo z mnichów nie krzywdził, nikt nigdy nie słyszał od niego żadnego ryku. A pewnego razu wczesnym rankiem, wyszedłszy ze swojej celi, Girasim zobaczył lwa, stojącego niecierpliwie przed drzwiami. Na sznurze trzymał… osła, a do osła na sznurze przywiązane… trzy wielbłądy. Tak, tak, to był ten sam osioł, którego kiedyś odprowadzał lew po wodę. Nie nowy, kupiony przez hojnego żołnierza za trzy złote, a ten właśnie, bracia poznali go od razu. Lew stał i patrzył w oczy starca prawie triumfując.

- Skąd ty go wziąłeś? Gdzie znalazłeś? Jak przyprowadziłeś? Niepokoili się bracia.

Lecz król zwierząt, jak przystało, milczał.

A sprawy, okazuje się, wyglądały tak. Kiedy Jordan pasł osła, czy to zagapił się, czy też zasnął, ale akurat przechodził brzegiem rzeki pewien kupiec z Arabii. Patrzy, osioł sam się pasie: dlaczego by nie wziąć go sobie? Wziął. Osioł służył mu długo. A po pewnym czasie kupiec z karawaną wielbłądów odprawił się tą samą drogą sprzedawać pszenicę. Osioł z nim, bo jak bez osła? I karawana spotkała się z Jordanem. Lew zaryczał, rzucił się do osła, chwycił go za uzdę zębami, jak robił to wcześniej. A do osła były przywiązane jeszcze trzy objuczone pszenicą wielbłądy. Ludzie rozbiegli się w przerażeniu, a Jordan szybciutko do starca – pocieszyć, a i zrehabilitować się przed nim: nie zgryzł osła, czysty jak szkiełko. Oto tak zatriumfowała sprawiedliwość. Starec z uśmiechem pogłaskał lwa po grzbiecie:

- No widzisz, a my tak źle o tobie myśleliśmy…

Ale lew nie gniewał się. On po dawnemu żył przy monasterze, chroniąc mnichów, lecz szczególną sympatię żywił, oczywiście, do starca Gierasima. Pięć lat później jeszcze żyli w doskonałej harmonii człowiek i król zwierząt. Pięć lat wiernie i prawdziwie służył drapieżnik monasterowi. I jeszcze by służył, gdyby nie przywołał Pan Gierasima…

Tak się złożyło, że właśnie w tym czasie, kiedy to się stało, lwa w monasterze nie było. Gorzko płakali bracia po swoim ojcu, spowiedniku, który za nich się modlił. Odsłużyli nabożeństwo, pochowali, jak należy. Tu zjawił się Jordan. Podszedł do celi starca, pokornie położył się przed drzwiami.

- Nie ma naszego ojca, osierocieliśmy, płakali mnisi.

Lew patrzył na nich swymi czystymi oczami i nic nie rozumiał. Potem zaniepokoił się, zaczął biegać po monasterze, skomleć.

- Jordanie, umarł Gierasim, nie ma go…

Jordan biegał, martwił się, skomlał. Przynieśli mu jeść. Nawet nie spojrzał Jordan na pokarm. Wtedy mnich Sabacjusz postanowił zaprowadzić lwa na grób do Prepodobnego. Przyszli na mogiłę. Ojciec Sabacjusz zapłakał gorzko, kiwnął głową:

- Oto tu leży nasz ojciec, który nas osierocił.

Zamiotał się lew przed mogiłą. Kilka razy szybo okrążył ją, potem położył się obok, potem zaryczał tak, jak nigdy nie ryczał za życia starca. Ryczał strasznie. Stojąc na kolanach, ojciec Sabacjusz oblewał się gorzkimi łzami. A obok ubolewał straszny, drapieżny zwierz, zdając sobie sprawę, prawdopodobnie, że nigdy już nie zobaczy dobrych oczu Prepodobnego, nie poczuje na swoim grzbiecie jego czułej ręki. Do rana, tu na mogile, lew umarł.

Oto taka smutna historia. Smutna dlatego, że opowiada o cierpieniu, o utracie, ale ona, ta historia, i pogodna. Chyba nawet bardziej pogodna, niż smutna. Życie, w którym harmonijnie żyje wszelkie stworzenie – życie naturalne, normalne. Właśnie takim było ono wymyślone przez Stwórcę. Żywe istoty, czy to zwierzę, ptak, czy człowiek nie mają powodu do konfliktów. Każdy żyje swoim życiem, nie złoszcząc się, nie przeszkadzając, nie zazdroszcząc innemu. Ale po upadku w grzech natura ludzka została wypaczona. Zwierzęta przestały poznawać człowieka, ponieważ stał się tak daleki od zamyślonego przez Stwórcę obrazu. Zwierzęta przyjęły człowieka za obce, jakieś nieznane stworzenie, one „nie wywąchiwały” już w nim poprzedniego pokoju i harmonii. Zwierzęta nie przyjęły takiego człowieka. I stały się agresywne. Zaczęły człowiekowi zagrażać.

Zawsze mnie interesowało, dlaczego drapieżne zwierzęta nigdy nie ruszały świętych. Przypomnijmy niedźwiedzia, którego karmił z rąk Siergiej Radonieżski, czy Sierafima Sarowskiego, przyjaźniącego się z mieszkańcami lasu. Przypomnijmy Bazylego Nowego, rzuconego na rozszarpanie dla głodnego lwa – lew położył się pokornie u jego nóg. Wielkomęczennicę Irinę, przed którą zatrzymały się niosące jej śmierć konie. Dużo przykładów. Więc w końcu, dlaczego? Dlatego że swoim wysiłkami ascetycznymi, wznoszeniem się ku duchowym wyżynom święty człowiek przybliża siebie do tego, pierwotnego obrazu. I zwierzęta… poznają go. Przyjmują, jak należy, pokornie, z miłością, bez agresji. Oto jakie to wszystko proste. Gierasim, żyjąc na pustyni, cicho modląc się, w ukryciu przed ludźmi i pokusami świata, też posiadł Ducha Świętego, też zdobył pierwotną czystość duszy. I lew zareagował. Lew z zaufaniem wyciągnął do niego gnijącą łapę, z ufnością poszedł za człowiekiem i ufnie mu służył.

A niedaleko od Jerozolimy i do dnia dzisiejszego istnieje monaster, założony przez prepodobnego Gierasima. Zmarł on w 475 roku. Ile wody upłynęło w Jordanie, ile gorących burz piaskowych przeszło przez Jordańską Pustynię, a monaster, założony przez pokornego człowieka, żyje i ma się dobrze. Kto wie, być może, i teraz żyją w nim szermierzy pobożności, z którymi i po dziś dzień dzieją się cuda i nieprawdopodobne historie. Może, przyjdzie czas, będą one zapisane na kartach naszej historii. I potomni będą dziwić się, czytając je.

Natalia Suchinina


Powrót