Powrót


Na podstawie www.golden-ship.ru Tłumaczenie E. Marczuk


ZBAWICIELKA TONĄCYCH

W żaden sposób nie mogliśmy się spotkać, cały czas coś przeszkadzało. Szczerze mówiąc ja i nie ponaglałam spotkania, trochę bałam się drażnić starą matczyną ranę. A ona oto tak od razu, bez żadnych wstępów, zaczęła nieprostą rozmowę:

- Mnie przekonywali – czas leczy. Ale coś nie wychodzi. Pamiętam wszystko, jak wczoraj, w najdrobniejszych szczegółach. Moja bieda jak troficzny wrzód, ciągle tak samo jątrzy duszę, jak i wtedy. A przecież minęło dwanaście lat, całe dwanaście lat…

Irina Aleksandrowna Charkowska – lekarz-logopeda. Biały fartuch, uczesane do tyłu włosy, duże, wymowne oczy. Ładna, niemłoda kobieta, która przeżyła straszną biedę – utratę jedynego syna. Ale nie będę na razie o stracie. Będę o nabytku. Ona długo nie miała dzieci. Nagle, kiedy już nie oczekiwała, kiedy nie myślała, ukryła się pod sercem mała grudeczka, która objawiła o sobie entuzjastycznie i ze szczęściem: ja będę, ja już jestem…Radość, jakaż to była radość! Lekarze kręcili głowami, mówili o ryzyku, a ona nie chciała ich słuchać, wiedziała – donosi.

Zrobili cesarkę. U Iriny Aleksandrowny urodził się syn. Dali imię Konstanty. Urodzenie dziecka wpływa na kobietę różnie. Jedna lamentuje, ileż teraz nauki, inna musi dzielić miłość miedzy męża a noworodka, inna z trudem i długo przyzwyczaja się do swoich macierzyńskich obowiązków! Ona zaś – triumfowała! Narodzony syn – światełko w okienku. Wszystko dookoła straciło znaczenie, ważność, przygasły tak niedawno jeszcze wymarzone projekty, tylko on, więcej nikt. Długo oczekiwany pierworodny rósł i nabierał sił ku radości rodziców. Ukończył szkołę, dostał się na medycynę. Oto już i dyplom „zakropili”. Przyszedł lekko podweselony, wąsaty, dorosły, objął ją, podprowadził do lusterka:

- No, mateńko, czyż ja u ciebie nie piękniś?

A zamiast radości serce ścisnęło. Prorocze matczyne serce, ileż o nim napisano, nie oszukasz go, czuje. Ona nagle wyraźnie odczuła, że syn wszystko w życiu już zrobił, już nic więcej nie będzie, nic… Myśl: on nie będzie żyć – była tak wyraźna i sformułowana, że Irina Aleksandrowna zakryła ręką usta, bojąc się, że straszne słowa wypowiedzą się same. Potem zapomniała i nie wspominała aż do odjazdu syna nad Wołgę. Grupa absolwentów, dyplomowani lekarze, jechali pod Astrachań poopalać się, popływać, łowić ryby. Załadowali jej auto do oporu, namioty, śpiwory, pudła z konserwami, a ona jeszcze całe wiadro ciastek napiekła im na drogę. Prowadziła samochód pewnie, spokojnie, a serce bolało, nie chciało rozstania.

- No, mateńko, nie smuć się, wrócę opalony, zdrowy i zadowo-o-o-lony.

- Kostia – powiedziała ona cicho – mi się wydaje, że utoniesz.

- No, mateńko, ale przesadzasz, żebym ja, znany pływak, no, wymyśliła…

Z serca wylały się te słowa, z proroczego matczynego serca.

…Jaki ruski nie lubi szybkiej jazdy! Motorówka pędziła po powierzchni wody, leciała jak piórko, ledwie dotykając wody. Piękny młodzieniec z przyjemnością wystawiał opaloną twarz na słońce.

Nagle w pełnym pędzie wyłączył się silnik, łódką wstrząsnęło i Konstanty wypadł z niej.

On, prawda, krzyczał, kilka razy krzyknął. Z brzegu rzucił się do wody jego kolega Andrej Reszetnikow, już nieprzytomnego wyciągnął go na brzeg. Stanął na kolana przed umierającym przyjacielem. Zaczął modlić się, niewierzący, nieochrzczony, nigdy nie potrzebujący Boga:

- Ocal go, jeśli Ty jesteś, ocal go! Konstanty zmarł.

Tego dnia, a raczej w tą minutę, kiedy to nastąpiło, Irina Aleksandrowna była na daczy. Nagle pod nią ugięły się nogi, w sercu pojawiła się pustka, taka niewyobrażalna pustka… Usiadła i nie mogła wstać. Na próżno ją wołała jej stareńka mama, prosiła włączyć telewizor.

Konstanty zmarł nieochrzczony. I matka rzuciła się do cerkwi z biedą:

- Co robić, batiuszka, mój syn utonął.

- Ochrzczony?

- Nie.

- Więc co pani chce…

Chłodny, obojętny głos. Ona nie widziała jego twarzy, widziała tylko pantofle-lakierki.

Serce zamarło od bólu nie do zniesienia, ona wołała krzykiem, prosiła, żądała pocieszenia.

Potem nastąpiło niezrozumiałe. Ona jechała załatwiać sprawy swoim autem i nagle w okolicy Łuszczewskiego Wału, sama nie rozumiejąc dlaczego, ostro zawróciła samochód i pojechała zupełnie w innym kierunku. Dlaczego? Dokąd? Dopiero naprzeciwko Znamienskiej cerkwi przed metrem „Riżskaja” uspokoiła się. Oto, okazuje się dokąd, oto, okazuje się dlaczego. Weszła w ciszę światełek oliwnych lampek, zobaczyła stojącego przed podwyższeniem batiuszkę. Upadła do nóg.

- Mam problem. Pomóżcie mi. Syn mój utonął. Znów te same pytania:

- Ochrzczony?

- Nie.

- A pani sama?

- Też nie.

- To nic, matulu, to nic. Będziemy się modlić…

On długo z nią rozmawiał, pocieszał jej smutek prostymi słowami, współczując i płacząc razem z nią. Duchowny nazywał się Siergiej Wiszniewski. On ją wkrótce ochrzcił. Został jej ojcem duchowym. Teraz ochrzczona już Irina Aleksandrowna zaczęła modlić się za syna topielca. Ona sama ułożyła modlitwę do Matki Boskiej i każdego wieczoru płakała i modliła się, modliła się i płakała. Później batiuszkę przeniesiono do diecezji Jarosławskiej, pisała do niego listy, on do niej. Kiedy przyjeżdżał do Moskwy, obowiązkowo telefonował, telefonuje i do dziś. Nić modlitewnej, duchowej łączności nie zrywa się. A do cerkwi przyszedł nowy batiuszka, ojciec Fieodor. I on przyjął na siebie ból nieszczęśliwej matki. On to i powiedział, że gdzieś, czy to w Troice-Siergijowej Ławrze, czy to w Akademii Duchownej jest ikona „Zbawicielka tonących”. Dobrze byłoby ją odnaleźć, jeśli się uda. Jakże miałoby się nie udać! Ona siodła swego „konia” i pędzi go w stronę Siergijew Posadu. W roztargnieniu chodzi po monasterskim podwórzu, pyta o ikonę, patrzą na nią ze zdziwieniem, rozkładając ręce. Odjechała z niczym. Potem pojechała znów, myśli o ikonie nie dawały spokoju. Próbuje dostać się do Akademii Duchownej, może tam wiedzą, ale przez portiernię nie wszystkich wpuszczają. Za trzecim razem ona jednak weszła. Przez długi akademicki korytarz weszła do jakiegoś gabinetu.

- Proszę wybaczyć, szukam ikony „Zbawicielka tonących”.

Człowiek za biurkiem z zakłopotaniem patrzył na nią.

- Syn mój utonął, ja chcę przyłożyć się do niej (ucałować ją). Drzwi były uchylone.

- Aleksander! – człowiek zawołał przechodzącego mimo seminarzystę - Aleksander, czy nie ma u nas w muzeum ikony „Zbawicielka tonących”?

- Jest – odpowiedział seminarzysta – w czwartej sali. I oto już prowadzą ją do ikony.

Niewielka. Oblicze Matki Bożej smutne i zamyślone. Ona przytula do siebie Dzieciątko, a On policzkiem przylgnął do Matki, z pokorą i ufnością. Oto jaka, „Zbawicielka tonących”. Irina Aleksandrowna stanęła przed nią na kolana i modliła się, modliła się. Potem wyjęła z torebki karteczkę z modlitwą, którą sama ułożyła, i położyła tą karteczkę na ikonę.

- Matulu – seminarzysta Andrzej stał obok. Matulu, ma pani jakąś biedę?

- Syn utonął, w Wołdze…

- W Wołdze?! – wykrzyknął Aleksander – w Wołdze! Ja przecież, matulu, sam w Wołdze tonąłem.

Opowiedział. Cudowny letni dzień. Na motorówce popłynęliśmy na wycieczkę. Na środku rzeki postanowiliśmy rzucić kotwicę, noga Aleksandra zaplątała się w ciężkich łańcuchach i on wpadł razem z kotwicą do wody.

- Pamiętam, jak tarcza słońca taka jasna, przenikająca wodę, zaczęła ciemnieć i oddaliła się. Poszedłem na dno. Zacząłem się modlić! A czyż do tego wspominałem o Bogu? Hulałem, o przyszłości nie myślałem. Zacząłem się modlić: „Pomóż, Boże, jeśli uratujesz mnie, całe pozostałe życie Tobie służyć będę”. I ból okropny, kawałek ciała na nodze wyrwało kotwicą, uwolniłem się od jej pęt. Krew, ból straszny, ale żyję…

On dotrzymał słowa. Wstąpił do seminarium. Teraz oto ukończył je i służy na parafii pod Saratowem. Ciekawe: seminarzysta Aleksander szedł obok otwartych drzwi właśnie w tym momencie, nie wcześniej, nie później. I on, właśnie on, który przeżył strach tonącego człowieka, przyprowadził Irinę Aleksandrowną ku ikonie. Dla niej była to Boska opatrzność. A dla niego?

- Dziękuję pani, przecież pani mi drogę do ikony wskazała. Ja i nie wspominałem o niej. Teraz będę codziennie przychodzić tu i przykładać się.

Od tej pory ona przyjeżdża tu stale. Już ją znają, pozwalają przyłożyć się do ikony. Pewnego razu cerkiewno-archeologiczny gabinet był zamknięty i jedna pracownica muzeum wyniosła ikonę dla Iriny Aleksandrowy.

- Proszę się przyłożyć.

Przyjmują ją tu ciepło, życzliwie współczując. Tu, przed ikoną ona ogrzała swoje obolałe serce, tu po raz pierwszy dopuściła do siebie myśl o tym, że życie trwa nadal, ona powinna żyć pamięcią o synu, swoją pracą, swymi nieprostymi ziemskimi problemami. I tu ona wymodliła sobie sen.

Jasna zieleń łąk, kwiaty, turkusowe niebo. Uczta barw, od których mrużą się oczy i raduje się serce. Jej synek maleńki, wesoły, ruchliwy. Oni biegają po przepięknej łące, i tak im słodko, tak dobrze, tak beztrosko. Przebudziła się z lekkim sercem i z lekkim sercem przeżyła dzień. Odblask tego pięknego snu rozjaśnił zmęczoną duszę. Jemu dobrze tam…

Wkrótce przyszedł do niej kolega Konstantego, Igor Zajka.

- Ja chcę się ochrzcić, Irino Aleksandrowa, chcę żeby była pani moją matką chrzestną.

Zgodziła się. Potem przyszedł Rusłan Jerszow z żoną Olgą z tą samą prośbą. Potem ochrzcił się Andrzej Reszetnikow, który tego strasznego dnia krzyczał „Uratuj go!” – i stracił wiarę w Bożą pomoc. Widocznie, przykład matki tragicznie zmarłego kolegi, która zawróciła pewnego razu swoje „Żiguli” w kierunku cerkwi, okazał się jedynym właściwym w tym niełatwym, zagmatwanym życiu, gdzie wiele staje się zrozumiałym tylko poprzez cierpienia i czarne nieszczęścia. Ona została matką chrzestną i przyjaciołom Konstantego – Wiktora Skolincewa, Siergieja Szarapowa, Iryny Matrosowoj.

Teraz ma piętnaścioro chrześniaków. Przyjaciele Konstantego, ich żony, ich dzieci, pracownicy Dziecięcego Centrum Lecznictwa Nr 7, gdzie ona pracuje, nawet dawni koledzy z klasy.

- Może nie można tak wielu? – pyta batiuszkę.

- Proszą, zgadza się pani – udziela błogosławieństwa.

Wszystkich ich ona przyprowadza do Znamienskiej cerkwi, którą teraz bardzo lubi. Matka nieochrzczonego syna, która modli się do Pana i Przeczystej Jego Matki o przebaczenie za swoją krótkowzroczność, przyprowadziła do kąpieli chrztu jego przyjaciół. Matczyny obowiązek realizowała w swoich chrześniakach. A ikona „Zbawicielka tonących” – jak dawniej jest główną jej ikoną.

- Stale odczuwam jej pomoc. Bywa, nadciągną myśli, ból w sercu, dręczę się, wyobrażam, jak on tonął, nagle jakby ręka czyjaś odciąga ode mnie złe myśli, i serce wycisza się w nadziei na wielkie Boże miłosierdzie.

Po opowieści Iriny Aleksandrowny zaczęłam szukać informacji o ikonie „Zbawicielka tonących” chociaż jakichkolwiek informacji. Dowiedziałam się, że niedaleko od Nowgorod-Siewierska w Czernihowskiej guberni na brzegu rzeki Desny była wieś Leńkowo. I na rzece był bardzo niebezpieczny wir. Nawet doświadczeni pływacy z wielkim trudem przepływali ten odmęt. Często zdarzało się, że w ten wir trafiały ogromne, załadowane zbożem barki. Lej wciągał je i one stawały się łupem otchłani. Oto właśnie w tym niebezpiecznym miejscu do brzegu przypłynęła ikona. Wierzący ludzie najpierw postawili ikonę na górze, naprzeciw zgubnego miejsca. Potem zbudowali cerkiew. Od tej pory wszystkie statki płynące po Desnie, zatrzymywały się naprzeciw wsi Leńkowa, i ludzie szli do cerkwi. Po gorliwej modlitwie, oni rzucali losy przed cudotwórczym obrazem, kto ma zostać na barce i płynąć przez niebezpieczny wir. Pozostali zaś szli pieszo po brzegu i nieszczęścia ustały.

Oto i wszystko, chyba. A jeszcze mówią, że Wołga w dolnym swoim korycie bardzo okrutna i nieprzewidywalna. Ona zabiera topielca z sobą w straszny odmęt i nie zwraca cierpiącej rodzinie. Kto wie, jaką ostatnią modlitwę wznosił Konstanty Charkowski, walcząc z odmętem, może prosił o miłosierdzie Matki Bożej dla swojej kochanej mateńki. I Wołga-rzeka zwróciła ciało syna, i do niego na mogiłę chodzą wszyscy, kto lubi go, kto lubi i pamięta.

Mówią, że modlitwa matki z dna morza wydostaje. A ja bym powiedziała, że matczyną modlitwą można wymodlić niemożliwe. Konstanty zginął nieochrzczony. Matka przyjmuje święty chrzest i staje na modlitewny trud. Ona modli się za syna, za to, żeby jej dane były siły żyć. I w miejsce nieochrzczonego Konstantyna u niej pojawiają się chrzestne dzieci (chrześniacy), za których ona odpowiada teraz przed Bogiem. Wszystkie jej, teraz już ochrzczone, dzieci modlą się za nieochrzczonego Konstantego, modlą się za siebie nawzajem, i za swoją wspaniałą matkę chrzestną. Ona uczy ich kochać Boga, żyć zgodnie z sumieniem i nie rozpaczać, nigdy nie rozpaczać. Dlatego że rozpacz – grzech, rozpacz z powodu niewiary w Pana. A jeśli z wiarą…

Niedawno w sklepiku z ikonami Irina Aleksandrowa kupiła maleńką ikonkę „Zbawicielka tonących”. Ucieszyła się niesłychanie. Teraz ma w domu swój obrazek, a ten drugi, w Muzeum Akademickim dalej odwiedza. Napisana jej ręką modlitwa – mała karteczka – za ikoną. Matka Boża chroni tą karteczkę od cudzych oczu, jak chroni Ona od rozpaczy matczyne serca, zawsze posyłając im nadzieję.

Natalia Suchinina


Powrót