Na podstawie http://www.wco.ru/biblio/books/miracle1/Main.htm


Z błogosławieństwa biskupa Saratowskiego Wolskiego LONGINA

Kapłan Aleksy Timakow

CUD OBOK NAS

Jeśli wpatrzyć się w otaczający nas świat oczyma wiary, to można przekonać się o tym, że cuda są wszędzie dookoła nas, że przebywamy w miłości Bożej nieprzerwanie (Rzym. 8,35-39), bo Bogiem żyjemy i poruszamy się i jesteśmy (Dz. 17, 28).

O zadziwiających zdarzeniach świadczy naoczny świadek, były lekarz-reanimatolog, obecnie kapłan ojciec Aleksy Timakow, który wiele lat poświęcił lekarskiej praktyce w reanimacji, na «Karetce pogotowia», w oddziale intensywnej terapii.

Spis treści

DUCHOWY WZROK NAOCZNEGO ŚWIADKA

Cuda i znaki od dawna są uważane za oznaki Boskiej obecności na świecie i zbawiennej miłości Bożej do nas. W religijnej i świeckiej literaturze, sztuce, historii zachowują się o tym opowiadania od głębokiej starożytności do naszych dni. We współczesnym życiu też jest miejsce na cuda, zwłaszcza jeśli jest ono dobrze przygotowane ludzką wiarą, nadzieją, miłością i chęcią ujrzenia Opatrzności Bożej przez zasłonę trosk i niepokojów pogrążonego w codziennej krzątaninie świata.

Osobiste obserwacje byłego lekarza, a obecnie kapłana ojca Aleksego Timakowa są wiarygodnym i obiektywnym świadectwem tego, jak w reanimacji, ratownictwie, dosłownie na pierwszej linii walki o życia ludzi, dzieją się współczesne cuda: uzdrowienia, skruchy i nawet - wskrzeszenia. Pan Bóg zawsze kieruje potrzebnymi siłami w potrzebnym czasie i sam fakt zaistniałego cudu odsłaniany jest przez Stwórcę w całej pełni tylko tym, kto z zaufaniem woła do Niego o pomoc. I jakże ważne jest, aby nie pomniejszyć, ale i nie przesadzić roli cudu w naszej codziennej rzeczywistości!.

Pokonać pokusę, aby wzmocnić swój autorytet albo prestiż konkretnej świątyni, parafii, instytucji, ujrzawszy jakikolwiek «cudowny» znak tam, gdzie jego tak naprawdę nie ma, czy ulec zbytniemu racjonalizmowi, maskującemu duchowy wzrok. Odpowiedzialność narratora-naocznego świadka przed Bogiem i ludźmi jest wielka, ale i przemilczeć o dziejącym się on nie może. Złożony, wielobarwny i zadziwiający deseń zbiegu naturalnych i nadprzyrodzonych okoliczności szczególne dobrze jest widoczny w nadzwyczajnych sytuacjach, w momentach, kiedy decydują się sprawy ludzkiego bezpieczeństwa, życia i śmierci.

WSTĘP

Nie uwierzycie, jeśli nie zobaczycie znaków i cudów.

Jan. 4, 48

Bardzo często odnosimy się do cudu, jak do czegoś porażającego nas właśnie swoją niemożliwością, wstrząśnieniem wszystkich fundamentów istnienia. Ale bywają sytuacje, które przyjmowane są jak cud tylko przez naszą wiarę, tylko przez ukazanie Opatrzności Bożej w najbardziej codziennym i powszednim życiu. Takie zjawiska ze swojego osobistego doświadczenia chciałbym zaproponować. Wszystkie one są związane z krytycznymi sytuacjami w życiu człowieka. Właśnie w takie momenty człowiek bywa wyjątkowo szczery i odczuwa wszystko znacznie wyraźniej i bardziej prawdziwie, a wszelkie kłamstwo odchodzi, bo nie pozostaje na nie miejsca. Przeżywania takich chwil można byłoby uczyć się od dzieci.

- Babciu- pyta na pogrzebie dwuletni Tymoteusz - a dziadkowi tam będzie lepiej?

- Oczywiście!

- To w takim razie dlaczego płaczesz?

Profesor Paweł Wasiljewicz Władimirow, przedstawiciel jednego z pierwszych pokoleń rodzimych reanimatologów, opowiadał: «Przyjaciela miałem. Razem z nim zaczynaliśmy w reanimacji. Z jakimi tylko problemami nie spotykaliśmy się, w jakich tylko tarapatach nie byliśmy! I oto pewnego razu po kolejnym swoim napiętym dyżurze podchodzi on do mnie i mówi:

- Wiesz, Pawlik, oto dotychczas w tej medycynie w żaden sposób dwóch rzeczy zrozumieć nie mogę: Dlaczego ludzie umierają i dlaczego oni przeżywają?».

Szczególnie cenna była ta wypowiedź dlatego, że wyrwała się ona z serca sceptyka w czasach praktycznie powszechnego ateizmu.

Niewątpliwie, medycyna jest to nauka, ale taka dziwna, zagadkowa: nigdy nie można być przekonanym co do skutku, zwłaszcza w reanimacji. Wiesz, co robić, jak robić i w najbardziej, wydawałoby się, beznadziejnych wypadkach, idziesz na całego. Boża obecność w tych stanach na granicy życia jest szczególnie odczuwalna, bo stajesz się świadkiem odwróconego porządku tworzenia człowieka, kiedy proch ziemski rozłącza się z tchnieniem, danym przez Stwórcę. W takich sytuacjach wiele się odsłania. Całe życie ujmujesz w inny sposób i dużo spotykasz takich niuansów, z którymi w powszedniości nigdy byś się nie zetknął. I wszyscy uczestnicy tych zdarzeń zazwyczaj ujawniają się w niespodziewanym świetle, możliwym tylko w skrajnych stanach życia i mogącym całkowicie zmienić poprzednie pojęcie o człowieku.

KRZYŻ

To było w 1986 roku, kiedy rozmowy o Bogu i wierze poza Cerkwią były prawie niemożliwe. Pracowałem jako lekarz «karetki pogotowia». Wyjeżdżając na wezwanie, nigdy nie wiesz, w jakiej sytuacji się znajdziesz: Przyjechać można i do alkoholików, i do narkomanów, i po prostu do «długo wyczekujących» krewnych, chociaż, możliwe, otrzymałeś wezwanie tylko piętnaście minut temu - czyli możliwe wybuchy agresywności.

Tego dnia pomagała mi pielęgniarka, która była bardzo doświadczonym specjalistą i troskliwą matką, ale jeśli już otwierała usta, to lepiej było zatykać uszy. Wydawało się, żadnej religijnej wrażliwości od niej oczekiwać nie można. I oto przyjeżdżamy na wezwanie do bardzo prostej i mało wykształconej kobiety lat około sześćdziesięciu, która jak napisane w karcie wezwania, dusi się. Przede mną pacjentka z ogromną opuchlizną na szyi, utrudniającą oddychanie. Jest oczywiste, że to nie pierwszy dzień jej choroby i ja, objaśniwszy jej, jak ma położyć się do szpitala specjalistycznego, siadam aby wypełnić kartę medyczną.

I oto, kiedy piszę, do mnie dolatują słowa chorej:

- A mnie pewnego razu już wieszano!

Odrywam się od karty i ze zdziwieniem pytam:

- Kiedy?!

- W czterdziestym pierwszym. Żyliśmy na Białorusi i trafiliśmy pod okupację. Ja, wtedy jeszcze dziewczyna, smagła byłam. Niemcy zdecydowali, że jestem Żydówką i zawlekli na szubienicę. A kiedy postawili na pomost, zanim narzucili stryczek, rozerwali kołnierz. Wtedy głupia byłam - krzyżyk nosiłam. Oni zaś, zobaczywszy krzyż, zrozumieli, że nie jestem Żydówką i nie powiesili mnie!

Uważnie słuchaliśmy tego strasznego opowiadania.

- Wieta! - Zwróciłem się do swojej partnerki. - Jeśliby ciebie pewnego razu Krzyż Chrystusowy uratował od śmierci, byłabyś w stanie po tym go zdjąć?

Czuło się, że wszystko usłyszane poruszyło ją i w świętym przerażeniu i szacunku, ale jednocześnie bardzo stanowczo odpowiedziała:

- Nigdy w życiu!

- A ona- wskazałem na pacjentkę - nie tylko nie nosi, ale i ten czas, kiedy nosiła, uważa za stracony, myśląc, że była głupia!

Pan Bóg w zadziwiający sposób wzywał Swoje dziecko, żeby ono oprzytomniało i wróciło do Domu Ojca. Sama chora intuicyjnie czuła związek tych dwóch zdarzeń - szafotu i choroby, używszy w opowiadaniu słowo «już», ale przy tym została głucha na Boże przywołanie.

OCZEKIWANIE

Często kapłan ma obowiązek pójść do domu: priczastit' (udzielić Komunii) albo posoborowat' (namaścić Olejem) chorego, poświęcić mieszkanie, po prostu porozmawiać. W celu Komunii koniecznie trzeba zabrać ze sobą zapasowe Święte Dary. One przygotowywane są razu w roku w Wielki Czwartek, suszone i zawsze przechowywane na Prestole (Tronie Pana) w Darochranitielnicy*. W nich nie ma osobno Krwi Chrystusowej. Czasami krewni zbyt późno zwracają się do kapłana i w takim przypadku Krwi nie ma skąd wziąć [1].

Przez lata swojego kapłaństwa zauważyłem jedną prawidłowość: Jeśli chorego długo namawiano, a on ciągle odmawiał, to priczastit' jego zwykle nie udaje się. A oto jeśli, nie zważając na wszystkie jego prośby, krewni albo inne okoliczności przeszkadzały temu, to, zazwyczaj, człowiek przed śmiercią jednak zdąża przyjąć Świętą Komunię. (Jakie to ma znaczenie dla prawosławnej świadomości, myślę, objaśniać nie trzeba.)

Zasadniczo komunikować chorych w nieświadomym stanie nie wolno. Ale jeśli dokładnie wiadomo, że on, będąc w świadomości, pragnął przyjąć Komunię, to kapłan może wziąć na siebie odpowiedzialność i na swój strach, i ryzyko dokonać Sakramentu [2].

Drugiego lutego 2000 r., w czwartek, przed mięsopustną rodzicielską sobotą, po tym, jak odsłużyłem Boską Liturgię i spożyłem Święte Dary, do mnie zwróciła się krewniaczka umierającej. Dowiedziałem się, że chora już jest bez świadomości. Nie miałem z czym i po co do niej iść, co przyprawiło w rozpacz jej córkę:

- Ona tak prosiła, a ja odkładałam ciągle!..

Uwzględniając swoje osobiste doświadczenie (po pracy na «karetce» piętnaście lat przepracowałem w reanimacji i anestezjologii), zdecydowałem, wziąwszy zapasowe Dary, zorientować się na miejscu. Stan pacjentki optymizmu nie wzbudzał: Głęboka śpiączka, zakłócenie krwiobiegu mózgowego, odwodnienie organizmu, słaba praca serca i silna zadyszka u bardzo starej kobiety mówiły o bliskiej śmierci. Nawet w warunkach reanimacji tacy chorzy rzadko wytrzymują więcej niż dobę. Według moich pojęć, babcia nie powinna była dożyć i do poranka, nawet jeśli podać jej kroplówkę. Skarciwszy córkę za przegapioną możliwość po-chrześcijańsku przygotować matkę do śmierci, dla oczyszczania sumienia jednak dałem pewne medyczne wskazówki, prawie nie wątpiąc w to, że one nie pomogą.

Następnego dnia znów odprawiałem i w końcu liturgii, znowuż dla oczyszczania sumienia, poprosiłem swoich pomocników, żeby zadzwonili do mieszkania umierającej. Jakież było moje zdziwienie, kiedy mi powiedzieli, że ona jeszcze żyje! Ja zadowolony z siebie powiązałem to z tym, że były wykonywane moje «reanimacyjne» wskazówki i po dobie po pierwszej wizycie znów byłem przy łóżku chorej, ale już z podróżnym kielichem z Krwią Chrystusową. Tak naprawdę, jak się wyjaśniło, moich medycznych rad nikt nawet nie próbował wypełnić, ale stan umierającej pozostał praktycznie taki sam. Dla mnie to było świadectwem tego, że duchowe życie człowieka trwa w każdym jego stanie i że babcia, która pragnęła Komunii, poczuwszy duchem, że mogę przyjść następnego dnia, po prostu mnie doczekała się! Pomodliwszy się, podałem jej Komunię.

Po trzech albo czterech godzinach, kiedy już wróciłem do świątyni, przed wieczorną służbą podeszła do mnie córka i powiedziała, że jej mama umarła pół godziny po mojej wizycie. Córeczka była łagodna i spokojna. Za duszę jej mamy modliłem się już na tej powszechnej panichidzie.

[1] Tu, widocznie, mowa jest o tych wypadkach, kiedy chory już nie jest w stanie przyjmować twardego pokarmu i można go priczastit' nie Ciałem Chrystusowym (nasączonym podczas przygotowania Darów Krwią), a tylko samą Krwią Chrystusową. A Krwi osobno przechowywać nie można, co i uniemożliwia Priczaszczenije w podobnym przypadku.

[2] To mniemanie jest całkowicie prywatne, w żadnym wypadku nie może być zaproponowane jako reguła. Odwrotnie, znaczna część duchowieństwa trzyma się przeciwstawnych poglądów.

* darochranitielnica (artoforion) - metalowe naczynie, często w kształcie małej świątyni lub grobu, stojące na ołtarzu; służy do przechowywania Eucharystii, w Kościele katolickim zwane cyborium, sakramentarium).

PRICZASTIJE

W tym samym 2000 roku, przed Bożym Narodzeniem, jakoś w środku tygodnia nagromadziło się u mnie dużo posług sakramentalnych. W przerwie między porannym a wieczornym nabożeństwem udałem się do oczekujących mnie. Powinienem był, jak przypuszczałem, udzielić Eucharystii dwóm osobom i poświęcić jedno mieszkanie. Zawsze starasz się najpierw odwiedzić chorych, ponieważ oni poszczą i dopiero później idziesz do tych, kto może spokojnie poczekać. Tak też rozdzieliłem swój czas. Wziąwszy ze sobą dwie Cząsteczki Świętych Darów, udzieliłem Eucharystii dwóm cierpiącym i udałem się pieszo na święcenie mieszkania w jeden z najdalszych zakamarków naszego rejonu, dokąd nie kursuje żaden transport. Jak tylko mi otworzono drzwi, zrozumiałem swój błąd. Pół roku wstecz już komunikowałem tę ciężko chorą kobietę i kiedy zabierałem się do wyjścia, coś po prostu poplątało się w mojej głowie - udzielić Eucharystii już nie było czym. Wrócić do świątyni i wziąć zapasowe Dary możliwości nie było - po prostu nie zdążałem. Przeprosiwszy, obiecałem przyjść w najbliższą sobotę, chociaż wszystkimi siłami starałem się zwolnić środek dnia tej pierwszej po Bożym Narodzeniu soboty dla celów osobistych. I wracając do świątyni, potępiałem siebie, bo wyglądało na to, że teraz nie będę mógł zrealizować wszystkich planów. Ale co robić? Skoro winny - znaczy, naprawiam!

Po paru dniach, odsłużywszy sobotnią Liturgię i włożywszy do małego podróżnego kielicha Cząsteczkę Ciała i trochę Krwi Chrystusowej dla tej samej chorej, wyszedłem z ołtarza; niewielka ilość Krwi Chrystusowej okazała się w kielichu podróżnym tylko za sprawą mojej nieuwagi w środku tygodnia [3].

Do mnie podeszli mężczyzna i kobieta średniego wieku. Byli czymś poruszeni, w oczach widać było błaganie.

- Ojcze - zwrócili się do mnie - nie moglibyście udzielić Komunii Św. naszej mamie? Ona umiera.

- Tu niedaleko, na osiedlu „Wschodnim”. Samochodem dowieziemy. Zwracaliśmy się kilkakrotnie do naszego kapłana z cerkwi Dymitra Sołuńskiego, a on ciągle nie mógł. Dzisiaj oto do was wysłał.

Odmówić nie mogłem, tym bardziej że Święte Dary w daronosicy* znajdowały się u mnie na piersi. Przez głowę, prawda, przemknęła pokusa w rodzaju niezadowolenia: «A jeszcze miałeś nadzieję zdążyć wszystko dokończyć; leżą twoje dzisiejsze plany!».

Do „Wschodniego” - kilometrów około piętnastu. Szybko dojechaliśmy na miejsce. Chora była w bardzo ciężkim stanie, chociaż i przytomna. Mogłem udzielić ostatniej Świętej Eucharystii, a komunikowałem tylko Krwią - ona była w stanie połknąć tylko płyn. Ale krew-to w kielichu była!

Tak Pan Bóg, łącząc moje niedbalstwo z niezaradnością innego kapłana, urządził wszystko, żeby Jego wierna służebnica, otrzymawszy Św. Eucharystię, w pokoju odeszła do Niego.

Mnie zaś moi odprowadzający dowieźli w celu udzielenia Eucharystii do tej, zapomnianej przeze mnie, ale nie przez Boga, chorej z dalekiego zakątka i swoim samochodem odwieźli też do cerkwi. Co zaś dotyczy całej reszty, wszystko tak się ułożyło, że zdążyłem załatwić wszystkie zaplanowane na tę sobotę sprawy, pomimo tego, że czasu na ich wykonanie, wydawało się, wcale nie pozostawało

[3] Tej nieuwagi, którą ojciec Aleksy chciał w ten sposób naprawić.

*daronosica (szkatułka służąca do przynoszenia św. Komunii chorym)

JELEOSWIASZCZENIJE

Sakrament Chorych albo Sakrament Oleju Świętego, bardzo jasno uzasadniony jest w liście apostoła Jakuba (Jak. 5,14) i bardzo lubiany przez prawosławnych ludzi. Jego dokładne przeznaczenie osobiście mogę określić jako Sakrament podwójnej skruchy. Rzeczywiście, wszystkie modlitwy, wszystkie dobrane teksty Pisma wzywają uważnie wpatrzyć się w siebie, uświadomić sobie swoją grzeszność i z błaganiem pokładać ufność w Panu, prosząc u Niego przebaczania i pojednania z Nim. Jesteśmy chorzy z powodu grzechu i uzdrowienia właśnie od tej dolegliwości prosimy u Pana.

Chyba, najwspanialszym cudem w naszym prawosławnym życiu jest czysta wiara prostych serc parafian, którzy błagają kapłana, żeby przyszedł i przygotował ich krewnego do spotkania z Panem. O jednej sytuacji, która w znacznym stopniu rozjaśniła mój stosunek do Jeleoswiaszczenija, chciałbym właśnie opowiedzieć.

Pierwszego sierpnia 2000 roku, kiedy w Moskwie przebywały relikwie św. wielkomęczennika Pantelejmona, przez cerkiewny telefon odnalazła mnie kobieta z prośbą, aby udzielić Eucharystii i Sakramentu Oleju jej umierającej babci. Dowiedziawszy się, że chora jest prawie bez przytomności i praktycznie nie ma z nią kontaktu, wziąłem ze sobą Święte Dary, mając nadzieję, że jednak będę mógł w czymś pomóc i udałem się do nich.

Mieszkanie, dokąd mnie wezwano, było dosyć ubogie, w dodatku dosyć zaniedbane. Wyglądało, że podłóg tam nie zamiatano ze trzy miesiące. Przeszedłem przez przejściowy pokój, gdzie głośno krzyczał telewizor, a wpatrzony w niego niechlujnie ubrany chłopak lat około dwudziestu, jak wyjaśniło się później, prawnuk chorej, palił tak, że dymem zasnuło cały pokój. Przy ścianie stał tapczan z nieuprzątniętą, pomimo popołudniowego czasu, pościelą; wydawało się, że bielizny nie zmieniano od pół roku. Tu w sposób oczywisty nie czekali na kapłana, dokładniej, nie chcieli z nim mieć nic wspólnego. Wszystko to nie nastrajało do czynienia modlitwy, a przecież właściwie po to przyszedłem.

Przeszedłszy dalej, znalazłem się w pokoju umierającej. Umeblowanie także nie wyróżniało się schludnością; dobrze chociaż nikt nie palił. W pokoju, oprócz umierającej, znajdowała się wzywająca mnie służebnica Boża ze swoim sześcioletnim synem. Wnuczka chorej mieszkała gdzieś na południu Moskwy, wydaje się na Marino i dojeżdżać tu, żeby po ludzku pielęgnować babcię, było jej trudno. W dodatku jej rodzinne okoliczności, o ile dobrze zrozumiałem, też były niepomyślne.

Ona była z neofitów, z tych, kto, według wyrażenia Pasternaka «wszystko gotów roznieść w szczapę i wszystkich postawić na kolana». O nadzwyczajnym przykładzie jej gorliwości opowiedział mi jej syn, kiedy zostaliśmy z nim na osobności. Kilka dni temu oni z matką pielgrzymowali do relikwii św. uzdrowiciela Pantelejmona do Nikoło-Pierierwienskiego monasteru, wystali się tam koło dziesięciu godzin w ogromnej kolejce, a wracali do domu nocą pieszo - miejski transport nie pracował, a pieniędzy na taksówkę nie było... To dzięki odwadze wnuczki i ja znalazłem się przy łóżku umierającej. I jeśli powinna być wypełniona wszelka prawda Boża, to babci koniecznie trzeba było udzielić Eucharystii i Sakramentu Oleju.

Babcia, w odróżnieniu od wnuczki, nie wykazywała gorliwości w wierze i jeśli pierwsza przez siedem lat swojego nawrócenia próbowała z całych sił i ze zrozumieniem wejść w prawosławną praktykę i modlitewność, to druga za wszystkie przyjęte przez nią ziarnka cerkiewności mogłaby dziękować tylko wnuczce, która przez te siedem lat zdołała ją namówić jeden raz przyjąć Sakrament Oleju i dwa razy Eucharystię, przy czym, ostatni raz pół roku temu. Oczywiście, nieczęsto, ale już coś.

Umierająca nie dawała żadnych oznak świadomości. Moje próby, aby jakoś wejść z nią w kontakt okazały się bezskuteczne, chociaż to wcale nie był stan śpiączki. Udzielić Sakramentu Oleju od razu odmówiłem, a Eucharystię, prawda, tylko Krwią, jednak zdecydowałem się udzielić - według wiary wnuczki.

Postawiwszy na modlitwę wnuczkę i jej syna, przeczytałem krótki «Ryt na udzielenie Eucharystii ciężko choremu», przeprowadziłem spowiedź-modlitwę, którą przeprowadzam w takich wypadkach, kiedy człowiek nie jest w stanie sam orędować za siebie, dałem modlitwę rozgrzeszającą i udzieliłem chorej Eucharystii. Do samego ostatniego momentu umierająca nie wykazywała żadnych oznak udziału, ale jak tylko przyjęła kropelkę Krwi Chrystusa, to nagle bardzo twardo i spokojnie powiedziała «dziękuję» - słowo, nikczemne (niezdatne) w danej sytuacji, jeśli ono było skierowane do mnie, a nie do zniżającego się do jej choroby Pana Boga, ale jednocześnie takie zrozumiałe dla codziennego życia wyrażenie wdzięczności. To pokazało pełny udział człowieka w Sakramencie. Poczuli to wszyscy. Wnuczka spróbowała namówić mnie, abym podał bezsilnej babci Cząsteczkę Ciała, ale nie zdecydowałem się.

Czasu na udzielenie Sakramentu Oleju już nie zostało, ale dowiedziałem się, że babcia przyjęła ten sakrament sześć lat temu i zrozumiałem, że koniecznie trzeba będzie wrócić tu jeszcze raz. Dawszy wnuczce radę, aby czytała według możliwości Ewangelię, Psałterz i dowolne modlitwy, które umierająca mogła pamiętać jeszcze z dzieciństwa, poszedłem, obiecawszy w najbliższych dniach zadzwonić i umówić się na spotkanie. Dosłownie za dwa dni, wyszukawszy «okienko» w swoim terminarzu, wróciłem tam.

Babcia była w tym samym stanie i podobnie milcząca, ale pamiętała o tym, co zaszło dwa dni temu, przygotowałem wszystko do Sakramentu Oleju i zacząłem służbę. Kiedy zacząłem czytać kanon, od łóżka chorej zaczęły dochodzić ciche, ale bardzo wyraźne jęki: «Przebacz! Wybacz mi!». To było tak właściwe i tak w porę; to był przejaw maksymalnej mądrości, na którą była zdolna dziewięćdziesięciopięcioletnia umierająca. Przyjąłem to jak krzyk duszy, nawróconej i do Boga, i do wnuczki, i do wszystkich bliskich. Zbłądzona dusza o jedenastej godzinie przy całej swojej niemocy ostatkiem sił potrafiła wyrazić swoje pragnienie pojednania i z Bogiem, i z bliskimi. Te jej słowa dźwięczały w ciągu całego czytania kanonu. Kiedy zaś przyszedł czas namaszczać Olejem Świętym, to na każde dotknięcie pędzelkiem ona odpowiadała znajomym, ale już nie wyglądającym na niezdatne «dziękuję». U mnie ciarki biegały po skórze, na głowie poruszały się włosy. Tam, gdzie, wydawało się, biesy urządziły swój sabat i nie ma miejsca na modlitwę, Bóg wejrzał na chorobę i pokorę Swojej służebnicy i nawiedził ją Swoją łaską. Każde dotknięcie świętego oleju wywoływało szczerą wdzięczność cierpiącej. Te «przebacz» i «dziękuję» rozlegały się na przemian do zakończenia Sakramentu, który u mnie samego wywołał niezwykłe uniesienie. Po zakończeniu znów podałem jej Eucharystię, ale już bez żadnych wątpliwości i Ciałem i Krwią.

Teraz naocznie wiem, czym jest Sakrament Soborowanija, bo jestem świadkiem tego, jak bezsilny człowiek przy całej słabości wiary był wzniesiony siłą łaski Bożej na modlitewne czuwanie i zdołał przynieść na miarę swoich sił skruchę. I najbardziej niezmiennym znakiem tego co się zdarzyło, jest dla mnie ten harmider, ubóstwo i brak rozsądku, pomnożone przez mój sceptycyzm, których nie brzydzi się Pan Bóg.

ZNALEZIONE

Sąsiadka Daria Mitrofanowna była jedną z najbliższych osób dla naszej rodziny; czule nazywaliśmy ją Danieczka. Z bratem-kapłanem nawet nie pamiętamy czasu, kiedy nie otaczałyby nas jej troska i życzliwość. Ona sama była bezdzietną, jak wiele kobiet, których młodość zbiegła się z wojną. Nam ona zastąpiła babcię. Ale szczególnie lubiła mego brata, do którego miała wielką słabość.

W końcu 1998 roku przekazała mi jeden bardzo ważny dokument, dotyczący brata, z którego powodu powinienem był skonsultować się z fachowcami. Ja jednakże nie śpieszyłem się i położyłem papier do teczki, gdzie pozostawał do najbliższej okazji.

Siódmego stycznia 1999 roku, po Bożonarodzeniowym wieczornym nabożeństwie i kilku rozmowach z parafianami, koło północy wracałem do domu. Spotkano mnie trzech rabusiów, z których każdy sam zupełnie mógł ze mną poradzić. Oni mocno uderzyli mnie po głowie, tak że przeleżałem bez przytomności, jak potem się wyjaśniło, minut ze czterdzieści (wydawało mi się - chwilę). Kiedy ocknąłem się, to nie zobaczył ani bandytów, ani teczki. W głowie huczało i kręciło się. Chwiejąc się, dowlokłem się do klatki schodowej, z wielkim wysiłkiem przypomniałem sobie szyfr zamka kodowego i wspiąłem się do mieszkania, jednocześnie przestraszywszy i ucieszywszy domowników: było już po północy i wszyscy mocno niepokoili się, a wyglądałem, sądząc po wszystkim, nieszczególnie.

Nazajutrz, próbując przyprowadzić do porządku swoje myśli, przypomniałem sobie o stracie. I tu zadzwonił telefon: znalazła się w jakiejś zaspie moja teczka i dobrzy ludzie zdołali mnie odnaleźć według książki telefonicznej. Oczywiście, ani pieniędzy, ani jakichś najmniej pożytecznych rzeczy tam nie zostało, ale i paszport, i papiery uchowały się, za co byłem bardzo wdzięczny moim oprawcom. Głowa jeszcze bolała, zdecydowałem, że wszystko jest na miejscu i nie zauważyłem zniknięcia tego samego dokumentu. Nawet do głowy mi przyjść nie mogło, żeby to, co dotyczyło wyłącznie mego brata, mogło okazać się potrzebne komukolwiek jeszcze.

Danieczka była kobietą starszą, z poważnymi problemami zdrowotnymi. Na Spotkanie Pańskie (15 lutego) ona umarła. A za miesiąc bratu okazał się potrzebny ten dokument i on poprosił mnie, abym go przywiózł. Ja, odkrywszy, wreszcie jego zniknięcie, strasznie zdenerwowałem się, przecież odtworzenie dokumentu bez udziału zmarłej Dariuszki było krańcowo skomplikowane; spróbowałem, ale rezultaty były mało pocieszające . Okazało się, że mimo woli, zawiodłem brata.

Pierwszego kwietnia z rana byłem w domu, co zdarza się nie tak często. Nieoczekiwanie do mnie zadzwonili, zadano kilka pytań, wyjaśniając, czy mam jakikolwiek związek z Darią Mitrofanowną i zawiadomili, że znalazł się ten sam dokument. W nim nigdzie nie byłem wspomniany, ani mój adres, ale jakaś dobra kobieta trzy dni wcześniej znalazła wystającą spod topniejącego śniegu kartkę, zupełnie niedaleko od tego miejsca, gdzie leżałem nieprzytomny, przeprowadziła samodzielne poszukiwania i w zupełnie niepojęty sposób trafiła na mnie. W słuszności wyboru przekonało ją to, że zamieszkiwałem w tej dzielnicy.

Pierwszego kwietnia (dziewiętnastego marca według starego stylu) - dzień pamięci męczennicy Darii. Nasza Dariuszka odznaczała się niezwykłą troskliwością i gorliwością; jeden z jej «wyczynów» nawet został utrwalony przez Sołouchina w opowiadaniu «Czara». Nie doprowadzić zaczętego zajęcia do końca było ponad jej siły. I tu, można odczuć, póki nie dokończyła - nie uspokoiła się, przysławszy w dzień swoich imienin wiadomość z tamtego świta...

SYN

Kiedy w 1985 roku rodził się mi Gleb, byłem młodym lekarzem «karetki pogotowia». Jakaś teoretyczna wiedza była, ale doświadczenia oczywiście żadnego. Kiedy syneczek w wieku półtora miesięcy zachorował, nie byłem w stanie rozpoznać samodzielnie, co dokładnie z nim się stało. Sprawiedliwie trzeba powiedzieć, że problem był nieprosty: Na skórze i śluzówkach zaczęły pojawiać się drobne krwawienia w postaci kropek i plamek, czasami łączące się. Wszystkimi siłami starałem się odpędzić od siebie myśl o jakiejkolwiek chorobie ogólnoustrojowej i próbowałem z początku interpretować to jako najbanalniejszą alergię, chociaż i doskonale widziałem, że zupełnie na to nie wygląda.

W tym czasie byliśmy się w domku letniskowym i w miejscowym szpitalu ani nie odrzucili, ani nie potwierdzili moich obaw. Zdecydowałem dłużej nie kusić losu, chwyciłem na ręce swoją latorośl i natychmiast udałem się do Moskwy, do Fiłatowskiego Szpitala.

Lekarze z wielkim zakłopotaniem obejrzeli maleństwo, nie doszedłszy do jakiegokolwiek konkretnego wniosku. Czuło się, że przede wszystkim są skłonni uznać jakieś niejasnego pochodzenia ogólnoustrojowe porażenie organizmu. Poleciwszy przy braku poprawy zjawić się w szpitalu znów, puścili nas do domu. Niepokój ograniczało tylko to, że dziecko było dosyć spokojne.

Jednakże nad ranem stało się jasne, że dłużej czekać nie można: chłopiec powoli przekształcał się w mały siniaczek. Pomknąłem do bardzo cenionego przeze mnie pediatry, człowieka rzadkiej trzeźwości umysłu, który przyjmował w poliklinice przy tym samym Fiłatowskim Szpitalu. On postawił pierwszą, jaka mu przyszła do głowy, wstępną diagnozę na hospitalizację i wysłał nas na «pilne» do szpitala zakaźnego: Tam – powiada - zorientują się. Tam zorientowali się tylko częściowo: odrzucili infekcję i z niejasną diagnozą przekierowali do szpitala Morozowskiego.

Moja żona położyła się w szpitalu razem z chłopcem i przekazywała mi wszystkie wiadomości, które jej udawało się zdobyć u leczących lekarzy. Ona też skończyła instytut medyczny, ale ja miałem pewną przewagę: mogłem w domu, obłożywszy się książkami, analizować wszystkie nadchodzące informacje.

Problem okazał się nawet poważniejszy, niż przypuszczałem przy najgorszych pierwotnych założeniach. Lekarze stawiali diagnozy, zapowiadające albo dożywotnie inwalidztwo, albo śmierć. Wydawało mi się, że nie traciłem głowy, ale o ile informacja nadchodziła nie bez przekręceń, po kilku dniach doszedłem do wyraźnego wniosku, że u dziecka białaczka.

Bardzo dobrze pamiętam to uczucie; pamiętam i wysokość letnich lip alei Szpitala Morozowskiego i swoją próbę rozwiązać, patrząc w niebo, problem «łezki dziecka». Przyjąłem wszystko jak wyrok i pogodziłem się z nim. Najbardziej porażało to, że ta mała żywa grudeczka, która umiała tylko popiskiwać i płakać, okazała się tak potrzebną i drogą na tle nieuniknionego rozstania. A myślałem, że jeszcze nie zdążyłem do niego przyzwyczaić się... Pozostawało tylko się modlić.

Przyszedłem do domu. Robić niczego się nie chciało: odczuwałem jakąś pustkę i chaos. Wziąłem w ręce Ewangelię. Nie mogę powiedzieć, że dobrze, ale ogólnie to znałem jej treść. Chciało się otworzyć na chybił trafił i trafić na jakiś cud, podobny do wskrzeszenia córki Zaira. Przy tym doskonałe rozumiałem, że takie podejście jest niemożliwe, bo każda wróżba jest niedopuszczalna. Spędziwszy jakiś czas w zmaganiach i «poskromiwszy» swoje sumienie rozważaniem, że czytać Dobrą Wiadomość w końcu nie grzech, otworzyłem Nowy Testament. Pokonać pokusy tak i nie udało się: wprost bardzo chciało się natknąć na cokolwiek cudownego i to prześladowało mnie w ciągu całego czasu czytania. Książka «otworzyła się» na czwartym rozdziale Ewangelii od Jana. Trochę zmartwiłem się, że nie od Łukasza- tam więcej cudów-uzdrowień. Każda wyczytana fraza powodowała straszliwy protest. W swoim egoizmie i niecierpliwości nie chciałem niczego innego, oprócz historii o cudzie. Zupełnie nie chciałem wiedzieć, że Chrystus zdobywa uczniów ( Jan. 4,1-3); obojętne mi było miasto Sychar; drażniła mnie samarytanka, studnia Jakuba i wszyscy miejscowi mieszkańcy; wydawało mi się, że cały teologiczny sens rozmowy o żywej wodzie do mnie nie ma żadnego odniesienia. Kilkakrotnie pojawiała się chęć zostawić czytanie, bo sądziłem, że z modlitwą tu nie ma niczego wspólnego, ale za każdym razem w jakiejś skrytej nadziei z wysiłkiem pokonywałem tę powtórną pokusę niedowiarstwa: skoro już zacząłem czytać - doczytam przynajmniej do końca rozdziału.

Nadziei i sił praktycznie nie zostało, kiedy jak błyskawicą uderzyło mnie po przeczytaniu czterdziestego szóstego wiersza: W Kafarnaum był pewien dworzanin, którego syn chorował (Jan. 4,46). Zupełnie nie pamiętałem tego ewangelicznego fragmentu! Co wydarzyło się dalej, opisać praktycznie nie można. Całemu dalszemu czytaniu towarzyszyła bijąca w skronie myśl: «O, Panie, ileż można wątpić w Ciebie i ileż Ty możesz znosić moją niewiarę i za co Ty odwiedzasz mnie, jak mieszkańców Galilei?!». Kiedy zaś doszedłem do słów idź, syn twój zdrowy (Jan. 4, 50), to zrozumiałem ostatecznie, że najstraszniejsze za mną.

Jestem dosyć zamkniętym człowiekiem, ale w danym momencie sam pozostawać nie mogłem. Zadzwoniłem do ojca, który wkrótce przyjechał do mnie, rozryczanego i jakoś uspokoił. Wieczorem, przyjechawszy do kliniki, byłem w stanie powiedzieć żonie tylko jedno: «Wiem, że Gleb wyzdrowieje!».

Jego stan od tego dnia rzeczywiście zaczął się polepszać. W przybliżeniu za miesiąc wypisano go z dużo bardziej niewinną diagnozą i z zaleceniami wszelkich ostrożności. Dziecko wyrosło. Więcej podobnych przygód nie było. Co więcej, późniejsze analizy jego krwi zawsze był korzystniejsze, niż bywa przy tej chorobie.

Jedynie po kilku latach, zdobywając specjalizację w Instytucie Transfuzji, dowiedziałem się o istnieniu choroby, na którą, chyba, tak naprawdę wtedy chorował mój syn. Bardzo dobrze rozumiem, że i ja sam i pediatrzy mogli pomylić się w diagnozie, ale jeszcze bardziej rozumiem, że kiedy czytałem czwarty rozdział Ewangelii od Jana, byłem w Tej Rzeczywistości, w Której był.

PRZEJRZENIE

W końcu 1987 roku, kiedy pracowałem w kardiochirurgicznym oddziale 81-ego szpitala, głównie zajmowaliśmy się implantacją sztucznych rozruszników serca, inaczej nazywanych kardiostymulatorami, co wtedy w naszym kraju jeszcze nie miało zastosowania na szeroką skalę. Operacja jest bardzo charakterystyczna, nieurazowa, przeprowadzana pod miejscowym znieczuleniem i daje doskonały efekt. Operowaliśmy jakiegoś 65-letniego robociarza, który nigdy nie interesował się sprawami filozofii i sensu życia. Nasze manipulacje w żaden sposób nie mogły katastroficznie wpłynąć na zdrowie pacjenta, ale zupełnie niespodziewanie on nagle stracił przytomność i przestał oddychać. Będąc najbardziej «wolnym» z członków zespołu, i przy tym mając doświadczenie pracy w kardioreanimacji, ja natychmiast rozsterylizowałem się i przeprowadziłem działania reanimacyjne, po czym chory wystarczająco szybko oprzytomniał. Minutę albo dwie on przeleżał milczkiem, jakby uświadamiając to, co się wydarzyło, następnie zaś niespodziewanie głośno, zwracając się do wszystkich obecnych, a jednocześnie i do siebie samego, powoli powiedział: «A wiecie... A przecież ludzie-to... Którzy umarli... Oni przecież tam żyją!». Dla człowieka, który całe życie przeżył przy bezreligijnej radzieckiej władzy, to było prawdziwym odkryciem. Już znając wtedy pracę Rajmonda Moudi [4], natychmiast zrozumiałem, co miał na myśli ten dziadziuś i spróbowałem zachęcić go do dalszej szczerej rozmowy, ale wyszło bardzo niefortunnie:

- A skąd pan wie?

Obrócił do mnie głowę, popatrzył na mnie z ledwie dostrzegalnym wyrzutem: «Niby to, oto jesteś lekarzem, wykształcony, a dokąd leziesz? Ja przecież tam byłem i wszystko na własne oczy widziałem...» I niczego mi nie odpowiadając, odwrócił się. Wymowniejszej odpowiedzi nie wymyślisz!

[4] Moudi R. Życie po życiu. M., 1990.

«POCHWAŁA GŁUPOTY» [5]

Wiadomo, że kiedy Pan Bóg chce ukarać, to odbiera rozum. Ale bezsporne jest i to, że siła Boża dokonuje się w niemocy (2 Kor. 12, 9). I oto chcę opowiedzieć o tym, jak mój brak rozumu pozwolił mi okazać pomoc człowiekowi.

Na początku 1988 roku uważałem się za jeszcze nie mającego wielkiego doświadczenia lekarza kardioreanimacji, chociaż już trochę się oswoiłem: chorych nie bardzo się bałem i specjalnych głupot nie robiłem. Dyżur wydał się dosyć spokojny, ale koło północy zwrócił się do mnie czuwający anestezjolog, Andriej Siergiejewicz Bierdonosow i zaproponował obejrzeć ciężko chorą z oddziału pulmonologicznego (płucnego). Dostaliśmy się na czwarte piętro. Wzywali nas do kobiety lat około trzydziestu pięciu, matki trojga dzieci, która cierpiała na astmę oskrzelową. Atak był na tyle silny, że groził przejściem w tak zwany stan astmatyczny, kiedy wymiana tlenu praktycznie ustaje i potrzebne już jest prawdziwie reanimacyjne leczenie. Jej koniecznie trzeba było umieścić cewnik do żyły podobojczykowej, ponieważ żył na rękach nie było można znaleźć i potem przez ten cewnik przeprowadzać intensywne leczenie dożylne. Złożoność problemu polegała na tym, że u takich chorych i jeszcze przy jej tuszy, płuca są zbyt uniesione i przy podobnej manipulacji, która jest przeprowadzana na wyczucie, bardzo łatwo je przekłuć, co tylko ostro pogorszy stan. Do tego ona cierpiała na alergię i pod miejscowym znieczuleniem (czyli przy kontroli jej przytomności) zabiegu przeprowadzić nie było można. A sam zapoznałem się z tą metodą pół roku temu i niezbyt pewnie czułem się przy jej wykonaniu. Andrzej zaproponował przeprowadzić lekką dożylną narkozę przez zachowaną maluśką żyłę na pięcie i do mojej dyspozycji w najlepszym razie pozostawałoby na cały zabieg wszystkiego nie więcej niż piętnaście minut.

Jestem nie z tych, kogo «ciągnie do czynów bohaterskich», ale niewiele porozmyślawszy, zdecydowałem, że robić trzeba, a to znaczy – będę, chociaż doskonale rozumiałem wszystkie trudności i niebezpieczeństwa, z którymi mogłem się zetknąć. Bez Bożej pomocy tu obejść się nie mogło: trafiłem za pierwszym wkłuciem i uporałem się w cztery minuty. Tak u mnie wcześniej nie wychodziło ani razu nawet z o wiele bardziej «wygodnymi» pacjentami a i przez następne dwa lata nierzadko jeszcze pojawiały się trudności i mój kunszt na nic tu się nie zdawał. Załatwiwszy wszystko pod względem formalnym w historii choroby, zadowolony udałem się na swój oddział.

Kiedy rano, przygotowując się do zdania dyżuru, uzupełniałem karty swoich chorych, do gabinetu wszedł mój przełożony. Stosunki nasze nie układały się, ale dyplomatycznie znosiliśmy się nawzajem. O swoich nocnych przygodach zapomniałem i dlatego nie od razu zrozumiałem, o czym on mówi: «Ty chociaż historię choroby czytał?». A przecież rzeczywiście nie czytałem, chociaż i miałem obowiązek to zrobić! «No, więc pójdź poczytaj!» - Rzucił z niemałym zdenerwowaniem. Znów podniosłem się na czwarte piętro, wziąłem tę samą niefortunną kartę. A tam, przed tą stroną, na której zostawiłem swoje gryzmoły, na półtorej kartkach, z trzema podpisami: kierownika kardioreanimacji, kierownika ogólnej reanimacji, a także zastępcy przewodniczącego stowarzyszenia anestezjologów m. Moskwy, ręką którego było napisane przeciwwskazanie i odmowa wykonania punkcji tej samej podobojczykowej żyły, która cudem mi się udała. Wszystkie te przeciwwskazania były jasne i dla mnie, ale jeśli przeczytałbym zapis swoich bezpośrednich szefów, to albo nie zdecydowałbym się robić, albo ręce zadrżałyby i nic by nie wyszło. A tak - wyszło! Ta kobieta trafiła jednak po dobie ze stanem astmatycznym na ogólną reanimację i wyprowadzano ją tam z niego przez ten sam cudem założony cewnik.

[5] Tytuł znanego utworu Erazma z Rotterdamu.

WSZYSTKO W RĘKU BOGA

W końcu 1990 roku byłem początkującym anestezjologiem Instytutu proktologii. Oczywiście, miałem mało doświadczenia w przeprowadzeniu narkoz, natomiast bardzo pomagała wiedza w dziedzinie kardiologii, zwłaszcza w dziedzinie patologii zakłóceń rytmu serca. I kiedy oglądałem przed operacją kolejnego chorego, to natychmiast wykryłem u niego syndrom chorego węzła zatokowego, przy którym bywają ostre spowolnienia pracy serca. Dotychczas to nie przejawiało się klinicznie, ale jak zachowa się ta patologia w narkozie, powiedzieć trudno. I żeby nie ryzykować, umówiłem się z kierownikiem kardiochirurgii mego poprzedniego miejsca pracy, Andrejem Borysowiczem Siniuszynym, który całkowicie ufał moim kwalifikacjom, na tymczasowe podłączenie danemu pacjentowi stymulatora serca. A następnie przywiezienie go z powrotem go do naszej kliniki w celu przeprowadzenia zasadniczego leczenia, co też zostało urzeczywistnione. Teraz już można było brać chorego na stół operacyjny, wiedząc, że puls niżej 70 (a to norma) nie spadnie.

Narkoza przeszła gładko. Chirurdzy żartowali z «idealnej» narkozy, gdzie parametry hemodynamiczne [6] pozostawały stabilne (a w danym przypadku one i nie mogły być inne). Chorego, według przyjętego w klinice regulaminu, przewieziono do sali reanimacji na tak zwaną przedłużoną sztuczną wentylację płuc, kiedy za chorego oddycha aparat oddechowy, a sam chory jakiś czas jeszcze pozostaje w stanie narkozy i powoli z niej się wybudza. Naturalnie, takiego chory podłączono do przeróżnych czujników. I oto, już zbierając się wyjść z sali, rzucam pożegnalne spojrzenie na monitor i widzę, jak na moich oczach zamienia się krzywa kardiogramu, pokazując ostre tłumienie aktywności serca. Sztuczny stymulator jak pracował, tak i dalej pracuje, ale nie było reakcji mięśnia sercowego: Jawny był tak zwany «pusty skurcz». Nie wykluczam, że za tych czasów w całej klinice te zmiany adekwatnie mogłem interpretować tylko ja, tak jak miałem solidne doświadczenie pracy właśnie z taką patologią. Natychmiast podbiegam do chorego. Tętna na tętnicy szyjnej nie ma, źrenice szerokie. Natychmiast zaczynam pośredni masaż serca, jest stosowana terapia dożylna. Poczucie koleżeństwa w środowisku reanimatologów rozwinięte jest bardzo dobrze: w ciągu minuty sala napełnia się personelem medycznym, wszyscy pomagają, prowadzący chirurg Piotr Władimirowicz Carkow, człowiek tęgiej budowy, który zmienił mnie przy masażu pośrednim, już cały się spocił. Kieruję całym procesem, wydaję polecenia, jakie leki jeszcze wprowadzić, żeby pomóc choremu i wpatruję się w monitor, ale wszystko nadaremnie. Wydawało się, wszystko było przewidziane. Dzisiaj, oglądając się wstecz i analizując sytuację, dotychczas nie widzę żadnych swoich błędów. I oto po pięćdziesięciu minutach niesamowitych wysiłków (a według kanonów medycznych wystarczy dwudziestu) uznaję swoją porażkę i wydaję polecenie o zaprzestaniu reanimacji. Otóż to wyjątkowy przypadek!

Wszyscy z ciężkim uczuciem odchodzą od łóżka. Smutno huczy aparat sztucznego oddychania (jeszcze nie zdążyliśmy go odłączyć!), tępo wpatruję się w monitor, który pokazuje sprawną pracę kardiostymulatora i na moich oczach serce zaczyna odpowiadać!!! Wszyscy znów podskakują do chorego, wznawia się intensywna terapia, skóra zaczyna różowieć, chociaż źrenice są po dawnemu szerokie, ale nic w tym dziwnego: kora mózgowa jest najbardziej wrażliwa na niedostatek tlenu i wszystkim moim kolegom jest jasne, że świadomość do mojego pacjenta nie wróci już nigdy.

Okazało się, że według grafiku mam nocny dyżur. Żegnając się, wszyscy ze współczuciem ściskają mi rękę, dlatego, że przestawić mojego chorego na samodzielne oddychanie nie można. To znaczy, że całą noc będę musiał z napięciem go obserwować.

Po około trzech godzinach po opisanych zdarzeniach chory otworzył oczy. Jego źrenice okazały się zupełnie wąskie, odpowiadające normie. On okazywał jawne niezadowolenie z powodu sterczącego z jamy ustnej przewodu inkubacyjnego i zupełnie aktywnie oddychał bez pomocy aparatu, adekwatnie odpowiadając znakami na wszystkie moje pytania. Wbrew wszystkim prognozom wyciągnąłem ten przewód. Noc spędził spokojnie. Rano poraził wszystkich lekarzy swoim dosyć jasnym myśleniem. Kiedy zaś przewieziono go na oddział chirurgiczny, to opowiedział tam następujące:

- Leżę i chcę powiedzieć: «Dzieciaki, no jeszcze troszkę, przecież ja jeszcze żyję». A jeden brodaty mówi: «Koniec, wystarczy!». Jakże na niego się rozzłościłem!

«Brodaty» - to byłem akurat ja. Jako lekarz dotychczas nie mogę zrozumieć, dlaczego chory «umarł», dlaczego on zmartwychwstał, w jaki sposób u niego zachowała się kora mózgowa i skąd, będąc albo bez przytomności, albo martwy, mógł dostrzec tego samego «brodatego»?

[6] Wskaźniki ciśnienia tętniczego i pulsu.

COGITO ERGO SUM [7]

Według myśli władyki Antoniego, często bardzo powierzchownie odnosimy się do bliźniego i nie trudzimy siebie wnikaniem w głąb duszy człowieka [8]. Zbyt zajęci sobą, okradamy siebie, zapominając radę Dostojewskiego: nie żałować czasu i sił, żeby zrozumieć swego bliźniego [9]. Niejaka nauczka, udzielona mi przez zupełnie cudzego i absolutnie bezradnego człowieka, pokazuje jeszcze i to, jak Boża opatrzność nawet na łożu śmierci może odsłonić obraz Stwórcy w Jego stworzeniu.

Jakiś czas po moim powołaniu do stanu duchownego udawało mi się łączyć tą służbę z praktyką lekarską. Wkrótce po święceniach diakońskich wyszedłem na kolejny dyżur na oddział reanimacyjny szpitala Akademii Nauk. Było to dziewiątego lipca 1996 roku. Przekazano mi chorych, wskazawszy ich stany. Najcięższym wśród nich był Arsienij Gułyga. Nazwisko to już słyszałem, ale w żaden sposób nie mogłem przypomnieć sobie, gdzie i kiedy (mam dosyć kiepską pamięć do nazwisk). Wziąłem w ręce historię choroby. Na tytułowej kartce, w rubryce «zawód» prezentowało się: «Filozof». Poważnych prac tego myśliciela nie czytałem, inaczej zapamiętałbym. Znaczy, spotykałem gdzieś w periodyku. Ale gdzie? Sądząc po wszystkim, w polemistycznych dysputach na okołoreligijne tematy, w które obfitowała ówczesna prasa. Ale kto mógł być oficjalnym filozofem w kraju, który nie zdążył przeżyć następstw komunizmu i totalitaryzmu? - Tylko marksista-leninista! Tak właśnie zdecydowałem. Nie to, żeby to mogło mieć jakiś wpływ na mój stosunek do chorego, ale coś w mojej świadomości pozostało.

W istocie, leczyć tam nie było już czego; tego chorego i przekazywano mi z dyżuru jako absolutnie beznadziejnego. Diagnoza wywierała wrażenie: Piąty zawał serca przy trzech naruszeniach krążenia mózgowego, na tle najcięższej cukrzycy, skomplikowanej przez niewydolność nerek. Wskaźniki czynności serca i wyniki badań laboratoryjnych przygnębiały jeszcze bardziej: Ciśnienie przekraczało skalę, wskaźniki toksyn krwi zmuszały zwątpić, czy wzięte u żywego człowieka, cyfry cukru krwi także były nierealne - i to wszystko na tle intensywnej terapii według wszelkich reguł.

Kiedy podszedłem do łóżka chorego, przede wszystkim poraziło mnie, że on był nie tylko nie w śpiączce, ale w zupełnie jasnej świadomości.

(Później mi opowiedzieli, że w ciągu wszystkich dni, spędzonych na sali reanimacyjnej, on prowadził filozoficzne rozmowy i wygłaszał wykłady o Heglu, od którego był specjalistą.) Twarz jego była nieładna, nawet powiedziałbym, „strasznowata” i nic w tym zadziwiającego, uwzględniając cierpienia, jakie znosił. Być może, spotęgowane było to przez kataraktę, wydaje się, lewego oka. Wszystko w jego wyglądzie zupełnie odpowiadało uformowanemu w mojej głowie obrazowi komunisty. Przy tym wszystkim spojrzenie jego było spokojne, stanowcze i cierpienia nie zdradzało. Ja to także zauważyłem i to mnie zdziwiło. Skorygowałem terapię, zająłem się innymi sprawami. Po jakimś czasie rozbrzmiał telefon. Mnie wywołano. W drzwiach stała inteligentna, niezwykle sympatyczna dama ze zdumiewająco dobrym spojrzeniem. Przedstawiła się jako małżonka Gułygi. W porównaniu z nim okazała się po prostu święta. Mnie poraził kontrast tej pary, ale jednocześnie zmusił zastanowić się nad tym, że nie wszystko w tym «marksiście-leniniście» takie proste. Żona prosiła, aby puścić ją do męża pożegnać się. Ona wszystko rozumiała. W naszej klinice przejście obcych na oddział reanimacyjny za tych czasów było kategorycznie zabronione, ale uwzględniając swoje religijne przekonania i nieobecność o tej godzinie władz, ubrałem damę w biały fartuch, przeprowadziłem do łóżka chorego, poprosiwszy przy tym, aby nie przelewała zbyt dużo łez i zostawiłem samych. Żegnali się dosyć długo, ale ani trochę nie żałuję tego - stanowi tego chorego już nic nie mogło zaszkodzić.

Dyżur szedł zgodnie z planem, żadne nieprzewidziane ekscesy nie pojawiały się. Odbywałem swój zwykły nocny obchód. Wszyscy chorzy spali, oprócz Arsenia Gułygi. Zainteresowałem się :

- Co czuwacie?

- Rzeczywiście jakoś się nie śpi! - odpowiedział.

- Akurat i to jest słuszne – zażartowałem - co jeszcze robić, jak nie myśleć o sensie życia? Tym bardziej, że tym, o ile sądzę, całe życie pan się zajmował!

Pojawiła się krótka pauza. Potem bardzo cichym, ale jasno w nocnej ciszy dźwięczącym i z głębi duszy idącym głosem, filozof powiedział:

- E, jak dobrze powiedziałeś... Przecież tym rzeczywiście całe życie się zajmowałem!

Powiedział to tak, że mnie przeszyło całego do głębi duszy i zrozumiałem: on rzeczywiście tym zajmował się całe życie i co więcej, coś znalazł! To były jego ostatnie słowa. Wkrótce zapadł w zamroczenie. Rano po dyżurze udało mi się przekazać go zmieniającym mnie lekarzom, ale w połowie dnia skonał. Później udało mi się wyjaśnić, że imię Gułygi pojawiło się w mojej pamięci nie w związku z parareligijnymi dialogami w ówczesnej prasie, a w związku z twórczością wielkiego filozofa Aleksieja Fiodorowicza Łosiewa, do kręgu którego należał i mój rozmówca. A przecież wiadomo, że w tej naukowej przestrzeni, pomimo całej presji władz, chociaż i w skrytym aspekcie, ale tliła się chrześcijańska myśl. Wtedy wszystko dla mnie stanęło na swoje miejsca: i cudowna żona, i niezwykła życiowa siła, i wstrząsająca, podtrzymująca życie jasność umysłu, i zdumiewające opanowanie, i samokontrola w zupełnie niezdolnym do życia ciele. Wtedy też i jasne stało się, że rozmawiałem z człowiekiem, który nie po prostu przekroczył krawędź tego świata, ale w swojej duchowej trzeźwości jasno widział i uświadamiał to, co po tamtej stronie. I dlatego moje frywolne pytanie-propozycja było w stanie z całą powagą skierować na tak głęboką odpowiedź, bo zobaczył tam usprawiedliwienie swoich poszukiwań, zapytań i nadziei, którym tu poświęcił całe swoje życie [10]. I ten właśnie epizod bardzo dobrze pokazał, że jeśli duch ludzki może o tyle sprzeciwiać się zgniliźnie, władczo świadcząc o sobie tam, gdzie według zasad materialnego świata dawno temu niemożliwe było życie, to o ile bardziej Bóg sposobny jest ożywić proch ziemi i zesłać «chrześcijański zgon, bezbolesny, bez zarzutu, spokojny» i razem z nim podać nadzieję na dobrą odpowiedź.

[7] «Myślę, więc, istnieję» (łac.); wypowiedź Descartesa.

[8] Metropolita Antoni Surożski. Człowiek przed Bogiem. M., 2000. S. 94, 95 - 96, 11, 12 - 13;

[9] Patrz. Bierdiajew N. Światopogląd Dostojewskiego. Rozdział II. Człowiek; A także jego artykuł: Objawienie o człowieku w twórczości Dostojewskiego // Bierdiajew N. Filozofia twórczości, kultury i sztuki. T. 2. M., 1994. S. 26,151.

[10] Jestem daleki od myśli, że komunista nie jest zdolny godnie spotkać śmierć, ale to zaleta bohaterstwa, a tu była obecna zadziwiająca kontemplacyjność, otwierająca duchowe pokrewieństwo.- Autor.

NA KRAWĘDZI ŻYCIA. CODZIENNE CZŁOWIECZEŃSTWO

W skrajnych życiowych sytuacjach cudowne mogą być nie tyle same okoliczności, ile ludzkie zachowanie się i ludzie, funkcjonujący w nich. Przecież to, że ludzie są zdolni pozostawać ludźmi w każdych warunkach - to niewątpliwie norma ludzkiego życia, ale jednocześnie i świadectwo tego moralnego prawa, które żyje w nas, czyni człowieka człowiekiem i świadczy o Tym, Kto powołał go do życia i Którego obrazem jest człowiek.

Letniego dnia 1995 roku, obwieszony plecakami i siatkami, wracałem z rodziną z działki. Jechaliśmy w niezbyt wypełnionym wagonie metra od stacji «Wychino» w kierunku centrum, gdy nagle po salonce przeleciał jakiś niepokojący szmer. Chociaż żadnych słów zrozumieć w szumie nie było można, zrozumiałem, że «wołają» mnie. Przeszedłszy do środka wagonu, zobaczyłem agonię starszego mężczyzny. Według wszelkich oznak to była ostra niewydolność sercowo-naczyniowa. Tętno niewyczuwalne, źrenice rozszerzyły się i przy mnie wydał ostatnie tchnienie. W jednej chwili oceniwszy sytuację, zrozumiałem, że szans na pomyślną reanimację bez medykamentów i bez odpowiedniej aparatury praktycznie żadnych, przecież według najbardziej sprzyjających przewidywaniach «erka» może zjawić się nie wcześniej, niż za czterdzieści minut, ale do tego momentu zawartość apteczki już chyba nic nie pomoże (jak tu nie pozazdrościć amerykańskim strażakom i policjantom, którzy są zaopatrzeni we wszystko niezbędne).

Jednakże opuszczać rąk nie miałem zamiaru. Obróciwszy się, zobaczyłem dwóch zmieszanych młodych chłopców, którzy, pomimo mojego zupełnie biesiadnego wyglądu i tego, że na czole nie miałem napisu «reanimatolog», bezwarunkowo podporządkowali się mojemu poleceniu i położyli umierającego na siedzenie. Pokazawszy kilkoma ruchami, jak przeprowadzać pośredni masaż serca, zająłem się trudniejszą robotą: sztucznym oddychaniem i kontrolą stanu krwiobiegu. Umiejętności chłopakom oczywiście brakowało i żebra od ich nadmiernej gorliwości czasami pochrzęstywały, ale (nie wolno przecież żądać niemożliwego!) najważniejsze osiągnęliśmy: źrenice skurczyły się i dziadek nawet czasami próbował oddychać sam. Na najbliższej stacji (wydaje się, «Włókniarze») rozporządziłem wynieść chorego na peron - tam było wygodniej czekać na przybycie «erki»- gdzie kontynuowaliśmy reanimację. Nie odrywając się od swoich podstawowych obowiązków, kątem oka zauważyłem, że podszedł milicjant i nie przeszkadzając nam, stanął obok. W ślad podbiegła dyżurna ruchu - «Czerwony Kapturek», z wyglądu - nie moskwiczanka i tak szczerze zaczynała upraszać tego zupełnie obcego jej człowieka, żeby nie umierał - dokładnie, jak w filmach wojennych: «Milutki, no żyj! Milutki, no oddychaj!». Kontynuowaliśmy swoją działalność i po około piętnastu minutach zobaczyłem, że ukazał się jeszcze jeden lekarz, chociaż na nim też nie było żadnych znaków rozpoznawczych. On zastąpił dwóch moich pomocników i dopiero po tym subtelny milicjant zaczął wyjaśniać u nich szczegóły zajścia. Po około pięciu minutach wyczułem obecność trzeciego lekarza i spojrzawszy, poznałem w nim swego kolegę ze studiów.

Jak później się wyjaśniło, przejeżdżając obok, zobaczył, że człowiekowi jest źle, dojechał do następnej stacji i wrócił! I to pomimo tego, że każdy racjonalnie myślący człowiek na pewno zdecydowałby, że tu albo bez niego poradzą, albo on już w niczym nie pomoże.

Reanimacja trwała mniej więcej koło godziny. Do przyjazdu «erki» życiowych rezerw u staruszka już nie wystarczyło. Niestety, nie byliśmy w stanie pomóc człowiekowi - być może wiary nie wystarczyło? Ale ten mały życiowy epizod zebrał dookoła mnie w jednym miejscu, nie na zamówienie, a przypadkowo tylu dobrych ludzi, że to wspomnienie całe życie będzie rozgrzewać mi serce. Póki są na ziemi tacy szczerzy, delikatni i ofiarni ludzie, ona będzie utrzymywać się i światło Boże będzie świecić nad nią.

PŁATKI PŁASZCZANICY

Nie zawsze można w prosty sposób rozpoznać cud w codziennym życiu. Pan Bóg czasami «po prostu» posyła potrzebnego człowieka w potrzebnym czasie i w potrzebne miejsce. Sam fakt cudu Stwórca świata odsłania tym, kto spogląda na Niego z zaufaniem i woła o pomoc. Ważne, aby nie bagatelizować roli cudu w naszym codziennym życiu i nie wyolbrzymiać jej, bo niestety, pragnienie, aby podnieść swój «duchowy autorytet» albo «prestiż» swojej świątyni, zmusza ludzi widzieć cud tam, gdzie go nie ma, a zbytni racjonalizm, odwrotnie, maskuje duchowe spojrzenie.

...Podczas nabożeństwa wynoszenia Płaszczanicy w Wielki Piątek tego roku w cerkwi upadła kobieta. Wszystko wydarzyło się na moich oczach - stojąc w ołtarzu, wszystko doskonale widziałem i według niektórych niuansów zrozumiałem, że to nie jest banalne omdlenie. Szybko podszedłem do niej. Wszystkie oznaki klinicznej śmierci były jawne: utrata przytomności, oddechu i brak tętna na tętnicy szyjnej, źrenice poszerzone i na światło nie reagują. W pamięci natychmiast przeleciał podobny epizod w metrze z napraszającym się wnioskiem o daremności wszelkich wysiłków reanimacji. Sytuacja komplikowała się tym, że wtedy, w wagonie trafili się dwaj pojętni chłopcy, a tu dookoła stoją babcie, które chyba w niczym pomóc nie mogą. Największa trudność przy reanimacji to niedobór rąk. Tym niemniej, bezpośrednio w przyobleczeniu, zaczynam przeprowadzać działania przywracające życie: to pośredni masaż serca, to sztuczne oddychanie. Nie przeszło nawet minuty, jak odkryłem, że nie jestem sam, inni mi pomagają. Nieznana kobieta wyszła z tłumu, «usłyszawszy», sądząc według wszystkiego, że jest potrzebna i bardzo umiejętnie, nie łamiąc żeber, zaczęła masować serce. A inna litościwa parafianka w szczerym porywie wiary zaproponowała: «Ojcze, pobłogosław przyłożyć do chorej płatki kwiatów z Płaszczanicy - zawsze pomaga!».

Chora przychodzi do siebie, ostrożnie ją wynoszą na zewnątrz i przybyła «erka» odwozi ją do szpitala, skąd ją tego samego dnia puszczają, ponieważ nie znajdują powodu nie tylko do hospitalizacji, ale i do tego, żeby zrobić kardiogram (ostatniego chyba nigdy nie będę w stanie zrozumieć). Później siłami parafii zorganizowano badanie, które nie ujawniło żadnych odchyleń EKG. Ale wszak była przecież śmierć kliniczna! Oto jak Opatrzność Boża przeplotła «naturalne» oraz «nadprzyrodzone» okoliczności w zawiły deseń i życie ludzkie zostało uratowane. A kobiety, która przeprowadzała masaż serca, więcej nie zobaczyłem, chociaż i prosiłem wszystkich, żeby ją odnaleziono.

MAŁY DIAGNOSTA

Nie minęło i dziesięciu dni, jak przytrafiło mi się zostać świadkiem i uczestnikiem jeszcze jednego zdarzeniu, w którym «zupełnie przypadkowo» Pan Bóg tak ułożył zdarzenia i ludzi, że znów udało się uratować ludzkie życie.

W jednej z podmoskiewskich parafii, gdzie odprawia mój brat, jest bardzo ciekawa tradycja: uczcić pierwszą powielkanocną niedzielę procesją po okolicznych wsiach. Ta niedziela nazywa się tu Postawnaja, tak jak przyjęte jest przynosić cerkiewne ikony i stawiać je w domach wierzących, napełniając radością każdą rodzinę, jakby kontynuując wielkanocne uroczystości do oddania Wielkanocy. Tradycja w trochę odmiennej formie jest wznowiona od 1991 roku. Członkowie wspólnoty i goście parafialnym autobusem są dowożeni w określonym czasie do najdalszej wsi, z której zaczyna się procesja do świątyni. Przy śpiewie wielkanocnych sticher czekają na kapłanów, którzy muszą zakończyć wszystkie obrządki sakramentalne, po czym zaczyna się procesja. Uczestniczą w tym czynie od małego do wielkiego, naturalnie w jakimś momencie dzieciom staje się nudno i one zaczynają «badać» okolicę. I oto mój pięcioletni chrześniak Piotr, zajrzawszy w jakieś najbliższe podwórze, zauważył leżącego w oddalonych krzakach człowieka, którego ani z ganku domu, ani ze ścieżki, ani z drogi zobaczyć nie było można. Chłopiec odszukał wśród chórzystów kobietę-lekarza, która we wspólnocie miała niekwestionowany autorytet i zakomunikował jej:

- Ciociu Olu, tam w ogrodzie, pan cały we krwi leży!

Lekarka, naturalnie poszła wyjaśniać, co się stało. W tym czasie nadjechaliśmy z bratem, nie wiedząc o niczym, przyoblekliśmy się, ale rozpoczęcie procesji trzeba było wstrzymać, ponieważ mnie natychmiast wezwali do chorego. Ile krwi stracił człowiek, ustalić było trudno, ale oczywiście bardzo dużo, cała trawa dookoła była przez nią zabarwiona, a klinicznie można były określić u pacjenta oznaki szoku z powodu utraty krwi: bladość skóry, zimny pot i słabo wyczuwalne tętno. Z takich stanów człowiek samodzielne nie wychodzi, chociaż krwotok z rany na nodze do tego momentu już ustał. Wyjaśnić cokolwiek u chorego nie było można, ponieważ z powodu świąt był nietrzeźwy i z trudem się orientował. Do tego jego stan pogarszał się z powodu niedotlenienia mózgu spowodowanego utratą krwi. Sądząc po wszystkim, on nawet nie zauważył, jak skaleczył nogę, zabrnął w cudze podwórze, gdzie i zwalił się po utracie sił. Wystarczająco szybko przyjechała «erka», ale chory już stawiał się, odmawiał hospitalizacji, krzyczał, że «poleży i wszystko przejdzie», nawet spróbował wstać. Tu krew znów lunęła z rany, on znów upadł i trzeba było nawet nakładać opaskę uciskową. Namówić go, aby położył się do szpitala, udało się tylko ze względu na autorytet kapłański i oto tu z jakiegoś powodu posłuchał.

Mimo woli zamyślisz się o wszystkich zbieżnościach: przecież tylko raz w roku bywa procesja i w tej wsi zbiera się tyle narodu, a wśród tego narodu czasami są lekarze, którzy mogą adekwatnie ocenić sytuację. Właściwie miejscowi mieszkańcy, przyjaciele poszkodowanego, proponowali zostawić go w spokoju, niby to i tak wygrzebie się! Tylko dziecko-wiercipięta zdolne było odszukać bezradnego człowieka w cudzych zaroślach.

I jeszcze ważne: procesja - sprawa Boża, a cud - to przede wszystkim triumf Prawdy Bożej już tu na ziemi, kiedy wrota piekła nie mogą jej przezwyciężyć (Mat. 16, 18)!

* * *

ZAKOŃCZENIE

Zdaję sobie sprawę, że daleko nie wszystkie moje oceny są bezsprzeczne, ale staram się wszystko opisać właśnie tak, jak ja to przyjąłem, jak to odcisnęło się w moim sercu i świadomości. Właśnie dlatego zachowałem tyle szczegółów, drobiazgów i wskazałem błędy oraz niedokładność w swoich własnych działaniach i opiniach. Dla mnie bardzo ważny jest sam wniosek z tego, co zobaczyłem.

U Remarka w powieści «Droga powrotna» jest wstrząsający opis Teofanii [11]; jawnie autobiograficzny. Pisarz dobrał zdumiewające słowa, żeby przekazać przeżyte zdarzenie, on był skrajnie uczciwy. Ale został takim samym szczerym ateistą i wniosek z widzianego - odpowiedni: on uważał, że przeżył jednoczenie się z «Przyrodą», prawda, co to takie «Przyroda», on nie wytłumaczył.

Ale dla niego to mogło oznaczać wszystko, według życzenia, tylko nie spotkanie z Żywym Bogiem.

Wzywam do głosu wiary. Trudno uwierzyć, nie zobaczywszy cudów. Ale jeśli wpatrzyć się w otaczający nas świat oczyma wiary, to można przekonać się o tym, że cuda są wszędzie dookoła nas, że przebywamy w miłości Bożej nieprzerwanie (Rzym. 8,35-39), bo Bogiem żyjemy i poruszamy się i jesteśmy (Dz. 17, 28).

[11] Remarque Erich Maria. Na zachodzie bez zmian. Droga powrotna. Trzej towarzysze.


tłumaczenie Eliasz Marczuk